środa, 6 grudnia 2017

Dwa Światy cz.12- Bańka złudnego szczęścia...

Ho ho ho!
Byliście grzeczni w tym roku? Mam nadzieję, że tak i Święty Mikołaj, (który oczywiście istnieje dostarczając prezenty po przez podróż saniami z Rudolfem na czele zatrzymując w nocy czas) was odwiedził, a ten magiczny dzień, który osobiście uważam jako ten otwierający świąteczny klimat, był dla was tak samo miły jak i dla mnie :D





Powrót do żywych, jak się okazało wcale nie był taki prosty. Mimo wielkiej pomocy ze strony moich przyjaciół, uczelnia nie patrzała na mnie przychylnym okiem. Już na drugi dzień zostałam zasypana projektami i terminami do zaliczenia kolokwium. Okazało się, że chodzenie na zajęcia nie wystarczyło, ponieważ z racji braku jakiejkolwiek chęci do życie, również nie tknęłam książek, co przyczyniło się do oblania dwóch testów.
Poniedziałkowy poranek nie okazał się taki entuzjastyczny, jakim zapowiadał się w niedzielę wieczorem. Zarwana noc nad prezentacją i przygotowywanie stosu notatek odbiło się na mnie rykoszetem. Budzik mógł dzwonić nieustannie, tymczasem ja pozostawałam głucha na ten zazwyczaj irytując dźwięk. Klikając w ekran na ślepo coraz bardziej oddalałam od siebie moment podniesienia się z łóżka, co nie okazało się najlepszym pomysłem na jaki wpadłam. Zerwałam się spod kołdry dopiero dwadzieścia minut przed rozpoczęciem zajęć w akompaniamencie głośnego przekleństwa, które opuściło moje usta. Zwykle nie malowałam się na uczelnię, ani zbytnio nie stroiłam, co w tym przypadku było udogodnieniem. Wbiegłam do łazienki chwytając kosmetyki do pielęgnacji, włosy upięłam dość szybko w pseudo koka. Na tyłek wciągnęłam legginsy, potem już tylko zwykły t-shirt i męską bluzę w których lubowałam chodzić. Na moja korzyść działał również fakt, że wszelakie potrzebne rzeczy do plecaka wcisnęłam w nocy.
Z racji tego, że pogoda nie rozpieszczała nas słońcem, a jedynie mroźnym powietrzem owinęłam się szalikiem, szczelnie obtuliłam się kurtką i wybiegłam z akademika. Musiałam zmusić się do szybkiego spaceru, ponieważ pogoda nie sprzyjała na tyle, abym mogła wsiąść na rower.
Dumna z siebie maszerowałam z słuchawkami w uszach ciesząc się z faktu iż na dotarcie na zajęcia miałam jeszcze dziesięć minut. Co prawda tego ranka musiałam odpuścić śniadanie i ciepłą kawę, ale po takiej nieobecności nie mogłam sobie pozwolić na spóźnienie, zważywszy na to, że poniedziałki otwierałam z przytupem, a mówiąc to przeważnie miałam na myśli zajęcia z szanowną Amandą, która zaczęła być wobec mnie podejrzliwa. Fakt, wparowanie do Leona, a raczej jego loftu z głupią wymówką jakiegoś zalania nie było mądrym wytłumaczeniem. Po pierwsze, jeśli faktycznie była kobietą, która spędzała tam spora część swojego życia i nigdy nie widziała mnie na oczy- nie dziwiłam się jej, sama nabrałabym podejrzeń, szczególnie kiedy zmachana nastolatka, której serce pękało wtedy na kawałki przychodziła do nich zgłaszając zalanie, co w tak drogich i ekskluzywnych miejscach nie miało racji bytu. Niemniej jednak nie czułam się z tym źle. Sama zostałamw pewien sposób oszukana, gdyby nie te cholerne kwiaty, ja nie miałabym złamanego serca, a ona nie musiałaby się mną przejmować. Cóż, Leon Verdas ponownie dał ciała, ale czy to naprawdę nadal mnie dziwiło?
Stałam na przejściu i w niecierpliwości przestępowałam z nogi na nogę w oczekiwaniu, aż światło zmieni swoją barwę, do czasu kiedy nie poczułam ciężkiej dłoni na swoim barku, a moje serce omal nie wyrwało mi się z piersi.
-Cholera jasna!-Krzyknęłam przerażona wyrywając słuchawki z uszu i odwracając się z w stronę dotyku. Marcel z zdezorientowaną mina przyglądał mi się i nerwowo poprawił futerał z gitarą, który zazwyczaj przewieszał na ramieniu.
-Przepraszam- Rzekł ze skruchą. Pokręciłam głowa i wzięłam głęboki oddech. Jego gwałtowne wybudzenie mnie z azylu, który zagłuszał codzienny szum, zmusił mnie aby wysłuchiwania poranne trąbień i przekrzykujących się kierowców- zalety dużych miast.
-Proszę, nie rób tak więcej- Mruknęłam błagalnie, w odpowiedzi otrzymując delikatny uśmiech i kiwnięcie głową.- Ty też dzisiaj zaspałeś?- Zapytałam widząc jego rozwichrzone włosy na głowie, co było nowym widokiem, ponieważ Marcel przeważnie nosił je spięte w koku. Jak widać, dzisiejszego poranka nasze role się odwróciły.
-Nie, wstąpiłem po kawę- Wyszczerzył się. Dopiero teraz zauważyłam, że w jednej dłoni trzyma tekturową tackę z dwoma kubkami karmelowej late. Oczy aż mi się zaświeciły na jej widok- Częstuj się- Przysunął bliżej kubeczek w moja stronę, a ja niepewna ręką chwyciłam i upiłam ciepła ciecz.- I tak była dla ciebie- Zaśmiał się dźwięcznie
-Boże, jesteś moim zbawieniem- Jęknęłam relaksując się gorzkawo słodkim smakiem napoju. Chłopak po raz kolejny zaśmiał się, lecz po chwili gwałtownie szarpnął mnie za łokieć i pociągnął za sobą, przez co prawie upuściłam kubek.
-Gdybyśmy czekali na kolejne światła, na pewno byśmy się spóźnili- Wytłumaczył, a ja jedynie przymknęłam oczy i skinęłam głową. Naprawdę nie uśmiechało mi się spóźniać na zajęcia Amandy, w ostateczności wolałam już w ogóle się na nich nie pojawiać, ponieważ spóźnienie się,tym bardziej przez moja osobę na jej zajęcia równało się z ścięciem głowy lub ogromnym, (ale mówiąc ogromnym mam na myśli tak ogromnym, że wykonanie go do przyszłego roku byłoby nie możliwe) projektem.
Szliśmy w ciszy, kiedy ja umilałam sobie tę przechadzkę kawą. Zdecydowanie to było moje zbawienie, a raczej coś co postawiło mnie na nogi.

