poniedziałek, 22 grudnia 2014

HashiMada - Zima

Mróz nieprzyjemnie szczypał go w twarz i dłonie, ale obserwowanie swojego przyjaciela w jakiś sposób sprawiało, że odczuwał to mniej.

Idiota – pomyślał, a pomimo tego, że z powodu długiej znajomości z wyżej wymienionym wcale nie powinien, to był zdziwiony.

- Mada-chan, pomóż mi! - krzyknął Senju lepiąc ogromną kulę ze śniegu. Tak, Hashirama Senju, właściwie już młody mężczyzna i główny przewodniczący szkoły właśnie lepił bałwana. A Madara Uchiha, drugi przewodniczący, przyglądał mu się z dziwną nostalgią.

- Sam sobie pomóż! I jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie „Mada-chan” to z ciebie zrobię bałwana! - mimo szorstkich słów brunet uśmiechał się pod nosem. Nawet przed sobą by się do tego nie przyznał, ale wydawało mu się to być zabawne. Hashirama odpowiedział mu śmiechem.

- Zaraz sam się w niego zamienisz, jeśli się nie ruszysz, znieczulico! - Uchiha prychnął cicho, ale mimo to podszedł bliżej.

- Co robisz?

- No lepię! Pomóż mi, nie bądź taki. - Madara westchnął z politowaniem i pokazał swoje nagie, już lekko czerwone dłonie. W ogóle nie zrażony tym Senju zdjął własne rękawiczki i wręczył mu je z ogromnym uśmiechem.

- Masz bardzo zimne ręce. -powiedział z lekkim zamyśleniem dalej trzymając Uchihę, na co tamten spuścił głowę, w miarę możliwości, chowając ją w kołnierzu. W odpowiedzi mruknął cicho:

- Daj spokój. I weź je. Po prostu postoję.

- Nie wygłupiaj się, będzie fajnie. - niższy mężczyzna z ulgą zauważył, że jego kumpel wrócił do poprzedniego humoru. Po chwili założył zielone rękawiczki nieznacznie się przy tym wahając.

- To co mam robić? - zapytał siląc się na powagę.

- Po prostu lep!

***


Zdyszany Madara oparł się o drzewo. Był wykończony.

Dlatego zupełnie nie rozumiał jak Senju dalej może biegać lepiąc ogromne kule śnieżne.
Nagle na karku poczuł przejmujące zimno. Podskoczył zaskoczony i starał się wytrzepać, jak się okazało, również śnieg. Pozbywszy się ostatków nieznośnego problemu spojrzał z wyrzutem na zdradzieckie drzewo.

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Hashirama śmieje się jak opętany. 
I w dodatku śmiał się z niego. 
W odwecie Madara cisnął mu w twarz kulką śniegu. Trafił. Senju umilkł i bezwładnie padł na ziemie. Po chwili jednak emocje opadły, a Uchiha pchnięty wizją zabójstwa podszedł do nieruchomego ciała.

- Em... Hashirama... Ży.. - głośny krzyk szatyna przerwał mu w pół słowa. Niezrażony kolejnym zawałem Madary Senju rzucił się na niego przewracając go na śnieg, po czym ponownie wybuchł wesołym śmiechem widząc jego minę. Ale nawet Madara nie mógł długo się złościć widząc tak dziecinną i bezgraniczną radość. Zamiast tego sam „zaatakował” Hahiramę korzystając z jego nieuwagi. 
No i rozpoczęła się walka. 
Nie trwała ona jednak zbyt długo. Już po chwili obaj zaprzestali dysząc ciężko. Madara kątem oka zaobserwował szokującą, dla niego, rzecz. Robiło się ciemno.

- No i nici z bałwana... - Mruknął podnosząc się do siadu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że pod sobą wcale nie ma tego przeklętego zimnego puchu, tylko wcale nie zimnego Hashiramę, a widząc jego głupi uśmiech odskoczył jak poparzony prawie z powrotem upadając. Otrzepał się i ostatecznie pomógł wstać Hashiramie, bo nie zapowiadało się, żeby on zrobił to samemu. - Chyba trzeba się zbierać...

- Przecież już kończymy! - zręcznie ulepił ostatnią kulę, odstawił ją na samą górę, po czym dorobił bałwankowi twarz. Stanął obok i podpierając się pod boki zaczął – I co, jednak jesteśmy niesamowici, co? - Uchiha chwilę przyglądał się ich „dziełu” w zamyśleniu.

- Prawie ci wyszło, Senju. - Madara doczepił jeszcze nos ledwie powstrzymując się od śmiechu z głupoty sytuacji. Dawno się tak dobrze nie bawił. 
Doprawdy nostalgiczny moment. 
Nagle poczuł, że Hashirama delikatnie go obejmuje.

- Było fajnie, nie? - Madara westchnął, obrócił się lekko go odpychając i trzepiąc jego kurtkę.


- Chyba tak... - mruknął cicho. Jednak Hashirama usłyszał. Uśmiechnął się i ujął jego dłoń. 
I w towarzystwie wirujących płatków śniegu udali się do domu.

***
Cokolwiek... Mimo wszystko mam nadzieję, że się podobało ;D.

środa, 3 grudnia 2014

Ciekawy Pacjent cz. 10 - Niby dorośli, a ciągle jak dzieci.

Halo, czy ktoś tu jest? *Muzyczka z horrorów. Pusto.* Nie było nic od 16 listopada! Nie dziwie się, że pustko i kurz. No to... GO GO POWER RANGERS!


***

- Niedługo lato. Wybierasz się gdzieś? - Toby podniósł wzrok znad notesu. Damien półleżał na kanapie i patrzał na niezidentyfikowany punk około dwadzieścia centymetrów od twarzy szatyna.

piątek, 14 listopada 2014

Ciekawy Pacjent cz. 9 - Nowi pacjenci

Od wizyty Belli minęło trochę czasu. Toby szybko przezwyciężył złe samopoczucie i naprawdę starał się w pracy. Dni mijały szybko, a wiosna coraz bardziej rozkwitała. 
Rozkwitała również jego znajomość z Damienem, jego jakże ciekawego pacjenta. Mimo tego, że jego rozum wręcz krzyczał by zerwać wszelkie kontakty z tym psychopatą, to on sam czuł pewnego rodzaju pociąg by się temu sprzeciwić i mimo wszystko dalej poznawać historię jak i samego bruneta.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Ciekawy Pacjent cz. 8 - Rodzinne spotkanie

- To samo co zawsze – odpowiedział Toby w ostatniej chwili decydując się na niewulgarną odpowiedź. - A u ciebie? - zbyt dobrze znał swoją siostrę by nie spodziewać się długiego i nieprzerwanego potoku słów. Miał wrażenie, że nie minęła nawet godzina, a już wiedział, że znalazła nową pracę, zerwała ze starym chłopkiem, bo okazał się być kompletnie beznadziejny, i, że rodzice znowu męczą ją z tego powodu. Nie przerywał jej, tylko słuchał z pobłażliwym uśmiechem.

Tak, czasami to on czuł się jak starszy brat.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Czy potrafisz jeszcze kochać? - cz. 3

Sobotni poranek nie zapowiadał się szczególnie inaczej.

Ta sama pobudka o tej samej godzinie, te same osoby i ta sama pogoda. Dopiero około jedenastej coś się zmieniło.

I Nathan obawiał się, że niestety na stałe.

środa, 22 października 2014

Ciekawy Pacjent cz. 7 - Ah, to rodzeństwo...

Toby wracając do domu postanowił jednak się przejść. Z zadowoleniem stwierdził, że był to dobry pomysł. Chłodne, aczkolwiek na pewno odświeżające wiosenne powietrze wdarło się do jego nozdrzy. Szatyn poczuł jego ostrość i zakaszlał po czym postawił sobie kołnierzyk kurtki.

sobota, 18 października 2014

Czy potrafisz jeszcze kochać? cz. 2

Gdy się obudził powoli zapadał już zmrok. Przetarł oczy i dopiero po chwili spostrzegł swojego współlokatora leżącego na sąsiednim łóżku. Nic nie powiedział, a zamiast tego wpatrywał się w niego intensywnie. Blondyn poruszył się i zasłonił ręką twarz.

poniedziałek, 13 października 2014

Ciekawy Pacjent cz. 6 - Zainteresowanie

A tutaj mały, nic nie wnoszący rozdział. No cóż, powiem szczerze, brak weny atakuje! Mimo wszytko mam nadzieję, że się spodoba. 

***

Gdy Toby wreszcie zdołał otrząsnąć się z letargu natychmiast włożył ręce i twarz pod zimną wodę.

Po kilku minutach, gdy powoli przestawał czuć cokolwiek zakręcił kurek i oparł się o zlew. Patrzał jak krople wody powoli skapują na białą porcelanę. Zdając sobie sprawę z tego jak bezmyślnie zachował się, i to już drugi raz w ciągu kilku minut, szybko wytarł się i usiadł na krześle czekając na następnego pacjenta. Lecz nawet przy takiej czynności, która zazwyczaj pochłaniała go w pełni niespecjalnie mógł się skupić i łapał się na „zacinaniu” podczas pisania notatek.
Z roztargnienia chciał nawet przyjąć Jaydena.

- Hej, hej! Jeszcze nie zwariowałem! - zawołał tamten rozbawiony.

- Wybacz, jestem trochę... Zamyślony...

- Zauważyłem. Co też zaprząta twój, zazwyczaj, niezmącony umysł? Przeczytana książka? A może wreszcie znalazłeś sobie dziewczynę? - Reus uśmiechnął się krzywo i przewrócił oczami. Blondyn czasami za bardzo mieszał się w jego życie prywatne. W dodatku ostatnio jego celem chyba stało się znalezienie swoim znajomym miłości. Nawet na siłę.

- Oczywiście. Ma na imię Damien Cole, jest brunetem o szarych oczach i ma około 175 centymetrów wzrostu. - Pomimo tego, że cała wypowiedź dalej była utrzymywana w sarkastycznym tonie, to Stoner i tak wpatrywał się w szatyna z wytrzeszczonymi oczami. Nie załapał. - Chodziło mi o pacjenta, idioto...

- Aaa! Łapię - głośny facepalm rozszedł się po pokoju - Co się przejmujesz? Ludzie jak ludzie.

- No właśnie niekoniecznie.

- A co jest w nim takiego wyjątkowego?

- Historia, no i osobowość, no i...

- Dobra, dobra. Odpuść! - Stoner wykrzyknął rozbawiony na co zielonooki uniósł brew.

- Sam pytałeś. Poza tym, kiedykolwiek go widziałeś?

- Nie?

- To polecam. Podejrzewam, że będziesz miał podobne odczucia. - Jayden westchnął i postanowił jednak zmienić temat. Fakt, nie widział, nie miał prawa oceniać.

- A jak tam samopoczucie przed nową zmianą? - Na te słowa Toby mocno uderzył głową w biurko, a po pokoju rozległ się głośny huk. Gdy blondyn zaczął się niepokoić, że jego kolega „wreszcie” sobie coś zrobił rozległ się iście cierpiętniczy jęk.

- Nawet mi o tym nie przypominaj.

- Hmm, a właśnie. Jeśli już jesteśmy w temacie myślenia, to nad czym tak się wcześniej zastanawiałeś? -Szatyn natychmiast odchylił się na fotelu i zaczął wpatrywać w biały sufit.

- Jeśli mam być w stu procentach szczery, to nie wiem. Inaczej, nie mogę określić tego do końca. Wiesz jak to jest, tysiące myśli zalewa ci mózg i ledwo możesz skupić się na jednej. Ogólnie, to o tym co mi powiedział. Cholera, nie mogę powiedzieć z czym kłamał, ale jeśli nie kłamał w ogóle to... Powiedzmy, że miał bardzo ciekawe życie...

- Tajemnica lekarska, co?

- Tia. - Po tej odpowiedzi nastąpiła dłuższa chwila niezręcznej ciszy. Stoner postanowił jednak, że nie będzie ich już dzisiaj męczył i wyszedł z gabinetu żegnając się krzykliwie. A Toby znowu siedział w bezruchu. Jedna mała myśl kiełkowała mu w głowie.

Nie bądź głupi, to niemożliwe - Myślał, ale jednak nie dawało mu to spokoju.


A co jeśli nie kłamał?

piątek, 10 października 2014

Ciekawy Pacjent cz. 5 - Zabawne

Toby wręcz usypiał przed książką. Co chwilę pocierał oczy, ale mimo wszystko powoli zasypiał. Oczywiście był już po trzech kawach, ale nic nie pomagało. Oparł się czołem o chłodną powierzchnie biurka.
Ostatnio coraz częściej chciało mu się spać. Mimo wszystko nie był i nie nie miał zamiaru pójść na badania.
Jego zmęczone oczy zamknęły się. Czuł, że odpływa...

wtorek, 7 października 2014

Ciekawy Pacjent cz. 4 - Furia

W czasie, gdy Toby rozmyślał nad beznadziejnością życia Damien chodził po swoim „pokoju” bardzo zdenerwowany.
Miał ochotę śmiać się ze swojej głupoty.

poniedziałek, 6 października 2014

Ciekawy Pacjent cz. 3 - Praca

W sumie, to dawno nie było tego opowiadania. No cóż... Oto ono? :D. - Pozdrowienia od Anonimka!

