Ho ho ho!
Byliście grzeczni w tym roku? Mam nadzieję, że tak i Święty Mikołaj, (który oczywiście istnieje dostarczając prezenty po przez podróż saniami z Rudolfem na czele zatrzymując w nocy czas) was odwiedził, a ten magiczny dzień, który osobiście uważam jako ten otwierający świąteczny klimat, był dla was tak samo miły jak i dla mnie :D
Powrót do żywych, jak się okazało
wcale nie był taki prosty. Mimo wielkiej pomocy ze strony moich
przyjaciół, uczelnia nie patrzała na mnie przychylnym okiem. Już
na drugi dzień zostałam zasypana projektami i terminami do
zaliczenia kolokwium. Okazało się, że chodzenie na zajęcia nie
wystarczyło, ponieważ z racji braku jakiejkolwiek chęci do życie,
również nie tknęłam książek, co przyczyniło się do oblania
dwóch testów.
Poniedziałkowy poranek nie okazał się
taki entuzjastyczny, jakim zapowiadał się w niedzielę wieczorem.
Zarwana noc nad prezentacją i przygotowywanie stosu notatek odbiło
się na mnie rykoszetem. Budzik mógł dzwonić nieustannie,
tymczasem ja pozostawałam głucha na ten zazwyczaj irytując dźwięk.
Klikając w ekran na ślepo coraz bardziej oddalałam od siebie
moment podniesienia się z łóżka, co nie okazało się najlepszym
pomysłem na jaki wpadłam. Zerwałam się spod kołdry dopiero
dwadzieścia minut przed rozpoczęciem zajęć w akompaniamencie
głośnego przekleństwa, które opuściło moje usta. Zwykle nie
malowałam się na uczelnię, ani zbytnio nie stroiłam, co w tym
przypadku było udogodnieniem. Wbiegłam do łazienki chwytając
kosmetyki do pielęgnacji, włosy upięłam dość szybko w pseudo
koka. Na tyłek wciągnęłam legginsy, potem już tylko zwykły
t-shirt i męską bluzę w których lubowałam chodzić. Na moja
korzyść działał również fakt, że wszelakie potrzebne rzeczy do
plecaka wcisnęłam w nocy.
Z racji tego, że pogoda nie
rozpieszczała nas słońcem, a jedynie mroźnym powietrzem owinęłam
się szalikiem, szczelnie obtuliłam się kurtką i wybiegłam z
akademika. Musiałam zmusić się do szybkiego spaceru, ponieważ
pogoda nie sprzyjała na tyle, abym mogła wsiąść na rower.
Dumna z siebie maszerowałam z
słuchawkami w uszach ciesząc się z faktu iż na dotarcie na
zajęcia miałam jeszcze dziesięć minut. Co prawda tego ranka
musiałam odpuścić śniadanie i ciepłą kawę, ale po takiej
nieobecności nie mogłam sobie pozwolić na spóźnienie, zważywszy
na to, że poniedziałki otwierałam z przytupem, a mówiąc to
przeważnie miałam na myśli zajęcia z szanowną Amandą, która
zaczęła być wobec mnie podejrzliwa. Fakt, wparowanie do Leona, a
raczej jego loftu z głupią wymówką jakiegoś zalania nie było
mądrym wytłumaczeniem. Po pierwsze, jeśli faktycznie była
kobietą, która spędzała tam spora część swojego życia i nigdy
nie widziała mnie na oczy- nie dziwiłam się jej, sama nabrałabym
podejrzeń, szczególnie kiedy zmachana nastolatka, której serce
pękało wtedy na kawałki przychodziła do nich zgłaszając
zalanie, co w tak drogich i ekskluzywnych miejscach nie miało racji
bytu. Niemniej jednak nie czułam się z tym źle. Sama zostałamw
pewien sposób oszukana, gdyby nie te cholerne kwiaty, ja nie
miałabym złamanego serca, a ona nie musiałaby się mną
przejmować. Cóż, Leon Verdas ponownie dał ciała, ale czy to
naprawdę nadal mnie dziwiło?
Stałam na przejściu i w
niecierpliwości przestępowałam z nogi na nogę w oczekiwaniu, aż
światło zmieni swoją barwę, do czasu kiedy nie poczułam ciężkiej
dłoni na swoim barku, a moje serce omal nie wyrwało mi się z
piersi.
-Cholera jasna!-Krzyknęłam przerażona
wyrywając słuchawki z uszu i odwracając się z w stronę dotyku.
Marcel z zdezorientowaną mina przyglądał mi się i nerwowo
poprawił futerał z gitarą, który zazwyczaj przewieszał na
ramieniu.
-Przepraszam- Rzekł ze skruchą.
Pokręciłam głowa i wzięłam głęboki oddech. Jego gwałtowne
wybudzenie mnie z azylu, który zagłuszał codzienny szum, zmusił
mnie aby wysłuchiwania poranne trąbień i przekrzykujących się
kierowców- zalety dużych miast.
