wtorek, 22 grudnia 2015

PurpleMike "Pianino", Część 2 - Najlepszym lekarstwem dla człowieka jest drugi człowiek.

Może nudne, może OOC... Nie wiem nie pytam, mam dość. XD
Oto druga i ostatnia część mojego opowiadania... Enjoy~~

***

Mike stoi w kuchni, pusto patrząc w ścianę.
Myśli, masując obolałe ramię. Nie wie nawet czy to mięśnie czy skóra. Nie obchodzi go to.
Mimo tego, że w mieszkaniu jest chłodno, to on stoi w samych bokserkach i wcale nie jest mu zimno. Nie żeby zazwyczaj jakieś „zimno” czuł.
Wzdycha cicho, przymykając oczy.
Jest cholernie, ale nie może spać.
Przez chwilę zastanawia się, czy nie urządzić sobie dłuższego spaceru lub joggingu, lecz dochodzi do wniosku, że jest za ciemno i za późno na takie wycieczki. Nie żeby się bał, wiedział jak sobie dać radę w prawie każdej sytuacji. Po prostu nie miał ochoty słuchać kolejnych (niebezpodstawnych) oskarżeń policji i nie chciało mu się testować ich cierpliwości.
Otwiera więc oczy, nagle zaglądając w ciemność, do której zresztą już przywykł.
Nie zapala światła, tak jest dobrze.
Zachciewa mu się pić.
Idzie więc do kuchni, ziewając rozdzierająco. Na blacie zauważa kubek z niedopitą cieczą, może zgadnąć, że to Vincenta, bo on w ostatnim czasie nie pił nic ciepłego.
Podnosi więc kubek, oglądając go z każdej strony, próbując przypomnieć sobie co takiego może być w środku. Zdaje sobie sprawę, że zapalenie światła mogłoby rozwiązać sytuację, lecz dalej tkwi w ciemności.
Tak było zdecydowanie lepiej.
Ustami dotyka jego krawędzi i jeszcze tylko chwilę się waha zanim go przechyla, a zimna ciecz wlewa się do jego gardła.
Kawa.
Bardzo gorzka kawa.
Krzywi się nieco, bo zawsze wolał słodsze rzeczy, ale mimo to dopija do końca. Wyciera potem usta, jednak dalej czuje ten gorzki smak.
Przypomina mu on Vincenta.
Pogrążając się we wspomnieniach, ssie wargę, czując metaliczny smak krwi.
Klnie cicho, powstrzymując silną chęć rozbicia przeklętego kubka.
Bo przypomina mu to Vincenta.
Vincenta, który pije tę cholernie mocną kawę, bo bez niej nie jest w stanie funkcjonować przed południem.
Vincenta, który w przypływie namiętności zbyt mocno jego wargę przygryzł.
Bolało.
Ale kurwa, było seksowne.
Odkłada kubek do zlewu, próbując skupić się na czymś innym.
Tylko jak tu się skupić na czymś nie związanym z Vincentem, skoro każde miejsce, każda rzecz w mieszkaniu była z nim związana?
Mike jęczy z zażenowaniem i pociera swoje szczypiące oczy. Słyszy pewien dźwięk, dźwięk ruchu dobiegający z sypialni i zupełnie zamiera. Nie chce budzić Vincenta, bo czuje, że zapadłby się pod ziemię, jeśli ten by go teraz zobaczył. Przekrada się więc cicho koło kanapy i i kładzie się na niej.
Jest zimna i dopiero to sprawia, że przechodzą go zimne dreszcze, przez to łapie się na myślach, by wrócić do swojego (no prawie swojego...) ciepłego łóżka. Powoli ogarnia go chłód, ale szybko je odrzuca.
W sypialni jest Vincent. Może i ciepły, ale Vincent.
Patrzy więc w sufit i myśli.
Jak on się w ogóle wpakował w ten związek?
Stawiałby, że zaczęło się to w biurze, jak wszystko. Potem było zbyt zabawnie żeby tak po prostu skończyć i jakimś pieprzonym cudem zaszli tak daleko, jednocześnie nie zabijając się nawzajem. Nie mógł powiedzieć, że byli przykładnym związkiem, albo że chociaż takim średniej jakości, ale... Było to w pewnym sensie przyjemne... Przyjemne?
Mike nie ma pojęcia czy to jakkolwiek dobre słowo, ale nie wie również jak mógłby inaczej to określić.
Miłe? Dobre?
Puste synonimy z tym samym niepasującym znaczeniem.
To był układ.
Miał swoje plusy i minusy, to prawda, ale ciągle był układem. Bardziej raczej układem niż związkiem.
Vincent teoretycznie mógłby być mniej Vincentem, ale Mike nie za bardzo chciałby go zmieniać, chociaż nie przyznałby się do tego nawet i pod groźbą śmierci. Nawet pomimo tego, że Vincent zwyczajnie i niemoralnie go wkurwia to tak jest... Inaczej. Po prostu inaczej. Nic nie mówiące, więc i idealne słowo.
Och, i z pewnością nie nudno.
Mike zerka w bok bo czuje się dziwnie z własnymi myślami... I zauważa czarne pianino. Śmieje się prawie, bo zdążył zapomnieć o jego istnieniu, jednak dalej pamięta o tym, by być cicho. Zamiast więc tego, uśmiecha się krzywo i wstaje. Chyba pierwszy raz podchodzi tak blisko obok tego instrumentu i na pewno po raz pierwszy przygląda mu się tak dokładnie. Siada przy nim i dotyka pokrywy, zbierając z niej kurz.
To całkiem ciekawe...
Mike myśli, że teraz mógłby nieco poudawać Vincenta, ale nie jest wystarczająco dziecinny, żeby wprowadzić ten plan w życie.
Otwiera je więc, dotykając klawiszy Całę życie twierdził, że granie to głupota. Nie miał poza tym zbyt dużej cierpliwości i od zbyt szybko się poddawał lub denerwował. Teraz jednak trochę żałuje. Dobrze wie, że nie umie nic stworzyć...
Umie tylko niszczyć.
Opiera się o swoje kolano i delikatnie naciska jeden, biały klawisz. Natychmiast po tym jak wydaje dźwięk, Mike zdaje sobie sprawę co zrobił. Sztywnieje cały i nasłuchuje, jednak nie znowu nie dochodzi do niego żaden dźwięk. Wzdycha cicho, teraz jest naprawdę zmęczony.
- Nie możesz spać? - Podskakuje zaskoczony, niemal spadając z krzesła... To na pewno nie był jego głos.
Jest wkurzony, ale zanim się odzywa, Vincent kładzie mu palec na ustach. - Pamiętaj, że jest po trzeciej w nocy. - Jego twarz rozświetla złośliwy uśmieszek. Mike zamiast się odezwać, ściska jego dłoń z całej siły, zachowując grobową minę. Słyszy strzelające kości i to trochę spuszcza z niego parę.
- Nie. Podkradaj. Się. Do. Mnie. - Cedzi wreszcie, powoli i cicho, i dopiero wtedy puszcza. Vincent rozmasowuje rękę w milczeniu i dalej mu się przygląda, dalej widocznie żądając odpowiedzi.
- Nie mogłem. - Przyznaje wreszcie Mike, z powrotem odwracając się w stronę białych i czarnych klawiszy. Vincent obejmuje go od tyłu, opierając głowę na jego ramieniu, a Mike wygodnie się odchyla, opierając się na jego, jak się okazuje, całkiem nagi tors. Nie może się powstrzymać od przewracania oczami.
- Proszę, powiedz, że masz na sobie spodnie.
- Mam. - Mruczy Vincent w jego szyję, powoli podwijając podkoszulek Mike'a, dotykając nowo odkrytej skóry. - Jeszcze. - Chichocze z własnego żartu, nosem przejeżdżając po jego szczęce.
- Przestań. - Mike jest stanowczy, mimo tego nawet, że jest mu całkiem dobrze. Jest zbyt zmęczony, jedyne czego pragnie to chociaż chwilę błogiej drzemki.
- Pozbycie się energii to najlepszy sposób na sen.~
- Już jestem zmęczony, chcę spać. - Vincent zamiera, po czym go puszcza, mrucząc coś w stylu „szkoda”. Mike znowu przez chwilę czuje zimno, jednak Vincent siada koło niego, a jest on wyjątkowo rozgrzany. Mike jest zaskoczony podejrzliwy, bo taka „potulność” była raczej niezgodna z naturą tego wiecznie uśmiechniętego psychopaty.
- Granie poprawia mi humor. - Mówi Vincent, szczerząc się, a on tylko przewraca oczami. Wyciąga nogi i kładzie je na tych Vincenta, usadawiając się wygodniej, a ten tylko przyciąga go bliżej, ruchem pełnym zaborczości. - O to chodziło, co? - Mówi Vincent, z gracją naciskając klawisze. - Od samego początku?
- Zamknij się. - Ucina Mike, jednak kładzie głowę na jego ramieniu i nieco przymyka oczy. - Chociaż na trochę.
Vincent kiwa głową, chociaż dla niego jest już to niezauważalne.
Po czym zaczyna grać.
Jest to powolna i spokojna melodia, tak strasznie podobna do tych granych przez niego przez tyle samotnych nocy, kiedy on sam nie mógł usnąć.
A teraz był tak dziwnie spokojny, cierpliwy.
Mimo tego, że prawie zawsze lubił grać i zawsze kochał żyć w ten sam pokręcony sposób, to teraz czuje się inaczej...
To dziwne i zupełnie nieznajome mu uczucie kiełkuje, dając mu dziwną melancholijną ciepłotę. Jest tak dziwnie spokojny.
Myśli, że to całkiem nowa sytuacja i uśmiecha się lekko pod nosem, lecz tym razem nie jak zazwyczaj. Tym razem jest to zwyczajny uśmiech, bo po prostu czuje, że nie może już tego dłużej powstrzymać.
Łapie się na tym, że staje się sentymentalny, ale nie zwraca na to specjalnej uwagi.
Kończy melodią i z zaciekawieniem przechyla głowę słysząc ten charakterystyczny oddech.
Mike usnął. Usnął przy nim.
Vincent znowu uważa, że to zupełnie dziwne, bo chyba właśnie zrobił dla niego coś dobrego...
Starzeję się, myśli gdy ukradkiem spogląda na śpiącego Mike'a.
Bo chyba go kocha... Kocha go na swój własny, totalnie pokręcony sposób.
Jednak kochać to kochać, prawda?
Kładzie policzek na głowie Mike'a i również zamyka oczy. Jakoś nie ma ochoty teraz się ruszać.
- I co ty ze mną zrobiłeś? - Mruczy cicho, czując jak odpływa. Zdaje sobie sprawę, że gdy już się obudzą, to będzie boleć ich totalnie wszystko i pewnie będą czuć się niezręcznie i nawet możliwe, że o coś się pokłócą, ale mimo to, daje się ponieść.
I powoli zapada w sen.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

"Nigdy więcej tej udręki, tylko sen." ~ cinnamonblood.

Oryginalny tytuł: No More Yielding but a Dream.
Autorka: cinnamonblood.
Link do oryginału: FanFiction.
CHOLERNY TYTUŁ Z SHAKESPEAREA, Z GODZINĘ SIĘ ZASTANAWIAŁAM JAK TO PRZETŁUMACZYĆ I I TAK NIE JESTEM ZADOWOLONA Z EFEKTÓW!
GRRRR...
Anyway...
No to jedziemy z tym koksem... Zasady już spełnione. :)
Nie przepadam za +18 i nie lubię go pisać... Sorry. [*]
Dwie notki w ciągu dnia... Szaleję. 

***
Sny o ninja zazwyczaj były okropne, jednak nawet jak na standardy Kakashiego, ten wydawał się być wyjątkowo koszmarny.
„Jest zbyt realny” Pomyślał Kakashi. „To musi być genjutsu” Jednak bezskuteczne były próby jego przełamania.
- To nie genjutsu. - Powiedział mężczyzna siedzący na skraju jego łóżka. Kakashi jednym płynnym ruchem sięgnął po kunaia i rzucił nim w nieznajomego, jednak ten z łatwością go skontrował. Ostrze głęboko wbiło się w ścianę. - Niegrzecznie tak witać starych przyjaciół.
- Kim jesteś? - Kakashi zażądał odpowiedzi. Gubił się.
Niemożliwa rzeczywistość.
- Nie mów, że mnie nie poznajesz. - Zaczął mężczyzna nieco żartobliwie, dokańczając niebezpiecznie niskim tonem. - Wiem, że tak nie jest.
- Nie jesteś nim... - Wyszeptał, jakby próbował przekonać samego siebie. - Obito zginął dawno temu.
- Prawda, minęło w końcu piętnaście lat. - Zamyślił się Obito. Jego twarz rozświetlił lekko ironiczny uśmiech. - A od tego czasu codziennie odwiedzałeś pomnik poległych.
Kakashi zamarł, wpatrując się w niego ze zdziwieniem.
- Zaskoczony? Dlaczego miałbym o tym nie wiedzieć? W końcu do mnie mówiłeś. - Obito przybliżył się, łóżko zaskrzypiało pod jego ciężarem. - Myślisz, że nie jestem prawdziwy. Wydaje się nieprawdziwy? - Palcami przejechał po nieokrytej niczym twarzy Kakashiego. - Więc?
- Możesz mnie dotknąć. - Przyznał Kakashi, lecz dodał twardo. - Ale nie jesteś nim.
- „Mój miecz ANBU jest w szafie” Pomyślał Kakashi, po czym przeklął na siebie w irytacji. „I nie mogę go stąd dosięgnąć”
- Przestań szukać broni. - Warknął Obito, jeszcze bardziej zmniejszając dystans między nimi. Jego twarz znajdowała się teraz tylko centymetry od tej Kakashiego. Z bliska śmierdział ziemią i starą, wyschniętą krwią. Światło księżyca przemknęło do pokoju, sprawiając, że skóra Obito błyszczała się w jego blasku. Jeden żarzący karmazynem sharingan uaktywnił się nad głową Kakashiego; Z drugiej strony twarzy Obito była tylko niepokojąca ciemność.
- Duchy się nie starzeją. - Kakashi zaczął słabo. Nie miał już więcej argumentów, a jednak nie wierzył. - Jeśli jesteś nim, to czemu wyglądasz doroślej?
- Oh, duchy się nie starzeją, hm? Niesamowity Hatake Kakashi przecież by wiedział. Zawsze musisz odpowiadać na wszystkie pytania, prawda? Ale może mogę wyglądać na wiek, w jakim chce być. W końcu jeśli chodzi o bycie martwym to ja jestem ekspertem – Drwił Obito. Jego usta zbliżały się do tych Kakashiego, aby w końcu się z nimi złączyć. Ignorując logiczną część jego mózgu, która aż krzyczała, by go odepchnąć, Kakashi tego nie zrobił. Pozwolił Obito przejąć kontrolę, szepcząc tylko:
- Jesteś zimny.
- Więc lepiej mnie ogrzej. - Również wyszeptał Obito. - Mam tylko jedną noc, powinniśmy jakoś ją wykorzystać.
Wiedział, że nie powinien, ale miał wrażenie, że jego ręce ruszają się zupełnie bez jego woli. Mimo tego, że w głębi siebie wiedział, że tego chciał, potrzebował, to skrzętnie odrzucał tę myśl. W imię starego Obito, w imię normalności.
W imię rzeczywistości.
Jego palce wślizgnęły się pod koszulkę Uchihy i powoli ją ściągnęły. Jedna strona jego ciała wydawała się twarda, nienaturalna. Dłoń Kakashiego zatrzymała się natychmiast, wahał się.
- Dalej. - Rzekł śmiało, prawie rozkazał, Obito. - To nie boli.
Kakashi mógł poczuć blizny, chropowatą skórę, miejsca, w których jego kości zostały złamane i nigdy poprawnie się nie zrosły. Czuł tę nienaturalność, gdy Obito umiejscowił się między jego nogami. - Nic już mnie nie boli. - Mruknął Uchiha. Jego oddech był rześki niczym jesienne powietrze, natomiast zimne dłonie, powoli stawały się ciepłe, odkrywając nagrzaną skórę Kakashiego.
Kakashi nie mógł powstrzymać cichego jęku. Obito dotykał go nieco niezręcznie, ale zdecydowanie wiedział co robi.
- Zdenerwowany? - Zapytał Obito, samemu próbując ukryć drżenie głosu. Kakashi uśmiechnął się ironicznie.
- Jeśli skłamię i powiem tak, to sprawi to, że poczujesz się lepiej? - Uchiha zaśmiał się delikatnie.
- Dalej jesteś dupkiem.
- Wiem. - Przyznał Kakashi i przyciągnął go do siebie, obejmując ramionami. - Zrób to. - Wyszeptał. Zmęczony był czekaniem.
Nie wiedział nawet od jak dawna na to czekał.
Obito sapnął, gdy Kakashi umiejscowił go w sobie, lecz szybko przejął kontrolę. Każda część ciała Uchihy była zimna, ale tak jak jego dłonie, szybko ogrzewała się, kiedy poruszali się wspólnie.
Kakashi położył swe ręce w okolice łopatek Obito, doskonale wyczuwając kości, wbijając w nie paznokcie, jednak nie na tyle mocno, by zranić jego skórę. Mimo tego, nie sądził, że miałoby to jakiekolwiek znaczenie. Jaką różnicę zrobiłoby to ciału tak zniszczonemu? Jaką różnicę zrobiłoby to duchowi?
Obito był martwy. Martwy od piętnastu lat. W żaden sposób nie było to właściwe.
„Jedak to tylko sen”, przekonywał się Kakashi, „To tylko sen.”
Kakashi doszedł, wydając z siebie cichy jęk, który starał się zdusić, przyciskając twarz mocno do ramienia Obito, który zresztą również już długo się nie powstrzymywał. Gdy było już po wszystkim, upadł na Kakashiego, nie ruszając się wcale. Hateke spodziewał się, że sen minie, że się obudzi, ale był w błędzie. Ciągle trwał w tej chorej realności.
Nie puszczali się przez blisko godziny, nie chcąc tego kończyć. Nie chcąc odchodzić, rozmazywać wspomnień, rzeczywistości. Obito dotykał go tak, jakby starał się zapamiętać każdy fragment jego ciała. Każdą bliznę, niedoskonałość czy mięsień. Nie mówili, mimo tego, że powinni w ogóle nie milknąć. W jakiś dziwny sposób nie potrzebowali słów.
W końcu to Obito przerwał dotąd niezakłóconą ciszę.
- Dlaczego płaczesz?
- Nie płaczę. - Powiedział Kakashi, jednak w jego głosie brzmiała gorycz. - To ty. - Obito uśmiechnął się smutno.
- Chyba masz rację. - Spoglądał na Hatake z troską, ścierając łzy spływające po jego policzku. Pocałował go powoli, starając utrzymać tą bliskość jak najdłużej się dało. - Prawie świta. Nie mogę już dłużej zostać. - Mruknął jednak, odrywając się. Nie był zadowolony, nie chciał jeszcze odchodzić.
- Chciałbym powiedzieć ci tyle rzeczy...
- Idiota. - Przerwał mu Obito. Jego ton wcale nie był nieprzyjemny, tylko opiekuńczy. Sprawiał, że coś w środku Kakashiego skręcało się z rozgoryczenia. - Przecież je słyszałem. Każdego dnia.
Kakashi jeszcze raz przyciągnął go do gorącego pocałunku.
Jeden, ostatni raz.
- Śpij. - Wyszeptał Obito, chociaż Kakashi ledwo usłyszał te słowa, zapadając w sen tak szybko, jakby zostało na niego rzucone jakieś jutsu. - Do zobaczenia przy pomniku. - Jedyne to jeszcze zdążył uchwycić, zanim wszystko stało się zupełnie czarne.

***

Kakashi obudził się dawno po świcie, sam i dziwnie wykończony. Światło słońca dostawało się przez niedosunięte żaluzje i słabo oświetlało pokój. Wszystko znowu wydawało się być normalne. Niektóre sprawy zawsze wydają się normalne w świetle dnia.
Ze wszystkich nieprzyjemnych snów jakie kiedykolwiek miał, ten zdecydowanie był najgorszy, jednak również dziwnie przyjemny. Mimo to, kochanie się ze swoim najlepszym przyjacielem, który na dodatek był już dawno martwy był snem, który Kakashi starał się zapomnieć. Nie chciał wspomnień o trupim zimnie, źle zrośniętych kościach czy też pokrytej bliznami skórze. Nie chciał zapamiętywać go w ten sposób.
Desperacko pragnął, by sen wyblakł i zniknął, tak jak jego sny miały w zwyczaju, ale miał okropne wrażenie, że tym razem to nie będzie takie proste.
Nie kiedy kunai, którym zaatakował Obito ciągle tkwił w ścianie jego sypialni.

Wcale nie straszne opowiadanie z uniwersum straszności. - Rozdział 2.

Mam wrażenie, że to już było... No ale, jak było to się zmyło, bo na blogu tego nie ma... Enjoy!
Postaram się następny szybko napisać...
Swoją drogą, specjalnie dla Anonima, który sobie zażyczył... I tym razem nie mnie! XD
***

- Chory..? - Powtórzył Jeff, wytrzeszczając oczy. Wyraz jego twarzy zmienił się natychmiast na totalnie pesymistyczny, co wyglądało całkiem dziwnie, biorąc pod uwagę jego zwyczajowy wielki uśmiech. - To znaczy, że byłeś zbyt chory na szkołę, a wystarczająco zdrowy na włamanie mi się do domu? Masz mnie za idiotę czy jak?
- Dokładnie. - Uciął Jack i odwrócił się w stronę ściany. Może i Jeff sporą większość swojego życia spędzał na gadaniu od rzeczy, ale czasami, bardzo czasami, potrafił trafić w samo sedno sprawy (Chociaż Jack uważał raczej, że to przez ilość słów jaką z siebie wyrzucał). Jack prawie się zaśmiał, czując skonfundowanie bruneta.
- Ej, nie odwracaj się!
- Jak sobie życzysz, nie odwrócę się. - Tja, zdecydowanie dobrze się bawił. Jeff nadął policzki, nieco się obrażając.
Jack natomiast większość swojego czasu milczał, ale gdy już się odzywał, to robił to z, jak Jeff zwykł mawiać, hukiem.
Czyli albo zawsze trafiając w samo sedno, albo po prostu by komuś podokuczać.
- A tak właściwie... - Zaczął Jeff, przerywając ciszę i swoje „bycie złym”. Jeff nigdy nie potrafił za długo milczeć... I być obrażonym. - To przyszedłeś tylko po to, żeby się ze mną podrażnić i poleżeć na moim łóżku?
- To był mój główny cel. - Mruknął Jack i wreszcie podniósł się do siadu, przeczesując swoje brązowe włosy. - Ale miałem jeszcze jeden. Slender chciał... Zakomunikować się z nami.
- I co to ma do mnie? Nie będę słuchać tego chodzącego prześcieradła. - Jack zmarszczył brwi.
- Przeście.. Nieważne. - Westchnął, masując się po głowie. Nie musiał rozumieć, zajęłoby to za dużo czasu. - Przysłali mnie właśnie po to, o przewidzieli, że o własnej woli nie pójdziesz... Młodzieńczy bunt, czy jakoś tak...
- Ja nie...
- A ja Jack. - Przerwał mu z zupełną powagą na twarzy. Jeff również wyglądał na zupełnie wybitego z rytmu. Wpatrywali się w siebie w ciszy, bo żaden z nich nie do końca wiedział co powiedzieć.
Aż Jeff parsknął śmiechem, wtedy sytuacja nieco ruszyła do przodu.
- Chyba powinniśmy już się zbierać. - Mruknął ponownie Jack, rozprostowując wszystkie kości i wstając. Co prawda nie było jeszcze, jak to Slender określił, „dawno po tym jak zajdzie słońce” (Widać ktoś lubił używać trudnych zdań, pomyślał Jack), jednakże nie do końca wiedział gdzie znajduje się ich „baza”. Nie żeby miał złą orientację w terenie, po prostu nie za bardzo miał pojęcie jak można odnaleźć się w lesie, a nie wyznawał Jeffowej polityki „Idź przed siebie, a gdzieś trafisz”.
- Teraz? Tak w ciągu dnia?! A gdzie twoja maska?
- Faktycznie. - Odpowiedział tylko Jack, rozglądając się po pokoju. Jakoś wcześniej nie zauważył tego faktu... „Może ją gdzieś rzuciłem?”, myślał.
- Czy ty możesz mówić pełnymi zdaniami? To wkurwiające...
- Nie. - Jeff tylko łypał wściekle na Jacka, który wyglądał... Jakby świetnie się bawił. Z szelmowskim uśmiechem zmierzwił brunetowi grzywkę. - Śmiesznie wyglądasz jak się złościsz.
- Mam się naprawdę zezłościć?
- Może później, teraz wybieramy się na zewnątrz.
- Dlaczego miałbym iść z tobą?
- Chciałeś spędzić ze mną trochę czasu, no nie? - Jeff zawarczał z irytacją. A mówią, że to on jest arogancki...
Mimo wszystko, machnął na Jacka ręką i kazał mu iść przodem, na co tamten zareagował wzruszeniem ramionami i powolnym krokiem w stronę drzwi.
Jack nie zwracał na niego uwagi, bo słyszał miarowe kroki za sobą... Które przyśpieszały... I przyśpieszały...
Jednak zanim zdążył się odwrócić, Jeff wskoczył na jego plecy, obejmując go w szyi i nakładając mu na twarz... Jego maskę.
- Skąd to wziąłeś..? - Jeff tylko roześmiał się złośliwie.
- Leżała na stole, nawet nie zauważyłeś jak ją zwinąłem! I kto teraz jest idiotą?! - Śmiał się dalej, a Jack tylko westchnął ciężko. Mógł się domyślić... Po co innego by pytał o jego maskę? Zachwiał się nieco i tylko ściana uratowała ich od upadku.
- Zejdź, za bardzo się wiercisz.
- Nie ma mowy! Połowa drogi na moich warunkach, kochanie!..

Element układanki cz.1- Powrót do rzeczywistości.

Czuł się źle, nawet bardzo źle. Jakby głaz przygniatał go do łóżka. Nie był w stanie otworzyć oczu, tym bardziej nie było mowy o poruszeniu jakąkolwiek częścią ciała.
Pozostał mu tylko słuch, wsłuchanie się w otoczenie. To była jedyna możliwość, aby dowiedzieć się gdzie jest. Jednak słyszalny był jedynie szum. Może był na plaży? Nie, szum ludzi, zabieganych ludzi. Niczym ruchliwa ulica w centrum Nowego Jorku. Wyłapywał coraz więcej poszczególnych dźwięków. Płacz dzieci, krzyk jakiejś kobiety, który z sekundą na sekundę nasilał się, a po chwili był tak intensywnie słyszalny, jakby krzyczała mu wprost do ucha.
Cisza. Po głośnym pisku pozostała tylko cisza. Wszytko jakby zatrzymało się.
Po raz kolejny stracił kontakt z rzeczywistością.



Biegł. Przerażenie towarzyszyło mu całą drogę. Odpychał rękami ludzi, który mu ją tarasowali. Znalazł się tam gdzie nigdy nie śniło mu się być. Nie po to by odwiedzić"przyjaciela".
- Oiom, gdzie jest oiom? - Pytał, wręcz krzyczał na pielęgniarkę siedzącą po drugiej stronie lady. Kobieta w podeszłym wieku powili uniosła wzrok znad papierów.
- Może tak grzeczniej, młodzieńcze? - Mruknęła, gromiąc go wzrokiem. Blondyn prawie jęknął z zniecierpliwienia.
- Mogłaby mi pani łaskawie powiedzieć gdzie znajduje się oiom? - Wycedził przez zęby, a złość buzowała w nim.
- A kogo pan szuka?
Czy ona do cholery robi to specjalnie?
- Uchicha, Sasuke Uchicha- Starał brzmieć jak najbardziej łagodnie.
- Kim jest pan dla niego? - Zmarszczyła brwi.
Sądzę, że jeśli powiem ci prawdę to mnie do niego nie wpuścisz. Zatem posłuchasz sobie innej wersji.
Bratem - Starał się tuszować swoje zawahanie. Miał wyraźną nadzieję, że mu się uda.
- Itachi Uchicha? - Chłopak przez chwile nic nie mówił.
- T-tak, to w której sali leży mój brat? 
- W lewo za strzałkami, sala numer 7- Uśmiechnęła się sztucznie, a po chwili wróciła do przerwanej pracy. Według instrukcji, ale wbrew zasadom panującym w szpitalu, szybko biegł po korytarzu szpitala. Znalazł się na oiomie. Podszedł do mężczyzny w białym kitlu.
- Przepraszam, ale czy mógłbym wiedzieć co z moim bratem? - Tym razem starał się być łagodniejszy. 
- Pan do?
- Uchicha Sasuke
- A więc panie Uchicha, stan pańskiego brata jest stabilny. Jednakże mocny uraz mózgu spowodował u niego śpiączkę - Spojrzał na niego ze współczuciem
- A jakie powikłania? Kiedy się obudzi? 
Może lepiej niech jeszcze się nie budzi, bo jak tylko zobaczy mnie przy łóżku, wpadnie w szał.
- W jego obecnym stanie nie przewidujemy żadnych powikłań, ale nie znana jest nam dokładana data, kiedy pan Sasuke się obudzi.
- Mogę do niego wejść?
- Tak, sala na końcu - Powiedział i skierował się do swojego gabinetu. Naruto powoli otworzył drzwi i wszedł do środka. Cała masa kabli i podpiętych do bruneta, spowodowały dziwne odrętwienie u Naruto. Usiadł obok i przyglądał mu się z troską. Liczne opatrunk, którymi był obklejony zakrywały jego twarz.
Opatrzyłbym  z chęcią te rany, ale przecież jesteśmy wrogami.

Słyszał głos. Męski, ale delikatny. Czuj się nadzwyczaj silny. Na tyle silny, aby palce u jego dłoni drgnęły. Usłyszał dźwięk przesuwającego się z impetem krzesła.
Nadal nie domyślał się gdzie jest. Był bardzo ciekawy tego w jakim otoczeniu się znajdował. Odnalazł jakąś wewnętrzna siłę, aby dźwignąć powieki do góry. Oślepiło go światło lampy stojącej obok. Trochę zajęło zanim jego oczy przyzwyczaiły się do oświetlenia, a on mógł cokolwiek zobaczyć. Czuł się dziwnie skołowany, zagubiony. Ktoś przerwał jego rozmyślania:
- Sasuke! - krzyknął jakiś obcy chłopak w jego stronę. -Nieźle mnie wystraszyłeś.
Kim on jest?
Sasuke, jak się czujesz? - Mężczyzna w białym kitlu, zaczął świecić brunetowi po oczach. 
Co się stało? Skąd ja się tu...?
Pamiętasz jak masz na imię?
Idiota, przed chwilą to powiedział...
- Wydaje mi się, że Sasuke. - Wychrypiał
- Wydaje ci się, czy jesteś pewny? - Podniósł brew.
- Skoro się pan tak do mnie zwraca to raczej pewny.
- Pamiętasz swojego brata? - Skierował się w stronę blondyna.
Jakiego brata? Ja mam brata?  
Brunet spojrzał krzywo na lekarza, a zaraz potem na blondyna.
- Nie.
- A pamiętasz cokolwiek? - Notował coś w notatniku.
- Nie. - Wszyscy wokół wydawali mu się obcy. On sam dla siebie był obcy.
- Tak myślałem. - Westchnął ciężko. Nie wyglądał na zadowolonego.
- O czym pan myślał? Co się dzieje?
- Sasuke pod wpływem urazu stracił całkowitą pamięć. - Skierował się ku wyjściu. - Zajmie to sporo czasu zanim przypomni sobie wszystko, musisz z nim dużo rozmawiać. - Powiedział na odchodne.
- Więc, jesteś moim bratem?
- Nie. - Uchicha nie wiedział o co chodzi.
Jak to? - Odwrócił głowę w stronę chłopaka, który usiadł przy łóżku. - To kim?
- Kimś komu bardzo na tobie zależy - Uśmiechnął się.
- Przyjacielem?
- Można tak powiedzieć...

sobota, 12 grudnia 2015

Nadzieja umiera ostatnia #6- Chwila słabości

"Mogłabyś mi oddać film? o dwudziestej czekam na moją własność"
Co za debil! Czy nie wyraziłam się jasno, że nie chce go już widzieć?- westchnęłam ciężko i wróciłam do swojego pokoju. Usiadła na łóżku i podciągnęła kolana do brody. Może za oschle potraktowałam Aleksa? Przecież nie chciał mnie tym zranić. Zachowałam się jak kretynka. Ten Dawid wywrócił mi w głowie, tak to z pewnością jego wina- rozmyślała. Spojrzała na zegarek, była osiemnasta. Zebrała się i wyszła z pokoju. Udała się do swojego przyjaciela. Zapukała, ale nikt jej nie otworzył. Drzwi były otwarte więc weszła do środka. Na kanapie nieopodal okna siedział chłopak. Głośno słuchał muzyki, nic dziwnego, że nie słyszał jak Alicja dobijała się do jego pokoju. Nie zwracając na siebie uwagi szatynka usiadła obok blondyna i lekko kopnęła jego nogę. Chłopak odwrócił się w jej stronę i gdy tylko ja zobaczył zdjął słuchawki.
-Hej, co ty tu robisz?- widać było, że był zdziwiony obecnością Ali.
-Dobijałam się, ale nie raczyłeś mi otworzyć więc weszłam sama- uśmiechnęła się serdecznie- Chciałam cię przeprosić, zachowałam się dzisiaj idiotycznie- opuściła głowę w dół
-Nic się nie stało, rozumiem, że to stresująca dla ciebie sytuacja- przytulił ją do siebie i ucałował w głowę- To wiesz kiedy się wyprowadzasz?- szatynka odsunęła się od niego gwałtownie.
-Nie wiem czy w ogóle się wyprowadzę
-Co?!
-Co? Nie jestem pewna czy chce się wyprowadzać, cały czas mam nadzieję, że znajdę moja mamę
-Alicja, to jest twoja szansa, aby wyrwać się z tego miejsca. Nie popełnij błędu
-Aleks, za dwa lata skończę osiemnaście lat. Tak czy siak będę mogła się stąd wyprowadzić- uspokajał swojego przyjaciela.
-Będziesz głupia, jeśli się nie zgodzisz!- szatynka uniosła jedna brew do góry.
-Sorry, ale to moje życie! Ty rób jak uważasz- warknęła. Aleks ewidentnie ją wyprowadził z równowagi.- Zamiast mnie wspierać, ty podkładasz mi kłody pod nogi
-Ja cie nie wspieram, bo nie zgadzam się z twoim zdaniem? Pragnę uchronić cię od popełnienia kolejnego błędu. Nie zdajesz sobie sprawy jaka to szansa? Szansa no normalny dom, rodzinę?
-Jakoś nie odczuwam potrzeby tworzyć pełnej rodzin z obcymi ludźmi
-No i skończysz te osiemnaście lat i co dalej? Zastanawiałaś się gdzie będziesz mieszkać, jak się utrzymasz? To nie jest takie proste, pomyśl- złapał ja za ramie
- Aleks doskonale wiesz, że nigdy nie chciałam rodziny zastępczej. Chcę wrócić do mamy, rozumiesz?
-Nie nie rozumiem! Nie popełniaj błędu!- jego głos stał się głośniejszy i bardziej groźny. Alicja szybko wstała z kanapy.
-Chciałam abyśmy się pogodzili, ale ty niestety wszystko psujesz!- wykrzyczała i ruszyła do drzwi. Blondyn na do widzenia rzucił "Będziesz tego żałować" a Alicja gwałtownie trzasła drzwiami. Było kilka minut przed dziewiętnastą wiec szatynka udała się po płytę, a następnie do pokoju ukrytego na samym końcu korytarza. Nie pukała tylko weszła po cichu do ciemnego pomieszczenia. Skręciła w lewo, tam znajdywało się "łóżko", gdzie leżał Dawid.
-Proszę o to twoja płyta- powiedziała oschle i rzuciła ją brunetowi na brzuch. Chłopak podniósł się i stanął niedaleko szatynki.
-Cóż za miłe powitanie- zakpił- Dzięki za płytę
-Proszę, chociaż ty mnie już nie wkurzaj- warknęła. Odwróciła się w stronę wyjścia. Gdy miała już wychodzić poczuła mocny ucisk na nadgarstku.
-Co ty robisz?- zapytała z pretensjami
-Nie myślisz chyba, że tak sobie wyjdziesz- uśmiechnął się i przyciągnął ją do siebie, na co Ala utkwiła w ciasnym uścisku.
-Mówiłam byś mnie nie wkurzał- zgromiła go wzrokiem- Puść mnie
-Nie
-Dawid zostaw mnie do cholery!
-Nie, póki mi nie powiesz co cie trapi- jego głos z zawodowego podrywacza, zmienił się na ton opiekuńczy i pełen troski. Na myśl o matce i swoim dzieciństwie, Alicja rozpłakała się i przytuliła do chłopaka. Zielonooki przez chwilę nie wiedział jak zareagować, ale uścisnął ją i wyszeptał "Nie powiem, że będzie dobrze, bo doskonale wiesz, że to gówno da" Po jakimś czasie dziewczyna oderwała się od bruneta.
-Przepraszam, ale to zbyt wiele- otarła łzy, a Dawid trzymał ja za ramiona.
-Spoko, każdy z nas ma chwile słabości- uśmiechnął się- To powiesz mi co ci doskwiera?
-Po prostu, wszyscy oczekują ode mnie czegoś czego nie zrobię. To wkurwiające.
-Tylko im nie ulegnij, bądź sobą- odszedł od szatynki i położył się na "łóżku"
-Nie rozumiem
-Czego nie rozumiesz? Z ludźmi tak jest, że zaspokajają swoje ambicje innymi- powiedział bez żadnych szczególnych emocji.
-Doświadczyłeś czegoś takiego?- zapytała. Czuła się z tym dziwnie, nie wiedziała jak chłopak zareaguje na takie pytanie.
-Tak jakby, rodzice nie byli wyrozumiali- westchnął- Ale nie mam ochoty o tym rozmawiać- odwrócił się w stronę ściany
-Okej, lepiej będzie jak już pójdę, pa.

czwartek, 10 grudnia 2015

Ciekawy Pacjent cz. 19 - Nagły wybuch.