-Rozumiem, że ta kawa to tylko jakiś pretekst- Zaśmiałam się wyrzucając kubek do kosza kiedy dotarliśmy już pod budynek. Miałam jeszcze chwile zauważając, że samochodu mojej pani profesor nie było na podjeździe.
Marcel uśmiechnął się delikatnie i podrapał po głowie.
-Musze napisać piosenkę na zajęcia- Wypalił nagle a ja słuchałam go z ciekawością- Nie mam totalnie pomysłu, ani motywu- Mruknął zrezygnowany- Normalnie zwróciłbym się do Francisa, zawsze to robię gdy trzeba odwalić coś na studia- Zaśmiał się- Ale jemu słoń przydepnął ucho, a świat pozbawił go jakiegokolwiek wyczucia rytmu- Zaśmiałam się. To prawda. Francis cierpiał na przypadłość podśpiewywania przy każdej możliwej czynności, którą wykonywał w domu. Istniała taka możliwość, że gdzieś potajemnie to to był główny motyw mojej przeprowadzki.
-Czemu uznałeś, że ja mogłabym ci jakkolwiek pomóc?- Zapytałam. Fakt, będąc w liceum śpiew był moja mała pasją i lubiłam to robić, jednak ludziom stąd nigdy o tym nie wspominałam, ponieważ wraz z wyjazdem tutaj kompletnie porzuciłam swoje hobby.
-Loretta się wygadała, że kiedy przesiadujesz w wannie i nie weźmiesz ze sobą telefonu to zaczynasz śpiewać- Uśmiechnęłam się na sama myśl. Faktycznie, robiłam tak nie będąc tego nawet do końca świadoma.
-Będę musiała pamiętać, aby przesiadywać w wannie kiedy jej nie ma w pobliżu- Pokręciłam głową- Może i śpiewałam sobie w liceum, ale o komponowaniu piosenek nie mam pojęcia.
-Potrzebuje tylko kogoś do pomocy. Wierzę, że razem damy radę- Skinęłam głową. Musiałam się zgodzić, z racji tego, że byłam mu to winna. Sam odwalił za nas projekt na zajęcia, kiedy ja po raz kolejny leczyłam swoje roztrzaskane serce, a komponowanie piosenki nie wydawało się czymś nie przyjemnym, w końcu kiedyś śpiew był moim drugim ja.
-Dziękuje- Odpowiedział zdecydowanie bardziej entuzjastycznie, niż się tego spodziewałam. Posłałam mu blady uśmiech i zwróciłam swój wzrok w podjeżdżający kawałek od nas samochód. Zdecydowanie zbyt dobrze znany mi samochód. Przymknęłam powieki, aby otworzyć je po chwili z nadzieją, że to co widziałam było jakąś pierdoloną halucynacją. Odwróciłam wzrok wbijając go w kilkoro ludzi , którzy kierowali się do szkoły tuż za plecami Marcela.
-No no no- Zamlaskał Marcel- Nie myślałem, że zołza zadaje się z takimi szychami- Mruknął prześmiewczo, a ja odruchowo spojrzałam w tamta stronę momentalnie tego żałując. Nie wiedziałam czemu to zrobiłam, ponieważ widok był oczywisty.
Wyglądała inaczej. Bardziej pewnie i zdecydowanie seksowniej. Nigdy nie pokazywała się w takim wydaniu na uczelni. Zazwyczaj jej opięte spódnice były w stłumionych kolorach, tego dnia natomiast była to ciasna czerwona sukienka, która pasowała do jej opadających kaskadami włosów. Niby dla mnie to nie nowy widok- dokładnie w podobnym wydaniu widziałam ja u Leona, a mimo to ta sytuacja poruszyła mnie na tyle, że wpatrywałam się w to wszystko z niedowierzaniem, kiedy kobieta owijała sobie krawat Leona na palcach, a jego dłonie spoczywały na jej biodrach. Ustami błądził po jej szyi, a ja czułam niepohamowaną złość. To ja tam kiedyś stałam. Dokładnie tak samo traktowana, a ta siksa nie powinna tam była zając mojego miejsca, ani go dotykać.