-Proszę, nie rób tak więcej-
Mruknęłam błagalnie, w odpowiedzi otrzymując delikatny uśmiech i
kiwnięcie głową.- Ty też dzisiaj zaspałeś?- Zapytałam widząc
jego rozwichrzone włosy na głowie, co było nowym widokiem,
ponieważ Marcel przeważnie nosił je spięte w koku. Jak widać,
dzisiejszego poranka nasze role się odwróciły.
-Nie, wstąpiłem po kawę- Wyszczerzył
się. Dopiero teraz zauważyłam, że w jednej dłoni trzyma
tekturową tackę z dwoma kubkami karmelowej late. Oczy aż mi się
zaświeciły na jej widok- Częstuj się- Przysunął bliżej
kubeczek w moja stronę, a ja niepewna ręką chwyciłam i upiłam
ciepła ciecz.- I tak była dla ciebie- Zaśmiał się dźwięcznie
-Boże, jesteś moim zbawieniem-
Jęknęłam relaksując się gorzkawo słodkim smakiem napoju.
Chłopak po raz kolejny zaśmiał się, lecz po chwili gwałtownie
szarpnął mnie za łokieć i pociągnął za sobą, przez co prawie
upuściłam kubek.
-Gdybyśmy czekali na kolejne światła,
na pewno byśmy się spóźnili- Wytłumaczył, a ja jedynie
przymknęłam oczy i skinęłam głową. Naprawdę nie uśmiechało
mi się spóźniać na zajęcia Amandy, w ostateczności wolałam już
w ogóle się na nich nie pojawiać, ponieważ spóźnienie się,tym
bardziej przez moja osobę na jej zajęcia równało się z ścięciem
głowy lub ogromnym, (ale mówiąc ogromnym mam na myśli tak
ogromnym, że wykonanie go do przyszłego roku byłoby nie możliwe)
projektem.
Szliśmy w ciszy, kiedy ja umilałam
sobie tę przechadzkę kawą. Zdecydowanie to było moje zbawienie, a
raczej coś co postawiło mnie na nogi.
-Rozumiem, że ta kawa to tylko jakiś
pretekst- Zaśmiałam się wyrzucając kubek do kosza kiedy
dotarliśmy już pod budynek. Miałam jeszcze chwile zauważając, że
samochodu mojej pani profesor nie było na podjeździe.
Marcel uśmiechnął się delikatnie i
podrapał po głowie.
-Musze napisać piosenkę na zajęcia-
Wypalił nagle a ja słuchałam go z ciekawością- Nie mam totalnie
pomysłu, ani motywu- Mruknął zrezygnowany- Normalnie zwróciłbym
się do Francisa, zawsze to robię gdy trzeba odwalić coś na
studia- Zaśmiał się- Ale jemu słoń przydepnął ucho, a świat
pozbawił go jakiegokolwiek wyczucia rytmu- Zaśmiałam się. To
prawda. Francis cierpiał na przypadłość podśpiewywania przy
każdej możliwej czynności, którą wykonywał w domu. Istniała
taka możliwość, że gdzieś potajemnie to to był główny motyw
mojej przeprowadzki.
-Czemu uznałeś, że ja mogłabym ci
jakkolwiek pomóc?- Zapytałam. Fakt, będąc w liceum śpiew był
moja mała pasją i lubiłam to robić, jednak ludziom stąd nigdy o
tym nie wspominałam, ponieważ wraz z wyjazdem tutaj kompletnie
porzuciłam swoje hobby.
-Loretta się wygadała, że kiedy
przesiadujesz w wannie i nie weźmiesz ze sobą telefonu to zaczynasz
śpiewać- Uśmiechnęłam się na sama myśl. Faktycznie, robiłam
tak nie będąc tego nawet do końca świadoma.
-Będę musiała pamiętać, aby
przesiadywać w wannie kiedy jej nie ma w pobliżu- Pokręciłam
głową- Może i śpiewałam sobie w liceum, ale o komponowaniu
piosenek nie mam pojęcia.
-Potrzebuje tylko kogoś do pomocy.
Wierzę, że razem damy radę- Skinęłam głową. Musiałam się
zgodzić, z racji tego, że byłam mu to winna. Sam odwalił za nas
projekt na zajęcia, kiedy ja po raz kolejny leczyłam swoje
roztrzaskane serce, a komponowanie piosenki nie wydawało się czymś
nie przyjemnym, w końcu kiedyś śpiew był moim drugim ja.
-Dziękuje- Odpowiedział zdecydowanie
bardziej entuzjastycznie, niż się tego spodziewałam. Posłałam mu
blady uśmiech i zwróciłam swój wzrok w podjeżdżający kawałek
od nas samochód. Zdecydowanie zbyt dobrze znany mi samochód.
