poniedziałek, 30 października 2017

Nadzieja Umiera Ostatnia #23- Zawsze

Oł yeah wyrobiłam się przed 00:00



Deszcz z hukiem odbijał się od szyby w aucie, zmuszając tym samym wycieraczki do intensywnego ruchu. Nocne światła lamp odbijały się od kropli wody, nice rażąc go po oczach. Siedział w ciszy nasłuchując jedynie opadających kropel na szybę, paląc któregoś już z kolei papierosa.
Czekając na Issacka liczył tylko i wyłącznie na to, że lada dzień będzie mógł to wszystko odkręcić. Na tym mu zależało, aby Alicja i jego dziecko byli bezpieczni, aby zabić w sobie jakiekolwiek poczucie winy. Nie mógł od tak zaangażować się w jej życie. Powodów było wiele, ale pozostanie z dziewczyną wiązało się z ciągłym życiem w niepewności. Bo tak właśnie było. Kiedy chodź na trochę się uspokajało, cały czas z tyłu głowy myślał o tym, że Erick coś znów wywinie. Nigdy się do tego nie mylił, tak zawsze się działo. Cisza przed burzą. Burzą, która zawsze siała spustoszenie w jego życiu.
Dźwięk otwierających się drzwi od strony pasażera zmusił Dawida, aby spojrzeć w tamtą stronę. Kilka kropel deszczu wylądowało na jego spodniach, kiedy Isaack otrzepywał swoje włosy z nadmiaru wody. Jęknął zirytowany. Sparks spojrzał na niego z ukosa mierząc przy tym morderczym spojrzeniem.
-Nie patrz na mnie jak idiota, tylko mów po co chciałeś się spotkać- Przeszedł do rzeczy kierując w stronę kumpla paczkę papierosów i zapalniczkę. Ten z ochotą to przyjął i odpalił tytoniowy wyrób. Trzymając tlącego się szluga w ustach, spod jeansowej kurtki wyciągnął małą paczkę i podarował ją Dawidowi. Chłopak przyjął ją i spojrzał na niego, zbytnio nie rozumiejąc dlaczego tak właściwie trzymał to w dłoniach.
-Słuchaj, Emilia Orzechowska to młoda dziewczyna z Polski, która przypałętała się do Anglii do pracy. Jej rodzice zginęli w wypadku, a z dalszą rodziną nie ma kontaktu, rozumiesz?- Spytał jednocześnie opuszczając szybę samochodu, aby pozbyć się nadmiaru popiołu z papierosa.
-Nie do końca- Mruknął zdezorientowany przeglądając liczne kartki z dokumentami. Akt urodzenia, świadectwa ze szkoły, legitymacje, którym jedynie brakowało dokleić zdjęcia. Wszystkie dokumenty, które posiadał normalny obywatel, wraz z wnioskiem o dowód osobisty.
-To jest wszystko, co udało mi się skombinować, aby zapewnić jej nową tożsamość. Na ten moment nie jestem w stanie wymyślić nic innego, ale jeśli tylko jakichś dokumentów będzie brakować, zajmę się tym. Kwestia tego, czy jesteś jej w stanie załatwić lokum w Londynie
-Dlaczego akurat tam?- Zapytał lekko oburzony i schował dokumenty do schowka. Isaack westchnął i odgarnął mokre włosy z czoła.
-Wiem, że ci się to nie spodoba, ale powinieneś zwrócić się o pomoc do Xaviera
-Czy ciebie pojebało?- Zapytał nie dowierzając. -Mam prosić tę dziwkę o pomoc? Poradzę sobie sam- Mruknął odwracając wzrok.
-Tu nie chodzi o ciebie. Nie zapewnisz dziewczynie bezpieczeństwa będąc sto kilometrów dalej, a on tam będzie mógł mieć na nią oko. Zwłaszcza, że ktoś nieodpowiedzialny zrobił jej dziecko- Spojrzał na niego porozumiewawczo.