Miałam poprawiać, a piszę nowe... Na ambicje mi kurna siadło.
Robota robota i jeszcze raz robota... No i jeszcze rysowanie. 
W sumie, nie narzekam, przynajmniej mogę się skupić na czymś innym niż na myśleniu. B)
Enjoy! 
***
- Hej mały, jak życie? - Toby zamrugał kilkakrotnie, nie do końca wierząc w to co widzi.
- Ujdzie. - Odpowiedział, wodząc wzrokiem od Jaydena do Damiena. Westchnął cicho, domyślając się o co chodzi. - Co dziecko nabroiło?
- Co złego to nie ja. - Damien uśmiechnął się złośliwie, jednak Toby zupełnie go zignorował, wwiercając swoje spojrzenie w Jaydena.
Rozwścieczyło to Cola.
Nienawidził być ignorowany.
- Nic nic... Tylko troszkę pobiegał.
Ten jego idiotyczny ton.
Ignorancja Toby'ego.
Nie wytrzymał.
W kilku krokach znalazł się przy biurku Toby'ego i z hukiem uderzył swą nogą o krzesło.
Emanowała od niego ta dawno nie widziana mroczna aura. Wykrzywił usta w sadystycznym uśmiechu, gdy Reus wreszcie zwrócił na niego uwagę.
Tak jak należało.
- Och, czyżbyś jednak mnie widział? - Zapytał, pełen cynizmu. Jego uśmiech poszerzył się jeszcze, gdy Toby tylko wycedził przez zęby;
- Zechciałbyś usiąść?
- Oczywiście. - Lecz zamiast zająć miejsce na krześle, odbił się od niego, sadzając się na biurku.
Tym samym, przy którym jakiś czas temu przyszpilił Toby'ego.
Przy tym samym, przy którym Toby go odepchnął...
Mierzyli się tylko nienawistnymi spojrzeniami, nic nie mówiąc. Jayden czuł się nieco skrępowany tą ciszą, ale nie do końca wiedział, co powiedzieć. Oczywiście, mógłby wyjść, ale czuł, że zostawienie tej dwójki samym sobie w tym momencie nie było najgenialniejszym pomysłem, jakie miał w swoim życiu.
- Co wam się stało? - Odezwał się, wreszcie otrząsając się z osłupienia. Poważnie się nad tym zastanawiał z resztą. Przecież wcześniej nie wydawali się być w żaden sposób skłóceni, Damien nawet ucieszył się na wieść, że może tu przebywać. A teraz? Wyglądali, jakby mieli zamiar się pozabijać.
Mężczyźni wreszcie zwrócili na niego swą uwagę, przerywając intensywność między sobą.
Damien tylko mruknął coś w stylu "Ja nie wiem" i zerknął na Reusa, unosząc brew.
A Jayden mógł przysiąc, że tamten nieco poczerwieniał.
- Nic. - Odpowiedział mu jednak Toby, zachowując spokój. - Po prostu Damien nie może znieść tego, że nie jest w wiecznym centrum uwagi. Tyle.
- Nic. Toby nie może pogodzić się z tym, że nie jest taki jak "wszyscy". Tyle. - Naśladował go Damien, wyraźnie próbując zrobić mu na złość.
Jayden znowu nie miał pojęcia o czym mówią.
Wiedział tylko, że znowu musi coś powiedzieć, bo Toby wyglądał, jakby był na skraju wytrzymałości.
- Rany, spokojnie. Co się tutaj zepsuło? - Miał wrażenie, że Reus poczerwieniał jeszcze bardziej, a obydwaj automatycznie odwrócili od siebie wzrok.
Doprawdy, gorzej niż dzieci, pomyślał Jayden.
- Czy twój kumpel chce nam zrobić jakąś terapię dla par?
- Obawiam się. - Rozluźniło to nieco tę wrogą atmosferę, jednak dalej dało się wyczuć ich lekkie zdenerwowanie.  Stonerowi natomiast opadła szczęka.
- Na prawdę was nie rozumiem...
- My siebie też nie. - Damien wzruszył ramionami, a Toby nawet uśmiechnął się lekko.
Uspakajali się?
- Ale... Tak nagle wszystko w porządku? - Tym razem odpowiedziała mu cisza. Westchnął, łapiąc aluzję. - Na pewno nie pozabijacie się jak wyjdę? - Reus najwyraźniej uważał ścianę za najbardziej interesujący obiekt w jego życiu, a Damien tylko patrzał się na Stonera wzrokiem mówiącym "Idź i nie wracaj".
A niech im będzie, pomyślał blondyn.
- Jakby co to krzyczcie. - Rzucił i wyszedł skocznym krokiem, powodując u Damiena niekontrolowane parsknięcie.
Toby jednak siedział zupełnie cicho, nawet nie zwrócił swoich oczu ze ściany.
Usłyszeć można było tylko tykanie zegara.
Cole czuł jak znowu obejmuje go irytacja, ale zapytał w miarę spokojnie;
- Oceń w skali od jeden do dziesięciu, jak bardzo jesteś zły za przystawianie się do ciebie i odkrycie twojej orientacji? - Reus uśmiechnął się krzywo, nieco na niego zerkając.
- Trzy.
- To nie chce widzieć cię w dziesiątce.
- Zapewne nie chcesz. - Cole na prawdę nigdy nie mógł znieść sztywnoty. A teraźniejsza dobijała go najbardziej.
Sprawnie przyciągnął Toby'ego za przód koszuli, zmuszając go do pełnego odwrócenia się w jego stronę.
Teraz patrzeli sobie prosto w oczy, oddychając cicho. Kontrast ich wyglądu był przerażająco widoczny.
Gdy mówili, drażnili sobie nawzajem twarze gorącym oddechem.
Drażniącymi słowami.
- Chcesz, żebym znowu to zrobił?
- Słyszałeś to co mówiłem przy drzwiach?
- Nie pierdol. - warknął Damien, wpijając się agresywnie w usta Toby'ego.
I ku jego zaskoczeniu, Toby wcale nie miał zamiaru się opierać.
Przeciwnie.
Wplątał palce w czarne włosy i możliwie bliżej przyciągnął Damiena, oddawał pocałunek tak desperacko, jakby tylko on dawał mu tlen.
Jakby w ten sposób oddychał.
Oderwali się od siebie zdyszani.
- Wow... Nie spodziewałem się tego. - Mruknął Damien, wytrzeszczając oczy. Toby rzucał mu spojrzenie spod byka. - Mogę jeszcze raz?
- Zamknij się. - Odwarknął mu przemiło Reus, próbując dojść do siebie. - Mówiłem ci kretynie, że jestem w pracy. - Damien nie mógł nic poradzić na swoje myśli.
I myślał, że Toby potrafi wyglądać na prawdę uroczo.
- Nie wydawałeś się być niezadowolony.
- Bo wyjątkowo nie byłem. - Rzucił Damienowi tak wyzywające spojrzenie, że brunet przez chwilę zastanawiał się nad użytecznością kanapy w gabinecie. Toby odchrząknął, sprowadzając go na ziemię. - Jak myślisz, jak delikatnie dać znać rodzicom? Nosić obcisłe gacie i różowe futerko?
- To nie twój styl. - Rzucił Damien, ale widząc powagę Toby'ego, kontynuował. - Co się tak przejmujesz? Podpisałeś papierek, że dasz im cudne wnuki czy jak?
- Bo nie lubię być wydziedziczany. W dodatku, do tej pory myślałem, że jestem aseksualny. - Cole nie mógł się powstrzymać i wybuchł śmiechem.
- To takie urocze. Nieświadomość. - Szczerzył się, obejmując Toby'ego ramieniem. - Geje. Wszędzie geje. Jakby co, zawsze masz mnie.
- Najmarniejsze pocieszenie jakie w życiu usłyszałem. - Mimo ostrych słów, uśmiechnął się lekko.
No tak.
Nie było mu wcale tak trudno...

wtorek, 8 grudnia 2015

Ijuuin x Usagi - Kochasz mnie? Nie wiem...

No więc... Nie do końca wiem co to jest. XD
Niekanoniczny paring z Junjou Romantici... Ciekawe..? 
Po prostu ja i, jak się okazało, spora liczba koleżanek dość miało Usagiego w roli seme, bo coś nam tu nie pasuje... No i lubimy te silne emocje między tymi postaciami... Przez pół pisania na kartcę, bo zawsze piszę na kartce, nie wiedziałam jak nazywa się ten mangaka... Taka ciekawostka. XD
Więęęc... Miłego czytania, I guess.



- Nie dotykaj mnie. - Warczy Akihiko, odpychając Kyo lekko.
- Dlaczego?
- Bo nie chcę. - Odpycha go mocniej, jednak ciągle bez przekonania. Myśli o Misakim i tylko dlatego jeszcze się opiera. 
- Wiesz przecież, że on nie jest taki tak ty... - Odpowiada brunet, jakby czytając mu z myślach. - Jak my. - Sprostowuje po chwili. 
- Jak my... - Powtarza cicho Usagi, zastanawiając się nad pełnym znaczeniem tego zdania. Jest zły, bardzo zły i nie zamierza ukrywać tego przed mangaką. - Czy nie będzie ci żal zawodzić swojego zbawiciela? - Mówi ironicznie, udawana pewność siebie rozświetla jego twarz i przemawia przez ciało. Jednak Usagi nie jest pewny siebie.
Nie tym razem. 
Bo nie wie czy jest w stanie dłużej znosić swe połamane serce. 
- On nas nie kocha, to go nie zawiedzie... - Mruczy Ijuuin, choć widać, że nie jest zadowolony ze swych słów. Akihiko odwraca się do niego przodem i patrzy mu prosto w oczy. Pyta:
- A ty mnie kochasz? - Obserwuje każdą zmianę na twarzy bruneta. Kyo wyraża najpierw zaskoczenie, potem zrozumienie, a na końcu przemyślenie. 
- Nie wiem. - Odpowiada wreszcie, Usagi wie, że mówi prawdę. Mimo to, czuje jak brunet wplątuje jego ciepłe palce ze swoimi, zimnymi. - Nie chce żebyś wyszedł. 
- Nazywasz to miłością? - Prycha obraźliwie, ale w głowie ma mętlik. Nie wie co myśleć, a ciepła dłoń wcale mu nie pomaga. 
„Mimo moich zaprzeczeń, nie chce żebyś puszczał.”
- Nie wiem... - Mówi cicho i niepewnie, lecz zdecydowanie nie nieśmiało. Po prostu już dłużej nie wie... Nic nie wie, nie rozumie. - Nigdy się tak nie czułem. - Odpowiada szczerze, mocniej ściskając dłoń Usagiego.
„Dobrze, nie chce już dłużej być tak daleko.”
- Puść mnie. Misaki będzie się martwił. - Mruczy pod nosem i zerka na podłogę, napinając mięśnie ręki. Kyo przyciąga go nieco do siebie, teraz może poczuć zapach jego wody kolońskiej. Zaciska wargi, próbując pozostać przy trzeźwych zmysłach, bo teraz naprawdę ostatnim na co ma ochotę jest powrót do domu i martwienie się o Misakiego.
Teraz jedynym czego chce jest mocno wtulić się w Kyo i trwać tak przynajmniej do następnego poranka. 
Dlatego praktycznie błaga w myślach „Nie puszczaj mnie, Kyo... Jeszcze nie puszczaj...” - Muszę iść... Muszę. - Szepcze, zaciskając drugą dłoń w pięść.  Biała grzywka zasłania mu oczy. 
Ijuun go nie puszcza, ale też już nie przyciąga. Trwają w bezruchu, jakby planując co zrobić dalej. Korzystając z chwili. 
- Przepraszam. - Mówi nagle mangaka, starając się za bardzo nie wypłoszyć ciszy. - To moja wina. - Zaskoczony Usagi podnosi wzrok i otwiera usta, jednak zupełnie nie wie co powiedzieć.
„Nie puszczaj...”
- To wszystko stało się przeze mnie. - Kontynuuje brunet. - Pokłóciłeś się z Misakim, bo namieszałem mu w głowie, a teraz jeszcze wciągam cię w ten chory związek... - Milknie na chwilę, jakby nie mogąc zebrać się w sobie, jednak w końcu wymawia to jedne, ostatnie słowo, którego Usagi w tej chwili nie znosi słyszeć. - Przepraszam...
„Nie”
Widzi jak Kyo podnosi dłoń i wplątuje ją w swoją przydługawą, czarną grzywkę, zasłaniając jedno oko. Wygląda na skruszonego i rozgoryczonego. 
Zimne i lepkie macki strachu oplatają Usagiego zupełnie. 
„Nie... Nie rób tego.”
Uścisk na jego palcach rozluźnia się, po czym zupełnie znika.
„Proszę...”
Kyo odwraca się do niego tyłem i robi parę kroków przed siebie. Wystarczająco dużo, by nie czuć już bliskości Usagiego i patrzy gdzieś w przejście między ścianą, a podłoga. Krzyżuje ramiona i głośno bierze jeden oddech za następnym.
Bo nie wie, czy jest w stanie znieść tyle małych igiełek wbijających się w serce. 
Wokół niego unosi się ciężka, ciemna aura smutku i zrezygnowania. 
Usagi stoi jak wryty, nie wie co zrobić i czy rzeczywiście coś robić.
Kyo się poddał... Kyo go puścił... Kyo go zostawił...
„Wróć proszę... Trzymaj mnie dalej.”
Usagi również czuje zrezygnowanie. Kładzie dłoń na gałce w kolorze złota i jeszcze przez chwilę patrzy na plecy mangaki. 
Odwraca się w stronę drzwi. 
Kyo czuje ręce, mocno oplatające go w pasie i w tej chwili mocno wyczuwalny zapach truskawek. Jest zaskoczony, ale nie mniej szczęśliwy. Na jego twarzy pojawia się drobny uśmieszek. 
Usagi wtula twarz w jego plecy i wcale nie chce puszczać. Jest mu przyjemnie. 
Coś mocno ściska jego serce, gdy Kyo łapie go za ręce i delikatnie odpycha, ale chwilę później, gdy mangaka bardzo szczelnie i czule przytula go do siebie i całuje w czubek głowy, czuje tylko ten flegmatyczny, zupełnie puchaty rodzaj szczęścia. Brunet odzywa się, a w jego głosie słychać niejaką frywolność:
- A ty mnie kochasz, Akihiko? - Usagi czuje, że jest czerwony jak pomidor, jednak wcale mu to nie przeszkadza, bo w głowie czuje tylko zupełnie przyjemne szumienie. Ujmuje dłoń Kyo i z powrotem splata ich palce.
- Nie wiem. - Mruczy i wygodnie wciska twarz w jego ramię. - Ale proszę, już nigdy mnie nie puszczaj...