Przymknęłam powieki, aby otworzyć je po chwili z nadzieją, że to
co widziałam było jakąś pierdoloną halucynacją. Odwróciłam
wzrok wbijając go w kilkoro ludzi , którzy kierowali się do szkoły
tuż za plecami Marcela.
-No no no- Zamlaskał Marcel- Nie
myślałem, że zołza zadaje się z takimi szychami- Mruknął
prześmiewczo, a ja odruchowo spojrzałam w tamta stronę momentalnie
tego żałując. Nie wiedziałam czemu to zrobiłam, ponieważ widok
był oczywisty.
Wyglądała inaczej. Bardziej pewnie i
zdecydowanie seksowniej. Nigdy nie pokazywała się w takim wydaniu
na uczelni. Zazwyczaj jej opięte spódnice były w stłumionych
kolorach, tego dnia natomiast była to ciasna czerwona sukienka,
która pasowała do jej opadających kaskadami włosów. Niby dla
mnie to nie nowy widok- dokładnie w podobnym wydaniu widziałam ja u
Leona, a mimo to ta sytuacja poruszyła mnie na tyle, że wpatrywałam
się w to wszystko z niedowierzaniem, kiedy kobieta owijała sobie
krawat Leona na palcach, a jego dłonie spoczywały na jej biodrach.
Ustami błądził po jej szyi, a ja czułam niepohamowaną złość.
To ja tam kiedyś stałam. Dokładnie tak samo traktowana, a ta siksa
nie powinna tam była zając mojego miejsca, ani go dotykać.
Taka właśnie byłam. Sama nie
chciałam z nim być, ale każda lafirynda w jego otoczeniu była dla
mnie czymś czego po prostu nie mogłam zaakceptować.
-Chodźmy stąd, proszę- Mruknęłam
cicho wpatrując się w drzwi uczelni. Szybko zerwałam się w stronę
wejścia, kiedy Marcel chwycił mnie za rękę.
-Nie chcesz popatrzeć, jak nasza Pani
Mam Wiecznie Kija W Dupie Profesor się migdali? To będzie hit
uniwersytetu- Zaśmiał się wyciągając telefon z kieszeni w
zamiarze nagrania całej tej obrzydliwej sytuacji.
-Proszę- Błagałam, kiedy czułam, że
moje oczy zachodzą mgłą. Nie mogłam się rozpłakać. Nie
rozumiałam tego, że po takim czasie nie potrafiłam się pozbierać.
W tamtym momencie plułam sobie w brodę, że zdecydowałam się
pójść na studia do tego miasta licząc na to, że jest na tyle
duże, że nie będę musiała go widywać. Jak się okazało, moje
życie kocha sobie ze mnie kpić,
Marcel spojrzał na mnie niezrozumiale,
ale chyba zauważył łzy w kącikach moich oczu, ponieważ jego
twarz złagodniała przybierając troskliwy wyraz.
-Znasz go?- Zapytał delikatnie.
Przytaknęłam.
-To Leon- Wyszeptałam czując jak głos
łamie mi się w połowie. Nie zdążyłam usłyszeć, co Marcel
chciał mi powiedzieć bo biorąc głęboki oddech wyswobodziłam
rękę i wbiegłam do budynku od razu kierując się do auli. Zajęłam
miejsce w samym rogu na górze, aby zachować swoją anonimowość
przez całe zajęcia, bo kiedy studenci zaczęli się schodzić- mnie
nikt nie zauważył
Zajęcia trwały w najlepsze, a ja tak
jak przewidziałam- siedziałam tam, chodź myślami kierowałam się
w zupełnie innym kierunku. Chciałam znów się ukryć przed
światem, ale liczyłam się z tym, że nie mogę po raz kolejny
zawieść moich przyjaciół. Problem polegał na tym, ze nie byłam
w stanie zebrać swojego życia do kupy. Kiedy zaczynałam stawać na
nogi- wystarczyło minąć mi go na ulicy, a bańka mojego złudnego
szczęścia pękała, a mnie dosięgały koszmary z przeszłości.
Dla mnie było to zbyt wiele, jako dziewiętnastoletnia dziewczyna
nie byłam wstanie tyle unieść na swoich plecach. Ktoś z boku
mógłby mnie nazwać niepoważną. Przecież nie wiedziałam, co to
znaczy mieć prawdziwe problemy, kiedy mazgaiłam się z powodu
jakiejś naiwnej miłości. Tyle, że dla mnie to nie było
zauroczenie, gdzieś w środku miałam nadzieję, że będziemy ze
sobą na zawsze. Bez niego czułam zupełnie nic nie warta, jakby
cała moja osobowość została przy jego boku. Z drugiej strony była
też moja cholerna duma, która nie pozwalała mi inaczej.
Cały wykład straciłam na rozmyślaniu
co powinnam zrobić, i kiedy zajęcia się zakończyły jako pierwsza
opuściłam aulę, wybiegłam na dwór i chwyciłam za telefon.
-Mamo, ja po prostu nie daję sobie
rady...-Załkałam do słuchawki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz