środa, 31 sierpnia 2016

Dear You - Część Druga "Dear We"

UWAGA UWAGA, OGŁASZAM RAKA.
Nie no poważnie, nie umiem pisać, zamykam biznes. XD
W każdym razie... Znowu umarłam na jakiś czas. ;-;
Więc... Druga część Stony, polski tytuł - Drogi Ty - Część Druga "Drodzy My"
Drodzy my, ludzie.
Dodaje obrazy, bo tak.
Ekhem, nieważne... Znowu staram się spisać zaległości, a teraz... Miłego czytania i zapraszam do komentowania!
Podkład muzyczny: Little Parade
***
Steve skłamie mówiąc, że od początku nie żałował. Właściwie, jest wprost przeciwnie, mimo tego, że Tony mylił się co do podjęcia decyzji „trzymania Avengersów pod kluczem” to jednak codzienność boleśnie przypominała mu dlaczego podjął taką decyzję i przede wszystkim, gdyby miał wymienić jedną rzecz, której żałuje najbardziej, byłaby to właśnie cała „wojna”, której przecież mogli uniknąć.
Nie ukrywając, obwiniał się za to.
Bo gdyby tylko od początku spróbował porozmawiać z Tonym (co przecież, gdy już darowali sobie rzucanie się sobie do gardeł, wychodziło im na świetnie) o przeszłości, o ich wspólnych decyzjach czy choćby nawet po to, by oczyścić ich relacje, mogliby wszystkiego uniknąć. Mogliby oszczędzić bólu i rozdarcia Avengersów, on am mógłby oszczędzić bólu Tonemu.
I za to się obwiniał.
Zawiódł jako lider, nie starając się komunikować zresztą drużyny i zamiast tego samemu podjął szybką decyzję. Zbyt szybką. Stracił zdrowy rozsądek dowiadując się o Bucky'm i teraz niejednokrotnie musiał sobie zadawać pytanie czy Bucky tak naprawdę potrzebował jego pomocy. Bucky stał się mistrzem znikania i ukrywania, a on lekkomyślnie zwrócił na niego uwagę. Najgorsze było to, że nawet nie udało mu się go do końca uratować i teraz pozostawał w samotności na wyspie Wakandy. Miał czas, mnóstwo samotnego czasu, żeby wszystko przemyśleć, co wprawiało go tylko w coraz większą ponurość, jako iż zauważał więcej i więcej nawarstwiających się błędów. Tonego, swoich, całej drużyny.
Mylił się myśląc, że może poradzić sobie bez Bucky'ego, który zawsze był jego głosem rozsądku. To Steve zawsze porywał się na akcję, a Bucky przypominał mu o jego możliwościach. Teraz zdawał sobie sprawę jak młody był i jak brakowało mu doświadczenia. Nie wiedział czy ma rację, po prostu ślepo walczył za swoje zdanie, gnając za straconym przyjacielem.
A może Tony miał rację? Przecież to zawsze Tony był tym inteligentnym.
Z drugiej strony, to Steve był tym odpowiedzialnym. Zazwyczaj.
Sytuacja w jakiej się znaleźli wydawała się być zupełnie abstrakcyjna. Steve czasami budził się w środku nocy przypominając sobie, że to wcale nie sen, tylko chora rzeczywistość, którą sami stworzyli.
Dlatego też wysłał list do Tonego, w nadziei, że może uda mu się to wszystko jakoś wyprostować. Było już za późno na rozmowę osobistą, gdyby nawet spróbował, to skończyłby w więzieniu, albo, nawet jeśli jakimś cudem zdołałby umknąć niezauważony, Tony prawdopodobnie wystrzeliłby mu w twarz z jednej ze swoich rękawic. Z resztą, Steve też miał ochotę go przytemperować, gdy zachowywał się jak samolubny palant. Czyli, wbrew pozorom, nie cały czas.
Właściwie, nie był pewien, czy w ogóle wysyłać list. Bo Tony nie przepraszał. Z drugiej strony, Tony był jednak kilkakrotnie bardziej dziecinny i miał swój temperament. Gdyby zdał się na jego, pożal się Boże, dojrzałość, to choćby i zbliżał się koniec świata, brnąłby w swoje. Może i byli z w pewnym sensie podobni, ale Steve wierzył w siłę ludzi, a Tony w, cóż, siebie.
Tylko że dzięki swojej matce Bucky'emu, Peggy, wszystkim ludziom, którzy kiedykolwiek w niego wierzyli, Steve znał prawdziwą cenę przyjaźni i dlatego gotów był rzucić się za Buckym, choćby i porzucając całe swoje życie, tytuł.
Bo Bucky był jego przyjacielem.
So was I.
Nieprzyjemne echo odbija się wewnątrz jego czaszki. Prawie sięga po telefon, ale reflektuje się w ostatniej chwili. Tony zadzwoni kiedy będzie na to gotowy. Mimo to, mimo otaczających go ludzi, czuje się dziwnie samotny.
To były złe czasy, dla obu z nich.
Podnosi się z pojedynczego łóżka, na którym leży nieruchomo od prawdopodobnie kilku godzin. Mimo klimatyzacji, dzięki otwartemu oknie, jest gorąco jak w piekle i już sam nie wie czy bezsenność to wina temperatury czy wartkim strumieniu myśli. Agresywnie ściąga z siebie mokrą od potu koszulkę i zrzuca ją na ziemię, nie dbając w tej chwili o utrzymanie porządku. Opiera nagie plecy o zaskakująco zimną ścianę i odchyla głowę do tyłu. Myśli.
Znowu, po raz tysiąc pierwszy od dotarcia na wyspę, myśli o wszystkim i o niczym.
Aż za dobrze zdaje sobie sprawę, że w czasie takich to bezsennych nocy, gdyby wszyscy mieszkali jeszcze w wierzy, mógłby spokojnie zejść do laboratorium Tonego, który nie kończył pracy o tak „wczesnej” godzinie, czasami przez kilka dni pod rząd, aż wreszcie padał z wycieńczenia. Steve nie lubił widzieć go w takim stanie, ale jego skromnym zdaniem, nie byli wystarczająco blisko, żeby robił mu o to dyskusje. Za to jednak jego rutyną było ściąganie Tonego z krzesła i oddalenie go od mniej lub bardziej niebezpiecznych narzędzi, wokół których radośnie zasnął. Zawsze zastanawiał się wtedy czy przenieść go do sypialni, jednak również zawsze kończył tylko układając go na kanapie w laboratorium, bo za każdym razem łapał się na myślach „A co gdyby” i wolał jednak zostawić go w spokoju.
Ale tak było wcześniej.
Teraz zmuszony był siedzieć sam w średniej wielkości pokoju i szkicował swoje wspomnienia, od Buckyego z amerykańską tarczą w dłoni (zawsze uważał, że Bucky stałby się jeszcze lepszym Kapitanem niż on), dzielną Peggy uśmiechającą się pogodnie z kartek (wolał zapamiętać ją w ten sposób) do Tonego, który przysnął opierając się na jednej ręce, z rozkopanymi włosami i twarzą w smarze, nie zdającego sobie sprawy z czyjejś obecności.
Steve uśmiecha się nieświadomie, nagle zdając sobie sprawę z tych cudownych, przedziwnych ludzi, których okazję miał spotkać w swoim nad wyraz długim, ciekawym życiu.
Na stronie ze śpiącym Tonym zapisuje dwa krótkie słowa i mruży bolące od zmęczenia oczy.

Po raz pierwszy od przyjazdu na wyspę czuje błogość, powoli tulącą go do snu.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Dwa Światy- Nowy start


No i mamy, nową część 50 twarzy Verdasa!
Trochę się podziało, ale pamiętajcie, że tu się może wydarzyć dosłownie wszystko.
Fanów Leonetty przepraszam, ale wszystko w swoim czasie, muszę się nacieszyć innym charakterem!
A więc, miłego czytania!
Bayoo ;)




Sześć miesięcy, sześc cholernych miesięcy, od kiedy próbuję ułożyć swoje życie na nowo. W tym czasie skończyłam szkołę i podjęłam ważne dla mnie decyzje dotyczące mojej przyszłości. Odpowiedź na to kim będę za kilka lat znajdowała się właśnie w kopercie, którą trzymałam przesuwając w palcach. Strasznie bałam się tego co tam przeczytam.
-No otwórz wreszcie- Poganiała mnie mama, która była równie ciekawa tego co tam się znajduje. Chwilami zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, ze wybrałam szkołę, która jest oddalona od domu. Będę musiała zacząć nowe dorosłe życie w Seattle. No właśnie. W mieście, gdzie prawdopodobnie znajduje się osoba,która zamieniła moje pół roku życia w istny smutek. Moje myśli ciągle wracały do jego osoby. Nadal cierpiałam, nadal cholernie go kochałam. Chciałam zapomnieć, chodź twierdziłam że to już nie możliwe. Wyprowadzka, akurat tam, wcale mi tego nie ułatwi. Myśl, że mogę spotkać go na mieście w ramionach innej wywoływała u mnie ciarki. Lecz nie mogłam zrezygnować z marzeń, tylko po to, aby ciągle uciekać. Aby ciągle bać się, że go spotkam, co było wręcz oczywiste. Gdziekolwiek się nie podzieję, ryzykuję. Nie mogłam tak żyć. Trzeba iść na przód, dlatego szkoła w Seattle ma być pierwszym krokiem w moim nowym życiu, bez Leona.
Niepewnie przejechałam palcem po kopercie, a potem ją otworzyłam. Nie byłam pewna co dokładnie chciałabym tam przeczytać, ale raz kozie śmierć. Odchyliłam kartkę.
-Mamy przyjemność poinformować panią, że wniosek o dostanie się na naszą uczelnie został pozytywnie rozpatrzony...-Przeczytałam po cichu. Nie wierzyłam, ze to dzieje się naprawdę. Patrzałam w papier, kiedy to moja mama piszczała ze szczęścia. Nie spodziewałam się tego.
Nowe życie, nowi znajomi. Nie mogę się doczekać.



-Mamo, nie płacz- Mówiłam, kiedy kobieta łkała w zagłębienie mojej szyi. Rozumiałam ją. To miała być dla nas duża rozłąka, a po tym w jakim stanie byłam ostatnio, no cóż. Martwiła się o mnie bardziej niż zazwyczaj. Kobieta oderwała się ode mnie i po raz ostatni pocałowała mnie w policzek, kiedy to po chwili zniknęłam za bramkami lotniska. Nie mogę powiedzieć, ze nie było mi przykro, ale tego potrzebowałam. Takiego odcięcia się. Musiałam wydorośleć i pogodzić się z pewnymi faktami, które przez sześć miesięcy nieustannie krążyły mi po głowie. Chciałam nowy rok studencki potraktować jako nowy start.
Chwyciłam telefon do ręki i wykręciłam numer. Przyłożyłam komórkę do ucha, a w niej po chwili usłyszałam znany mi głos.
-Violu?- Zapytał, a w głosie można było wychwycić radość.
-Francis, jak dobrze cię słyszeć- Uśmiechnęłam się do telefonu, jakby z nadzieją, że to zobaczy. -Mogłabym mieć do ciebie prośbę? Przepraszam, że tak naglę, ale wyjątkowa sytuacja- Zmierzyłam w kierunku samolotu, który gotowy był już, aby pasażerowie mogli do niego wejść.
-Jasne, słucham- Nie chciałam mu mówić, że przylatuje. Nigdy nie mówiłam mu, ze mam zamiar wrócić, ani nigdy nie wspominałam o odwiedzinach, ponieważ unikałam tego miejsca jak ognia. Utrzymywałam z nim internetowy kontakt, przez co się do siebie zbliżyliśmy. Chciałam mu zrobić niespodziankę.
-Potrzebuję podwózki z lotniska-Przerwałam na chwilę- Koleżanka przyjeżdża w sprawie szkoły a jej chłopak ją wystawił. Wiesz, nie odnalazła by się za bardzo w tym mieście- Poprosiłam. Przez chwilę nic nie słyszałam, jakby właśnie analizował co powiedziałam.
-No, tak nie ma sprawy- Brzmiał na lekko zawiedzionego. No cóż miejmy nadzieję, że do czasu- O której?
-Za dwie godziny będzie lądować. Dziękuje,naprawdę bardzo dziękuje- Powiedziałam, kiedy to wchodziłam na pokład samolotu.- Będę musiała już kończyć, ale zadzwonię wieczorem, pa- Rozłączyłam się. Zdążyłam usłyszeć ciche pożegnanie z jego strony i wyłączyłam komórkę.

Dokładnie po dwóch godzinach czekałam na swój bagaż. Odebrałam telefon.
-No co tam?- Zapytałam sięgając po walizkę.
-Violu,głupia sprawa. Jestem na tym lotnisku, a ty nawet nie powiedziałaś na kogo mam czekać- Powiedział wyraźnie zakłopotany. No tak. Nic nie wspomniałam o wyglądzie,ani chodź by o jej imieniu,aby mógł czekać na nią w dłoniach trzymając kartkę. Do głowy wpadł mi pewien plan.
-Oj, zapomniałam. Sms'em wyślę ci jej zdjęcie, do wieczora- Pożegnałam się i odszukując go w tłumie czekających osób wysłałam mu swoje zdjęcie, a kiedy widziałam, że wiadomość odczytał, ponieważ stałam tuż za nim, lekko dotknęłam go w ramię na co on się odwrócił i z niedowierzaniem mi się przyglądał.
-To ty jesteś znajomym mojej koleżanki? Francis?- Zapytałam ze sztuczna niepewnością, a chłopak zaśmiał się po czym wziął mnie w ramiona i zaczął przytulać.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?- Chwycił moją walizkę i oboje skierowaliśmy się w stronę samochodu.
-Miała być to taka mała niespodzianka- Uśmiechnęłam się do niego, a kiedy dotarliśmy do auta ja usiadłam na miejscu pasażera. Blondy odpalił samochód po czym dołączył się do ruchu.
-Na jak długo przyjechałaś?- Pytając mnie nie odwracał wzroku od drogi, był bardzo skupiony. I tak nagle w mojej głowie pojawił się Leon. Nie wiem czemu, ale patrząc na Francisa przypomniałam sobie moje wszystkie podróże z Verdasem. Próbowałam wyrzucić go z głowy, a szczególnie w takim momencie.
-Nie wiem, na jakieś trzy lata?- Podczas jazdy podziwiałam krajobraz, który ciągle mnie zadziwiał. Kiedy chłopak zamilkł zerknęłam w jego stronę. Marszczył brwi, jakby to co właśnie powiedziałam było niedorzeczne.
-Trzy lata?- Zapytał z niedowierzaniem. Przez ostatnie pół roku nie wyraziłam żadnej chęci,aby przyjechać go odwiedzić, a ty nagle wyskoczyłam mu, ze zamierzam tu mieszkać, ale co poradzić. Kobieta zmienną jest.
-Tak, dostałam się na uczelnie- Posłałam mu dumny uśmiech, który odwzajemnił.
-W takim razie, gdzie będziesz mieszkać? Akademiki są wolne dopiero za tydzień- Powiedział lekko spoglądając w moja stronę. No tak, przez najbliższy tydzień miałam w planach przekoczować w hotelu.
-W hotelu, a potem akademik, chociaż będę rozglądała się nad wynajmem jakiegoś pokoju, bądź mieszkania, ponieważ mieszkanie w akademiku nie bardzo mi się uśmiecha- Chłopak westchnął.
-Nie widzę potrzeby,abyś miała mieszkać w hotelu. Mam wolny pokój, możesz ze mną mieszkać ile tylko chcesz, a jak będę bardzo nie do zniesienia, to masz przecież akademik- Uśmiechnął się. Nie bardzo chciałam mu się zwalać,na głowę. Jak na chłopaka,który poznał mnie sześć miesięcy temu, bardzo mi pomagał i dodawał otuchy w trudnych dla mnie chwilach.
-Francis, ty i tak już za dużo mi pomogłeś. Nie chce nadużywać twojej gościnności- Powiedziałam nieco zażenowana.
-Przestań, dodatkowa osoba do podziałów obowiązków i czynszu zawsze się przyda- Zaśmiał się. Nie rozmawialiśmy już później. Francis zasugerował, aby najpierw odłożyć tę walizkę, a później wyskoczymy na jakiś lunch. Zgodziłam się. Nieco się skrzywiłam, kiedy przejechaliśmy obok apartamentu Leona, a serce zabiło mi szybciej, kiedy to skręciliśmy w podwórko tuz obok.
-Ty tu mieszkasz?- Zapytałam lekko przerażona. Uciekałam od niego sześć miesięcy, nie odbierałam telefonów, a kiedy zaryzykowałam, że mogę uczyć się w jego mieście zostałam jego sąsiadką. Miał być to tylko tydzień. Potem wyniosę się do akademiku, pomyślałam. Z odrobiną szczęścia, nie zobaczę go. Przełknęłam głośno ślinę i niepewnie wysiadłam z samochodu, kiedy to Francis stał już obok mnie z walizką. Nie chciałam odwracać się w stronę budynku, który był oddalony ode mnie jedną wąską dróżką. Ciarki przeszły mnie po plecach, kiedy to zdałam sobie sprawę, że jego okna z gabinetu wychodziły na stronę podwórka. Po drodze do mieszkania, Francis opowiadał mi o tym właśnie budynku, że mieszkają tam sami wielcy biznesmeni, i kiedy założy swój własny hotel to właśnie się tam przeniesie, a ja w myślach rozmyślałam nad tym, że przez najbliższy tydzień prawdopodobieństwo spotkania Leona wzrosło dwukrotnie.
Mieszkanie Francisa, było bardzo przytulne. Urządzone nowocześnie. Czułam jednak, ze brakowało tam kobiecej ręki. Jakiejś zieleni w kuchni i kilka dekoracji, aby ściany nie wydawały się takie puste. Mieszkanie miało trzy pokoje, dwie sypialnie i salon. Chłopak wskazał mi pokój z dużym oknem, które wychodziło na apartament. Z lekkim grymasem spojrzałam na pomieszczenie, ale szybko się go wyzbyłam, kiedy obok pojawił się blondyn, Odetchnęłam z ulga kiedy w oknach zobaczyłam zasłony. Przez najbliższy tydzień miałam zamiar ograniczyć dostęp słońca do tego pokoju, aby pod żadnym pozorem nie przyglądać się budynkowi, w którym mieszkał Verdas.
-Dziękuje, że mogę się u ciebie zatrzymać- Zwróciłam się do chłopaka, który wychodził już z pomieszczenia. Skinął głowa w moja stronę i udał się chyba do salonu. Usiadłam na łóżku i wyciągnęłam komórkę, aby wysłać mamie wiadomość, że wszystko w porządku. Kiedy na ekranie wyświetliło się powiadomienie, ze sms dostarczono, odruchowo spojrzałam w stronę budynku i wzrok przeniosłam na najwyższe piętro. Chwile minęło zanim całkowicie się ocknęłam i gwałtownie zmierzyłam ku okna aby je zasłonić. To, że byłam tak blisko niego nie mogło wpłynąć na moje życie. Miałam zacząć nowy star, nowe cele, a on miał nigdy nie pojawić się w moje głowie, ale było odwrotnie. Chodź cierpiałam już trochę mniej,to nadal miałam go gdzieś z tyłu i wspominałam o nim w najmniej odpowiednich momentach. Bywały takie noce, kiedy to jeszcze zwijałam się w kłębek na łóżku i łkałam, ponieważ cholernie mi go brakowało. Potrzebowałam czasu, więcej czasu. Niestety byłam przekonana, ze wyprowadzka do Seattle nie ułatwi mi tego, ale nie mogłam ograniczać się z powodu jakiegoś dupka z perwersyjnymi upodobaniami. Chwile jeszcze spoglądałam na zasłonięte okno. Przerwało mi to lekkie pukanie.
-Idziemy na ten lunch?- Blondyn wszedł do mojego pokoju. Widać, że kiedy ja rozmyślałam nad Verdasem on wziął prysznic i przebrał się. Miał na sobie czarne spodnie, biały t-shirt i koszulę w granatowo-czarną kratę. Cóż, wyglądał nieziemsko. Francis zdecydowanie należał do tej grupy facetów, na których trudno było nie zawiesić oka.
-Tak, ale daj mi chwilę, bo w tym stroju przyniosę ci wstydu- Zaśmiałam się pokazując mój strój. Był odpowiednio przystosowany do podróży, czyli wygodny. Zwykłe czarne legginsy i luźna bluzka. Chłopak wyszedł z pokoju kręcąc głową, ale uśmiechał się przy tym. Otworzyłam walizkę i wyciągnęłam czarne rurki z przetarciami na udach, biały top i zarzuciłam na to skórzana kurtkę, do tego buty na koturnie i byłam gotowa. Włosy, które wcześniej związane były w kucyk lekko roztrzepałam i chwyciłam torebkę.
-Coś ty się tak odstrzeliła?- Zapytał żartobliwie. Kiedy lepiej się poznaliśmy, polubiliśmy wzajemne dogryzanie sobie i stało się to naszą rutyną- Wychodzisz z kimś na randkę?- Zapytał podchodząc bliżej zabawnie poruszając brwiami.
-No wiesz co? Miałam nadzieję, że lunch to nasza randka- Udałam obrażoną- A ty musiałeś wszystko zepsuć- Przewróciłam oczami i lekko uderzyłam go w tył głowy. Pocałował mnie lekko w policzek i kazał wyjść z mieszkania. Kiedy byłam przy aucie starałam się nie patrzeć w stronę budynku, ale moją uwagę przykuło czarne maserati- auto Leona. Było południe, to dość dziwne, aby Verdas o tej porze był w mieszkaniu. Jednak wypędziłam tę myśl. Miałam teraz jechać na lunch, który chciałam spędzić w przyjaznej atmosferze z udziałem Francisa.
Musze przyznać, że Seattle to bardzo ładne i żywe miasto. Blondyn zatrzymał się przed ładna restauracją.
-Podają tutaj najlepszy makaron z pesto w całych Stanach- Powiedział triumfalnie.
-Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz- Powiedziałam wysiadając z auta.
Było to bardzo przytulne miejsce, przepełnione ludźmi, którzy szerzyli pozytywna energię. Usiedliśmy przy wolnym stoliku i złożyliśmy zamówienie. Mimo, że byłam trochę zmęczona to cieszyłam się, że Francis wyciągnął mnie na miasto. Opowiedziałam mu co mniej więcej działo się u mnie przez ten czas, trochę o uczelni, ale nie chciałam wchodzić na temat Leona.
-A ten koleś, który złamał ci serce?- Zapytał nadziewając kolejną porcje makaronu na widelec. Trochę zaniemówiłam. Przed oczami znów pojawił mi się szatyn. Miałam ochotę go przytulić i pocałować, ale po chwili widziałam go jak znajduje się w pokoju bólu z tą rudą dziwką. Jedzenie aż mi się cofnęło. Nie mogłam, nie mogłam wyobrazić go sobie z inną, nie mogłam myśleć o tym wszystkim, co tam wyprawiał.- Vils, wszystko okej?
-Tak, tak- Ocknęłam się po chwili i odłożyłam sztućce.- To długa historia, może kiedyś ci opowiem, ale potrzebuję czasu, więcej czasu- Wymruczałam wręcz pod nosem.
-Okej, rozumiem- Uśmiechnął się.- Może, pójdziemy pozwiedzać trochę?- Cóż, nigdy nie miałam okazji zwiedzać Seattle, może dlatego, że mój ostatni pobyt tutaj ograniczył się do ucieczki z apartamentu mojego byłego chłopaka. Bo w zasadzie, oficjalnie z nim nie zerwałam, ale chyba dałam wystarczające sygnały.
-Jasne- Uśmiechnęłam się szeroko i wręczyłam banknot Francisowi. Ten spojrzał na niego z grymasem.
-Ja zapłacę-Powiedział i oddał mi pieniądze. Zgromiłam go wzrokiem. Zrobił już dla mnie wystarczając dużo, a zapłata za lunch to już zbyt wiele.
-Nie, zapłacę za siebie- Warknęłam w jego stronę, a ten pokręcił głową z dezaprobatą i schował pieniądze. Uśmiechnęłam się zwycięsko i zaczęłam zbierać swoje rzeczy kiedy to Francis rozmawiał z kelnerem.
Francis pokazał mi wiele ciekawych miejsc. Począwszy od mojego uniwersytetu, gdzie za tydzień miałam rozpocząć swoją naukę, po miejsca, w których uwielbiał przebywać jako nastolatek, gdzie jeździł na desce i pił piwo z kolegami, aby jego mama się nie dowiedziała. Opowiedział mi sporo o swoim dzieciństwie, i tym,ze za nastolatka był nieco nieznośny. Lubił pakować się w kłopoty i flirtować z dziewczynami. To drugie jak mówił poniekąd mu zostało, tylko, ze teraz zwraca uwagę na bardziej wartościowsze dziewczyny, a nie lale z wypychanym biustem. Zaśmiałam się na samą myśl, jaka jakaś blondi pręży się przed Francisem. Musiało ty wyglądać interesująco.
-A jak to było z tobą Vils?- Zapytał, kiedy usiedliśmy na ławce.
-Cóż, jako smarkula miałam swój świat, gdzie sobie śpiewałam i marzyłam o zostaniu aktorką. Moje marzenia zmieniły się, kiedy to w wieku szesnastu lat zapragnęłam zostać dziennikarką, ale nadal byłam grzeczną dziewczynką. Sprawy się pokomplikowały, kiedy do mojego życia wkroczył Verdas.
-Zaraz, co? Verdas? Ten Leon Verdas- Zapytał z niedowierzaniem. Cóż, Leon był dość sławnym biznesmenem, ale nie wiedziałam, że Francis będzie wiedział o kogo chodzi.
-Ta- Wymruczałam pod nosem.
-Czekaj, czyli to on był powodem, kiedy to weszłaś taka zapłakana do hotelu? To on cie skrzywdził?- Zapytał z troską. Przymknęłam oczy, aby się nie rozpłakać. Ten związek wywołał u mnie wiele uczuć. Dzień kiedy to go zostawiłam wspominałam najgorzej, ponieważ kiedy przymykałam oczy widziałam jego twarz przepełniona smutkiem, żalem i poczuciem winy, ale nie mogłam tam zostać. Nie mogłam zostać i tak po prostu go wysłuchać. Blondyn przytulił mnie do siebie. Czułam, że mogę mu zaufać.
-Chodź, pokaże ci najlepszy bar w tej okolicy. Musimy się rozgrzać- Zaśmiał się. Faktycznie, spacer zajął nam trochę czasu. Na dworze panował półmrok a temperatura nieco spadła. Po tych wszystkich przyswojonych dzisiaj informacjach musiałam się napić mocnego drinka.
Weszliśmy do klubu, w którym muzyka grała bardzo głośno, przez co moje uszy potrzebowały chwili aby się przyzwyczaić. Rzadko bywałam w takich miejscach, ponieważ Leon wolał spędzać wolny czas w nieco inny sposób. Francis chwycił mnie za rękę, abym mu się chyba nie zgubiła i skierowaliśmy się do baru.
-Co chcesz?- Krzyknął, abym mogła usłyszeć go przez te dudniące głośniki.
-Coś mocnego- Powiedziałam i rozejrzałam się trochę po klubie. Pełno było tam pijanych lasek, które kleiły się do pierwszego lepszego, który wydawał się być nieco nadziany. Widok oblechów miziających się z małolatami wywołał u mnie odruch wymiotny, więc odwróciłam się w stronę baru. Blondyn podał mi drinka, którego od razu się napiłam pociągając sporego łyka. Alkohol przyjemnie rozszedł się po moim ciele. Nagle poczułam dłoń Francisa na moim pośladku, który lekko klepną po chwili majstrowania w mojej kieszeni. Spojrzałam na niego pytając. Dał mi znak, aby nieco się przybliżyła, więc zrobiłam to.
-Zapamiętaj jedno Violu, kiedy ja zapraszam to i ja płace- Wyszeptał mi do ucha uśmiechając się przy tym złośliwie. Odruchowo złapałam się za kieszeń, w której wyczuła lekka wypukłość, co oznaczało, że miałam tam zwinięty banknot. Zgromiłam go wzrokiem, a chłopak nic sobie z tego nie zrobił tylko napił się alkoholu i wodził wzrokiem po klubie, jakby szukał jakiejś foczki.
-No, pokaz mi czy zostało coś z tego flirciarza, o którym mi mówiłeś- Zachichotałam ciągle popijając drinka.
-Cóż, nie ma tu zbyt kręcących lasek- Przerwał i zaczął uważnie analizować większość z nich- Prócz ciebie oczywiście- Uśmiechnął się przebiegle kiedy to ja popijałam już kolejnego drinka. Tego dnia bardzo szybko je wypijałam, więc zatraciłam się w liczbie- Ale ta ruda, niezła dupa- Wskazał palcem, na kobietę, która opierała się o ścianę uwydatniając swój wielki, sztuczny biust. Przypatrzyłam się jej trochę. Kiedy skojarzyłam skąd ją znam zachłysnęłam się napojem i zaczęłam kaszleć. Ludzie przy barze zwrócili na mnie uwagę łącznie z Francisem.
-Coś nie tak?-Zapytał lekko poklepując mnie po plecach.
-Nie wszystko okej, tylko nie uważam, aby była dla ciebie odpowiednia- Powiedziałam kiedy to napiłam się po raz kolejny. Byłam już pijana, dlatego nie przeszkadzała mi obecność lafiryndy, z którą mógł pieprzyć się mój były.
-Czemu tak uważasz?- Oparł się o blat i lustrował ją wzrokiem.

-Bo to dziwka Verdasa- Syknęłam i spojrzałam w jej stronę. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały nagle cały alkohol wyparował z mojej krwi, ale za późno. Ona doskonale wiedziała kim jestem. Byłam pewna, ze zaraz wypapla Verdasowi, ze mnie widziała, a spokój na, który zapracowałam przez ostatnie pół roku pęknie jak bańka mydlana, ale nie za bardzo miałam co zrobić, kiedy to faktycznie mnie już widziała. Posłałam jej najbardziej sukowate spojrzenie na jakie tylko było mnie stać i podeszłam do Francisa. Złożyłam na jego policzku pocałunek, ale stojąc w takiej pozycji, wyglądało jakby właśnie się z nim całowała. I dokładnie o to mi chodziło. Aby ta ruda szmata przekazała Verdasowi, ze Violetta wróciła. Wróciła i to w wielkim stylu.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Dwa Światy- Zwiastun poprzedzający

 Z racji tego, że ostatnio zaniedbałam trochę tę historię postanowiłam stworzyć coś nowego.
Mianowicie zwiastun kolejnej części, która będzie nosiła tytuł „Dwa Światy”
Mam nadzieję, ze wam się spodoba :D
Rozdział pojawi się niebawem
Wyczekujcie!

piątek, 19 sierpnia 2016

50 twarzy Verdasa #7- Straciłeś mnie...

UWAAAGA
Oto ostateczny rozdział z 1 części...dalej będzie kontynuowane tylko pod inną nazwą...nie wiem jeszcze jaką xDDDD
Miłego czytania!

Zapraszam pod rozdział później...więcej ciekawych informacji XDDD

*~*~*

Nim przekroczyłam próg pomieszczenia rozejrzałam się, czy aby przypadkiem Verdas nie zmierzał w moim kierunku. Kiedy jednak hol był pusty niepewnie weszłam do środka przymykając bezdźwięcznie drzwi. Na ścianie odnalazłam przełącznik, aby rozświetlić sobie to co znajdywało się w pomieszczeniu. Serce waliło mi jak oszalałe, kiedy cała zawartość pokoju, była mi doskonale widoczna. Pokój był utrzymany w ciemnych barwach z przewagą czerni. Mnóstwo pejczy, kajdanek i tego typu gadżetów. Na suficie były podwieszane kraty. Łóżko było ogromne, Powoli przeszłam się po pokoju znajdując coraz to dziwniejsze rzeczy, które wywołały u mnie ciarki. Liny, pasy, rozpórki. To wszystko znajdowało się w domu mojego chłopaka. Byłam przerażona, a w oczach pojawiły mi się łzy, które bez problemu zaczęły spływać po moich policzkach. Nigdy nie wspominał mi o swojej przeszłości, ale to co widziałam w tamtym momencie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Byłam zła. Zataił przede mną coś tak ważnego, a za razem obrzydliwego. Brzydziłam się nim. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo jego przeszłość, a może i nawet teraźniejszość jest mroczna. Nie chciałam myśleć o tych kobietach, które kiedyś tu z nim...Nie to było ponad moje siły. Ciągle płacząc wyszłam z pomieszczenia i zamknęłam je zabierając ze sobą mały klucz. Pobiegłam w stronę jego gabinetu i nie zwracając uwagi na to czy jest zajęty gwałtownie otworzyłam drzwi. Cala zapłakana weszła tam, a mężczyzna zaniepokojony moim stanem natychmiast wstał i podszedł do mnie na co ja zrobiłam gwałtowny krok w tył opierając się o szklane drzwi.
-Nie zbliżaj się do mnie- Warknęłam krztusząc się łzami. Leon patrzył ma mnie ze zdziwieniem, do czasu kiedy to nie pokazałam mu klucza. Jego twarz wyraźnie się spięła. Zmarszczył brwi,ale nie odzywał się. Spojrzałam mu w oczy i opuściłam klucz na ziemię, po czym szybko skierowałam się do sypialni, gdzie jeszcze stały moje nie rozpakowane walizki. Chwyciłam jeszcze torebkę i wraz z bagażem udałam się do drzwi wejściowych.
-Violetta...- Usłyszałam za sobą ten zachrypnięty głos, ale jakby przepełniony poczuciem winy-Ja ci to wszystko...
-Nie!-Krzyknęłam, a mój płacz stał się coraz to mocniejszym szlochem-Nie chce tego słuchać. Zapomnij o mnie- Rzuciłam na odchodne i wyszłam z apartamentu. Zaczęłam rozglądać się za jakimś transportem. Na moje szczęście złapałam taksówkę, w którą jak najszybciej wsiadłam i pojechałam do pobliskiego hotelu, gdzie planowałam spędzić noc. Zapłaciłam kierowcy i nie czekając na resztę pośpiesznie weszłam do budynku i udałam się do rejestracji. Stał tam młody mężczyzna. Miał na sobie białą koszulę, oraz czarne spodnie.
-Chciałabym zarezerwować pokój- Poprosiłam lekko drżącym głosem, na co recepcjonista uniósł wzrok na mnie, ale widząc moje zapłakane oczy skinął głowa i podał mi klucz. Chciałam odejść,aby udać się do pokoju, ale poczułam jak chłopak łapie mnie za rękę.
-Jeśli będziesz chciała pogadać, to wiesz gdzie mnie znaleźć- Mówiąc to wyszedł zza lady i podszedł bliżej mnie, aby wyszeptać mi coś do ucha- Nie pozwól, aby żaden mężczyzna po raz kolejny cie zranił- Przerwał, czekając aż powiem mu jak mam na imię.
-Violetta-Wyszeptałam, kiedy to na twarzy bruneta pojawił się uśmiech.
-Violu- Dokończył i odszedł. Chcąc mu podziękować, odszukałam plakietki znajdującej się na jego lewej piersi.
-Dziękuje, Francis- Chwyciłam walizkę i oddaliłam się w poszukiwaniu swojego pokoju. Weszłam do windy, która na szczęście była pusta. Wysiadłam na siódmym pietrze, tak jak wskazywał klucz i otworzyłam drzwi, które miały dokładnie ten sam numer co na etykietce. Weszłam do pomieszczenia odstawiłam walizkę i rzuciłam się na łóżko zakrywając dłonie. Nie mogłam ogarnąć myśli, że umawiałam się z facetem, który miał jakieś chore seksualne wyobrażenia jeśli chodzi o kobiety. Łzy spływały mi po policzkach. Myśl o tych kobietach, które tam zapraszał. To było tak cholernie obrzydliwe. Najgorsze było pogodzenie się z tym, że nigdy nie pokocham kogoś tak mocno jak jego. Był moim pierwszym jeśli chodzi o wszystko. Pierwsza randka, pierwszy pocałunek, pierwszy seks...to wszystko było z nim. Pierwsza miłość, motylki w brzuchu. Wszystko pierwsze i takie nieznane. Zapamiętam to do końca życia,choćbym znienawidziła go na zawsze. To on zawsze będzie tym, który pokazał mi co to miłość i jak cudowna może być do czasu...Zranił mnie, a tak naprawdę nic mi nie zrobił, tylko zataił coś co skreśliło go w moich oczach na zawsze.
Nie byłam w stanie pogodzić się z myślą, ze nie będzie go już przy mnie. Lecz był to mój wybór, czy żałowałam? W moencie kiedy jego zdjęcie pojawiło się po raz ęty na wyświetlaczu komórki. Żałowałam, ale nie było odwrotu. Nie dałam mu się wytłumaczyć, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie chciałam wiedzieć, co lub kto spowodował, że taki jest. Spojrzałam na telefon, który cały czas wydawał z siebie ten cholernie uciążliwy dźwięk. Wzięłam go do ręki. Ze łzami w oczach przyglądałam się jego zdjęciu. Normalnie wywołałoby uśmiech na mojej twarzy, a teraz? Teraz ból, bo zdałam sobie sprawę, ze pomimo wszystkiego nadal go kochałam, a może nawet i mocniej, bo nie mogłam bez niego żyć, to tak jakby mój tlen powoli się wykańczał. Odebrałam. Nie wiem po co? Nie wiem, co chciałam mu powiedzieć, po prostu przesunęłam zieloną słuchawkę, jakby z przyzwyczajenia i przyłożyłam do ucha. Usłyszałam jego głos. Pełen żalu, smutku i poniekąd zdziwienia, że odebrałam. Przełknęłam ślinę. Zaczął się tłumaczyć.
-Violu, wyjaśnię ci wszystko. Naprawdę, powiem ci wszystko o tej pierdolonej przeszłości, tylko wróć. Błagam, cie kochanie. Jesteś moim całym światem. Bez ciebie nie istnieje. Vils, proszę. Kocham cię- Błagał mnie przez słuchawkę, a gula w moim gardle powiększała się z każdym jego słowem. Przymknęłam oczy, usta zacisnęłam w wąską linię. Zaczęłam głośno płakać. Nic mu nie odpowiedziałam, po prostu się rozłączyłam i rzuciłam telefon na drugą stronę łóżka. Podciągnęłam kolana pod brodę i schowałam się we własnym uścisku szlochając jeszcze bardziej. Nie wiedziałam co bolało bardziej. To, że pieprzył się z kobietami w brutalny sposób, i prawdopodobnie, również ze mną chciał, czy to, że słowa, które wypłynęły z jego ust tak nagle straciły swoją wartość. Brzmiały tak obojętnie, choć wiedziałam, ze się martwi. To wszystko straciło sens. Mój płacz przerwało pukanie do drzwi. Wstałam z łóżka i otworzyłam je. Stał tam Francis. Chłopak wydawał się być nie zdziwiony, tym w jakim stanie mnie zastał.
-Przyszedłem zapytać, co zjadłabyś...- Przerwałam mu kiedy to przytuliłam się do niego i rozpłakałam. Chłopak objął mnie i uspokajał. Nie wiem co spowodowało to,że ryczałam teraz w ramię obcego mi faceta, ale byłam mu wdzięczna, ze nie przerwał tej czynności. Potrzebowałam wtedy kogoś,kto po prostu przytuli i pozwoli mi na całkowity upust łzą. Nie obchodziło mnie to czy to była moja przyjaciółka, czy facet z recepcji. Ważne że był. Oparł swoja brodę o moją głowę, a ja mocniej go przytuliłam zaciskając ręce na jego koszuli- Nie płacz- Odsunęłam się od niego, a on ze współczuciem wpatrywał się w moje brązowe tęczówki, jakby szukał choć grama szczęścia, ale jak mam mówić o szczęściu, kiedy facet którego szalenie kocham jest jakimś pieprzonym sadystą?
-Przepraszam- Wyszeptałam i podeszłam do okna, które ukazywało panoramę miasta w nocy. Wytarłam łzy chcąc się uspokoić. Szatyn podszedł do mnie i zamknął mnie w uściskui, kiedy to moje plecy przywarły do jego klatki piersiowej, przez co czułam jego regularny oddech. Czułam się bezsilna. Nie mogłam zapanować, nad łzami, emocjami, nad własnym życiem, które przeciekało mi przez palce.
-Violetta, nie możesz tak rozpaczać-Przytulił mnie mocniej,a mnie coraz bardziej dotykał fakt, że na miejscu Francisa powinien znajdować się Leon i mówić te wszystkie słowa, które usłyszałam przez telefon.- Nie był ciebie wart,ani twoich łez. Nawet nie chce wiedzieć ile zdążyłaś już wypłakać- W tym problem, że to ja nie byłam warta jego. Księcia z bajki, który wywrócił moje życie. Wyobrażałam sobie za dużo. Nastolatka z biznesmenem. To nie miało racji bytu, ale gdyby nie dzisiejsze odkrycie możliwe że cierpiałabym bardziej, gdyby wykorzystał mnie. I tak cholernie boli myśl, ze robiłam sobie nadzieję. Spojrzałam w kierunku telefonu, który znów zadzwonił. Zacisnęłam dłonie w pieść i uwolniłam się z uścisku chłopaka. Chwyciłam telefon. Anulowałam połączenie. Chyba dałam mu już wystarczająco do zrozumienia, że ma o mnie zapomnieć.
-Musisz zapomnieć i zacząć nowy rozdział- Usłyszałam głos za sobą. Francis, był naprawdę cudowny. Nie znał mnie tak naprawdę, a udzielił kilu cennych rad i pocieszył. Byłam mu bardzo wdzięczna.
-Wiem- Pospiesznym krokiem udałam się do łazienki i umyłam twarz zimną wodą, po czym zmyłam całkowicie makijaż. Włosy spięłam w kucyki po chwili wróciłam do Francisa, który czekał na mnie siedząc przy oknie. Posłałam mu niedbały uśmiech i odszukałam telefonu na łóżku. Znalazłam lot do Buenos Aires i kupiłam bilet.
-Francis, o której kończysz?-Zapytałam chowając telefon do torebki. Chłopak zmarszczył brwi i uważnie przyglądał się moim poczynania.
-Właściwie to już skończyłem- Lustrował mnie wzrokiem, kiedy to zbierałam wszystkie swoje rzeczy.
-Mógłbyś podwieźć mnie na lotnisko?-Z nadzieją w głosie wpatrywałam się w chłopaka, który był zdziwiony moją prośbą. Chwilę mu zajęło zanim usłyszałam kompletną odpowiedź.
-Tak, oczywiście- Powiedział i skierował się do drzwi chwytając przy tym moją walizkę. Nic nie mówiąc wzięłam torbę i szłam za szatynem. Po chwili znaleźliśmy się na parkingu, gdzie wraz z Francisem wsiadłam do czarnego samochodu i ruszyliśmy w stronę lotniska. Mój telefon ciągle dzwonił. Chwyciłam go do ręki i napisałam wiadomość.
Zniknij z mojego życia.
Idź pieprzyć tę rudą pindę, która zapewne była wiele razy w twoim sadystycznym pokoju.
Nie chce w tym uczestniczyć.
To koniec. Straciłeś mnie Verdas
Niepewnie kliknęłam”wyślij”i spojrzałam w stronę Francisa, który posłał mi lekki uśmiech. Po jakiś kilkunastu minutach byliśmy na miejscu.
-W takim razie, szczęśliwej podróży do- Przerwał.
-Buenos Aires, wracam do domu- uśmiechnęłam się i wzięłam walizkę.-Bardzo ci dziękuje, za podwózkę i ogólnie za wieczór. Bardzo mi pomogłeś- Ucałowałam go w policzek. Miałam już odchodzić, kiedy to chłopak mnie zawołał. Odwróciłam się.

-Proszę, jeśli tylko będziesz mnie potrzebować zadzwoń- Wręczył mi karteczkę z numerem jego telefonu- Jeśli będzie taka potrzeba,przylecę- Posłał mi pożegnalny uśmiech, a ja udałam się na lotnisko. Po załatwieniu wszystkich formalnych spraw siedziałam w samolocie słuchając muzyki. Leciałam do domu,aby zapomnieć o Verdasie i zająć się sobą aby zacząć nowy rozdział, pomimo jak bardzo cierpię.




To chce dalej kontynuować.
Ten rozdział to rozdział zakańczający pewną część.
Chciałam odegrać to tak jak w książce...będą 3 części po nie wiem ile rozdziałów no ale..
Mamy ostateczne zakończenie 1 części.
Violetta wraca do domu zaczynając nowe życie, bez udziału pana biznesmena!

Trzymamy kciuki za Francisa...może zamoczy XDDDD

sobota, 13 sierpnia 2016

Nadzieja Umiera Ostatnia #12- Mamo!


Hejaa!
Akcja powoli zaczyna nabierać tępa!
Jeśli ktoś załapie feministyczny podtekst z Dawidem w kuchni, to przepraszam,ale zrobiłam to niesiwadomie!
Miłego czytania
*~*~*

Jechali samochodem w ciszy. Alicja patrzała w szybę i próbowała odgonić od siebie myśl, że chłopak, którego kocha traktuje ja jak jakąś dziwkę. Trudno było się jednak skupić, kiedy siedziała z nim w aucie, a on co chwila na nią zerkał. Dawid nie był taki, jakim wszystkim się przedstawiał. To było wygodne, kiedy byłeś zimny i oschły dla każdego. Miał uczucia. Lekko z tłumione, ale miał. Mimo, że nie potrafił ich do końca ukazać, to czuł to w sobie. Nie był takim bezdusznym chamem, za, którego wszyscy go mieli. I właśnie kiedy jechał z nią w aucie, i miał możliwość dokładniejszemu przyglądaniu się jej emocją zdał sobie sprawę, że przesadził. Te słowa, które wypowiedział...One były zbyt mocne. Nie zasłużyła na to. Pomimo, że miał gdzieś jej życie, i co się będzie z nią dalej dział kiedy się rozstaną, to jednak opętało go poczucie winy, Kiedyś taki nie był, ale odebrano mu najważniejszą rzecz w jego życiu. Nie potrafił być tak łaskawy dla świata. Ale mimo to nie potrafił być tak oschły w stosunku do niej. Czuł, że ona nie może być traktowana, aż tak jak dotychczas to robił. Czuł się jak prawdziwy dupek.
-Ala- Zachrypnięty głos rozniósł się po samochodzie. Alicja, aż drgnęła, ze strachu. Odezwał się do niej, a w dodatku zdrobnił jej imię, czego nie słyszała odkąd po raz ostatni widziała się z mamą. Odwróciła się lekko w jego stronę. Wzrok miał skupiony na jeździe, ale co jakiś czas zerkał na nią.
- Powinienem cię chyba przeprosić- Jego ton był zdecydowanie łagodniejszy,niż rano.- To nie tak, że nie miało znaczenia- Przerwał i nabrał powietrza w płuca. Nie był pewien co może jej powiedzieć o swoim życiu. Dziewczyna lekko wystraszona słuchała go.- Po prostu, nie umiem okazać uczuć. Nie mam ich- Nie okłamał tylko jej, ale i samego siebie. Miał uczucia, każdy człowiek jakieś ma, a on miał je bez wątpienia, tylko twierdził, że jest inaczej. By nie cierpieć. By żyć, ale nie patrząc na problemy rozwiązywać je niewzruszenie, bo tego pragnął. Pragnął po prostu nie czuć nic.- Kiedyś, moje uczucia zostały wystawione na próbę. Nie mogłem sobie z nimi poradzić. Po długim okresie mojego rozpaczania, wziąłem się wgarść, ale przed obawą, że znów będzie tak jak kiedyś, że będę jeszcze raz tak cierpiał- Przełknął gule w gardle, która stanęła mu, na wspomnienie dawnych lat, które gdyby tylko mógł usunąłby ze swojej pamięci- Wyłączyłem to.-Chłopak zjechał pobocze. Odwrócił się w stronę dziewczyny. Sam nie wiedział co robi. Raz był oschły, raz miły, a raz pragnął ją pocałować. Alicja patrzała na niego i próbowała ubrać słowa w jakieś sensowne zdanie.
-To cie nie usprawiedliwia. Wykorzystałeś mnie i moje uczucia. Od samego początku wiedziałeś, że coś czuje do ciebie. Tylko na tym ci zależało? Aby mnie zaliczyć? No powiedz to? Chciałeś mnie na jedną noc, a potem mnie zostawić. Przecież o to ci chodziło- Patrzała na niego jak jego twarz zaczęła się spinać. Wysiadła z samochodu i ukucnęła kierując wzrok w dól. Musiała odetchnąć. Nie miała nawet siły uciec,chodź miała idealną okazję. Nic nie było w stanie usprawiedliwić tego, jak ją potraktował. Czuła do niego obrzydzenie. Był nieudacznikiem w jej oczach. Nieudacznikiem,którego kochała. I to dobijało ją najbardziej. Chłopak wysiadł z auta prawie w tym samym czasie co Alicja.- Nie ucieknę, muszę odetchnąć- Powiedziała oschle. Mogła mu uwierzyć? Mówił prawdę? Brunet był jedyną osobą, której Alicja bałaby zaufać. Chłopak oparł się o maskę samochodu, i wyciągnął papierosa, po chwili go odpalając. Alicja wstała i podeszła do chłopaka.
-Mogę?- Zapytała wskazując na paczkę, którą chłopak ściskał w lewej dłoni. Dawid spojrzał na nią ze zdziwieniem, ale podał jej pudełko, z którego wyciągnęła jednego szluga.
-Od kiedy ty palisz?- Lekko się uśmiechnął i odpalił papierosa, którego dziewczyna trzymała w ustach.
-Od kiedy spotkałam takiego idiotę, który nie liczy się z moimi emocjami- Warknęła,a następnie zaciągnęła się by po chwili wypuścić szary kłębek dymu. Oparła się o maskę, koło Dawida. Brunet wyrzucił papierosa przed siebie i pokręcił głową podnosząc ją, tak, że jego wzrok nie widział nic prócz lekko zachmurzonego nieba.
-Chciałem być miły. Nawet zacząłem ci się tłumaczyć, choć nie miałem takiego obowiązku. Doceń to- Westchnął.
-Co mam docenić? Upokorzyłeś mnie, okej? Pokazałeś mi co tak naprawdę o mnie myślisz, jest okej, a teraz ja pokazuje co myślę o tobie- Warknęła w jego stronę, a ten zaśmiał się, na co Alicja poczuła dziwne ukłucie w sercu.
-Tylko, że ja w przeciwieństwie do ciebie, nie okłamuję samego siebie- Podszedł do niej i gwałtownie wpił się w jej usta. Po prostu, tak nagle zapragnął tego. Alicja oderwała się od niego, a chłopak po chwili oberwał po raz drugi w policzek. Brunet złapał się, za piekący miejsce. Szatynka wyrzuciła niedopałek, po czym poczuła, że ktoś mocno ściska jej prawe przedramię.
-Mówiłem, łapy przy sobie- Odburczał i puścił dziewczynę. Wsiadł do auta, a Alicja zrobiła to samo. Jechali już w ciszy. Ala odgoniła od siebie myśl o Dawidzie, teraz zastanawiała się czy chłopak naprawdę, jest w stanie pokazać jej gdzie jest jej matka. Tak strasznie za nią tęskniła. Przez dziesięć lat pragnęła się do niej przytulić i zobaczyć czy wszystko u niej w porządku,
Dojechali pod jakąś duży dom. Widać, że z zewnątrz był zadbany, ale jakoś inaczej wyobrażała sobie dom, w którym mogłaby mieszkać jej matka. W jej wyobrażeniach domek był malutki, ale w środku ciepło urządzony, a ten był kompletnym przeciwieństwem. Kiedy Dawid wysiadł z samochodu, Alicja zrobiła to samo, lecz trochę niepewnie. Brunet zadzwonił dzwonkiem, a po chwili w drzwiach stanął mężczyzna w średnim wieku. Ubrany był w garnitur. Miał dość obfity zarost i miły wyraz twarzy.
-Dawid, dawno cię u nas nie było- Przywitał się mężczyzna, po czym swój wzrok skierował na dziewczynę. - Wejdźcie- Przepuścił ich, na co Alicja ruszyła pierwsza, a za nią Dawid, który został zatrzymany przez faceta.
-Wiedziałem, że na ciebie można zawsze liczyć- Wyszeptał mu do ucha. Szatynka zaczęła rozglądać, się po wielkim salonie, który urządzony był w stonowanych barwach. Nie była pewna, czy tu znajduje się jej matka.
-Jak wam minęła podróż, Alicjo?-Zapytał się dziewczyna, a ona niepewnie skierowała się w jego stronę.- Ah, zapomniałem się przedstawić, jestem Erick- Wysunął rękę w jej stronę. Cała ta sytuacja była bardzo dziwna. Uciekając z podejrzanym chłopakiem trafiła do jakiejś willi, gdzie w dodatku właściciel wiedział kim jest. To wszystko wydawało jej się bardzo nierealne.
-Um...Wie pan gdzie jest moja mama?- Zapytała , a Erick zaśmiał się.
-Ależ oczywiście, Jasmine masz gościa- Zawołał, a z piętra zeszła kobieta w podobnym wieku, o długich włosach, które miała spięte w niedbałego koka. Alicja uważnie jej się przyjrzała, a na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech, a oczy momentalnie zaszły mgłą. Podbiegła go kobiety i przytuliła ją
-Mamo- Wyszeptała w jej ramie, a Jasmine mocniej wtuliła ja do siebie. Nie mogła uwierzyć, że po tak długim czasie mogła się w końcu do niej przytulić. Tak strasznie za nią tęskniła.
-Dziecko, co ty tu robisz?- Zapytała. Była w szoku.
-Dawid mnie przywiózł-Uśmiechnęła się i zaczęła przyglądać się dokładnie rysą jej twarzy. Kobieta wydawała się nieco wystraszona.
-Ah, Dawid- Spojrzała na chłopaka. Po chwili Alicja odwróciła się w jego stronę, ale brunet zniknął gdzieś w korytarzu.
-Tak bardzo za tobą tęskniłam- Powiedziała jeszcze raz przytulając się do matki. Jasmine była lekko spięta i wzrokiem z chęcią mordu wpatrywała się w chłopaka, który lekko wychylił się z kuchni, po czym widząc reakcje kobiety natychmiast do niej wrócił.
-Oh,zaprzestańcie tej czułości na chwilę. Na pewno jesteś zmęczona po podroży, może pójdziesz się rozpakować?- Zapytał sztucznie miłym głosem mężczyzna lekko oddalając ją od matki. Alicja lekko skołowana pokiwała głową i udała się na górę zgodnie ze wskazówkami Ericka. Na górę prowadził dość solidne schody. Na pietrze było sporo drzwi, ale z tego co zrozumiała jej sypialnia była na końcu po prawej stronie. Tuż obok zastała lekko uchylone drzwi, przez które widziała leżącego bruneta, który odpalał papierosa. Widząc go Alicja lekko się wzdrygnęła i szybkim, ale cichym krokiem udała się do swojego pomieszczenia, które zamknęła na klucz. Nim spokojnie odłożyła swoje rzeczy kilkakrotnie sprawdziła, czy drzwi nie są aby otwarte. Był to jej azyl, gdzie bez jej zgody Dawid „przez przypadek” do niej nie zawita. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Było duże, a na środku stało wielkie łóżko z sporą ilością poduszek, zachowanych w pastelowych odcieniach. Cały pokój taki był. Słodki i dziewczęcy, co kompletnie do niej nie pasowało, ale nie chciała marudzić. Może jeszcze za dzieciaka, taki o to pokój był spełnieniem jej marzeń, ale teraz nie zwracała zbytnio uwagi na porządek i jakość wystrojenia swojego pokoju. Może dlatego, ze zbytnio nie miała takiej możliwości? Większość swojego życia spędziła w pokoju, w którym była mała sofa, łóżko i komoda, plus stary telewizor, o który udało jej się wybłagać dyrekcję. Nic specjalnego, ale wystarczającego na jej standardy, ponieważ Alicja nigdy nie była wychowana w luksusach. Chwyciła plecak w rękę i udała się do szafy, którą otworzyła. Była zaopatrzona w prze słodziutkie sukienki i kilka par pantofelek, na co szatynka pokręciła głową z pogardą. Upchnęła swoje ciuchy na jednej z półek. Wiedziała, że nawet nie przymierzy tychc ciuchów, które zostały jej zaproponowany, chyba, że upije się do tego stopnia, że zapomni o tym co robi, a to raczej nie w jej stylu. To całe upijanie się i urywanie filmów. Postanowiła wziąć szybki prysznic, ponieważ na ciuchach nadal wyczuwała zapach tytoniu, który drażnił jej nos. Chwyciła jakieś getry i do tego luźną bluzkę oraz bieliznę i podstawowe kosmetyki. Jak najciszej otworzyła drzwi wiedząc, że tuż obok wpokoju przesiaduje Dawid. Lekko je zamknęła, a z pokoju sąsiada usłyszała rozmowę, którą przez swoją ciekawość podsłuchała
-Dlaczego ją tu przywiozłeś? Wiesz co ją tu czeka!- Wydawała się jakby krzyczeć, ale resztkami sił się hamowała, aby nikt nie usłyszał.- Obiecałeś mi coś- Kobieta warknęła w jego stronę.
-Po pierwsze powiedziałem, że jeśli za pierwszym razem się nie zgodzi nie będę jej namawiał. A Alicja nie wykazała się upartością i wystarczyło kilka wizyt,abym zawrócił jej w głowie.- Przerwał, jakby zabrakło mu tchu- A po drugie Erick miał ciekawszą ofertę dla mnie, niż nie posiadanie na sumieniu, twojej rozkapryszonej córeczki- Zaśmiał się, a po chwili można było usłyszeć, jak Jasmine uderzyła go w twarz i zmierzała ku wyjściu. Dziewczyna wystraszyła się i nim kobieta wyszła, ta zamknęła się w łazience. Oparła się o umywalkę, a w głowie próbowała sobie wszystko jakoś poukładać. To wszytko była takie zagmatwane. Cały ten Erick,jej matka, która nie wydawała się być szczęśliwa z jej przyjazdu i w dodatku ta rozmowa, to wszystko krążyło jej w głowie szukając jakiegoś logicznego wytłumaczenia na marne. Alicja westchnęła ciężko i po chwili zrzucając z siebie ciuchy weszła pod prysznic i zmoczywszy całą głowę oparła czoło o zimne kafelki. Była przeszczęśliwa, że po tylu latach spotkała się z matką, ale również miała pełno obaw, kolejną z nich był Dawid. On też tu mieszka, o co tu w ogóle chodzi. Po pobudzającym prysznicu ubrała się, a włosy wysuszyła suszarką i wyszła z pomieszczenia ponownie zamykając się w swoim azylu spokoju. Kiedy usiadła na łóżku, które zdecydowanie wydawało się zbyt wielkie jak na jedną osóbkę po pokoju rozległo się pukanie, które odbiło się echem od ścian. Niepewnie ruszyła w stronę drzwi i lekko je uchyliła. Stała tam starsza kobieta, która była ubrana w znany jej z filmów strój służki.
-Pan Erick, każe pani przekazać, iż za niecałe pół godziny będzie kolacja, a pańska matka, mówi, aby ubrała się pani elegancko. - Wypowiedziała to z uśmiechem na twarzy, po czym nie czekając na odpowiedź dziewczyny obróciła się i odeszła. Alicja zaskoczona,tym, że w tym domuj est jakaś obsługa zamknęła drzwi przekręcając przy tym klucz i podeszła do szafy jeszcze raz lustrując ciuchy, które się w niej znajdują. Suknie były w ładnym kroju i gdyby nie przesadna ilość różu i bieli mogłaby je założyć, ale gdy tyko na nie patrzała wyobrażała sobie jak ktoś dosłownie rzyga na nie brokatem, więc prędko odłożyła wieszak do szafy i zamknęła ją. Postanowiła, że nie będzie zwracać uwagi na swój strój. Może i będzie wyglądać jak idiotka, patrząc na to w czym Erick chodzi po domu, ale była pewna, że będzie wyglądać mniej komicznie niż w tych bufiasty sukienkach z przesadną ilością kokardek i świecidełek. Kiedy czas upłynął Alicja zeszła na dół, gdzie wszyscy już czekali. Faktycznie poczuła się trochę dziwnie, ponieważ wszyscy bez wyjątków (Tak, Dawid też miał jakąś koszulę) wyglądali elegancko i strojnie,a ona? Jakby dopiero co wstała, ale odpuściła sobie jakiekolwiek komentarze i zasiadła do stołu, obok bruneta, bo jedynie tam było wolne miejsce. Jasmine zlustrowała ją wzrokiem,a kiedy Alicja się zorientowała spojrzała na nią pytającym wzrokiem.
-Dlaczego nie założyłaś sukni, którą wybrała wraz z Erickiem?-Zapytała nakładając sobie jakąś sałatkę. Alicja spojrzała na nią wzrokiem,aby faktycznie upewnić się czy kobieta zadała jej to pytanie, po czym wzdychają odpowiedziała.
-Jak mogliście zauważyć, to nie mój styl- Odpowiedziała i usłyszała cichy chichot ze strony bruneta. Jasmine westchnęła.
-Przepraszam, po prostu za dziecka lubiłaś takie rzeczy i pomyślałam...-Przerwała,a głos zaczął jej się łamać- Że mogłabym ci dać coś, czego wcześniej nie mogłam- Powiedziała i zakryła usta ręką, po czym wstała od stołu- Przepraszam- Powiedziała i udała się na górę. Alicja chciała iść za nią, ale Erick ją powstrzymał.
-Musi odpocząć, zbyt wiele emocji jak na jeden dzień- Powiedział trzymając kurczowo jej dłoń. Alicja wyciągnęła rękę z uścisku i odruchowo schowała ją pod stół kierując wzrok na swój talerz.
-Dawid, dawno cię nie widziałem, może opowiedziałbyś co u ciebie- Dawid słysząc to co wyślizgnęło się z ust mężczyzny spoważniał i wbił w niego groźne spojrzenie.
-A co cie tak nagle interesuje? Chcesz popisać się przy Alicji jakim to jesteś dobrym człowiekiem? Nie wydurniaj się, ona zapewne zdążyła wyrobić sobie o tobie zdanie, nie jest taka głupa jak myślisz- Warknął po czym wyszedł i zapewne skierował się do swojego pokoju. Alicja po chwili ciszy podziękowała za posiłek i zostawiając Ericka samego. Nim jednak udała się do swojego pokoju postanowiła zapukać do pomieszczenia w którym mieszkał Dawid. Nie usłyszała pozwolenia, aby wejść, ale jednak to zrobiła.
-Pozwoliłem ci wejść?- Rzucił oschle.
-Mogę cię o coś zapytać?- Usiadła na brzegu łóżka a Dawid podniósł się aby dziewczyna poczuła się bardziej swobodnie. Nie odpowiedział tylko skierował pytające spojrzenie.- Kim dla ciebie jest Erick?- Zapytała a chłopak wstał z łóżka splatając ręce na karku. Po chwili wyszeptał.
-Ojcem- Alicja nic z tego nie rozumiała, skoro Erick jest jego ojcem, to dlaczego z nim nie mieszka.
-W takim razie dlaczego poniewierasz się po piwnicach?-Zapytała również wstając.

-To długa i dość bolesna historia, może kiedyś ci opowiem, ale na razie musi ci wystarczyć to, że jak pewne zauważyłaś nie dogaduje się z nim najlepiej- Powiedział i ułożył się na łóżku ignorując szatynkę, dając jej tym do zrozumienia, ze powinna opuścić jego pokój. W ciszy wyszła z pomieszczenia i udała się do siebie, gdzie położyła się na łóżku. Jej mama mieszkała z ojcem Dawida, czy to przypadek,że to właśnie jego spotkała?

piątek, 12 sierpnia 2016

Zakazany Owoc Smakuje Najlepiej - Rozdział 3 "Życie singla"

Udało nam się tego dokonać... Oto, kompletny i niezaprzeczalny filler! XD
No cóż, musiałyśmy zwolnić z akcją, więc zwolniłyśmy... Prz okazji trochę życia Kashiego...
Więc, miłego czytania i zapraszam do komentowania! ;D
PS. Kisnę, jak zwykle. Pozdrawiam.

***

Kakashi postukiwał ołówkiem w kartkę papieru, walcząc ze sobą czy ma coś powiedzieć. Zdecydowanie powinien, ale nie było to takie proste.
- To co się stało... - Okazało się, że w tym samym momencie podnieśli wzrok i spojrzeli na siebie, Kakashi odruchowo odwrócił wzrok i natychmiastowo zgubił wątek. No bo i z czego miał się tłumaczyć? Była to raczej jednoznaczna sytuacja.
- Kakashi... - Westchnął Iruka, odkładając długopis. - To co robisz w swoim życiu prywatnym jest twoją sprawą. Tylko że wiesz... - Odchrząknął lekko, starając się ukryć śmiech. - Z własnym uczniem w klasie to trochę...
- Nie kończ. - Przerwał Kakashi, przykładając dłoń do czoła. - To nie do końca tak. Po prostu chyba za bardzo mu się spodobałem i teraz nie może sobie odpuścić. - Twarz Iruki zmieniła się natychmiast z rozbawionej na poważnie zmartwioną.
- Czyli mówisz, że on..?
- Nie. - A przynajmniej nie do końca, sprostował w myślach doskonale wiedząc do czego zmierzał jego współpracownik i wcale nie uśmiechało mu się zgłaszać tego... Zdarzenia na
policję. Obito był dobrym dzieciakiem, może trochę zbyt „otwartym”, ale z drugiej strony, ani razu nie powiedział mu żeby przestał.
Zapadła krępująca cisza. Może nie powinien być taki asertywny, ale musiał to szybko wyprostować zanim Iruka mógłby mieć jakiekolwiek inne wątpliwości do tego co się stało.
Zadzwonił dzwonek, ostatni w tym dniu (przynajmniej dla Hatake) i z chęcią skorzystał z okazji, aby wymknąć się z pokoju nauczycielskiego i od niechcianego tematu. Na odchodne mruknęli sobie jedynie standardowe „do jutra” i zupełnie niestandardowe „uważaj na siebie” od Iruki. Korytarz był już zupełnie pusty. Jeżeli jakieś dzieciaki jeszcze znajdowały się w szkole, to pewnie nie miały specjalnych powodów, żeby siedzieć na widoku. Z resztą, nie jego sprawa. Ani trochę.
Wyszedł ze szkoły i skierował się w stronę metra. W sumie, nie śpieszyło mu się. Śpieszyło mu się do wyjścia z klasy i do zakończenia niezręcznej rozmowy z Iruką, ale nie do powrotu do domu. Bo po co? W dodatku, lubił przebywać na zewnątrz i czytać swoją ulubioną książkę.
Wsiadł do metra i o dziwo, oderwał się od tekstu. Rozpraszał go delikatny stukot i mijane widoki na zewnątrz. Przez chwilę pusto wpatrywał się w okno, nie widząc nawet zmieniających się widoków, nie myśląc o niczym. To wywoływało wspomnienia. Dużo, dużo nieprzyjemnych wspomnień, których Kakashi wolał nie rozdmuchiwać. Zwłaszcza nie w metrze. Włożył książkę do torby przewieszonej przez ramię i rozmasował obolały kark. Tkwienie w jednej pozycji w żadnym wypadku nie jest zdrowe. Ani wygodne. Jakieś licealistki zaczęły szeptać między sobą, dyskretnie na niego spoglądając. Gdyby nie to, że uczył w szkole, to by to tego nie przywykł, ale na swoje nieszczęście (bo przecież niewiedza jest błogosławieństwem), wiedział jaką opinię ma wśród uczennic. Kiedy przez przypadek złapali kontakt wzrokowy, pokłoniły się lekko w przepraszającym geście, a on uśmiechnął się tylko, pokazując, że nic się nie stało.
Kiedy był w połowie drogi, przypomniał sobie, że musi jeszcze iść na zakupy. Westchnął ciężko. No cóż, życie singla.
Jednak najpierw wolał pozbyć się torby, która mimo wszystko trochę ważyła. Wysiadł z metra i swobodnie udał się do mieszkania, odłożył torbę, po czym wrócił się w stronę sklepu. Nie spotkał nikogo ze swoich sąsiadów, ale za to odkrył, że chyba trwał dzień zapominalstwa, bo zapomniał wyjąć książeczki z torby, tym samym, wziąć ją ze sobą. Może to i lepiej? Miał niesamowitą podzielność uwagi, ale nie był nawet stuprocentowo pewien, czy wolno mu było czytać ją w sklepie. Nie chciał narobić sobie niepotrzebnych kłopotów. Za dużo roboty.
Szedł, jak zwykle z rękami w kieszeniach i ze spuszczoną głową wpatrywał się w chodnik przed nim. Nie żeby tym razem był zdołowany czy coś. Po prostu od dziecka grawitacja wyjątkowo mocno działała na jego spojrzenie. Cóż, działa, dopóki ktoś nie trafi w niego kopniętym kamieniem co swoją drogą właśnie się stało.
Podnosił wzrok spodziewając się zobaczyć małe znudzone dziecko wracające z podstawówki do domu, a tymczasem ujrzał... Mentalnie małe dziecko wracające z innej szkoły... Jego szkoły.
Mające na nazwisko Uchiha, a imię Obito.
Bo jak mieć szczęście to na całego.
Patrzeli się na siebie w szoku nie potrafiąc znaleźć jakiekolwiek słowa, nie mówiąc już o tym, żeby nie zrobić z siebie kompletnego kretyna. Obito pierwszy przerwał kontakt wzrokowy, kłaniając się naprawdę nisko i niemrawo wydukał coś w stylu „Przepraszam panie Hatake” zanim szybko go wyminął i praktycznie przebiegł dalszą drogę, gdziekolwiek zmierzał.
„Panie Hateke, co?”, pomyślał Kakashi, bez wyrazu oglądając plecy oddalającego się nastolatka. To było coś nowego, może wreszcie zdał sobie sprawę, że rozmawia z nauczycielem? Wątpliwe, ale może Iruka miał rację i terapia szokowa działała.
Zignorował dziwne zachowanie nastolatka i ruszył swoją drogą. W końcu, co miałby zrobić, gonić go po ulicy i... Co później? Z resztą, ściganie dorastających po ulicy nawet jemu wydawało się, delikatnie mówiąc, nie na miejscu.
Wszedł do sklepu i w trakcie robienia zakupów również spotkał uczniów, albo raczej uczennice z budynku jego szkoły, z tą różnicą, że były to gimnazjalistki – Sakura i Ino, bardzo sympatyczne i całkiem mądre dziewczyny. I w dodatku miło było zobaczyć je razem, po tym, z tego co Kakashiemu wiadomo, zostały śmiertelnymi rywalkami po tym jak pokłóciły się o chłopaka, Sasukę z klasy Sakury. Chociaż nie zawracał sobie tym specjalnie głowy, był pewien, że przejdzie im zaraz po tym jak zrozumieją, że istnieją rzeczy ważniejsze od szkolnych miłostek.
Po grzecznym przywitaniu i pożegnaniu się z dziewczętami, przeszedł do swoich zajęć i już wkrótce udało mu się opuścić zatłumione miejsce. Nie żeby kiedykolwiek miał z nimi specjalny problem, jednak z drugiej strony, był typem gościa preferującego spokój i domowe zacisze niże by jakiekolwiek społeczne interakcje, co znowu sprowadzało jego myśli na tory pod tytułem „Co do diabła widział w nim Obito?”. Przecież ten chłopak miał reputację typowego awanturnika, czy nie powinien więc, podobnie do kumpli, traktować go jako największe przymuszone zło,a nie Obiekt... Zainteresowania?
Przez chwilę przez myśl Hatakę przeszło, czy to czasem nie był jego sposób sprawiania kłopotów, jednak inni nauczyciele nigdy nie zgłaszali takiego zachowania. Z resztą, jego przeprosiny nie miałyby wtedy najmniejszego sensu. To znaczy, biorąc pod uwagę fakt, że Obito zazwyczaj był pełen dumy i arogancji, jego przeprosiny i tak nie miały zbytniego sensu, jednak mimo wszystko była to liczba większa niż zero.
- Dzień dobry Kakashi. - Miękki, typowo damski głos wyrwał go z rozmyślań.
- Dobry Hanare. - Przywitał się z powrotem, dopiero zauważając, że jego sąsiadka wlecze gdzieś małego kwiatka w doniczce. Hanare była idealną japońską żoną, cichą, zawsze miłą, jednak pozytywną i delikatną kobietą kochającą kwiaty. Cóż, jeśli Kakashi kiedykolwiek interesowałby się kobietami, to prawdopodobnie byłaby jego pierwszym „wyborem”. Jednakże, nie był. Z tego też powodu po prostu utrzymywał z nią przyjazne stosunki, mimo swojej introwertycznej natury, starając się być najlepszym sąsiado-przyjacielem jakiego ktokolwiek by sobie wymarzył.
Hanare uśmiechnęła się do niego nieco, słodko, jak to naturalnie miała w zwyczaju i kiedy Kakashi myślał że to już koniec ich krótkiej wymiany zdań, znowu zaczęła przyjaźnie;
- Powinnam dać ci kiedyś takiego.
- Nie sądzę, że mam wystarczająco dużo czasu, żeby zajmować się czymkolwiek żywym. - W połowie zażartował Hatake, łatwo rozumiejąc że czarnowłosej kobiecie chodzi właśnie o pięknego kwiatka, jakiego trzymała w rękach. Teraz prawie żałował, że oprócz praktycznych zastosowań, w ogóle nie miał o nich pojęcia i nie wiedział jak ów kwiat się nazywa lub co oznacza. Nikt nie powiedział, że przez swoje życie będzie miał czas nauczyć się wszystkiego. - Lub wiedzy. Dla mnie nadawałby się tylko kaktus.
- Kaktusy też potrafią być piękne. I gdyby nie te kolce, jestem niemal pewna, że byłyby ulubieńcami wielu ludzi. - Wytłumaczyła cierpliwie, zerkając to na niego to na błękitne niebo rozpościerające się pod pół dachem mieszkań. - Może to wreszcie sprawiłoby, że częściej byś się uśmiechał.
- Myślę że jak na nauczyciela uśmiecham się wystarczająco dużo. - I żeby udowodnić jej swoje zdanie, nieco wymuszenie uniósł kąciki ust w pół-uśmiechu. - Właściwie, jeśli zacząłbym uśmiechać się częściej, to oznaka, że zaczyna być źle. - Hanare roześmiała się, chociaż jego zdaniem nie powiedział nic specjalnie śmiesznego (oprócz samej prawdy, która może i była komiczna, ale i równie tragiczna) i pożegnali się krótko.
Kakashi zrobił sobie coś podobnego do obiadu, odpowiadającego diecie singla i zajął się pracą, myśląc, że jeśli skończy wcześniej to przejdzie się do psiego parku. Od kiedy na studiach zmarł jego mały ulubieniec, Pakkun, nie miał innego psiaka, ale zawsze je uwielbiał. Po prostu nie miał czasu na opiekę nad zwierzakiem. Poza tym, ciągle pamiętał jak bolesna była strata.
Zamiast tego więc, po prostu na nie patrzał, czytając swoją książkę i ciesząc się świeżym powietrzem.
Westchnął cicho, wyglądając przez okno.
Ale jeśli nie, to chyba po prostu jak zwykle przejdzie się na wieczorny spacer...

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Tydzień, który zmienił moje życie cz.2- Dobranoc Kashi

Oł yeah! No w końcu coś innego niż hetero <3
Przez ostatni czas miałam tylko na tamto opowiadanie wenę, ale już wróciła na resztę!
Także cieszcie się nową częścią Obkk, które zresztą jak pisałam to kisłam XDDD
A więc powodzenia i zraczcie ze mną!

*~*~
*


Pobudka Kakashiego nie była zbyt przyjemna. Jego sen przerwały hałasy dobiegające z drugiej części mieszkania. Ktoś, a raczej Obito Uchiha we własnej osobie krzątał się po jego kuchni. Nie do pomyślenia, że ten mężczyzna przebywał pod jego dachem, ale jeszcze bardziej niewiarygodny był fakt, że tu spał i tak będzie tu koczował przez najbliższy tydzień. Szaro-włosy zwlekł się z łózka, zakładając na siebie szlafrok i wyszedł z pomieszczenia, który był jego azylem, aby sprawdzić, czy przypadkiem jego kuchnia nie stoi w płomieniach. Stety, bądź niestety wszystko było w porządku, w jak najlepszym, gdyby nie mały szczegół, a mianowicie paradujący po mieszkaniu brunet, ubrany jedynie w szare spodnie. Cóż, widok z rana bardzo pobudzający, ale i nieco rozpraszający. Kakashi wzrokiem zlustrował sylwetkę mężczyzny,który na całe szczęście stał tyłem mówiąc coś pod nosem, do samego siebie. Faktycznie, Kakashi mógł śmiało powiedzieć, że chłopak ma się czym chwalić, jego plecy były rozbudowane, co przyciągnęło wzrok grafika, na tyle aby sam po czasie zorientował się, że trwało to zdecydowanie za długo. Aby szybko to przerwać wzrokiem odbiegł w stronę reszty domu, które jak przypuszczał tkwiło w lekkim chaosie, ale jednak obawiał się czegoś gorszego. Kilka puszek po napojach, pudełko po pizzy i rozrzucone ubrania Uchihy, coś na co Kakashi również przygotował się psychicznie, widząc w jakim stanie jest stanowisko jego pracy. Niepewnie skierował się do kuchni, aby rozpocząć swój dzień od kawy. Wyminą bruneta, na tle aby swobodnie znaleźć się przy ekspresie. Jednak chcąc zacząć swoją poranną rutynę, musiał wyciągnąć kubek z szafki, która centralnie znajdywała się na głowa bruneta. Hatake westchnął na duchu. Nie chciał prosić, go aby się przesunął, ponieważ nie miał ochoty zaczynać z nim dialogu. Miał nadzieję, że cały poranek odbędą w ciszy i tak do dnia jego wyprowadzki stąd. Kiedy tylko Obito lekko przesunął się w lewo, Kakash sięgnął do szafki, jednak nim zdążył wyjąść z niej naczynie, Obito gwałtownie ją zamknął powodując tym samym głośny trzask, który rozniósł się po całej kawalerce. Brunet, cały czas wpatrzony był w gazetę, która leżała na blacie, a jego głowa była skierowana ku dołowi, jednak na twarzy pojawił się przebiegły uśmiech. Jego zamysłem, podczas „wprowadzenia” się tu od samego początku, było, aby Hatake był wyprowadzany z równowagi, nie ważne za jaką cenę. Był w stanie zrobić wszystko. Dosłownie wszystko.
-Poproś- warknął w jego stronę, ale nadal się uśmiechał. Jego wzrok skierował się w stronę Hatake, który uważnie patrzył na szafkę, a raczej na dłoń, która się na niej znajdywała. Nie bardzo wiedział, co mógłby w takiej sytuacji zrobić. Jedyne wyjście, to danie satysfakcji Obito. Gdyby nie goniący go czas, mógłby skusić się na krótka wymianę zdań, ale nie miał na to ochoty.
-Po prostu daj mi ten kubek- Powiedział kierując swój wzrok z jego dłoni nie tyle co na twarz ale na oczy. Obito zrobił to samo, dając tym do zrozumienia, że jego odpowiedź nie była wystarczająca- Proszę- Dokończył od niechcenia i przyglądał się mężczyźnie, co teraz robi. Uchiha zaśmiał się i po chwili podał Hatake kubek.
-Nie myślałem, że pójdzie z tobą tak łatwo- Spojrzał na niego wymownie. Twarz Hatake nie wyrażała zupełnie nic. Był taki obojętny,co dokuczało Obito. Miał nadzieję, ze ta sytuacja, wpłynie na jego dzień, ale jak widać, nie łatwo jest mu zaburzyć jego tryb życia. Uchiha zdał sobie sprawę, że będzie musiał się jeszcze bardziej postarać. Hatake starał się jak najbardziej nie zwracać na niego uwagi, pomimo wypalającego wzroku,błądzącego po jego ciele. Czuł sie z tym dziwnie, ale nie zaprzestawał swojej czynności i dokończył kawę. Do ręki chwycił kubek, który po chwili został mu chamsko odebrany. Spojrzał na bruneta a ten tylko uśmiechnął się chytrze i udał się w stronę kanapy, gdzie „mieszkał”
-Dzięki, za kawę- Krzyknął odstawiając ją na stoli, wcześniej biorąc sporego łyka. Hatake westchnął ciężko i odpuścił sobie kolejne przygotowanie jej, ponieważ zdał sobie sprawę, że czas na wypicie ciepłego napoju, przeminął mu wraz z małymi docinkami od strony Uchihy. Udając się do łazienki zgarnął ciuchy i wszedł do pomieszczenia, aby w spokoju przebrać się, bez ryzyka, że Obito znów spróbuje nawiązać temat, w bardzo dziwny sposób, jak robił to za każdym razem. Największym błędem jaki w życiu popełnił, to taki, ze nie zamontował zamka w drzwiach od łazienki. Nigdy nie był mu potrzebny, do czasu gdy Obito nie pojawił się w jego mieszkaniu. Kiedy stał przed lustrem, ubrany jedynie w czarne spodnie, do pomieszczenia wpadł Obito, którzy przyglądał się Hatake, a raczej jego odbiciu w lustrze dokładnie chłonąc jego sylwetkę wzrokiem.
-Nie widzisz, że zajęte? Umiesz pukać?-Warknął szaro-włosy odwracając się, tak, aby patrzeć na Obito. Mężczyzna lekko przymrużył oczy, po czym na jego usta wkradł się lekki cwaniacki uśmiech, na co Kakashi przewrócił oczami nadal oczekując odpowiedzi.
-Umiem,ale nie odczułem takiej potrzeby- Powiedział, jakby nadal zastanawiał się nad czymś jeżdżąc wzrokiem w dół i górę, bo torsie Kakashiego.
-Mogłem być nago- Warknął poirytowany i bacznie obserwował poczynania bruneta, który jakby był w innym świecie.
-I? Jakoś mi to nie przeszkadza. Posuń się- Nie czekając na reakcje szaro-włosego ręką złapał go w pasie i lekko odsunął jego biodra, aby otworzyć szafkę, tuż pod umywalką. Hatake stał jak wryty. Nie mógł zbytnio się poruszyć, ponieważ spoczywająca ręka, na jego biodrze była na tyle rozpraszająca, że jakiekolwiek ruchy w takiej sytuacji były niewskazane,do tego ta lekko dziwna pozycja z wypchniętymi biodrami do przodu. Cóż dla osoby trzeciej mogłoby to wyglądać co najmniej dziwnie,ponieważ w czasie gdy Kakashi nie bardzo wiedząc co się dzieje i wpatywał się w dłoń bruneta, Obito schylał się, aby wyjąc coś z szafki. Kiedy podniósł się zatrzymał się na niebezpiecznej odległości na wysokości ucha Kakashiego. Obito nie mogąc się powstrzymać, z ręką nadal dotykającą biodra mężczyzny powoli zbliżył się w stronę płatka jego ucha i lekko je przygryzł, po czym posłał mu firmowy uśmiech i wyszedł z pomieszczenia. Hatake stał tam jeszcze chwilę wpatrując się w miejsce, gdzie przed chwilą został ukąszony, po czym otrząsając się z letargu założył biała koszulę, na to sweter i wyszedł z łazienki. Po drodze z sypialni zabrał ze sobą torbę i w ciszy skierował się w stronę drzwi. Śniadania zazwyczaj jadał w pracy. Przy drzwiach również gotowy do wyjścia stał już Obito.
-Jestem autem, możesz jechać ze mną- Zaproponował podrzucając kluczami w ręce. Hatake w głowie przemyślał wszystkie za i przeciw w dość szybkim tempie i lekko kiwnął głową. Nie musiał się tłuc metrem, co było bardzo wygodne, ponieważ z rana jest tam pełno ludzi spieszących się do pracy. Wyszli z mieszkania, które Kakashi prawie zapomniał zamknąć, gdyby nie zwrócenie uwagi przez Obito i udali się do samochodu, gdzie Kakshi zajął miejsce pasażera. Podróż autem była szybka i o niebo wygodniejsza niż wciskanie się do prawie wypchanego po brzegi metra, ale nawet to nie przemawiało do Hatake, aby zrobił prawo jazdy. Nie wyobrażał sobie siebie jako kierowcy. Zbyt często pogrążony był w myślach, aby był w stanie trzeźwo myśleć podczas jazdy. Wysiadając z auta rzucił w stronę Uchihy zwykłe „Dzięki” wypowiedziane od niechcenia i nie patrząc jak daleko jest Obito wszedł do firmy i udał się do swojego biura, Całkowicie oddał się zleceniu, aby choć w pracy mógł zapomnieć o zajściu w łazience. Najgorsze było to, że to wywarło na nim same pozytywne odczucia. Nie do pojęcia było tylko to, ze sprawił je jego odwieczny konkurent. To samo w sobie brzmi abstrakcyjnie. Nie chciał o tym myśleć właśnie teraz, kiedy to naprawdę zależało mu na tym, aby jak najszybciej to skończyć. Jego zajęcie przerwało pukanie do drzwi. Miał ogromną nadzieję, ze to nie brunet i kamień spadł mu z serca, kiedy to w drzwiach stanęła młoda kobieta posyłając mu przy tym uroczy uśmiech.
-Kakashi, mogę na chwilę?-Zapytała przymykając drzwi. Mężczyzna przeniósł wzrok na nią i kiwną potwierdzająco głową.
-Co cie do mnie sprowadza, Rin?-Zapytał. Rin była asystentka szefa,więc rzadko przebywała w gabinecie Hatake,jednak łączyły ich dość przyjazne relacje. Nie raz zdarzyło im się, aby po pracy skoczyć na jakiś lunch, bądź sporadycznie do jakiegoś baru, w których Kakashi nie lubił przebywać, jednak kiedy Rin go o to prosiła co zdarzało się sporadycznie ciężko było mu odmówić.
-Szef, każe ci powiedzieć, że jeśli tylko skończysz swoje dzienne zlecenie, możesz udać się do domu- Powiedziała, i posłała mu naprawdę szczery uśmiech, ponieważ bardzo lubiła Kakashiego, można by powiedzieć, że są przyjaciółmi. Kiedyś łudziła się, ze może być z tego coś więcej, do czasu kiedy zdała sobie sprawę, że Hatake nie jest nią zainteresowany, ze w ogóle nie jest zainteresowany kobietami i związkami. Nie miała mu tego za złe. Po prostu jak gdyby nigdy nic nadal się z nim przyjaźni.
-A czy dział reklamy też kończy wcześniej?- Zapytał. Dział reklamy, to dokładnie ten dział, w którym znajduje się Obito. Rin przytaknęła lekko głową i na odchodne pożegnała się z nim i uśmiechnęła. Trochę to zawiodło Hatake, liczył na to,że wróci do domu wcześniej, ponieważ zlecenie było już gotowe i zasiądzie w spokoju w swoim salonie i zacznie zatracać się w swojej książce, jednak raczej nie było mu to dane, z powodu iż Obito również w domu miał pojawić się całkiem szybko. Wysłał jeszcze przed wyjściem zlecenie do Minato- szefa i zgarniając wszystkie swoje rzeczy udał się do wyjścia, mówiąc wszystkim napotkanym przez niego współpracownikom wymuszone „pa”. Przed korporacją na parkingu, oparty o maskę auta stał Obito i gestem ręki nakazał Kakashiemu, aby do niego podszedł. Zrobił to. Bardzo zdziwił go fakt,że dzisiaj w jego pokoju nie zawitał Obito. Było to dziwne, ale z drugiej strony, kilka godzi bez jego towarzystwa cóż z pewnością wpłynęło na niego pozytywnie.
-Może pojedziemy coś zjeść?-Zaproponował brunet podchodząc do Kakashiego,na co ten wyprostował się. Przypomniał sobie to całe zajściie uczucia jakie wtedy w nim krążyły. To wszystko było niewiarygodne,
-Ta-Odparł leniwie Hatakę, po czym wsiadł do samochodu. Obito zawiózł go do małej ale przytulnej knajpki, gdzie jak twierdził podają najlepszy ramen, w całej Japonii.
-Coś ty taki mało mówny?- Zapytał Obito zajadając swoją porcję ciepłego wywaru. Szaro-włosy chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
-Rozmawianie z tobą nie sprawia mi zbyt dużej przyjemności, jednak muszę cię o coś zapytać-Przerwał kiedy to Obito uniósł wzrok znad miski- Bardzo dziwne było dla mnie to, że nie przyszedłeś dzisiaj do mnie. Czyżbyś sobie w końcu odpuścił? Zapytał biorąc kolejną łyżkę do ust.
-Już myślałem, ze zapytasz o tę cała akcje w kiblu
-To później- Przerwał mu Kakashi uważnie obserwując jego wyraz twarzy. Uchiha oddalił się od miski i spojrzał na Hatake.
-Nigdy nie sadziłem, ze to powiem, ale postanowiłem odpuścić, ci na ten tydzień z racji tego, ze masz mnie za współlokatora- Na jego twarzy pojawił się przebiegły uśmiech, kiedy to oparł się o kanapę kładąc rękę za zagłówkiem. Hatake nic nie odpowiedział, tylko przyglądał się mu z jeszcze większą uwagą- A to drugie, to kompletny przypadek, który mi się podobał- Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a momentami Hatake miał wrażenie, ze się poszerza. Nie rozumiał tylko co go tak w tym wszystkim bawi.- Idziemy?- Zapytał, kiedy to zauważył, ze miska Hatake została pusta. Ten tylko przytaknął i zapłacił za swoją porcję i wraz z brunetem wrócili do domu.
Weszli do mieszkania i pierwsze co szaro-włosy zrobił to udał się do sypialni po świeżą piżamę i wziął ochładzający go prysznic. Musiał jakoś zrelaksować się po całym dniu, kiedy to ciągle myślał o brunecie i jego zamiarach, które po porannym zajściu nie wydawały się zbyt czyste. Jednak, nie zwracał za bardzo uwagi na Obito i usiadł wygodnie w fotelu i zaczął czytać swoją ulubioną książkę.
-Co tam czytasz?- Zapytał brunet siadając naprzeciwko, na sofie. Hatake wyraźnie go zignorował, dlatego Uchiha postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i podchodząc do niego sprytnym i szybkim ruchem wyciągnął lekturę z jego rąk. Kakashi podniósł się momentalnie,przez co dorównywał pozycją do Uchihy, który śmiejąc się lustrował jego twarz.
-Oddaj to- Warknął i zaczął mierzyć go dość zimnym spojrzeniem. Obito lekko prychnął pod nosem i odwracając się tyłem do mężczyzny zaczął przeglądać, czym ta książka zainteresowała jego lokatora. Kilka razy zaśmiał się pod nosem i po chwili oddał książkę właścicielowi.
-No, nie wiedziałem, że z ciebie taki romantyk- Powiedział przez śmiech i usiadł na kanapie. Kakashi lekko się zarumienił, ale również był wściekły. Nie lubił jak ktoś ruszał jego rzeczy.

-Dzięki- Rzucił w jego stronę, po czym pod nosem wymamrotał „jak dziecko” i udał się do kuchni, gdzie nalał sobie wody do szklanki, którą zawsze w nocy stawiał na nocnym stoliku. Kiedy chciał się już obrócić do wyjścia, na swoich biodrach poczuł silne dłonie, które lekko wślizgnęły się pod koszulkę, przez co były bardziej wyczuwalne. Oddech Hatake przyspieszył, kiedy to powietrze wydobywające się z ust bruneta muskało jego kark. Przeszedł go lekki dreszcz, a nie władza w kończynach ogarnęła całe ciało. Obito zbliżył się do jego ucha i obniżonymi przyciszonym głosem wyszeptał „Dobranoc Kashi” i ponownie lekko przygryzł płatek, tym razem prawego ucha i odszedł zostawiając Hatake w kuchni. Chwile jeszcze patrzył przed siebie i skierował się do sypialni. Przed wejściem szepnął w stronę Obito „dobranoc” zachrypniętym głosem,po czym zniknął za białymi drzwiami, gdzie położył się w łóżku i próbując ogarnąć swe myśli i uczucia zasnął.