-Jeśli masz mnie oceniać, to lepiej zakończmy tę rozmowę- Ostrzegł.
-Schowaj dumę do kieszeni i idź się przed nim płaszcz, bo po ostatniej akcji omal nie skończył przez ciebie w pudle. Przykro mi, ale Xavier jest jedyną opcją-Warknął.
-On jest kurwa w zmowie z moim ojcem, myślisz, że jest odpowiednią osobą? Pierwszy ją wyda, jak tylko poczuje zapach hajsu. Łatwa suka.
-Był w zmowie. Teraz się lansuje w Londyńskim apartamencie i z tego co wiem nie miał kontaktów z twoim ojcem od siedmiu miesięcy. Nie masz innego wyjścia.-Zapewnił go.
Dawid nie do końca był przekonany, aby to robić. Nie uśmiechało mu się błagać o pomoc brata, z którym od pewnego czasu nie układało mu się najlepiej. Cóż, wszystkiemu jednak winien był Erick, ale Dawid nie mógł pogodzić się z myślą, jak bardzo zapatrzony w papierki z nominałami był jego młodszy brat.
-Ta, zadzwonię do niego- Mruknął niezadowolony.
-I umówisz się na spotkanie- Dokończył, na co Dawid gwałtownie odwrócił się w jego stronę.
-Chyba żartujesz?- Krzyknął.
-Spuść z tonu jak ze mną gadasz- Karcił- Mam cię uczyć, że takich spraw nie załatwia się przez telefon? Myślałem, że to już wiesz, ale jak widać myliłem się. Tak samo jak w kwestii używania prezerwatyw- Wzruszył ramionami.
-Pierdol się Sparks, pierdol się-Warknął i odpalając szybko samochód włączył się do ruchu.

-Co jest?- Zapytał Isaack, kiedy zaparkowali pod domem, a Dawid wydawał być jeszcze bardziej wkurzony niż wcześniej, a przecież się do niego nie odzywał.
-To samochód Roberta Zane'a- Chwycił szybko za klamkę chcą jak najszybciej wysiąść z auta.
-Nie możesz tak po prostu tam wparować- Powstrzymał go.
-Nie rozumiesz? Jeśli wie, że dziewczyny są w domu, nawet nie chce myśleć co tam się dzieje. On musi mieć jakieś porachunki z nimi związane, inaczej Erick nie trzymałby ich w domu po nic. Musimy tam iść- Wybiegł z samochodu, a tuż za nim Isaack. Oboje zatrzymali się przy wejściu, a zza szpary z niedociągniętej firanki chcieli coś zobaczyć.
-Nic nie widać- Mruknął Isaack
-Dobra, wchodzę tam- Oznajmił i po chwili oboje byli już w środku. Śmietanka towarzyska w składzie jego ojca i Jasminne ze spokojem popijała szampana, kiedy Robert wraz z bronią w dłoni szarpał się z Alicją.
-Puść ją, Robert- Zażądał na tyle głośno, aby mężczyzna odwrócił się w jego stronę. Popchnął Alicję, która nieco się zachwiała, ale zaraz po tym okryła swoim ciałem płaczącą już Nikole.
-Dawid, dawno się nie widzieliśmy. Można by powiedzieć, że nawet się za tobą stęskniłem- Zakpił i sięgnął ręką po whisky, która stała na szklanym stole w towarzystwie butelki od szampana i truskawek.
-Widzę, że urządziliście sobie miłe spotkanie towarzyskie. Dlaczego w takim razie ściągnąłeś tu dziewczyny?- Zapytał spokojnie, dając w międzyczasie znak Alicji, aby wraz z Nikolom poszły na górę. Dziewczyna niemal od razu zrozumiałą przekaz i chwilę później obie zniknęły mu z pola widzenia.
-Cóż, nie ukrywam świetnie nam się gawędziło, a dziewczynki jakoś tak same się napatoczyły. - Wyjaśnił sięgając tym razem bo truskawkę. - Poza tym, nie dziw mi się, że chciałem poznać moje przyszłe kobiety- Uśmiechnął się szyderczo.
-Co ty pieprzysz?- Zapytał zdenerwowany. Niemal od razu tuż obok pojawił się Isaack.
-Właśnie omawiałem z twoim tatusiem- Wskazał na Ercika, który jedynie pomachał mu ręką uśmiechając się przy tym w ten obrzydliwy dla Dawida sposób.- Oboje uzgodniliśmy, że jako spłatę długów, za ich ojców mogę sobie je wziąć. Nie ukrywam, bardzo podoba mi się ta opcja. Marzę o tym, aby odebrać tej rudej ślicznotce wianuszek- Rozmarzył się. Dawid zaśmiał się i podszedł do mężczyzny bliżej. Zaciągnął się tą mieszanką piżma i papierosów, przez co nie mal od razu zrobiło u się nie dobrze. Dokładnie tak pachniał każdy sukinsyn, którego spotkał na swojej drodze. Nie mówiąc już o jego ojcu, którego deski w gabinecie były przesiąknięte tym smrodem.
-Przykro mi, ale- Zniżył się nieco, aby być na idealnej wysokości. Oko w oko.- Byłem pierwszy- Mruknąwszy ugryzł owoc w dłoni Roberta i poklepał go pocieszająco w plecy- Nie martw się,było tylko lepiej niż zajebiście- Niemal usłyszał to złośliwe parsknięcie Isaacka. Robert mocniej zacisnął palce na szklance i powstrzymywał się od wybuchu złości. Jedynie odstawił naczynie na stolik i desperacko poprawił marynarkę.
-Na mnie już czas. Zadzwoń do mnie, kiedy dokończysz umowę- Zwrócił się do Ericka, który tylko skinął głową, a następnie spojrzał na Dawida, który uśmiechał się zwycięsko- A ty, naucz się trzymać na swoim placu zabaw- Dawid na odchodne posłał mu buziaczka, a potem w mieszkaniu rozległ się tylko huk trzaskających drzwi.
-A więc dlatego je tu ściągnąłeś?- Podszedł do Ericka. - Lubisz spłacać swoje długi ludzkim życiem?- Zapytał, kiedy to Erick pofatygował się, aby wstać.
-Ostrzegałem, że twoje decyzje będą miały konsekwencje w przyszłości. Nie chciałeś słuchać, bo nadal myślisz, że nic nie mogę ci zrobić, i może masz rację. Bo na ciebie nie mam nic, ale na twoich bliskich już tak- Zagroził- Wybacz, że nie przemawiają prze zemnie ojcowskie instynkty
-Mówisz, tak jakbyś kiedykolwiek je miał- Mrukną złośliwie. Zaraz potem poczuł jak jego ciało zderza się mocno ze ścianą uderzając przy tym głową. Jęknął z bólu. Isaack chciał interweniować, ale Jasminne powstrzymała go zaciskając dłoń na jego barku.
-Nie pierdol takich rzeczy. Myślisz, że gdybym nie miał krzty ojcowskich zapędów to byś tu był? To byś w ogóle wiedział kim jestem? Wywaliłbym twoją matkę na zbity pysk, a ta skończyła by pod mostem, bo nie miała nic prócz moich pieniędzy. Ty i twój brat jesteście na mnie skazani, bo nic nie znaczycie- Dawid splunął mu prosto w twarz i odepchnął z całej siły, przez co starszy mężczyzna zatoczył się upadając na na ziemię tłukąc przy okazji wazon.
-Uwierz, że wolałbym wychować się pod mostem, niż żyć z takim szują jak ty- Podszedł do niego chwytając go za krawat lekko podduszając go przy tym- To ty jesteś nikim. Prędzej czy później zgnijesz w pierdlu, gdzie twoje pieniądze nie mają znaczenia. Patrząc na twoje przekręty nie wykaraskasz się z tego szybko, o ile nie wcale. Nie znam się na prawie, ale za morderstwo, handel narkotykami i oszustwa podatkowe trochę posiedzisz- Pchnął go mocniej kopiąc jego nogi.