***


Toby był rozdrażniony, rozmemłany i strasznie strasznie śpiący, ale przynajmniej nie spóźniony.
Nienawidził poranków w transporcie, z całego serca ich nienawidził. W ogóle, mało rzeczy nienawidził aż tak bardzo jak tego. Ogrom ludzi zmierzających do pracy lub szkoły, korki, samochody, hałasy, zbyt dużo światła... W południe przynajmniej chciało mu się to wytrzymywać.
Zdawał sobie sprawę, że pewnie wygląda jak najzwyczajniejszy w świecie świr, a włosy pewnie odstawały na wszystkie strony, bo niektórzy pasażerowie autobusu, którym właśnie jechał patrzyli na niego krzywo, ale miał to do siebie, że właśnie z rana nie chciało mu się specjalnie wyglądać, albo nawet być. Z tą różnicą, że to drugie akurat musiał. Nie to że nie był przyzwyczajony do porannego wstawania, bo robił to właściwie całe swoje życie, ale mimo to z domu wolał wychodzić co najmniej dwie godzinki później niż kilka minut po siódmej. Wtedy ruch był nieco mniejszy, a i on był bardziej gotów do mierzenia się z okrutną rzeczywistością dorosłego człowieka.
Autobus poruszył się niebezpiecznie, wpadła na niego jakaś starsza niziutka kobiecinka, a on z przyzwyczajenia samemu przeprosił. Nie żeby coś mu przeszkadzało, ale czasem wydawało mu się, że powinien urodzić się albo po prostu mieszkać w Kanadzie... Po czym przypominał sobie o łosiach, mrozie i reszcie swojego charakteru, i decydował się, że to jednak nie tak dobry pomysł.
Przeczesał swoje już rozkopane włosy w nieco nerwowym geście zdając sobie sprawę, że zaraz autobus dosięgnie jego destynacji i będzie musiał przecisnąć się ku wyjściu, co niespecjalnie mu odpowiadało. Nie żeby czuł się specjalnie niepewnie, ale nie znosił tłumów. Na swoje szczęście pozbył się już strachliwości i nadmiaru nieśmiałości z dzieciństwa, ale dalej był niejakim odludkiem i centra miast zwyczajnie nie były jego miejscem. W dodatku o tej porze roku pogoda nie była mu zbyt przyjazna, wiatr i zimnica. Co prawda wtedy mógł zrzucić swoje „nie chciało mi się” na pogodę, ale mimo wszystko wolał, gdy nie odmarzała mu twarz.
Kilka dobrych minut przed swoim finalnym przystankiem prawie dyskretnie przemknął do wyjścia, co chwila poprawiając torbę na ramieniu, bardziej w dziwnym tiku nerwowym niżeli w faktycznym strachu przed zgubieniem jej.
Autobus zatrzymał się, a on wysiadł, od razu czując przesiąkający jego ciało nieznośny chłód.
Toby nienawidził późnej jesieni jak i zimy i wczesnej wiosny. Nieważne jak grubo się ubrał, i tak zawsze jakimś cudem marzł, jakby nieznośna pogoda znajdywała drobne szpary w jego ubiorze i wdrapywała się przez nie dalej, byleby tylko w jakiś sposób zimno mu było.
Na szczęście od przystanku do pracy daleko nie miał. Właściwie, na jego standardy od mieszkania nawet nie miał specjalnie daleko i jako fan chodzenia pieszo, chętnie to robił, tylko że... No właśnie, nie gdy temperatura spadała do dziesięciu stopni i poniżej. Bał się, że zanim dotarłby do ciepłej pracy, to miałby już permanentny katar z opcjonalnym bólem gardła. Niby umiał szybko przebierać nogami, ale czasami tak było nawet gorzej, bo zdążył się przewiać...
Od wejścia do placówki przywitała go ciepła, przyjazna jemu, temperatura. Pewnie nie narzekałby na nią nawet gdyby mieszkał w saunie. Zdjął czarną torbę i równie czarny płaszcz i obydwa przewiesił przez krzesło w sekretariacie, na którym zresztą usiadł i zaczął delikatnie się huśtać. Jako iż był parę albo nawet paręnaście minut przed czasem, to miał przywilej siedzenia tutaj, zamiast w pewnie nie ogrzanym jeszcze gabinecie i mógłby sobie nawet zrobić sobie kawę, gdyby tylko chciało mu się wstać. Ale że nie chciało, to miał więcej czasu na przemyślenia...
Co przypomniało mu pewnego pacjenta, którego nie widział już od co najmniej tygodnia... Pewnego bardzo problematycznego pacjenta.
Damien Cole, teoretycznie spokojny i prawie kulturalny, nigdy nie zaczynał bójek, ale zawsze się w nie wdawał... A mówiąc „zawsze” Toby miał na myśli, że dał już radę jedną, w pewnym sensie wywołać, a był tu, z tego co się orientował, nie więcej niż dwa tygodnie. W dodatku nie z byle kim, bo z facetem, który wśród personelu uchodził za łagodnego olbrzyma, takiego co o trzeźwym umyśle nie skrzywdziłby nawet muchy i podobno miał nieziemską delikatność i cierpliwość... Widocznie Damien miał niezwykły talent do wyprowadzania ludzi z równowagi. Toby już coś o tym wiedział, chociaż sam nie został wyprowadzony z podobnego spokoju co olbrzym... Spotkanie niesamowicie namąciło mu w głowie, zaburzyło dotychczasowy spokój rutyny, bo łapał się na myśleniu o tym, odtwarzaniu wydarzeń w kółko i w kółko, chociaż wiedział, że do niczego to nie prowadziło...
No, albo raczej mogło prowadzić tylko do jednego, o czym z własnej przyzwoitości medycznej wolał nie myśleć...
W każdym razie, obeszli się tylko z siniakami i otarciami, ale nawet i od tego Damien zdążył sobie nieźle nagrabić jako sadystyczny złośliwiec, który zdołał wkurzyć anioła.
Toby prawie współczuł gościowi, bo doskonale wiedział jak biedny olbrzym musiał się teraz czuć przez sytuację, która nawet nie była jego winą... Jednak, jakby okrutnie to nie brzmiało, póki nie był to jego przypadek, to nie była to jego sprawa. Nawet Damien nie do końca był jego przypadkiem. Damien był przypadkiem kilku psychiatrów, sęk w tym że tylko z nim dotąd współpracował...
Ktoś szybko machnął mu przed twarzą, akurat gdy przechylał się do tyłu, patrząc w sufit, od razu opadając na cztery krześlane nogi, spodziewając się kogo może zastać. Pewnie przestraszył się ”wypadku”, gdyby nie był sobą. Na niego akurat nie działały gwałtowne straszaki, ale osoba która starała się go zaskoczyć przez ostatnie kilka lat najwyraźniej jeszcze się łudziła.
- Dobry Toby, jak tam poranek? - Znowu poprawił wyjątkowo niesforne dzisiaj włosy, spoglądając na człowieka, który widocznie bardzo chciał go zabić.
Jayden Stoner, wiecznie zadowolony z życia ciemny blondyn o zabawnym dla Toby'ego nazwisku, zajmujący głównie logopedią przy dzieciakach. Reus po prostu nie mógł czuć do niego niczego innego niżeli podziw. Dla niego cały jego styl życia był zupełnie niewyobrażalny, nie mówiąc już o tej wiecznie szczęśliwej twarzy. Samemu nie przepadał za dziećmi. Albo raczej, nigdy nie przepadał za zajmowaniem się nimi, nie miał do tego ani głowy ani ręki. Nie był opiekuńczy, brakowało mu dystansu. Poza tym, lubił rozmawiać i to raczej na głębsze tematy niż te biedne dzieciaki mogły mu zapewnić. Zdecydowanie bardziej „bawiła” go praca z dorosłymi.
Właściwie, sam nigdy nie marzył ani o posiadaniu dzieci ani swojej własnej rodziny. Pewnie ku nieskończonej grozie swoich rodziców, oczywiście gdyby o tym wiedzieli, bo mimo tego, że żyli w dwudziestym pierwszym wieku to jego rodzina była... Przewrażliwiona. Zawsze chcieli, żeby szybko się ustatkował i miał gromadkę własnych dzieci...
Sęk w tym, że on nie chciał.
Za każdym razem, gdy starał się o tym myśleć na poważnie, wydawało się to nie jego życiem, tylko głupią iluzją.
- Aż tak? - Z rozbawioną miną zapytał Jayden, wybudzając go nieco z letargu. Nieco.
- Aż tak. - Odpowiedział, chyba po raz tysięczny tego dnia ziewając.
Aha, no i jako że Jayden był jedynym normalnym kumplem jakiego miał na całym Bożym świecie i jedynym którego parę razy dla przyjemności spotkał poza psychiatrykiem to oczywiście znał się z Tobyego siostrą, Bellą, i często ze sobą pisali. Za często, jak na jego gust, bo praktycznie nie odrywali się od telefonu, ale co on tam wiedział.
Tyle że jako iż doskonale znał naturę i Jaydena i Belli, przewidywał, że tylko kwestią czasu było zanim się zejdą, mimo że sami jeszcze wcale o tym nie myśleli. Tak to już z nimi było. Nie żeby specjalnie miał coś przeciwko.
- Albo nawet gorzej niż „aż tak”.
- Cóż, dla mnie dzień jak każdy.
- O tym mówię. - Wzruszył ramionami. Gdyby nie to że w większości żartował, pewnie już dawno wykryliby u niego malutką depresję. No ale ten swoisty typ podejścia do życia był jego wizytówką i ludzie którzy go znali po prostu do tego przywykli. Na szczęście. - Ten cały Damien... Słyszałeś coś o nim? - Zapytał starając się brzmieć jak najbardziej obojętnie, mimo tego że szczerze był ciekawy. Jayden zastanowił się chwilę po czym pokręcił głową.
- Tylko o tej bójce. Jeszcze go nawet nie widziałem.
- Miałem z nim jedną godzinkę jakiś czas temu. Moim zdaniem zdecydowanie za mało. Koleś powinien mieć zajęcia co najmniej siedem dni w tygodniu.
- Co z nim? - Zauważył ten błysk zaciekawienia w oczach blondyna. Zboczenie zawodowe, nawet jeśli Damien nie był jego przypadkiem albo nawet jego rodzajem przypadku, musiał wiedzieć. Z resztą, powołaniem Jaydena nie było pracowanie z dorosłymi, ale zawsze chętnie wysłuchiwał historii od Tobyego. Jakichkolwiek historii.
- Jeśli o mnie chodzi, to powiedziałbym, że zrobił to dla uwagi. Może pewnego rodzaju szacunku. Innymi słowy... Ma skłonności do sadyzmu. Spore skłonności. I do kłamania. Przy tym nie wydaje się mieć wyrzutów sumienia.
- Socjopata?
- Wydaje się, Jayden. Nie wiem czy to prawda. Jeszcze. - Jayden odchrząknął, wycofując się z rozmowy. Dobrze wiedział, że Toby choćby chciał to nie powiedziałby nic więcej z braku informacji. Tajemnica lekarska niespecjalnie ich interesowała i nie specjalnie musiała. Takie coś zawsze zostawało między nimi.
- Powodzenia.
- Dzięki.
Gdy Stoner miał już otworzyć drzwi i wyjść z pomieszczenia, zmierzając do swojej własnej niedoli zwanej pracą, Tobyemu przypomniał się jeden mały szczególik i zatrzymał go krótkim „hej”.
- Co? - Zapytał blondyn, właściwie w połowie będąc już w swoim własnym świecie. Toby nie do końca mógł go winić.
- Zamknij okno w moim gabinecie. I włącz ogrzewanie.
I w taki oto sposób po pretensjonalnym „na serio?” Jayden Stoner miał troszeczkę gorszy i chłodniejszy dzień, bo Toby był znany nie tylko ze swojego nie do końca pozytywnego nastawienia, ale też i z wyjątkowego utrzymywania czystości, dzięki której sprzątaczki praktycznie nie miały co robić, ale z rana w gabinecie było dokładnie tak jak na dworze, przez wyjątkowo dłużące się piętnaście minut.
Tak, Toby uchodził tu trochę za nieco... Innego. Wszyscy chyba myśleli, że uważa się za lepszego. Ale to nie był pierwszy raz i się tym nie przejmował, pomijając oczywisty fakt, że się mylili.
I tak nie był specjalnie rozmowny, a życie nie było łatwe. Wiedział to może i zbyt dobrze.
Dosłownie w momencie w którym za Jaydenem zamknęły się drzwi, wyjął z kieszeni telefon i szybko otworzył kontakt swojej siostry, pisząc jej krótkiego sms'a.
„Pierwszy”
Tak, dziecinne, ale jakoś musiał im to przekazać.
„Co?”
„O czym ty mówisz?”
Dwa teksty pojawiły się na ekranie. Nieważne od sytuacji, Bella zawsze miała telefon przy sobie i zawsze odpisywała z prędkością światła. W tym jednym nie mógł jej nigdy dorównać.
Czekał. Nie długo zresztą, bo dosłownie dwie minuty dłużej pojawiły się kolejne wiadomości.
„Haha”
„Skąd wiedziałeś? :D”
Uśmiechnął się pod nosem. Tak, zdecydowanie znał tą dwójkę. Jakby obydwoje uparli się żeby na siłę zrobić go najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Dokładnie tak jak jego rodzice.
Była to jednocześnie najmilsza i najgorsza rzecz jaką mogli mu zrobić. Bo przecież sam doskonale dawał sobie radę... Przynajmniej tak mu się wydawało.
Cóż, najwidoczniej już cztery osoby uważały inaczej.
Odpisał tylko mrugającą emotką i wyciągnął się na krześle, sprawdzając godzinę. Okazało się że musi wstać w ciągu pięciu minut i przypomniał sobie, że jego pierwszym pacjentem znowu jest rudowłosa idealistka Lauren.
Powinien być szczęśliwy, ale jednak, w jakiś sposób zupełnie go to nie obchodziło i trochę źle się z tym czuł. Lauren nie będzie już u niego długo, dobrze to wiedział i powinien, jak dziwnie by to nie brzmiało, świętować kolejną stratę.
Mimo to, czuł ziejącą lepką pustkę, której nie mógł powstrzymać.
To był dzień jak co dzień.
I to zżerało go od środka

sobota, 4 października 2014

Czy potrafisz jeszcze kochać? cz.1

Nathan siedział pod swoim oknem i oglądał krople deszczu spływające po szybie.
Dzisiejszy dzień był chłodny i przez cały dzień padało, ale albinos się nie nudził. Wprost przeciwnie, cieszył się z takiego obrotu spraw. Przynajmniej nikt nie zawracał mu głowy...

wtorek, 30 września 2014

Ciekawy Pacjent cz. 2 - Wielka gra.

Mam jedno zdanie opisujące to co tu się dzieje... Za dużo Sherlocka. XD

*** 
Toby wrócił do domu niezwykle zamyślony. Taka już była jego osobowość, jak coś się stało, to musiał to sobie w spokoju przemyśleć.
Więc aby trochę się ożywić, zrobił kawę i usiadł na krześle w czymś, co w sumie od biedy można było nazwać kuchnią. W takich momentach cieszył się, że mieszkał sam. Nikt nie przeszkadzał mu w spokojnym zamknięciu się w sobie i kontemplacji.
Co mogło być nie tak z Damienem?
Oczywiście oprócz tego, że przy pierwszym spotkaniu mu groził, wyznał swe zabójcze zapędy i przyparł do biurka...
Tak, oprócz tego, to był całkiem normalny.
Toby zmarszczył brwi w frustracji. To była naprawdę idiotyczna sytuacja. Zmiany postawy Damiena były zadziwiające; z luzaka w szaleńca, dał porywać się chwili...
„Wydajesz się bardzo zainteresowany... Czyli, że dobrze wypadłem?”. Słowa te uderzyły Toby'ego z wielką siłą. No tak, on też dał się porwać, tym razem słuchał za dużo. To było zbyt pokręcone, za idealnie szalone.
Jak przedstawienie w teatrze.
Toby przeklął na siebie, bo za bardzo dał się wciągnąć i uwierzył w tą grę, jak jakiś dzieciak. Powinien trzymać się faktów, uczucia w pracy nie miały nic do gadania. Więc Damien był w pewnym sensie fałszywką, aktorem. Może i dobrym, ale ciągle... Tylko po co miałby to robić?
Pierwszą rzeczą, jaka przyszła Toby'emu do głowy było coś oczywistego – uniknięcie więzienia. Tyle, że w tym wypadku nie miało to żadnego sensu, Damien nie był oskarżony o zabójstwo swojej matki, a mimo to w gabinecie powiedział mu, że to zrobił, dodając sobie zarzutów. Największym czego dokonał była kradzież, coś za co nie poszedł by na dożywocie, a z obecnym wizerunkiem totalnego szaleńca, to w psychiatryku mógł spędzić całe życie.
Nie miało to żadnego sensu.
Albo w gabinecie chwalił się, że zrobił coś niezwykłego, że oszukał policje, albo zwyczajnie kłamał. Tylko po co miałby to robić?
Odpowiedź była niby absurdalna i idealnie pasująca do profilu psychopaty. Aż za idealnie. Jednak Toby nie był nawet w stanie pomyśleć o innej.
Dla zabawy.
Mówił o tak okropnych rzeczach, bawił się z nim tylko po to, aby doświadczyć trochę rozrywki... Więc była to jedna wielka gra.
Z resztą, teraz, kiedy Toby przywoływał sobie obraz Damiena w pokoju, to pomyślał, że faktycznie... Faktycznie wyglądał, jakby się tym bawił.
To było tak dziwne i nienormalne, że aż zakrawało o fikcję.
Tylko, że w psychiatryku, w byciu lekarzem, nie było miejsca na fikcję. Tam niemożliwe mogło być całkiem realne.
Damien zdecydowanie popisywał się umiejętnościami kłamania, tym co był i jest w stanie zrobić...
A jego jedyną widownią był Toby.
Całe to show było więc skierowane tylko i wyłącznie dla Toby'ego.
No tak, przecież on tam stał, jego dotykał Damien, jego starał się przekonać o swojej „straszności”.
Toby złapał się na tym, że jego myśli uciekają w zupełnie nieporządanym kierunku;
„Czy Damien zawsze się tak popisuje? Czy ja byłem jedynym?”.
Nie... Cole wszedł do jego pomieszczenia w „skórze” normalności i zachowywał się tak, dopóki Toby go czymś nie zainteresował... Tylko czym? Co takiego zrobił, czego nie wykonałby normalny psychiatra?
Co prawda Damien zaczął zachowywać się dziwnie, gdy zapytał o jego przeszłość, ale to raczej nie było niczym szczególnym. Każdy terapeuta spytałby o to samo, a jeśli przyjąć, że Damien robił to wszystko tylko dla zabawy, to wątpliwym było, aby odwalał tą samą sztuczkę za każdym razem, gdy ktoś spyta o jego przeszłość, bo stałoby się to zwyczajnie nużące.
Więc co to mogło być?
„No tak...” Pomyślał Toby, a na jego twarzy pojawił się drobny rumieniec wstydu.
Bo zrobił coś niezwykle idiotycznego i niebezpiecznego, tylko po to, żeby kontynuować grę psychopaty i poczuć ten słodko-gorzki smak adrenaliny.
Wyłączył kamery.
Normalni ludzie... Ba! Nawet ci lekko nienormalni, w życiu nie zrobiliby czegoś tak nieodpowiedzialnego, a Toby nawet nie mógł podać konkretnego powodu swojego działania. Po prostu dał się ponieść, mimo tego, że zazwyczaj tego nie robił. I ten jeden raz mógł zakończyć się dla niego tragicznie.
Ale siedział na krześle w swojej kuchni i popijał kawę, Damien nic mu nie zrobił.
Tym razem nawet nie musiał zadawać pytania „Dlaczego?”, bo wydawało mu się to zupełnie banalne.
Jeśli Damien znalazł już kogoś, kogo uznał za niezwykłego, to po co miał kończyć grę już tutaj, zanim jeszcze porządnie rozdał karty?
Toby'ego przeszedł nieprzyjemny dreszcz, bo zdawał sobie sprawę, że wpadł w sieć, w tą szaleńczą grę z kimś, kogo bez problemu mógł nazwać „pająkiem” lub „idealnym szachistą”, pomimo tego, że wiedział jakie to absurdalne.
A najgorsze było to, że pomimo tego, że miał możliwość, to wcale nie chciał i nie miał zamiaru jej kończyć.
Dobrze wiedział, że w ten sposób wstąpił na szachownicę Damiena, że tańczy dokładnie jak mu zagrał, a z tego wyraźnego punktu światła w jakim się znajdował obecnie, nie mógł nic zobaczyć, przewidzieć... Nie widział jaki jest Damien, nie widział jego umysłu, bo to światło za bardzo raziło go w oczy. Musiał samemu zejść w tą nieprzeniknioną ciemność i stać się kimś, kim w całym swoim życiu nawet nie śnił by być.
Mimo to, teraz nie był w stanie i nie miał zamiaru mu się przeciwstawiać.
Bo pomimo tego, że odpędzał tę myśl w najgłębsze zakamarki swojego, jak dotąd, czystego umysłu, to nie mógł zaprzeczyć...
To zaczynało mu się podobać.

sobota, 20 września 2014

Czy potrafisz jeszcze kochać?-Prolog

Autor: AnonimekKY i Martina
Pochodzenie: Nasze.
Gatunek: Romans, Hetero.
Opis: Miłosne historie zdarzają się wszędzie.
Ostrzeżenia: Możliwa nierealistyczność i błędy.


Gdybyś spotkał na ulicy Nathana Clive powiedziałbyś, że to zwykły nastolatek wracający ze szkoły lub po prostu wędrujący po mieście z nudów...

sobota, 13 września 2014

Ciekawy Pacjent cz. 1 - Przyszpilony

- Niech będzie, że tak... Więc co właściwie mam robić na tych niby dziennych wizytach? - I ponownie, Toby był... Zaskoczony. Nie do końca wiedział, jak w ogóle można tego nie wiedzieć. Cóż, niby różnych ludzi różnie wychowano, ale to było... Zadziwiające.
- No więc... - Zaciął się na chwilę, spoglądając na swego pacjenta. - Więc ja stoję, słucham i staram się ci doradzić, a ty opowiadasz o swoich... Problemach...
- A co jeśli nie mam problemów? - Odpowiedział natychmiast brunet, podnosząc się nieco. Emanował wręcz typowym sceptykiem. Tylko, że w tym wypadku było to zwyczajnie głupie.
- Widzisz... Nie chciałbym być jakiś niemiły czy coś...
- Jak najbardziej zezwalam. - I znowu ten sam uśmiech.
Uśmiech, który u Toby'ego powodował palpitację serca.
Z każdych możliwych powodów.
- Jeśli tu jesteś, to coś na pewno musi być nie tak. - Odparł mało formalnie. Widząc jak Damien wywraca oczami, szybko sprostował. - Oczywiście, jeśli chcesz, to możesz też mówić o przeszłości.
Damien gwałtowanie się wyprostował i zesztywniał. Teraz wyglądał raczej... Niebezpiecznie.
- Więc chcesz wiedzieć o przeszłości?
- Zrozumiem jeśli jest coś bolesnego, lub...
- Więc chcesz słyszeć o tym, jakimi śmieciami społeczeństwa byli moi rodzice? A może o tym jak się na mnie wyżywali? - Nie było śladu po tym wyluzowanym człowieku, który tu wszedł. Ten Damien był właściwie... Przerażający.
Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie, gdy przekrzywił głowę. Powoli, niespiesznie podniósł się z miejsca, nie spuszczając wzroku z Toby'ego. - A może o tym jak bardzo zjebane relacje miałem z moją ex, hm? - Prawie warczał, zamiast mówić, obnażając białe zęby.
Nie wyglądał jak człowiek, bardziej jak nabuzowany, dziki wilk.
I się zbliżał.
Zbliżał się na zbyt niebezpieczną odległość.
- Och, a może ta najlepsza część. - Był już na tyle blisko, aby dłonie położyć na biurku, o które opierał się Toby. - O tym jakie to uczucie pozbawić te śmieci życia?
Reus mógł poczuć kciuki wbijające się w jego biodra, gorący oddech na twarzy.
To było aż nadto prawdziwe.
Aż nadto przerażające.
Mimo to, trzymał fason, nie mógł przecież tak łatwo się poddać.
Nie mógł tak łatwo dać się przestraszyć.
Nie zmieniając wyrazu twarzy, obserwował jak usta Damiena rozciągają się w spaczonym szaleństwem uśmiechu.
Chwilę potem, Cole zachichotał, odzywając się wreszcie.
- Najcudowniejsze w moim życiu. Widzisz, obydwoje nie byli aniołami, czyli coś po nich odziedziczyłem. Tego dnia... Padał śnieg. Moja matka wparowała do kuchni, jak zwykle drąc się na mnie, jakbym był winny najgorszej rzeczy na świecie. I byłem. Byłem winny temu, że jeszcze żyli. No właśnie, szkopuł w tym, że nie byłem w humorze... Więc ją zabiłem. W samoobronie. Dźgnąłem nożem, którym obierałem kartofle! - Znowu się zaśmiał, jak z najlepszego żartu na świecie.
Ale Toby'emu nie było do śmiechu, gdy Cole oparł głowę na jego ramieniu, dalej chichocząc.
To było chore, zupełnie nienormalne.
Ale Toby odchylił głowę nieco do tyłu i odwrócił ją w stronę tej czarnej czupryny.
Jego ciekawość z pewnością nie była czymś normalnym.
Czyżby on też zakrawał na szaleństwo?
- Potem zgoniłem na ojca, bo przecież on zawsze był taki! Nawet dałem mu się pobić, żeby być wiarygodnym! A potem śmiałem mu się w twarz, gdy nikt nie patrzał. "Biedny mały, co teraz pocznie? Jego matka musiała być..." Bla bla bla. - Tym razem ciepły oddech oplótł ucho Reusa. Przeszły go dreszcze. - Wydajesz się bardzo zainteresowany... Czyli, że dobrze wypadłem? - Zadziałało to na psychologa, jak kubeł zimnej wody. Odepchnął Damiena, zdecydowanie, ale nie za mocno.
Wyprostował się, by Cole nie patrzał na niego z przesadnej góry. Nie da się tak głupio zdominować, a już na pewno nie upokorzyć.
- Jak na pierwszą wizytę, aż za dobrze. - Uśmiechnął się, nie skąpiąc sobie zadziorności.
W końcu Damien nie był jedynym w pokoju, który posiadał jej aż na zapas.
Ale zamiast zaskoczenia, Reus ujrzał na twarzy Damiena jedynie większe zadowolenie.
- Cholera, podobasz mi się. Przypomnij, żebym zaprosił cię na małą prywatną wizytę jak już stąd wyjdę. - Toby uniósł brew, domyślając się intencji tamtego.
- Oczywiście. - Odpowiedział, nie szczędząc sobie sarkazmu. Oczywiście, nie powinien, ale... Skoro właśnie szczerości i zadziorności chciał Damien, to ją dostanie. Przelotnie spojrzał na zegarek i niemal zamarł, widząc, że czas spotkania już rychło dobiegał końca. - Cóż, przykro mi, ale na tę chwilę musimy skończyć. - Odpowiedział, znowu opierając się o biurko. Damien natomiast stracił całą swoją zwierzęcą postawę i wrócił do tego luzackiego bruneta, jakim się zrobił, wchodząc.
Przez resztę minut po prostu patrzeli na siebie w ciszy, mierząc się spojrzeniami.
I cisza pozostała w gabinecie Toby'ego, nawet po wyprowadzeniu Damiena.

wtorek, 9 września 2014

Ciekawy Pacjent Prolog - Chora ciekawość

No więc tu Anonimek i zero Violetty. Pomęczę was trochę moimi opowiadaniami! Miłego czytania. :3
***

Cholera, spóźnię się! - Toby krzyknął na siebie w myślach biegnąc do wyjścia. Po drodze zabrał kurtkę i portfel.  Dnia dzisiejszego zdecydowanie za wolno zbierał się z łóżka. Szybko wsiadł to tramwaju, nawet nie kupując biletu. Miał gdzieś egzystencję kanarów, a oni mieli gdzieś egzystencję jego. Mimo to nerwowo tupał w podłogę i w głowie nucił "spóźnię się, spóźnię, jak ten idiota~". Cóż, każdy ma swoje dziwactwa.
Na jego przystanku, czyli szpitalu psychiatrycznym, wysiadł. Brzmiało ciekawie i nieciekawie, zależy od upodobań, ale... No nie było. Sam Toby był tak zwanym terapeutą, chociaż sam wolał na siebie mówić po prostu "specjalista od normalnych inaczej". I mimo to, że irytowały go na przykład takie nastolatki z problemami typu "nie kocha mnie nikt, więc chcę umrzeć, ale tego nie zrobię, bo jednak ktoś mnie kocha", to starał się jak mógł, żeby każdemu pomóc. No i to się nazywa masochizm.
Nie spóźnił się na szczęście i pognał do swojego gabinetu, zaczynając swoją rutynę. Ale cóż, wbrew pozorom siedzenie w psychiatryku nie było takie złe.
Przynajmniej tutaj przypadki były zupełnie poważniejsze i prawdziwe.
Ucieszył go fakt poprawy stanu jego "ulubionej" pacjentki - Lauren.
Lauren była drobnym, wiecznie rozczochranym rudzielcem, ironicznie zupełnie pozbawionym piegów. Miała trudną przeszłość (znęcający się mąż), ale jaśniejszą przyszłość. Krótko mówiąc, mimo wszystko starała się uśmiechać i ogólnie robiła spore postępy w terapii. Miała jednak charakterek i lubiła dogryzać każdemu w okolicy. Dla żartów, ale jednak celnie.
- Dzień dobry doktorze. - Skłoniła się ironicznie, a Toby pomyślał, jak bardzo przypomina mu ona Meridę Waleczną z disney'owskiego filmu. Uśmiechnął się nieco, czując że poprawiło mu to humor.
Cóż, sprawą trochę smutną było, że jego jedyni przyjaciele w jakiś sposób są mentalni, ale... Jemu to nie przeszkadzało.
A jak jemu nie, to komu miało?
Tym razem nie omieszkał poinformować Lauren o Meridowym spostrzeżeniu, a ona natychmiast odgryzła się mówiąc mu o postaci Czkawki z "Jak wytresować smoka".
- Jesteście identyczni w każdym calu. - Zaśmiała się, a on przewrócił oczami z poczuciem spełnionego obowiązku. Pracowanie i pomaganie ludziom w tym samym czasie, było całkiem satysfakcjonującym zajęciem.
Rozmawiał z Lauren jeszcze długą chwilę, aż musieli się pożegnać, gonieni czasem.
Czas to zając i ucieka, pomyślał Toby, wiedząc, że to zupełnie absurdalne, a jego umysł natychmiast powędrował w stronę "Alicji z krainy czarów" i skończył na myśli, że taką pacjentkę w sumie też mają.
Jednakże szybko skupił się na następnym pacjencie.
Nowym pacjencie.
Z zaciekawieniem, przejrzał jego kartę, którą wyjątkowo (lub też nie) posiadał.
Już po krótkim przeglądzie mógł stwierdzić, że zaraz wejdzie tu dziwny człowiek.
I nie pomylił się, chociaż na początku tak stwierdził.
Do gabinetu sprowadzono mu dość wysokiego bruneta, najpewniej w wieku podobnym do jego.
Zaskakującą rzeczą było to, że wyglądał on całkiem... Normalnie.
Nieco przydługawe włosy, blada twarz (co go w sumie nie dziwiło), zupełnie wyluzowana postawa i spokojne spojrzenie. Gdy tylko ujrzał Toby'ego, uśmiechnął się nieco.
Nie sprzeciwiał się żadnym poleceniom, jednak dwóch postawnych gości wprowadzających go skutecznie sprowadzały Reusa na ziemię i mówiły mu "tu stoi człowiek, który powinien tu być".
Rozmowę czas zacząć, nieco cynicznie pomyślał Toby, zachowując pokerową twarz, nawet gdy strażnicy wyszli, zostawiając go z nim sam na sam. Choćby człowiek ten był wyjątkowo niebezpieczny, dla niego nic to nie zmieniało. Dalej był tylko człowiekiem, który potrzebował pomocy.
Nawet jeśli był recydywistą...
Zapowiadał się niezły bałagan.
- Damien Cole, prawda? - pytany tylko pokiwał głową. - Więc, Damien, co cię do mnie sprowadza?
- Mnie nic. Oni... Oni uważają, że muszę tu być. - znowu kiwnął głową, tym razem na drzwi. - Więc jestem. Jakbym miał jakiś wybór, cholera. - Uśmiechnął się krzywo. - Więc, skoro przez najbliższy czas mam cię nie skrzywdzić i widzieć twoją w sumie nie brzydką twarz, jak się wabisz? - Lekarz zdziwił się nieco. No, to się nazywa odpowiedź prosto z mostu. Zmierzył go wzrokiem i odpowiedział zmieszany:
- Wabisz?
- Wabisz, nazywasz, przedstawiasz. Jak zwał tak zwał, chciałbym tylko odpowiedzi.
- Toby Reus. - Odpowiedział z westchnieniem. - I w sumie dziwi mnie, że tego nie wiesz. Nie zostałeś poinformowany?
- Może i zostałem, może i nie. Troszeczkę się wyłączam jak za dużo gadają, rozumiesz? - Damien rozłożył się na kanapie, zupełnie nie dbając o jakiekolwiek zasady wychowania. W sumie, czego tu oczekiwać od ludzi znajdujących się w tym miejscu?
Matko, jakim cudem ja się tu w ogóle znalazłem? - nagle pomyślał Toby.
No, go wzięło na rozkminy życiowe.
- Więc... Dlaczego "oni" uważają, że powinieneś tu być, Damien?
- Nie mów mi ciągle po imieniu. Niby czuję się zaszczycony, doktorku, ale po czasie się to robi nienaturalne i sztywne. - Toby zauważył, że Cole uparcie unika bezpośrednich odpowiedzi... Ta, to był ten typ co "ustanawia własne zasady gry". I cholera, na razie mu szło. - No już nie patrz się tak na mnie, wyglądasz jak szczeniaczek, któremu ktoś zabrał kosteczkę. - Pacjent zaśmiał się. - Cóż, jestem tutaj, bo byłem bardzo niegrzeczny. - Zwrócił swój wzrok na Toby'ego i obejrzał go od góry do dołu, wystawiając język. Pod wpływem stalowego spojrzenia Reus poczuł się dziwnie... Niezręcznie. Kuźwa, był pewien, że jeśli potrwałoby to jeszcze choćby chwilę, to zrobiłby się czerwony jak pomidor.
- Co takiego zrobiłeś? - zapytał, nieco odwracając wzrok i przerywając ciszę. Przegrał z psycholem, świetnie. - Możesz mi opowiedzieć, wiesz?
- Ano mogę. - Cole wrócił do swego szelmowskiego i nieco bezczelnego uśmiechu. - Ale wiesz, te kamery mnie wyjątkowo dekoncentrują... Mógłbyś..?
- W porządku. - Toby mocno ociągał się z tą decyzją. Na pierwszy rzut oka widać było, że Damien to nie miś tuliś i taki zabieg za bezpieczny nie będzie. A pomimo tego, z równą sobie masochistyczną determinacją, wykonywał jego polecenia. Był nieco za bardzo zaintrygowany całą osobą Damiena, coś niesamowicie go pociągało w tej dziwnej sylwetce. Więc, wbrew zdrowemu rozsądkowi i właściwie na dyktando niejakiemu szaleństwu, postanowił mu zaufać.
Więc teraz z własnej woli, bez zabezpieczeń siedział w jednym pokoju z czarującym i bezczelnym psycholem. Oblał go zimny dreszcz, a adrenalina zakotłowała się w żyłach. Miał ochotę zaśmiać się nerwowo, bo pierwszy raz czuł, że coś jest nie tak.
Był niemal podniecony tą sytuacją.
I przez to czuł się źle, naprawdę źle.
Wreszcie postanowił się odezwać, pilnując, żeby głos za bardzo nie zdradzał jego stanu;
- A teraz czujesz się wyjątkowo skupiony?


***
Edit: Jej, jeden rozdział poprawiony! Zostało jeszcze z... Dziesięć. ;-;

poniedziałek, 8 września 2014

Hejka, to Nasz nowy blog!

Witajcie wszyscy zagubieni w internecie. To nasz nowy blog, a tu mamy zamiar opisać wszystko co na razie wiemy:
1. Opowiadania mają przeróżną tematykę, najczęściej będą to jednak romanse. Występować będzie też sławne yaoi i yuri, więc ostrzegam.
2. Jako, że chodzimy jeszcze do szkoły, to notki raczej nie będą pojawiać się regularnie.
3. Opowiadanie będą albo całe wymyślane, albo z różnych filmów/seriali/mang/anime.
4. Aktualnie są 2 autorki (Alex Honest-koleżanka), (AnonimekKY-ja/mangozjeb). Żadna z nas nie odpowiada za opowiadania drugiej, ale są też wspólne (i dlatego mamy jeden blog).
5. Prosimy o szczerą krytykę i poprawianie błędów ortograficznych/interpunkcyjnych w komentarzach. To pomaga w poprawie wszystkiego.
6. Nie ponosimy odpowiedzialności za wszelkie uszczerbki na zdrowiu umysłowym i cielesnym! (XD).

Z pozdrowieniami Alex i Anonimek~!