Taka właśnie byłam. Sama nie chciałam z nim być, ale każda lafirynda w jego otoczeniu była dla mnie czymś czego po prostu nie mogłam zaakceptować.
-Chodźmy stąd, proszę- Mruknęłam cicho wpatrując się w drzwi uczelni. Szybko zerwałam się w stronę wejścia, kiedy Marcel chwycił mnie za rękę.
-Nie chcesz popatrzeć, jak nasza Pani Mam Wiecznie Kija W Dupie Profesor się migdali? To będzie hit uniwersytetu- Zaśmiał się wyciągając telefon z kieszeni w zamiarze nagrania całej tej obrzydliwej sytuacji.
-Proszę- Błagałam, kiedy czułam, że moje oczy zachodzą mgłą. Nie mogłam się rozpłakać. Nie rozumiałam tego, że po takim czasie nie potrafiłam się pozbierać. W tamtym momencie plułam sobie w brodę, że zdecydowałam się pójść na studia do tego miasta licząc na to, że jest na tyle duże, że nie będę musiała go widywać. Jak się okazało, moje życie kocha sobie ze mnie kpić,
Marcel spojrzał na mnie niezrozumiale, ale chyba zauważył łzy w kącikach moich oczu, ponieważ jego twarz złagodniała przybierając troskliwy wyraz.
-Znasz go?- Zapytał delikatnie. Przytaknęłam.
-To Leon- Wyszeptałam czując jak głos łamie mi się w połowie. Nie zdążyłam usłyszeć, co Marcel chciał mi powiedzieć bo biorąc głęboki oddech wyswobodziłam rękę i wbiegłam do budynku od razu kierując się do auli. Zajęłam miejsce w samym rogu na górze, aby zachować swoją anonimowość przez całe zajęcia, bo kiedy studenci zaczęli się schodzić- mnie nikt nie zauważył
Zajęcia trwały w najlepsze, a ja tak jak przewidziałam- siedziałam tam, chodź myślami kierowałam się w zupełnie innym kierunku. Chciałam znów się ukryć przed światem, ale liczyłam się z tym, że nie mogę po raz kolejny zawieść moich przyjaciół. Problem polegał na tym, ze nie byłam w stanie zebrać swojego życia do kupy. Kiedy zaczynałam stawać na nogi- wystarczyło minąć mi go na ulicy, a bańka mojego złudnego szczęścia pękała, a mnie dosięgały koszmary z przeszłości. Dla mnie było to zbyt wiele, jako dziewiętnastoletnia dziewczyna nie byłam wstanie tyle unieść na swoich plecach. Ktoś z boku mógłby mnie nazwać niepoważną. Przecież nie wiedziałam, co to znaczy mieć prawdziwe problemy, kiedy mazgaiłam się z powodu jakiejś naiwnej miłości. Tyle, że dla mnie to nie było zauroczenie, gdzieś w środku miałam nadzieję, że będziemy ze sobą na zawsze. Bez niego czułam zupełnie nic nie warta, jakby cała moja osobowość została przy jego boku. Z drugiej strony była też moja cholerna duma, która nie pozwalała mi inaczej.
Cały wykład straciłam na rozmyślaniu co powinnam zrobić, i kiedy zajęcia się zakończyły jako pierwsza opuściłam aulę, wybiegłam na dwór i chwyciłam za telefon.

-Mamo, ja po prostu nie daję sobie rady...-Załkałam do słuchawki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz