Troche na to sie naczekaliscie...ale chyba kazdy z was juz przywykł do tego że my dlugo sie do czegoś zbieramy xD
Ale juz jest.
NASZ FANPAGE HEHE
Lajkujcie i komentujcie...W sumie narazie nie wiem co mozecie tam komentowac ale...
Naposzcie tam czy oczekujecie czegos specjalnego w zwiazku z tym. Co byscie chcieli tam ogladac czy cos
https://www.facebook.com/Różne-Opowiadania-1824321644532342/
środa, 27 grudnia 2017
niedziela, 17 grudnia 2017
Ciekawy Pacjent cz. 30 - Gdy słońce zachodzi
Zna się ktoś na koreańskich imionach? Ekem, pytam dla kolegi. XD
Tak nie miałam pomysłu na tytuł, cii.
Jezu przepraszam że ja nic jeszcze nie skończyłam, ale chciałam najpierw napisać ten rozdział i on też nie jest skończony, ale jest 4:30 i zaraz szkoła i ja walę pomocy zabijcie mnie pls ja chce święta jak przyjdę do domu i nie padnę na ryj tak zwanie to do dokończę przysięgam
***
- O czym ty mówisz? - Zapytał
ostrożnie Damien, wyglądając jakby bał się, że każdy
gwałtowniejszy ruch, każde ostrzej wypowiedziane słowo miałoby
wywołać nagły alarm. Jednak mimo tego był pochylony do przodu,
siedząc na samym brzegu kanapy, jak gdyby był na skraju wybuchu, z
wzrokiem tak przenikliwym, że mógłby ciąć nim stal.
- Powiedziałem ci kiedyś, że nie
wyjdziesz stąd dopóki nie będę pewien, że jesteś co najmniej
przyzwoity.
- Ta, to nie żadna nowość. - Ta
dziwna ostrożność powoli ustępowała miejsca przelewającej się
przez jego głos irytacji... Jednak czy była to irytacja? Czy
zwyczajna, dziecinna forma desperacji i upartości, jakiej w pewnym
stopniu już spodziewał się po Damienie?
Toby'emu kręciło się już w głowie.
- Nowość jest taka, że ja nie mogę
tego zrobić. - Zdążył tylko na sekundę zerknąć na twarz
Damiena, wyraźnie wykrzywioną we wściekłości, zanim ten zerwał
się z siedzenia i zaczął spacerować po pokoju, krokami zbyt
szybkimi i zbyt długimi, żeby spacer po małym pokoiku mógł w
jakikolwiek sposób na niego zadziałać.
W innej sytuacji może wyglądałoby to
nawet głupkowato, ale teraz... Z ciemnymi oczami, wypełnionej
czystą, zwierzęcą furią, szczęką i pięściami zaciśniętymi
tak mocno, że po prostu musiało go to boleć. Toby widział to po
sposobie w jakim jego ręce lekko drgały, żyły wyraźnie
odznaczały się pod skórą. Słyszał jego oddech. Słyszał jego
cholerny oddech stojąc dwa metry dalej, głośny, głęboki i
szybki.
Toby poczuł ukłucie strachu gdzieś w
dole swojego żołądka i to... To była nowość.
Z powrotem złożył ręce na piersi,
delikatnie szczypiąc się w ramię, starając się uspokoić własne
emocje. Tylko że to nie działało. Nie, tym razem ten dziwny lęk
zaszczepił się głęboko w jego klatce piersiowej, ciało samo
ustawione było na alarm, głos ostrzegający go raz po raz „uciekaj”
nie dawał mu spokoju. Mimo że wiedział że to głupie. Że w
przeciwieństwie do tego co zdawał się myśleć jego mózg, nie był
zamknięty w klatce z tygrysem.
Prawda?
- Uspokój
się. - Sam zaskoczony był brzmieniem swojego głosu. Dalej
niezmożonym i szorstkim, jakby wyciekała z niego cała złość
skotłowana w jego organizmie.
Toby wcale nie czuł złości, czuł
strach i adrenalinę, pompującą w jego żyłach tak mocno, że
prawie utrudniała mu oddychanie.
Ale był w tym dobry – w opanowaniu.
Za to Damien nie był.
Nagle stanął w miejscu, tak
gwałtownie jakby ktoś nacisnął przycisk „stop”, i odwrócił
się w jego stronę całym ciałem, na razie po prostu stojąc w
miejscu, z szalejącym ogniem tuż pod powierzchnią skóry.
Jakby tylko cienka nić powstrzymywała
potwora, bestię, od ataku.
I w tym momencie, w momencie w którym
oboje mierzyli się tak kontrastujacymi spojrzeniami, Toby złapał
się na uczuciu. Dziwnej, nie pasującej koncepcji myśli, emocji.
Był tak żywy.
W tym momencie, w tamtym pokoju,
mierząc się naprzeciwko destrukcji, która przybrała formę
człowieka. Nigdy nie czuł się bardziej sobą, bardziej żywym.
Z narastającym strachem, zamiast
obrzydzenia, przychodziła ekscytacja. Ta dziwna, niezdrowa
ekscytacja, którą czuł tylko i wyłącznie będąc z Damienem.
Narkotyk. Zupełnie jak narkotyk.
A Damien po prostu wgapiał się w
niego, przypominając bardziej czarną chmurę czekającą na
pogrzebanie czegoś na własny rachunek. Stał w miejscu i oddychał,
wolniej, głębiej...
- Damien?
Bam.
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Tydzień, który zmienił moje życie cz.9- Nie przekraczaj granic
Trochę mi przykro, że nie zdążyłam przed 00;00, ale cóż jest chwilę po
Jednym ruchem strącił z biurka
walające się papiery, a słuchawkę odrzucił w bok. Nie mógł
uwierzyć, ze tak łatwo dał się podejść. Stracił kontrolę nie
tylko nad swoim życiem, ale i nad pracą. Jak bardzo mylił się,
kiedy pod słowem „wróćmy do tego co wcześniej' nie zauważył
ukrytych intencji mówiących „zrobię wszystko, aby być kimś
więcej niż ty” Dlaczego tego nie przewidział? Czy to co się
między nimi wydarzyło, naprawdę aż tak go zaślepiło? Jak bardzo
naiwny był myśląc, ze uda im się wykonać ten projekt w zgodzie i
owocnej współpracy.
Żałował, że nie udał się do
Minato, że nie poprosił o zmianę partnera. Teraz nie tylko został
bez zlecenia, to jeszcze cała chwała miała opaść na Uchihę,
któremu nie zamierzał odpuścić tak łatwo. W planach jedynie miał
mu udowodnić, jak bardzo źle postąpił posuwając się do takich
czynów, ponieważ takie sytuacje jeszcze nigdy nie miały miejsca, a
Obito nigdy nie przejmował jego klientów, prawdopodobnie łapówką.
Nie mógł wysiedzieć próbując się
uspokoić, chodź jego zdrowe zmysły nakazywały mu właśnie tak
postępować. Nigdy nie był nerwowym człowiekiem, ale i jego
cierpliwość miała swoje granice, które zostały poważnie
nadszarpnięte, o ile nie przerwane.
Porywczo zerwał się z krzesła i nie
zwracając uwagi na podchodzącą w jego stronę Rin, szedł przed
siebie, obierając sobie za główny cel te cholerne drzwi od jego
gabinetu.
Nie interesowało go to, że przez
szybę mógł zauważyć iż Obito właśnie prowadził zaciętą
konwersację przez telefon. Normalnie by to uszanował i spokojnie
poczekał, aż brunet zakończy rozmowę, jednak tego dnia był zbyt
naładowany negatywnymi emocjami, aby jakkolwiek brać pod uwagę
jego biznesowe sprawy. W tamtym momencie liczyło się tylko i
wyłącznie to w jaki sposób zhańbił jego szanowane nazwisko,
ponieważ wieść o wyrwanym wręcz mu zleceniu z pewnością
roznosiła się już po firmę, gdyż Obito Uchiha słynął z
wyjawiania takich informacji światu.