Ogłoszenia Świąteczne!

No więc, przepraszam, że mnie nie było i że mnie nie będzie. Otóż nie mam internetu i nie wiem kiedy będę miała. Więc na mikołajki mnie nie było i nie wiem czy będę w stanie być na święta. 
Jednakże nie próżnuję i nie mam zamiaru, więc mam parę świątecznych prezentów... Hm... Myślę, że zdradzenie ich już teraz nie będzie żadnym „grzechem”. ;) 
Otóż, wiadomo już, że do opowiadania „Totalna psychoza” ilustracje będą. A wiem stąd, że już są właściwie zrobione, ale nie za bardzo mam je jak przesłać... 
Drugi to oczywiście więcej opowiadań. Pojawią się jeszcze takie „gwiazdki” jak na przykład; 
  • Specjal z Ciekawego Pacjenta. 
  • Więcej PurpleMike. 
  • Prawdopodobna Shizaya. 
  • Nowe, kilkurozdziałowe opowiadanie z Tatsumi x Toshio. 
  • I jedno, również nowe, aczkolwiek niekoniecznie kilkurozdziałowe opowiadanie z Lysander x Kastiel. 

Oj żaden fandom nie zostanie bez krzywdy! 
3. No i trzeci prezent... Wielka chwila..! Turum turum! Na blogu pojawi się kolejna zakładka! I to nie byle jaka, bo nosząca tytuł „Tłumaczenia”! I będą to tłumaczenia, jak sama nazwa bloga, różne. Ja zazwyczaj czytam z konkretnymi paringami i fandomami (Od Sherlocka po Miraii Nikki... Serio. Mogłabym gdzieś to nawet opisać. ;D), ale, kolejna mała niespodzianka... Tłumaczenie można zamówić! Darmo oczywiście. Będę tłumaczyć tylko z angielskiego, bo do innego przedmiotu językowego mnie talentu nie mam, ale ale, angielski fandom jest naprawdę straaaasznie rozrośnięty. Anyway, mnie jak i was obowiązywać będą pewne zasady, które będą pierwszą rzeczą zrobioną w tym kierunku. Nie chcemy przecież być „tymi złymi” i zwyczajnie kraść, więc... W sumie, będzie ich parę. Ale to w poście specjalnie do tego przygotowanym... Jak na razie żegnam was i życzę wesołych świąt! ~~ AnonimekKY.


A więc nie będę tworzyć nowego posta, tylko doczepię się tu (Anon mam nadzieje, że nie będziesz zła XD)
Jak mogliście zauważyć, od jakiegoś czasu opowiadania z serii "Violetta" pojawiają się rzadko, a jak już to są do dupy (moja opinia)
Na pewno dokończę to opowiadanie, ale na razie brak weny, ale by fanów Leonetty nie zostawić pokrzywdzonych tym, że  pisze na razie jakieś One Shot'y czy rozdziały "Nadzieja umiera ostatnia" postanowiłam, że dokładnie 24 grudnia opublikuję pierwszy rozdział nowego opowiadania z Leonetty. Całkiem nowa historia (tego potrzebowałam, czegoś...świeżego?) Mam nadzieję, że to opowiadanie wam się spodoba. Na razie będą pojawiać się opowiadania raczej nie związane z Violettą, ale tak jak mówię cierpliwości ;) Ja się żegnam See you!~Alex Honest 

niedziela, 6 grudnia 2015

RinHaru cz.2


Ho, ho, ho! Witam was w Mikołajki :)
Z tej okazji 2 część RinHaru XD
Łapcie zdjęcie :P








To stało się tak nagle. Haruka doznał szoku. Rin był dla niego przyjacielem, nikim więcej. Może mu się tak tylko wydawało? Pocałunek, był przyjemny. Spowodował u bruneta ściskając ból w podbrzuszu i lekkie dreszcze, które przeszły mu przez całe ciało. Oderwał się od niego, a wzrok wbił w podłogę. Był zmieszany. Matsuoka chwycił jego dłoń, i lekko przejechał po niej swoim kciukiem. Haru jeszcze bardziej nie wiedział jak się zachować, co powiedzieć i czy w ogóle się odzywać. Nie zabierając dłoni, siedział obok i milczał.
-Podobało ci się?- zapytał. Był pewny siebie, jak zawsze, ale zbyt jak na zaistniałą sytuację. Niebieskooki wzruszył ramionami. Zza opadających kosmyków grzywki, widział szyderczy uśmiech Rina. Ten zaś położył dłoń na policzku swojego przyjaciela.
-Rin...-wyszeptał
-Milcz, twoje gadanie jest zbędne, Jeszcze coś zepsujesz- ostrzegł i wpił się po raz kolejny w jego usta. Haruka nie ukrywał swojego zdziwienia, ale ostatecznie oddał  pocałunek. Gdy w końcu oderwali się od siebie, usłyszeli lekko drwiący głos.
-Koniec tej romantycznej scenerii, Rin skocz po coś do żarcia- odezwał się Sousuke. Bordowowłosy gwałtownie spojżał na przyjaciela.
-Długo nam się przyglądasz?-w jego głosie można było usłyszeć nutę złości. Haruka przyglądał się im, ale nic nie mówił.
-Wystarczająco, ale serio głodny jestem- pomasował się po brzuchu. Chłopak leniwie podniósł się z łóżka, i udał się do kuchni, ciągnąc za sobą Haru. Po kolei zaczął wyjmować składniki. Chwycił się pod boki, a brunet spojrzał na ustawione na stole jedzenie.
-Haruka?
-Co?-spojrzał w jego oczy, ale po chwili znów wbił wzrok w ziemie.
-Makrela czeka- rzekł chłopak, podając mu patelnie.- Czuj się jak u siebie w kuchni- zaśmiał się. Brunet westchnął. Zaczął rozglądać się po kuchni w poszukiwaniu czegoś.
-Tego szukasz?-zapytał ironicznie, i podszedł do chłopaka. Haruka chciał odebrać od przyjaciela fartuch, ale ten natychmiast cofnął rękę.
-Odwróć się- warknął. Brunet posłuchał go. Matsuoka przełożył go przez głowę Nanasę, a następnie zawiązał go z tyłu. Celowo lekko podciągnął koszulkę bruneta opierając swoje dłonie, na jego nagich biodrach. Poczuł jak chłopak się wzdrygnął, a on uśmiechnął się pod nosem.
-Masz, zimne ręce- szepną- Robisz to celowo?
-Nie, myśliś, że bym cię tak dręczył?- mówił przez śmiech. Ich "romantyczna" sytuacje po raz kolejny przerwał Sousuke.
-No nie wierzę- zaśmiał się- Zostawić was na chwilę samych- pokręcił głową i udała się do lodówki.
-Nie musicie się wysilać- rzucił przez ramie i wraz z kanapką wyszedł z pomieszczenia.

-Aua!-krzyknął blondyn trzymając się za policzek- Głupku!
-Nagisa, nie przejmuj się- powiedział Tachibana. Chłopak zakradł się od tyłu na Sousuke, a po chwili zatarł go śnieżka w twarz. Haruka przyglądał się z boku. Na twarzy rysował mu się lekki uśmiech.
-No to jak Nanase? Przegrywasz pierwszą rundę?- zasugerował bordowowłosy, a po chwili biała, zimna kulka wylądowała na policzkach bruneta. Haruka długo nie pozostał mu dłużny. Ruszył w biegu za uciekającym rekinem, który biegał równie szybko jak pływał. Ale tępo nie było przeszkodą Haru. Dawał z siebie wszystko i mknął w pogoni za przyjacielem. Kiedy był blisko rzucił się na Rina przy czym obaj wylądowali na zimnej powierzchni. Haruka siedział na nim okrakiem i okładał śnieżkami.
-Ej! Stop!-warknął i zaczął wypluwać resztki śniegu, które znalazły się w jego ustach. Haruka nie zszedł z niego, lecz przyglądał się. Miał czerwone policzki od zimna i lekko mokre włosy. Wyglądał jak mały dzieciak. Patrzeli sobie prosto w oczy.  Brunet poczuł jak gwałtownie przewraca się w prawo i  leżał na białym puchu.
-Teraz ja jestem górą- zaśmiał się pokazując białe kły. Niebieskooki nic nie powiedział, tylko nieświadomie oblał się rumieńcami. Na twarzy Rina pojawił się nieśmiały uśmiech, a po chwili złożył na jego ustach szybki i delikatny pocałunek. Haru po raz kolejny odczuł przyjemny dreszcz. Zepchnął przyjaciela z siebie, a sam wstał i się otrzepał. Brunet w drodze do domu rozmyślał o tym co w przeciągu tych dwóch dni zaistniało po między nim a Rinem. Mętlik w głowie doprowadzał go aż do bólu, ale nie na długo. Poczuł mocny dotyk na prawym ramieniu, a po chwili był przyparty do ściany.
-To co stało się dzisiaj było wspaniałe- szepnął i brutalnie pocałował Nanase. Po skończonym pocałunku bordowowłosy zniknął w ciemnościach, zostawiając Harukę samego.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Ezio x Altaïr - Dzieło Sztuki.

Wiem, że są podobne, ale przynajmniej tu jest fabuła...
Znooowu to samo... FUCK U BRAIN.
No nieważne... Miłego czytania? XD
***
Krągłe piersi, wąska talia, oliwkowa cera, długie włosy upięte w luźny kok...
Istne dzieło sztuki, anioł na ziemi.
- Cholera Ezio, skupisz się wreszcie? - Anioł ten pociągnął go za włosy, kierując jego wzrok gdzieś wyżej niż linia dekoltu. Prosto na piękną twarz, teraz wykrzywioną w wyrazie niezadowolenia, i duże bursztynowe oczy, rzucające gromami złości.
Ezio uśmiechnął się się przepraszająco, podziwiając stanowczość i władczość tak drobnej kobiety.
- Perdonare bello. - Przewróciła oczami, wprawiając go w jeszcze bardziej błogi nastrój.
I jak tu się skupić przy takim cudzie?
Altair nie była włoszką. Z resztą, widać to było na pierwszy rzut oka.
Nie była kobietą skorą do flirtów, za to miała prawdziwie porywczy charakterek. Mimo wszystko, była niesamowicie sumienna i ponad wszystko ceniła własny honor.
Gdyby się głębiej zastanowić, przeciwieństwo frywolnego i zupełnie beztroskiego Ezio.
Jednak Ezio raczej nie lubił zastanawiać się w ten sposób.
Cóż, kobieta ta była nowością i wyzwaniem dla Włocha.
Nie mógł i nawet nie próbował ukrywać faktu, że był nią zauroczony.
A może nawet więcej?
I właśnie dlatego, zamiast jak porządny uczeń jego pokroju szlajać się po mieście z kumplami i jakimiś dziewczynami, siedział w domu i się uczył.
A to, że nie do końca wiedział nawet czego, to już inna sprawa.
Dotknął włosów kobiety, próbując rozluźnić wiązanie, lecz ta natychmiast trzepnęła go w rękę, fucząc wściekle.
- Miałam cię tego nauczyć, więc cię tego nauczę. Choćbym miała przesiedzieć tutaj cały weekend.
- Si si. - Ezio przeciągnął się leniwie na krześle, wyciągając nogi. - A co powiesz na małą przerwę podczas tej naszej pięknej dwudniowej randki? - Przez chwilę skierowała na niego swój sceptyczny wzrok, po czym uśmiechnęła się cwanie.
Aniołek pokazał pazurki.
Może już diabełek?
- Chętnie. Jak tylko BEZBŁĘDNIE napiszesz mi odpowiedzi. - Nabazgrała coś na kartce i podsunęła mu pod nos.
Ezio spojrzał na kartkę niepewnie i wziął ją do ręki, czytając.
- Cóż to za czarna magia? - Zapytał żartobliwie, choć tym razem wcale nie było mu do śmiechu.
Klął na siebie w duchu, bo wiedział, że Altair miała rację, powinien to umieć, potrzebował korepetycji.
Tylko że w tym wypadku korepetytorka była zbyt dużym (ale przyjemnym) utrudnieniem.
Altair westchnęła ze zrezygnowaniem, z powrotem zabierając kartkę.
Ich dłonie zetknęły się na chwilę, na co spąsowiała nieco, sprawiając, że skupienie Ezio znowu odeszło w zapomnienie.

- No więc... - Odchrząknęła twardo. - Tym razem masz naprawdę uważać. Chcesz się nauczyć czy nie?
- Chcę, ale... - Zaczął Ezio, nie za bardzo wiedząc co ma w sumie powiedzieć. Na jego szczęście, Altair nie miała zamiaru czekać na jego wysłowienie się;
- To mnie słuchaj. Będzie się taki cały rok do bab przymilał, a potem przychodzi co do czego i nic nie umie... A ja ci jeszcze pomagam...
- Merci. - Tym razem to Ezio jej przerwał, uśmiechnął się delikatnie, z wdzięcznością.
Był to szczery wyraz.
Altair nie musiała mu pomagać.
A mimo to siedziała z nim tutaj, w ten piękny weekend.
Postanowiła poświęcić swój czas, urodę i nerwy na jego nauczanie...
Nawet mając cierpliwość dla jego skupienia, głupiego gadania i pożerania wzrokiem.
- Grazie mille bella. - Ukłonił się lekko, na co Altair tylko machnęła ręką. Ezio wiedział, że nie rozumie ona zbyt dobrze Włoskiego, jednak nie mógł powstrzymać się od wtrąceń zdań w jego ojczystym języku.
Kobieta pacnęła go w ramię, z powrotem sprowadzając na ziemię. Uruchomił swą całą silną wolę i inteligencję, aby zrozumieć zadania i tłumaczenie Altairy.
Warto było, pomyślał widząc dumny uśmieszek kobiety. Kąciki jej ust ledwo się unosiły, ale Ezio mógł zobaczyć jej spokojną minę i zadowolone spojrzenie.
To wystarczyło.
Poza tym, zrozumiał coś, co jeszcze niecałą godzinę temu uważał za niemożliwe chińskie znaki.
Był nieukrywanie szczęśliwy i dumny z siebie, że udało mu się spełnić wygórowane oczekiwania Altairy.
Cóż, jak to on, nie mógł się powstrzymać od nieco narcystycznych pochwałek;
- Mówiłem, że potrafię. Ezio Auditore la Frienzo nie jest kretynem i Altair musi to... - Natychmiast zapomniał języka w gębie, zapomniał nawet co miał powiedzieć, gdy poczuł delikatny, słodki pocałunek na swoim policzku.
- La tadhkarha. - Mruknęła nie patrząc na niego, spokojnie zbierając swoje zeszyty.
Ezio nie mógł powstrzymać uśmieszku.
Zaprawdę, cudowna kobieta.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Nadzieja umiera ostatnia #5- Jesteś bezczelny!

Obudził ją ból kręgosłupa. Alicja leniwie przetarła oczy, a światło słońca utrudniło jej ich otworzenie.
Leżała na czymś twardym.
Nie mogła być to jednak podłoga.
Coś uwierało ją w bok.
Kiedy otworzyła oczy, spostrzegła nogi. Nie mogły być to jej, ponieważ swoje miała skulone prawie pod brodą.
Więc kogo to nogi?- pomyślała. Dopiero po chwili przypomniała sobie, o nie proszonym gościu.
Dawid! Cholera!- Gwałtownie zerwała się z jego klatki piersiowej i zaczęła go budzić. Chłopak nie reagował. Szatynka potrząsała nim mocniej.
On nadal nic.
Była dość wystraszona. "Może mu się coś stało? Jak jest nie przytomny?". Po raz kolejny chciała go szarpać, ale na jego twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech. Zdenerwowało ja to.
-Jesteś normalny? Wiesz jak się wystraszyłam?- zaczęła się dąsać siadając pod ścianą.
-Kto by pomyślał, że tak się mną przejmiesz- zakpił.
-Jesteś bezczelny! Wynoś się!- skierowała się w jego stronę. Dawid uśmiechnął się szelmowsko.
-Co cie znowu bawi?
-Szczerze, to ty. Masz taka śmieszną minę jak się złościsz, a raczej próbujesz- zaczął ja udawać. Alicja uderzyła go poduszką.
-Skoro ci tak do śmiechu, to mnie zostaw. Wynoś się- spojrzała się na niego z pod byka. Przynajmniej próbowała, ale na Dawida to nie działało.
-Powinienem ci robić zdjęcia i patrzeć na nie. Na pewno bolał by mnie brzuch od śmiania się- położył się na łóżku i wybuchnął śmiechem małego chłopca. Alicja wróciła myślami do dnia, kiedy poznała Aleksa, Był taki wesoły i pełen energii.
-No już wynoś się.-warknęła
-Uuu...Czyżby nasza Ala pokazała pazurki?- mówił przez śmiech
-Bardzo zabawne, nara- pchnęła go w stronę drzwi. Szatynce już ulżyło, gdy myślała, że brunet już wyjdzie, jednak nie. Oparł się o framugę drzwi, Rękę miał trochę nad głową, przez co Alicja mogła bez problemu podziwiać jego wystające biodra i nisko noszone spodnie."Chudy, za chudy- pomyślała.
-Na co czekasz? Na zaproszenie? Nie doczekasz się, więc spadaj- przewróciła oczyma.
-Wiesz, mamy około jedenastej rano- spojrzał na zegarek wiszący na ścianie.- Nie sądzisz, że gdy tak od ciebie wyjdę, to mogą sobie pomyśleć, że oddałaś mi swoje dziewictwo?- uśmiechnął się triumfalnie.
-Ja? Dzie...Eugh..Spadaj stąd!- wypchnęła go za drzwi i zamknęła mu je przed nosem. Zsunęła się po nich i westchnęła. Ogarnęła się szybko i zeszła na śniadanie . Na jej nieszczęście, Aleks również w tym samym czasie postanowił coś zjeść. Minęła go obojętnie. Nakładając sobie coś do zjedzenia, podszedł do niej.
-Hej- powiedział cicho. Alicja nic nie odpowiedziała. Udawała, że skupia się na rysowaniu minki ketchupem na kanapce.
-Tak będą wyglądać nasze relacje?- zapytał obracając się w jej stronę. Dziewczyna wzruszyła ramionami.
-Może? Dlaczego ty zawsze jesteś taki uśmiechnięty? Jak ty to robisz?- odwróciła się w jego stronę.
-To chyba dobrze? Nie wiem, nie przejmuję się drobiazgami jak ty- burknął Alicja zmarszczyła brwi.
-Przejmuję się drobnostkami? Rzeczywiście, rodzina zastępcza to wielka drobnostka- wyminęła go i udała się do stolika, w kącie. Aleks poszedł w jej ślady.
-Daj spokój, wiesz, że nie o to mi chodziło- usiadł na przeciwko szatynki. Alicja dłubała coś w talerzu, ale nie miała zamiaru jeść.
-Przepraszam, ale nie jestem głodna- zostawiając tackę udała się do swojego pokoju. W drzwiach wsadzoną miała mała karteczkę. Wzięła ją w dłonie, ale zanim zobaczyła co na niej jest napisane, rozejrzała się w koło. Korytarz był pusty. Z zaciekawieniem zajrzała do środka.
Mogłam się domyślić- pomyślała.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Nadzieja umiera ostatnia #4- Nieproszony gość

Aleks trzasnął drzwiami, a dziewczyna obserwowała jak zamykają się z hukiem. Miała ochotę wybuchnąć płaczem i śmiechem jednocześnie, ale uznała, że to była by zbyt psychiczne zachowanie. W dodatku obiecała sobie, że nie będzie więcej wylewała łez z błahego powodu, co ostatnio zdarzało jej się  często. Miała dość tego miejsca, tego pomieszczenia, tych szarych ścian, na których widok miała ochotę zwrócić swój obiad. Położyła się na łóżku z chęcią zaśnięcia i przespania tych wszystkich chorych sytuacji. Niestety jej myśli, które w tamtym momencie  zalały ja jak lawina, nie dały jej w spokoju zapomnieć. Zastanawiała się nad sytuacją z rodziną zastępczą, Aleksem, a przede wszystkim Dawidem. Chłopakiem, który mieszkał w piwnicy jej "domu". Wydawał jej on się bezuczuciowy. Miała wrażenie, że nie przepada za ludźmi i woli przebywać sam, tylko dlaczego nie mieszkał jak inni? We własnym pokoju, we własnych czterech szarych ścianach, które tylko przyjęły nazwę "pokoje" w rzeczywistości, było to pomieszczenie z jednym łóżkiem i telewizją, nic więcej. Chyba, że przywiozłeś coś ze sobą, tak jak Alicja. Zabrała DVD, które dostała od mamy. Szatynka w końcu usnęła. I niby wszystko wydawało się okej, że prześpi tę kolejna noc i znów zacznie nowy może lepszy dzień. Jednak wypoczynek nie był jej dany. Usłyszała jak ktoś dobija się
do drzwi. Zaspanym wzrokiem, spojrzała na zegarek.
-Druga trzydzieści- wspaniale westchnęła. Udała się pod drzwi i otworzyła je po cichu.
-No, hej- brunet uśmiechnął się łobuzersko
-Dawid? Co ty tu robisz?- zapytała zaskoczona.
-No, nie mów, że czujesz się zdziwiona- zakpił. Chłopak oparł się o framugę drzwi, a bluzę zarzucił do tyłu trzymając ją na barku.
-Będziemy tak stali, czy wpuścisz mnie do środka?- przerwał ciszę. Dziewczyna chwilę się zastanawiała, lecz w ostateczności wpuściła go do środka. Dawid zgrabnie wyminął Alicję w przejściu i wygodnie usadowił się na jej łóżku.
-To co będziemy robić?- zapytał niczym trzyletni chłopczyk, który został z nianią.
-A co ty chcesz robić o tej godzinie?- zapytała wskazując na zegarek.,
-Hm...gdybym znał cię lepiej zaproponowałbym ci bardziej pikantniejsze zajęcie, ale sądzę, że w tym przypadku pozostaje nam obejrzenie filmu,- pokazał opakowanie z horrorem. Alicja skarciła go wzrokiem za ''pikantniejsze zajęcie' a po chwili jeszcze dorzuciła
-Nie lubię horrorów
-Wiem- uśmiechnął się szeroko. Ruda stała jak osłupiała i przyglądała się jak chłopak włącza film. Po chwili wrócił na swoje poprzednie miejsce z pilotem w ręku.
-No siadaj- nakazał jej.
- Wiesz co?
-Hm?
-Jesteś idiotą!
-Wow, czy to nie za szybko na ocenianie mnie?- hamował śmiech
-Nie, zdecydowanie nie. Znam cie ledwie niecałe dwa dni, a już wiem, ze jesteś idiotą- zirytowana odsunęła się od chłopaka.
-Dlaczego tak uważasz?
-A kto o zdrowych zmysłach odwiedza obcą dziewczynę o drugiej w nocy i pragnie oglądać z nią horrory, w dodatku wie że ich nie cierpi?!- zaczęła krzyczeć co jeszcze bardziej rozbawiło Dawida.
-Tak, masz rację miałem zamiar ci się dobrać do majtek, ale skoro mnie ubiegłaś to może nie będę musiał długo cię przekonywać- śmiał się jak małe dziecko. Bawiło go zachowanie szatynki.
-Naprawdę jesteś chory, chory psychicznie.
-Ja ci nigdy nie powiedziałem , że mam zdrowe zmysły.- uśmiechnął się uwodzicielsko.

sobota, 31 października 2015

PurpleMike "Pianino", Część 1 - Najbardziej samotnym jest się wśród ludzi.

Nareszcie stworzyłam! Dłusze rozdziały yeah. To dopiero częś pierwsza i dziwne dodanie tytułu...
No i PurpleMike, mój fav. (`・ω・´)”
***

Mike siedzi na widowni.
Widzi jak palce Vincenta intensywnie poruszają się po czarnych i białych klawiszach.
Słyszy energiczną muzykę.
Jego słuch, jak i z resztą pozostałych przebywających na widowni, jest nią pieszczony. Ta muzyka zdecydowanie jest jedną z piękniejszych jakie w życiu usłyszeli.
Mimo to, Mike nie czuje nic poza obrzydzeniem.
Głębokim, nienawistnym obrzydzeniem do autora, co przekłada się też nad obrzydzenie do muzyki.
Bo pomimo tego, że Vincent mógł tworzyć coś tak zadziwiająco pięknego, to raczej nie był typem osoby, która zazwyczaj to robi.
O nie, Vincent wolał niszczyć.
Ale nie ograniczał się do prostych sprzętów, to by było... Takie "nudne".
On niszczył ludzi.
Ich psychikę, zdrowie, poczucie własnego ja.
Tak jak zniszczył Mike'a.
Kawałek po kawałku wyrywając normalność z jego życia, zostawiając go  zupełnie nagiego.
Obdartego z godności.
Mike brzydził się upodobaniami Vincenta, tak samo jak brzydził się samym Vincentem.
I nie mógł powstrzymać lekkiego obrzydzenia do ludzi dookoła.
Wiedział, że oni nie są niczego świadomi. Ale czy coś zmieniłoby, gdyby byli?
Gdyby wiedzieli, ze po zejściu ze sceny, Vincent zwiąże jego nadgarstki tak mocno, że ledwo będzie je czuł, że zdrętwieją całe ze słabego dopływu krwi, i że dopiero wtedy zaczną się pieprzyć?
Nie kochać, nie uprawiać seks. Zwyczajnie pieprzyć.
Mike myśli, że całkiem zabawnie byłoby widzieć ich zmieniające się twarze i nagle czuje najsilniejsze obrzydzenie.
Obrzydzenie do samego siebie.
Bo Mike z własnej woli dawał się związać, pieprzyć, bić i poniewierać. Dał Vincentowi to, co Vincent kochał.
Kontrolę.
Kontrolę nad sobą.
Dał się otruć na tyle mocno, by zgodzić się, żeby Vincent z nim mieszkał i na to, by przywlekł ze sobą tyle swoich rzeczy, że sami ledwo się mieścili.
Takich, jak to piękne, czarne pianino.
Ale Mike nigdy go nie dotknął, nie ruszył. Rzadko nawet na nie patrzał.
Nie umiał na nim grać, więc nie widział sensu w robieniu tego.
A Vincent przy nim nawet się do pianina nie zbliżał.
Tylko czasem, gdy myślał, że Mike już śpi, to wygrywał sobie ciche, zupełnie spokojne nuty.
Tak niepasujące do niego samego.
Ale Mike często słyszał jak Vincent grał. Parę razy nawet zobaczył.
I na prawdę był to widok za który mógłby zabić.
Vincent w pełnym skupieniu, bez jakiś głupich uśmieszków, rozluźniony i przygarbiony.
Wydawał się wręcz nie-Vincentem. Osobą z innego wymiaru.
Mike, pomimo najwyższego obrzydzenia, musiał przyznać, że mógłby zostać dziwką Vincenta, nawet do końca życia.
Byleby móc na to patrzeć.
Dlatego Mike czuje się, jakby zaraz miał zwymiotować. Poważnie, bolał go brzuch.
Bo to właśnie wiedza o tym, co był gotów poświęcić była taka okropna.
Mike widzi jak Vincent odchyla głowę, w zupełnym poruszeniu chwilą.
Równocześnie lubi i nie znosi tego widok.
Vincent był nawet bardziej otwarty na scenie niż przy Mike'u, tego naprawdę w tym nienawidził.
Vincent może grać dla wszystkich tych ludzi, którzy się tutaj znajdują, a nigdy nie zagrał dla Mike'a.
Może Vincent brzydził się go tak samo, jak on brzydził się Vincentem?
Mike wbija palce w drewniane siedzenie i oddycha powoli, równomiernie.
Może tylko to pozwala jakoś uchronić go przed dziwnym, dokuczliwym i nieprzyjemnym uczuciem, które nagle zaczęło gromadzić się w jego wnętrzu.
Vincent kończy występ i kłania się, dopiero teraz podnosząc wzrok.
Tłum klaszcze z wyraźnym podziwem i aprobatą.
Jednak Mike nie rusza się ani o milimetr.
Patrzy tylko na scenę, na Vincenta.
I ma nadzieję, że Vincent nie zauważy jego obecności. Jego dziwnie płonących oczu.
Jednak Vincent widzi, zawsze jakimś cudem go dostrzega.
Uśmiecha się półgębkiem i schodzi ze sceny, a Mike tylko czuje jak wywraca mu się żołądek.
Nagle robi mu się strasznie duszno, ma wręcz trudności z nabieraniem powietrza. Wstaje więc z miejsca i również wychodzi.
W łazience omywa twarz lodowatą wodą, rozluźnia muszkę i zaczyna ciężko dyszeć, wręcz walcząc o każdy oddech.
Prawie śmieje się panicznie, widząc swój stan.
"Nie pojmuje po co ciągle tu przychodzisz." Mike nie musi się odwracać by wiedzieć. Prostuje się gwałtownie, nie pozwalając sobie na żadne słabości.
Wie, że to Vincent, który wygodnie opiera się o ścianę i przygląda mu się ze znudzonym wyrazem twarzy. Mike'a martwi jedynie to, że nie usłyszał jego wejścia. "Przecież nienawidzisz tych występów."
Mimo wszystko, Mike nie wie co mógłby odpowiedzieć, więc tylko wzrusza ramionami, starając się wyglądać zupełnie tak jak zazwyczaj.
Na silnego, niezależnego i niewzruszonego.
Wydaje mu się, że wypadł perfekcyjnie (jako iż nie pierwszy raz musiał zachować kamienną twarz), ale Vincent przewierca go spojrzeniem. Mike czuje się jak dziecko, które coś przeskrobało, chociaż wie, że to idiotyczne.
"Będziesz tak stał i się gapił?" Odzywa się możliwie najbardziej opryskliwie, chociaż wie, że Vincent w tym stanie, stanie wyciszenia spowodowanego graniem, i tak nie odpowie na zaczepkę.
Mike'a to wkurza, jeszcze bardziej niż jego normalne zachowanie, ale zaciska zęby, milcząc. Prowokacyjnie, robi parę kroków do przodku, zmuszając Vincenta do ruchu. Vincent przymyka oczy, stając prosto, nagle przewyższając Mike'a. Zazwyczaj korzysta ze swojego niewątpliwie wysokiego wzrostu, by patrzeć na niego z góry, lecz tym razem tego nie robi.
Mike czuje, że jest już na granicy panowania nad sobą, ale dalej milczy i patrzy jak Vincent rozluźnia się zupełnie, wkładając ręce w kieszenie spodni.
Teraz już nie wygląda jak typowy dżentelmen. Mike uważa, że to nawet lepiej.
Czeka aż Vincent opuści pomieszczenie, bo na prawdę nie ma ochoty iść z tyłu i narażać się na ten obojętny wzrok.
Wychodzi więc drugi, patrząc się tylko w podłogę. Ma nadzieję, że nikt nie zaczepi Vincenta, bo chce jak najszybciej wrócić do domu i pooddychać powietrzem bez towarzystwa tylu snobów i pseudointeligentów.
Zaczyna boleć go głowa, ma cholernie dosyć tego miejsca.
Czuje, jakby zaraz miał eksplodować. 

Świat snów jest światem szczęścia.

 Yey, remake Jeffa The Killera! XD
Czuję, że to mogło być bardziej rozpisane, ale... Obecnie mam wenę na taki styl. ;-; 
Swoją drogą, Halloweenowy special! 
***
Jak szybko zwykłe, niewyróżniające się niczym życie normalnego nastolatka może się zmienić?
Jeffrey Woods z pewnością był przykładem idealnej normy - miał swoje minusy i swoje plusy, uczył się przeciętnie, miał zwyczajnych znajomych.
Po prostu tkwił w swoich jeszcze dziecinnych marzeniach i nierealistycznych wyobrażeniach o świecie.
Czasem wydawał się być aż zbytnio niewinny.
Z pewnością przyczyniła się do tego rodzina - kochający rodzice, perfekcyjny wręcz młodszy brat, duży dom na prosu ulicy. Czegóż chcieć więcej?
Jeffrey, przez większość nazywany raczej "Jeff", uważał właśnie, że szczęścia miał już w życiu wystarczająco i sam postanowił powolnymi kroczkami zmierzać w dorosłość.
Interesował się medycyną, jako prawdziwy wrażliwy altruista, chciał pomagać ludziom.
Był tym dzieciakiem, który nigdy nie odmawia pomocy, przeprowadza babcie przez ulicę, ale mimo wszystko jest zbyt nieśmiały, by znaleźć sobie dziewczynę.
Zabawne, jak taki altruizm może przerodzić się w coś zupełnie innego.
W zwykły mętlik, czysty chaos.
A wszystko to spowodowane jednym wydarzeniem.
Jednym głosem.
Nie pamiętał nawet kto go zawołał, czyja na prawdę była to wina.
Nie istotne.
Istotne było to, że osoba ta, była zbyt nieuważna.
Narażona na krzywdę.
Na samochód pędzący wprost na nią.
To stało się tak szybko.
Światła.
Klakson.
Ból krew.
Ale co było dalej?
Ilekroć później próbował sięgnąć pamięcią, po prostu zaczynała boleć go głowa.
Witała go czarna pustka.
Nic.
Pamiętał tylko, że po tym wylądował w nowym, innym świecie.
Świecie marzeń.
Medycznie nazwaliby to zwykłą śpiączką, ale on wiedział, że nie było to takie proste.
Nie mogło to być przecież zwykłym określeniem, to było coś zbyt pięknego na zwykłą "śpiączkę".
To był świat idealny.
Bez bólu.
Bez starości.
Po prostu idealny.
Nie wiedział, nie pamiętał i nigdy nie pytał ile spał.
Wiedział tylko, że nieco się zmienił po przebudzeniu.
Jednak jego umysł dalej pozostał na tym samym stadium. A może nawet nieco się cofnął?
Jego skóra... Była biała jak śnieg.
Schudł.
Uważali, że mimo wszystko, przebudzenie nie było cudem.
Oczywiście, że nim nie było!
Było koszmarem.
A gdy błagał o powrót do tego miejsca, nie chcą nawet widzieć swojej rodziny, czy przyjaciół, uznali, że podupadł również na zdrowiu psychicznym.
On wiedział, że nie jest szalony.
Bo widział ten cudowny świat na własne oczy, a świat w którym znajdował się teraz... Był koszmarem.
Przypomniał sobie o tym wkrótce po tym, jak odwiedziła go rodzina.
Byli jednocześnie szczęśliwi i nieszczęśliwi, co za zabawna mieszanka uczuć.
Szczęśliwi, że się obudził.
Nieszczęśliwi, że tak się zmienił.
Ale nie chodziło tylko o to, o nie!
Jeff mógł wyczuć większy smutek... Smutek pochodzący z środka, trawiący ich i duszący.
Smutek, że są akurat w TYM świecie!
I Jeff już wtedy wiedział, że musi ich zabrać ze sobą.
Do świata snów.
Sam zawisł pomiędzy światami, jakby tylko ciało trzymało go na ziemi.
Ale był szczęśliwy, znowu mógł ratować ludzi.
Rodzina wzięła go do domu, "zadbała" o niego.
Teraz jego kolej.
Gdy wszyscy zapadli w swój powierzchowny sen, on musiał zrobić jeszcze jedną rzecz.
Wyrazić, jaki był szczęśliwy!
Był tak szczęśliwy, że wyciął sobie ogromny uśmiech na policzkach.
Największy jaki się dało.
Im większy, tym lepszy... Przecież taki był szczęśliwy!
A jednak, coś poszło nie tak...
Jego mama się obudziła i zobaczyła jego szczęście.
To wszystko przez te przeklęte reakcje słabego, normalnego organizmu...
Ona miała spać! Spać i być szczęśliwa!
A tymczasem, była przerażona!
Przez to Jeff prawie przestał być szczęśliwy, a stał się nieco zły.
Zanim jego mama mogła zrobić cokolwiek innego, złapał ją za włosy, gwałtownie odchylając jej głowę do tyłu i podrzynając jej gardło.
Ostanie co usłyszała, to "Idź spać, mamusiu".
Zabił ją jej własny syn... Tak bardzo zmieniony.
Tak bardzo szczęśliwy.
Tata na szczęście się nie obudził, mógł na zawsze być szczęśliwy i nie poczuć tych okropnych emocji!
Potem skradł się do pokoju kogoś kogo najbardziej kochał.
Liu, jego młodszy braciszek.
Jego snu chciał najbardziej. Chciał jego szczęścia.
Dlaczego musiał się obudzić?!
Dlaczego musiał zobaczyć Jeffa... Szarpać się?!
To nie powinno mieć miejsca!
Jeff jednak zdołał go ugłaskać, szepcząc "Idź spać Liu... Idź spać".
Teraz Liu również mógł być szczęśliwy!
Ale Jeff czuł, że to nie koniec...
Przecież nie tylko jego rodzina miała zaszczyt  być w tamtym cudownym świecie.
Więc zamiast uśpić samego siebie, Jeff ruszył po swych przyjaciół.
Po drodze odwiedzając sąsiadów.
Powoli obchodząc cały świat.
Och, Jeff miał jeszcze tyle roboty.
Przecież cały świat zasłużył na szczęście!

piątek, 30 października 2015

Nadzieja umiera ostatnia #3- Tajemnicze pomieszczenie

Dziewczyna znalazła się w jakimś dziwnym korytarzy. Duża przestrzeń w ciemnych barwach. Szatynka rozglądała się. Podeszła do drzwi. Było ich wiele, ale te jedne szczególnie ja zaciekawiły. Na końcu korytarza, ciemnoszare, stare drzwi. Chwyciła za klamkę, a drzwi bezdźwięcznie sie otworzyły. Wahała się, ale przekroczyła próg ciemnego i nieznanego jej miejsca. Widoczność miała ograniczoną. Prawą ręką  znalazła włącznik. Nacisnęła go, żarówka rozbłysła światło po "pokoju". Nie był to zwykły pokój. Przypominał piwnicę, jakiś składzik, lecz na jego końcu był "legowisko". Ktoś tam leżał, może spał. Alicja bała się podejść, aby w razie czego nie obudzić chłopaka. Miał czarne włosy, t-shirt i spodnie równiez koloru czarnego. Na pierwszy rzut oka przypominał Ali emo. Spodnie, to były raczej rurki, ponieważ był bardzo dopasowane do jego chudych nóg. Szatynka, była zdziwiona i trochę przestraszona, Już miała się wycofać, ale męski głos ją zatrzymał.
-Po co tu przyszłaś- Burknął
-Ja? Yyy...trafiłam tu przypadkowo- Odpowiedziała, nie przyznając mu się do tego jak naprawdę tu się znalazła. Obawiała sie, że uzna ja za tchórza czy coś.
-Nikt nie trafia tu przypadkowo. To korytarz obecnie zamknięty dla pomieszkujących tutaj. Odpowiedział obracając się w stronę Alicji. Dziewczyna stała tam nie ruszając się. Jej oddech przyspieszył gdy ujrzała twarz chłopaka. Był o dziwo przystojny. Nie spodziewała się tego. Spojrzała się w jego jasno błękitne oczy.
-Powiedzmy, że uciekłam od rzeczywistości?
-Od rzeczywistości? W takim razie źle trafiłaś. Rzeczywistość dotyka tutaj bardzo boleśnie. Westchnął i ułożył się na plecach. Zapadła między nimi cisza. Trwałą ona dość długo i była bardzo niezręczna. Brunet w końcu ja przerwał.
-A tak w ogóle to jestem Dawid-Wstał z "łóżka" i podszedł do zdezorientowanej dziewczyny,
-A ja Alicja- podała mu dłoń.- Mogę cię o coś zapytać?
-Chyba- Schował ręce do kieszeni swoich rurek.
-Dlaczego ty tu jesteś?- Zapytała oczekując odpowiedzi, choć była dziwnie przekonana, że jej nie otrzyma.
-To dość długa historia...- Powiedział i wyją z kieszeni papierosa i zapalniczkę. Zdziwiona zachowaniem mężczyzny nadal ciągła temat.
-Mam dużo czasu- naciskała.
-To naprawdę nic ciekawego- Warknął chłopak.- Nie, że cię wyganiam, ale lepiej będzie jak sobie pójdziesz.
Alicji zrobiło się głupio. Kiwnęła głową i odwróciła się w stronę wyjścia. W ostatniej chwili poczuła uścisk na swej dłoni. Spojrzała się w tył.
-Nikt ma nie wiedzieć o naszym spotkaniu, a jeszcze się zobaczymy- Powiedział i posłał coś na znak uśmiechu bardzo lekkiego uśmiechu. Alicja wyszła z piwnicy
i wróciła do swojego pokoju, gdzie czekał na nią Aleks.
-Gdzie byłaś?- Zapytał dociekliwie. Wiedział że nie lubi kontroli
-A gdzie miałam być?- Odpowiedziała pytaniem na pytanie. Aleks tylko zmierzył ją wzrokiem.
-Martwiliśmy się o ciebie- Podszedł do niej i chwycił jej podbródek.
-Niby kto? Ty i dyrektorka?- Spojrzała mu w oczy z lekkim wyrzutem
-I Pani Monika
-Kto?
-Twoja przyszła "matka"- Powiedział i lekko zbliżył się do ust Alicji. Dziewczyna gwałtownie zdjęła jego rękę z swojej twarzy, a wzrok skierowała w dół.
-Ja mam jedną matkę-Warknęła

poniedziałek, 26 października 2015

RinHaru One Shot cz.1- Zimny dzień

Heh...wcaaaale mnie nie było miesiąc. Skąd, że XDDDD
 Brak neta, weny itp, ale już jestem :)
                                                                    
                                                                        

Ten dzień był bardzo mroźny. Śnieżna zamieć utrudniała ludziom widoczność. Haruka przemierzał miasto ubrany w kilka warstw, przez co wyglądał jak bałwan.  Jego kurtka pokryta była białym puchem, przez co nie było widać jej pierwotnego koloru. Jego twarz była zaczerwieniona. Chłopak zatrzymał się, spojrzał na siebie i tylko pokręcił głowa. Zaczął biec, a płatki śniegu wlatywały mu do oczu. Wbiegł do jakiejś klatki. Było w niej cicho. Można było usłyszeć tylko śmiech małych dzieci i poczuć zapach ciepłego kakao. Na sama myśl zrobiło mu się ciepło. Usłyszał za sobą kroki. Próbował gwałtownie się obrócić, ale grube odzienie uniemożliwiało mu to. Nagle ucichły. Miał wrażenie, że osoba stoi tuż za nim. Po chwili chłopak o bordowych włosach odziany jedynie w podkoszulkę i spodenki pojawił się obok.
-Rin?- zapytał zaszokowany. Nie spodziewał się , że go tu spodka.
-Co ty tu robisz?
-Wiesz, chyba tu mieszkam- uśmiechnął się szeroko, pokazując swoje białe kły
-Ja, nie wiedziałem- westchnął- Dlaczego tu zszedłeś? Patrząc na to jak jesteś ubrany wnioskuję, że nie miałeś zamiaru nigdzie wychodzić.
Bordowowłosy spojrzał przed siepie, spoglądając na spadające płatki śniegu.
-Masz rację, nie miałem zamiaru wychodzić, ale przyznam, że nie zwróciłem uwagi na dzisiejszą pogodę.
-Więc, dlaczego tu przyszedłeś?
-Z czystej ciekawości, widziałem jak wchodzisz to mojej klatki.
-Wiesz, zmarzłem i postanowiłem się tu trochę ogrzać- potarł dłoń o dłoń.
-Chodź- podał mu rękę i pociągnął go na górę cały czas ściskając jego dłoń. Rin zaprowadził go do swojego mieszkania. Matsuoka wszedł do swojego pokoju zostawiając niebieskookiego w przedpokoju, Brunet stał zdezorientowany. Po chwili usłyszał głos dochodzący z pokoju obok.
-No, co tak stoisz? Chodź tu- powiedział wskazując miejsce na łóżku. Haru stał w miejscu nieruchomo.
-Z tobą to jak z dzieckiem- warknął Rin rozplątując jego szalik i ściągając resztę wierzchniej garderoby, Chłopak wrócił na swoje miejsce lecz Haru wciąż stał, ale jeszcze bardzie zdezorientowany.
-No, chodź
Nanase skierował się do pokoju, gdzie przycupnął na brzegu łóżka. Rin podszedł do niego i okrył go kocem
-Proszę, masz może ochotę na kakao?- zapytał
-Jasne! Znaczy poproszę-odpowiedział wtulając się w milutki koc, który pachniał Rinem.
Matsuoka wybuchł śmiechem
-Co się stało?
-Nic, nic- skierował się w stronę kuchni wciąż uśmiechając się pod nosem.
Po pięciu minutach wrócił z dwoma kubkami pełnymi ciepłego kakao.
-Proszę- wręczył chłopakowi kubek
-Dzięki- pociągnął od razu duży łyk ciepłego napoju, Brunet poczuł jak jego telefon wibruje. Niepewnie wyjął go z kieszeni i odebrał.
-Halo?
-Haru-chan, może wpadłbym do ciebie na małą partyjkę na playstation?
-Ja, jestem u Rina
-No, tak okej rozumiem- posmutniał. Brunet przyłożył rękę do telefonu zakrywając mikrofon,
-Rin?
-Tak?
-Wiesz, czy mógłby wpaść Makoto na partyjkę playstation?
Bordowowłosy chwile nie odpowiadał, ale potem odrzekł
-Jane, czemu nie?
Nanase powrócił do rozmowy ze swoim przyjacielem
-Makoto, wpadniesz do Rina?
-Tak!
-To do zobaczenia
-Cześć
Niebieskooki odłożył telefon.
-To kiedy przyjdzie Makoto?-zapytał
-W sumie, to nie wiem.
Nanase poczuł się dziwnie, Głucha cisza dudniła w uszach chłopaka, Denerwowało go to. W końcu palnął jakaś głupotę.
-Rin, jak twoje życie sercowe?!- wykrzyknął. Brunet dopiero po chwili kapnął się jak to głupio zabrzmiało. Rin nerwowo podrapał się po głowie. Już chciał coć powiedzieć, ale usłyszał pukanie do drzwi. Ruszył ku nim i otworzył.
-Rin- chan!- powiedział blondyn, wchodząc do jego mieszkania.
Po chwili wszedł do niego jeszcze Rei trzymając w rękach siatki. Zaszokowany zamknął drzwi.
-Haru-chan?- zapytał Nagisa, z zdziwienie malowało mu się na twarzy
Brunet, wbił wzrok w podłogę.
-Napijecie się czegoś?- przerwał gospodarz, uwieszając się na szyi Reia.
-Cola, tak poproszę cole.
Nagisa i Rei rozgościli  się w pokoju Rina, jak by byli u siebie. Porozkładali pudełka z sushi, napoje i inne przekąski. Haru siedział pod ścianom i tylko myślał.
Czy powinien zostać, a może wyjść? Pojawił się tu tak niezaproszony.
Nie był pewien czy robi dobrze.
Chciał zostać, dla Rina.
Dobrze czuł się w jego towarzystwie, tak normalnie? Można to tak nazwać.
Był przy nim "wolny".
Nie zadawał mu niepotrzebnych pytań, które tylko go drażniły.

Do pokoju wszedł Rin, z tacą na której miał cztery szklanki coli. Nanase sięgnął po nią, ale zamiast szklanki dotknął ręki bordowowłosego. Od razu ja cofnął. Była zimna, ale nie z powodu niskiej temperatury w pokoju. Odkąd pamiętał Rin miał zimne dłonie. Lubił to.


-Rei, teraz moja kolei!
-Nie, teraz kolei Sousuke!
- Spoko, Nagisa graj- odpowiedziała ze spokojem. Zarzucił rękę na barki Makoto, a on uśmiechnął się pod nosem.
-Będę miał więcej czasu by ci dokuczać- szepnął mu do ucha Sousuke. Makoto tylko kiwnął głową.


Haru obudził dreszcz. Otworzył oczy i rozejrzał się. Na łóżku leżał Sousuke w pozycji na "alfonsa" a Makoto na nim. Zaś na ziemi widział Reia, który chyba przed snem siłował się z Nagisa, bo ich pozycja snu była dość...skomplikowana? Na końcu spojrzał w bok. Usnął na ramieniu Rina. Gwałtownie się zerwał i wstał z łóżka. Matsuoka złapał go za rękę. Sam był tym zaskoczony. Nie umiał zapanować nad swoim ciałem.
-Rin?
-Nie idź- szepnął i pociągnął go łącząc ich usta w pocałunku.