-Tym razem przegiąłeś!-Wparował do
środka od razu krzycząc. Obito zdezorientowany przeniósł swoje
spojrzenie na nieproszonego gościa, a na jego widok mimowolnie się
uśmiechnął. Przeprosił klienta i odłożył telefon na bok.
Dłonie splótł na wysokości swoich ust i nieco się o nie oparł
będąc gotowym na kolejny atak ze strony współpracownika
-Mieliśmy to wykonać razem, tymczasem
ty działaś sam- Warknął z pretensjami opierając się o biurko.
Obito zadrwił.
-Czy Obito Uchiha, z którym
współpracowałeś tydzień temu tak łatwo przyjąłby ofertę
współpracy? Miało być jak dawniej, a więc proszę- znów wracamy
do wyścigu szczurów, sam tego chciałeś- Bacznie obserwował
Hatake, któremu szczęka nieznacznie się zacisnęła, a on zajął
miejsce na fotelu naprzeciwko.
-Myślisz, że szef będzie zadowolony
jeśli dojdą do niego słuchy, iż Obito Uchiha nie jest zdolny do
współpracy i chwyta się nielegalnych sposobów, aby odnieść
sukces samodzielnie?- Zapytał twardo. Naprawdę liczył na to, że
wykonają tę robotę razem, we dwóch w swoim własnym towarzystwie.
Ta nadzieja gdzieś tliła się w jego sercu, bo poniekąd mu go
brakowało. Wypełniał do tej pory nieodczuwalna pustkę w jego
życiu. Jego obecność można byłoby porównać do małego
szczeniaczka. Niby na co dzień nie zdawał sobie sprawy, ze mógłby
mieć psa, a jednak kiedy przygarnął go na jakiś czas- jego dom
już nie był tym samym miejscem, ponieważ mimo, ze szkudził,
hałasował i domagał się uwagi, to gdzieś w serc Kakashi cieszył
się, ze jest z nim.
Obito przysunął się na tyle blisko,
że jego twarz zatrzymała się centralnie przed oczami Kakashiego.
-Myślisz, że znajdziesz na tyle
przekonywujące dowody, że dasz radę coś wskórać? - Uśmiechnął
się przebiegle- Przecież wiesz, że nie działałem bezpośrednio-
Kakashi wziął głęboki oddech. Dotarło do niego, że nie jest w
stanie załatwić tej sprawy w ten sposób. Obito nie był idiotą i
doskonale zdawał sobie sprawę z panującego w firmie regulaminu,
gdzie punkt po punkcie były wypisane zasady i kary, z którymi się
równały. Oczywistym było, że Uchiha nie ubrudzi sobie rączek.
Według wszelkich dokumentów klient sam podjął taką decyzję, a
Kakashi nie był w stanie tego udowodnić, zwłaszcza jeśli brały w
tym udział osoby z zewnątrz.
-Czemu tak bardzo nie możesz znieść
faktu naszej współpracy?- Zapytał po chwili przerwy Kakashi
obserwując przechadzającego się po gabinecie Obito. Brunet zaśmiał
się gardłowo zatrzymując się przy drzwiach, których klucz
zgrabnie przekręcił, a rolety w całym gabinecie opadły na dół
za sprawą jednego pociągnięcia za sznurek z jego strony. Powolnym
krokiem zbliżył się do Hatake. który wciąż siedział do niego
tyłem, ale przyciemniona atmosfera i zgrzyt zamka dał mu wiele do
myślenia. Momentalnie poczuł dreszcz domyślając się jedynie co
Obito ma zamiar zrobić. To było niedorzeczne, ta sytuacja byłą
niedorzeczna.
Kakashi poczuł jak jego fotel
gwałtownie odwraca się w drugą stronę, a masywne ręce Obito
lądują na oparciach usilnie obezwładniając go niczym w klatce.
-Czemu?- Zaśmiał się- Próbuję ci
pokazać, że nie dasz rady ze mną pracować na starych warunkach,
poniekąd sam się o tym przekonałem. Zapomniałeś o tym jak bym
postąpił licząc podświadomie na miłą współprace.- Mruknął
wodząc nosem po jego szczęce- Udajesz wielce zaszokowanego, nie
dopuszczając do siebie myśli, że normalnie nawet nie czułbyś się
zawiedziony. Podświadomie liczył byś na to- Kakashi wpatrywał się
na niego z nieodgadnionymi emocjami. Bał się przyznać sam przed
sobą, że Obito faktycznie miał rację. W tym wszystkim przestało
chodzić o uczucia, bo Kakashi ledwo, ale był w stanie nad nimi
zapanować. Problem polegał na tym, że ten śmieszny, nieco
perwersyjny mężczyzna, który pomieszkiwał z nim przez ostatni
czas- w pracy w ogóle się nie pojawiał, a Kakashi jak naiwna
dziewica dał sobie zamydlić oczy. Bo fascynacja to jedno, a zdrowy
rozsądek, z którym kiedyś żył w zgodzie, to drugie.
-Masz racje- Odpowiedział pewnie
wprawiając tym samym Obito w dezorientację. Wykorzystał ten fakt i
odepchnął mężczyznę, ponieważ bądź co bądź ta bliskość
nie działała dobrze na jego pewność siebie. -Dałem się nabrać,
byłem naiwny przyznaję- Westchnął- Myślałem, że dam radę
odzielić pracę od tego co zaszło między nami. Niestety nie wyszło
mi- Mruknął posępnie, a serce Obito zaczęło walić na tyle
szybko, że aż sprawiało mu to ból. Cieszył się, że zrozumiał,
że w odpowiednim momencie przejrzał na oczy, że to co się wtedy
zdarzyło nie było czymś co nie miało znaczenia. Teraz po prostu
pragnął podnieść się z masywnego krzesła i korzystając z
zasłoniętych okien, podejść do niego pocałować namiętnie i jak
gdyby nigdy nic wrócić do pracy, nad ich wspólnym projektem.
Mimo, że Obito nie oczekiwał od niego
jakichś wielkich uczuć, bo jak można mówić o miłości, kiedy
tak naprawdę się nie znali, ale pragnął tylko otwartej furtki,
bez żadnych ckliwych randek czy próbowania na siłę. Wszystko
miało się toczyć własnym tempem i w odpowiednim kierunku, tyle,
że Kakashi musiał uświadomić sobie, ze teraz oboje strzelają do
tej samej bramki.
-Ale uświadomiłeś mi bardzo cenną
rzecz, Obito- Szczęka Hatake jakby nieznacznie się zacisnęła, a
Obito uniósł brew.- Bo jeśli nie umiesz czegoś rozgraniczyć, to
po prostu trzeba się czegoś pozbyć, racja?- Obito błagał w
myślach, aby chodziło mu o projekt. Przełknął gule w gardle.- W
takim razie, puszczam w niepamięć to co zaszło między nami, a w
zasadzie to do niczego nie doszło, prawda?-Kakashi miła już
kompletnie gdzieś, to,z ę zachował się jak ostatni chuj. Nie mógł
pogodzić się z faktem, że w tak bezczelny sposób go wykiwał. Dla
niego praca była czymś ważnym, w co wkładał coś więcej nic
czas. Dawał temu serce, lubił to, a on po prostu z dnia na dzień
zabierał mu zlecenie, na którym w pewien sposób mu zależało. Nie
umiał przełożyć Obito nad to, ponieważ to co czuł w tamtym
momencie nie miało najmniejszego znaczenia, to i tak nie mgło się
udać, a nawet jeśli- w ich firmie związki między pracownikami to
jedynie sensacja, dokładając do tego romans odwiecznych wrogów...
Obito przyglądał się mu z lekkim
przerażeniem, nie chodziło tylko o słowa, również o to w jakim
stanie Hatake przed nim stał. Miał wrażenie, że jeden zły ruch a
Kakashi wybuchł by i coś przeczuwał, że nie chciał by tego
odczuć. Skinął delikatnie głową bacznie go obserwując.
-A więc skoro sobie wszystko
wyjaśniliśmy- Opadł dłońmi ciężko na biurko- Wiedz, że to iż
odebrałeś mi klienta nie znaczy, że nie mogę go odzyskać.
Doskonale wiesz, że jestem od ciebie lepszy i nie poddam się bez
walki. Na własnej skórze odczujesz, że tym razem przekroczyłeś
granice- Warknął doniośle i skierował się do drzwi, które po
otwarciu szybko otworzył i po prostu opuścił pomieszczenie
trzaskając szklaną konstrukcją na odchodne.
Po gabinecie rozległo się głośne
przekleństwo. To nie tak miało wyglądać. To po prostu miało się
skończyć.
Jednak Obito był jeszcze gorszy od
niego, a jego duma nie pozwalała odpuścić. Ta rywalizacja mogła
nie tylko zniszczyć relacje między nimi, ale i ich samych, tyle, że
w tamtym momencie żaden z nich nie myślał przyszłościowo.
Kierowali się tylko gniewem, który zakrył im oczy. Oboje pragnęli
tylko jednego- udowodnienia, który był lepszy.
Żaden z nich nie myślał o tym, że
postępując w ten sposób łamią najważniejszą zasadę panującą
w firmie.
Nie przekraczaj granic
Z dnia na dzień tak po prostu straciło
na wartości.
środa, 6 grudnia 2017
Dwa Światy cz.12- Bańka złudnego szczęścia...
Ho ho ho!
Byliście grzeczni w tym roku? Mam nadzieję, że tak i Święty Mikołaj, (który oczywiście istnieje dostarczając prezenty po przez podróż saniami z Rudolfem na czele zatrzymując w nocy czas) was odwiedził, a ten magiczny dzień, który osobiście uważam jako ten otwierający świąteczny klimat, był dla was tak samo miły jak i dla mnie :D
Powrót do żywych, jak się okazało
wcale nie był taki prosty. Mimo wielkiej pomocy ze strony moich
przyjaciół, uczelnia nie patrzała na mnie przychylnym okiem. Już
na drugi dzień zostałam zasypana projektami i terminami do
zaliczenia kolokwium. Okazało się, że chodzenie na zajęcia nie
wystarczyło, ponieważ z racji braku jakiejkolwiek chęci do życie,
również nie tknęłam książek, co przyczyniło się do oblania
dwóch testów.
Poniedziałkowy poranek nie okazał się
taki entuzjastyczny, jakim zapowiadał się w niedzielę wieczorem.
Zarwana noc nad prezentacją i przygotowywanie stosu notatek odbiło
się na mnie rykoszetem. Budzik mógł dzwonić nieustannie,
tymczasem ja pozostawałam głucha na ten zazwyczaj irytując dźwięk.
Klikając w ekran na ślepo coraz bardziej oddalałam od siebie
moment podniesienia się z łóżka, co nie okazało się najlepszym
pomysłem na jaki wpadłam. Zerwałam się spod kołdry dopiero
dwadzieścia minut przed rozpoczęciem zajęć w akompaniamencie
głośnego przekleństwa, które opuściło moje usta. Zwykle nie
malowałam się na uczelnię, ani zbytnio nie stroiłam, co w tym
przypadku było udogodnieniem. Wbiegłam do łazienki chwytając
kosmetyki do pielęgnacji, włosy upięłam dość szybko w pseudo
koka. Na tyłek wciągnęłam legginsy, potem już tylko zwykły
t-shirt i męską bluzę w których lubowałam chodzić. Na moja
korzyść działał również fakt, że wszelakie potrzebne rzeczy do
plecaka wcisnęłam w nocy.
Z racji tego, że pogoda nie
rozpieszczała nas słońcem, a jedynie mroźnym powietrzem owinęłam
się szalikiem, szczelnie obtuliłam się kurtką i wybiegłam z
akademika. Musiałam zmusić się do szybkiego spaceru, ponieważ
pogoda nie sprzyjała na tyle, abym mogła wsiąść na rower.
Dumna z siebie maszerowałam z
słuchawkami w uszach ciesząc się z faktu iż na dotarcie na
zajęcia miałam jeszcze dziesięć minut. Co prawda tego ranka
musiałam odpuścić śniadanie i ciepłą kawę, ale po takiej
nieobecności nie mogłam sobie pozwolić na spóźnienie, zważywszy
na to, że poniedziałki otwierałam z przytupem, a mówiąc to
przeważnie miałam na myśli zajęcia z szanowną Amandą, która
zaczęła być wobec mnie podejrzliwa. Fakt, wparowanie do Leona, a
raczej jego loftu z głupią wymówką jakiegoś zalania nie było
mądrym wytłumaczeniem. Po pierwsze, jeśli faktycznie była
kobietą, która spędzała tam spora część swojego życia i nigdy
nie widziała mnie na oczy- nie dziwiłam się jej, sama nabrałabym
podejrzeń, szczególnie kiedy zmachana nastolatka, której serce
pękało wtedy na kawałki przychodziła do nich zgłaszając
zalanie, co w tak drogich i ekskluzywnych miejscach nie miało racji
bytu. Niemniej jednak nie czułam się z tym źle. Sama zostałamw
pewien sposób oszukana, gdyby nie te cholerne kwiaty, ja nie
miałabym złamanego serca, a ona nie musiałaby się mną
przejmować. Cóż, Leon Verdas ponownie dał ciała, ale czy to
naprawdę nadal mnie dziwiło?
Stałam na przejściu i w
niecierpliwości przestępowałam z nogi na nogę w oczekiwaniu, aż
światło zmieni swoją barwę, do czasu kiedy nie poczułam ciężkiej
dłoni na swoim barku, a moje serce omal nie wyrwało mi się z
piersi.
-Cholera jasna!-Krzyknęłam przerażona
wyrywając słuchawki z uszu i odwracając się z w stronę dotyku.
Marcel z zdezorientowaną mina przyglądał mi się i nerwowo
poprawił futerał z gitarą, który zazwyczaj przewieszał na
ramieniu.
-Przepraszam- Rzekł ze skruchą.
Pokręciłam głowa i wzięłam głęboki oddech. Jego gwałtowne
wybudzenie mnie z azylu, który zagłuszał codzienny szum, zmusił
mnie aby wysłuchiwania poranne trąbień i przekrzykujących się
kierowców- zalety dużych miast.
-Proszę, nie rób tak więcej-
Mruknęłam błagalnie, w odpowiedzi otrzymując delikatny uśmiech i
kiwnięcie głową.- Ty też dzisiaj zaspałeś?- Zapytałam widząc
jego rozwichrzone włosy na głowie, co było nowym widokiem,
ponieważ Marcel przeważnie nosił je spięte w koku. Jak widać,
dzisiejszego poranka nasze role się odwróciły.
-Nie, wstąpiłem po kawę- Wyszczerzył
się. Dopiero teraz zauważyłam, że w jednej dłoni trzyma
tekturową tackę z dwoma kubkami karmelowej late. Oczy aż mi się
zaświeciły na jej widok- Częstuj się- Przysunął bliżej
kubeczek w moja stronę, a ja niepewna ręką chwyciłam i upiłam
ciepła ciecz.- I tak była dla ciebie- Zaśmiał się dźwięcznie
-Boże, jesteś moim zbawieniem-
Jęknęłam relaksując się gorzkawo słodkim smakiem napoju.
Chłopak po raz kolejny zaśmiał się, lecz po chwili gwałtownie
szarpnął mnie za łokieć i pociągnął za sobą, przez co prawie
upuściłam kubek.
-Gdybyśmy czekali na kolejne światła,
na pewno byśmy się spóźnili- Wytłumaczył, a ja jedynie
przymknęłam oczy i skinęłam głową. Naprawdę nie uśmiechało
mi się spóźniać na zajęcia Amandy, w ostateczności wolałam już
w ogóle się na nich nie pojawiać, ponieważ spóźnienie się,tym
bardziej przez moja osobę na jej zajęcia równało się z ścięciem
głowy lub ogromnym, (ale mówiąc ogromnym mam na myśli tak
ogromnym, że wykonanie go do przyszłego roku byłoby nie możliwe)
projektem.
Szliśmy w ciszy, kiedy ja umilałam
sobie tę przechadzkę kawą. Zdecydowanie to było moje zbawienie, a
raczej coś co postawiło mnie na nogi.
-Rozumiem, że ta kawa to tylko jakiś
pretekst- Zaśmiałam się wyrzucając kubek do kosza kiedy
dotarliśmy już pod budynek. Miałam jeszcze chwile zauważając, że
samochodu mojej pani profesor nie było na podjeździe.
Marcel uśmiechnął się delikatnie i
podrapał po głowie.
-Musze napisać piosenkę na zajęcia-
Wypalił nagle a ja słuchałam go z ciekawością- Nie mam totalnie
pomysłu, ani motywu- Mruknął zrezygnowany- Normalnie zwróciłbym
się do Francisa, zawsze to robię gdy trzeba odwalić coś na
studia- Zaśmiał się- Ale jemu słoń przydepnął ucho, a świat
pozbawił go jakiegokolwiek wyczucia rytmu- Zaśmiałam się. To
prawda. Francis cierpiał na przypadłość podśpiewywania przy
każdej możliwej czynności, którą wykonywał w domu. Istniała
taka możliwość, że gdzieś potajemnie to to był główny motyw
mojej przeprowadzki.
-Czemu uznałeś, że ja mogłabym ci
jakkolwiek pomóc?- Zapytałam. Fakt, będąc w liceum śpiew był
moja mała pasją i lubiłam to robić, jednak ludziom stąd nigdy o
tym nie wspominałam, ponieważ wraz z wyjazdem tutaj kompletnie
porzuciłam swoje hobby.
-Loretta się wygadała, że kiedy
przesiadujesz w wannie i nie weźmiesz ze sobą telefonu to zaczynasz
śpiewać- Uśmiechnęłam się na sama myśl. Faktycznie, robiłam
tak nie będąc tego nawet do końca świadoma.
-Będę musiała pamiętać, aby
przesiadywać w wannie kiedy jej nie ma w pobliżu- Pokręciłam
głową- Może i śpiewałam sobie w liceum, ale o komponowaniu
piosenek nie mam pojęcia.
-Potrzebuje tylko kogoś do pomocy.
Wierzę, że razem damy radę- Skinęłam głową. Musiałam się
zgodzić, z racji tego, że byłam mu to winna. Sam odwalił za nas
projekt na zajęcia, kiedy ja po raz kolejny leczyłam swoje
roztrzaskane serce, a komponowanie piosenki nie wydawało się czymś
nie przyjemnym, w końcu kiedyś śpiew był moim drugim ja.
-Dziękuje- Odpowiedział zdecydowanie
bardziej entuzjastycznie, niż się tego spodziewałam. Posłałam mu
blady uśmiech i zwróciłam swój wzrok w podjeżdżający kawałek
od nas samochód. Zdecydowanie zbyt dobrze znany mi samochód.
Przymknęłam powieki, aby otworzyć je po chwili z nadzieją, że to
co widziałam było jakąś pierdoloną halucynacją. Odwróciłam
wzrok wbijając go w kilkoro ludzi , którzy kierowali się do szkoły
tuż za plecami Marcela.
-No no no- Zamlaskał Marcel- Nie
myślałem, że zołza zadaje się z takimi szychami- Mruknął
prześmiewczo, a ja odruchowo spojrzałam w tamta stronę momentalnie
tego żałując. Nie wiedziałam czemu to zrobiłam, ponieważ widok
był oczywisty.
Wyglądała inaczej. Bardziej pewnie i
zdecydowanie seksowniej. Nigdy nie pokazywała się w takim wydaniu
na uczelni. Zazwyczaj jej opięte spódnice były w stłumionych
kolorach, tego dnia natomiast była to ciasna czerwona sukienka,
która pasowała do jej opadających kaskadami włosów. Niby dla
mnie to nie nowy widok- dokładnie w podobnym wydaniu widziałam ja u
Leona, a mimo to ta sytuacja poruszyła mnie na tyle, że wpatrywałam
się w to wszystko z niedowierzaniem, kiedy kobieta owijała sobie
krawat Leona na palcach, a jego dłonie spoczywały na jej biodrach.
Ustami błądził po jej szyi, a ja czułam niepohamowaną złość.
To ja tam kiedyś stałam. Dokładnie tak samo traktowana, a ta siksa
nie powinna tam była zając mojego miejsca, ani go dotykać.
Taka właśnie byłam. Sama nie
chciałam z nim być, ale każda lafirynda w jego otoczeniu była dla
mnie czymś czego po prostu nie mogłam zaakceptować.
-Chodźmy stąd, proszę- Mruknęłam
cicho wpatrując się w drzwi uczelni. Szybko zerwałam się w stronę
wejścia, kiedy Marcel chwycił mnie za rękę.
-Nie chcesz popatrzeć, jak nasza Pani
Mam Wiecznie Kija W Dupie Profesor się migdali? To będzie hit
uniwersytetu- Zaśmiał się wyciągając telefon z kieszeni w
zamiarze nagrania całej tej obrzydliwej sytuacji.
-Proszę- Błagałam, kiedy czułam, że
moje oczy zachodzą mgłą. Nie mogłam się rozpłakać. Nie
rozumiałam tego, że po takim czasie nie potrafiłam się pozbierać.
W tamtym momencie plułam sobie w brodę, że zdecydowałam się
pójść na studia do tego miasta licząc na to, że jest na tyle
duże, że nie będę musiała go widywać. Jak się okazało, moje
życie kocha sobie ze mnie kpić,
Marcel spojrzał na mnie niezrozumiale,
ale chyba zauważył łzy w kącikach moich oczu, ponieważ jego
twarz złagodniała przybierając troskliwy wyraz.
-Znasz go?- Zapytał delikatnie.
Przytaknęłam.
-To Leon- Wyszeptałam czując jak głos
łamie mi się w połowie. Nie zdążyłam usłyszeć, co Marcel
chciał mi powiedzieć bo biorąc głęboki oddech wyswobodziłam
rękę i wbiegłam do budynku od razu kierując się do auli. Zajęłam
miejsce w samym rogu na górze, aby zachować swoją anonimowość
przez całe zajęcia, bo kiedy studenci zaczęli się schodzić- mnie
nikt nie zauważył
Zajęcia trwały w najlepsze, a ja tak
jak przewidziałam- siedziałam tam, chodź myślami kierowałam się
w zupełnie innym kierunku. Chciałam znów się ukryć przed
światem, ale liczyłam się z tym, że nie mogę po raz kolejny
zawieść moich przyjaciół. Problem polegał na tym, ze nie byłam
w stanie zebrać swojego życia do kupy. Kiedy zaczynałam stawać na
nogi- wystarczyło minąć mi go na ulicy, a bańka mojego złudnego
szczęścia pękała, a mnie dosięgały koszmary z przeszłości.
Dla mnie było to zbyt wiele, jako dziewiętnastoletnia dziewczyna
nie byłam wstanie tyle unieść na swoich plecach. Ktoś z boku
mógłby mnie nazwać niepoważną. Przecież nie wiedziałam, co to
znaczy mieć prawdziwe problemy, kiedy mazgaiłam się z powodu
jakiejś naiwnej miłości. Tyle, że dla mnie to nie było
zauroczenie, gdzieś w środku miałam nadzieję, że będziemy ze
sobą na zawsze. Bez niego czułam zupełnie nic nie warta, jakby
cała moja osobowość została przy jego boku. Z drugiej strony była
też moja cholerna duma, która nie pozwalała mi inaczej.
Cały wykład straciłam na rozmyślaniu
co powinnam zrobić, i kiedy zajęcia się zakończyły jako pierwsza
opuściłam aulę, wybiegłam na dwór i chwyciłam za telefon.
-Mamo, ja po prostu nie daję sobie
rady...-Załkałam do słuchawki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