-Będę się zwijał, gdyby coś dzwoń- Pożegnał się Isaack. Dawid skinął głową, a chwilę potem został już sam z kalającym na ziemi ojcem i próbującą go uspokoić Jasmine. Nie chciał na to patrzeć, na tę żałosną scenę i po prostu udał się na górę, do pokoju Alicji.
Zapukał do drzwi, ale kiedy nie usłyszał odzewu po prostu wszedł do środka.
-Jeśli jesteś nago, zakryj się czymś- Ostrzegł chowając się jeszcze chwilę za drzwiami, po czym bez żadnej krępacji wszedł do środka. Dziewczyna nawet nie uraczyła go spojrzeniem, kiedy zajęta była szybkim upychaniem swoich rzeczy do plecaka.
-Co ty robisz?- Zapytał zdziwiony. Alicja puściła torbę na ziemię i powoli skierowała się w jego kierunku.
-Pakuję się, nie widać?- Zapytała z ironią.
-Nie możesz- Zabronił, na co Alicja jedynie prychnęła.
-Nie będę tu ani sekundy dłużej. Przed chwilą jakiś gnój celował do mnie bronią, omal nie umarłam, a ty każesz mi tu zostać?- Zaczęła krzyczeć, a kiedy Dawid próbował ją uciszyć odepchnęła jego dłonie- Pomyśl nie o mnie, tylko o swoim jeszcze nie narodzonym dziecku. Ten dom to jakieś pierdolone gówno, do którego z premedytacją mnie wprowadziłeś. Wiedziałam, że nie mogę ci ufać- Wróciła do pakowania ostatnich ciuchów.
-To nie tak...-Próbował wytłumaczyć.
-A jak?- Tym razem Alicja nie dość, że była zła to po prostu płakała. Wciąż przerażona tym co działo się kilka minut wcześniej. Miała wrażenie, że dokładnie przed chwilą brała udział w jakimś filmie. To nie było możliwe, aby jej życie było aż tak popieprzone.- Pojawiasz się nie wiadomo skąd z ofertą, że zaprowadzisz mnie do matki, która okazała się szmatą zdradzającą mojego tatę, z twoim ojcem. Do tego jakiś przychlast twierdzi, że muszę spłacić dług Dave'a, który sobie zaciągnął, abym mogła mieć w miarę dogodne życie, a gdyby tego było mało napomknął coś, że to moja matka byłą winna śmierci mojego taty. Co ja mam o tym wszystkim myśleć, jak nie to, że byłeś z nim w zmowie?- Darła się przez łzy. -Gdyby Dave żył nie byłoby mnie tutaj. Prawdopodobnie szykowałabym się na studia, nie byłabym w ciąży,wiodłabym normalne życie nastoletniej dziewczyny, ale to ona jest wszystkiemu winna- Zlana łzami bezsilności usiadła na łóżku żałośnie zanosząc się szlochem. Dawid przykucnął naprzeciwko niej łapiąc ją za dłonie. Czuł się odpowiedzialny za to co w ostatnim czasie ją spotkało. To prawda. Jego życie było popieprzone, ale nie musiał jej w to wciągać.
-Słuchaj, wyciągnę cie stąd, obiecuje, ale to nie jest takie proste- Zaczął spokojnie zmuszając Alicję tym samym, aby obdarzyła go zapłakanym spojrzeniem.- Nie możesz tak po prostu uciec, bo jeśli Erickowi naprawdę na tobie zależy to cie znajdzie, nawet na innym kontynencie. Isaack załatwił papiery Emilii Orzechowskiej, którą staniesz się po ucieczce. Musisz wyjechać, najlepiej do Londynu, bo tylko tam jestem w stanie zapewnić wam bezpieczeństwo. Zaczniesz tam z nową kartą, znajdziesz pracę, a ja co jakiś czas będę wysyłał wam kasę. Będziecie z dala od tego całego gówna, przysięgam- Odgarnął opadające kosmyki włosów z jej czoła i delikatnie musnął jej policzek.
-”Z dala od tego gówna” to znaczy z dala również od ciebie?- Zapytała niepewnie, kiedy Dawid milczał ponownie na niego spojrzała i wsunęła rękę w jego włosy lekko za nie ciągnąc- Podjąłeś już decyzję, prawda?
-Tak będzie lepiej- Zapewnił.- Będę wam wysyłał pieniądze. Poradzisz sobie- Alicja prychnęła i gwałtownie wstała.
-Nie chce twoich pieniędzy, rozumiesz? Nie chce cię do niczego zmuszać, przecież ci to już mówiłam, ale ja się cholernie boje Dawid- Załkała.
-Dasz sobie rade, a ja muszę zniknąć z waszego życia. Zbyt wiele byś ryzykowała. Musicie być bezpieczni- Zamknął ją w mocnym uścisku. Alicja wtuliła twarz w jego szyję, a palce zacisnęła na kurtce. Powoli gładził jej włosy w uspokajającym geście. Nie wiedział dlaczego, ale podświadomie czuł, że tak trzeba, że tego jej trzeba.
-Znajdziemy ci lokum w Londynie i...
-Aleks- Przerwała mu nagle odrywając się od niego. Spojrzał na nią z uniesioną brwią oczekując czego bardziej konkretnego.- Aleks mieszka w Londynie
-W takim razie zadzwoń do niego- Zaproponował. To byłoby idealne wyjście. Alicja miałaby kogoś na kim mogłaby polegać, to była wygodna opcja.
-Nie mogę- Westchnęła.
-Nie rozumiem- Alicja obeszła całe łóżko i stanęła przy oknie wyglądając przez nie. Śmiało mogła stwierdzić, że pogoda nieco się polepszyła, ponieważ wiatr ustał, a deszcz stracił na mocy.
-Pokłóciłam się z nim rano. Wątpię, aby odebrał- Mruknęła smutno. Dawid podszedł do niej i objął ją ramieniem.
-W takim razie napisz sms'a, który poruszy jego obrażone serduszko- Zakpił, na co Alicja gwałtownie go odepchnęła.
-Musisz być tak bardzo irytujący? Nawet w takich chwilach? Było tak romantycznie...- Jęknęła

-Zawsze

niedziela, 22 października 2017

Ciekawy Pacjent cz. 29 - Przed burzą.

Z dedykacją dla Alexandry, bo jest cudowną osobą, która zawsze nam tutaj komentuje i jest z nami nieważne jak długą blog ma przerwę. ;-;
Swoją drogą, to cię przepraszam, ale ten rozdział wywołuje u mnie taki żal, że nie mogę na niego patrzeć. XD
Jak przeczytasz to się dowiesz dlaczego... No i śpię bez przerwy, ale to szczegół.
Myślę co tu zrobić ze swoim życiem, bo trzeba pisać opka a mi wiecznie coś nie pasuje... Hm... Może spróbuje siedzieć na podłodze. Może to mnie zainspiruje. No nieważne, zapraszam do czytania. XD
A i przepraszam bo jestem chujem. Miałam zrobić coś fajnego w tym rozdziale, ale podczas pisania był idealny moment na zakończenie i... Cóż, skorzystałam z okazji. I tak rozdział byłby strasznie długi... Może to i dobrze? Ale tak to przynajmniej jest większe napięcie. Chyba. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
***
Dobra, Toby musiał przyznać, że ta rozmowa absolutnie nie poszła po jego myśli. Chociaż z drugiej strony, kiedy Damienowi udało się akurat wpasować w jego przewidzenia?
Chociaż ze strony trzeciej, tym razem przesadził. Definitywnie przesadził.
Myślał Toby, zarumieniony z wściekłości, jednak nie z samej wściekłości, starając się ignorować triumfalny uśmiech Damiena, który dalej stał za blisko jak na jego upodobania. Skoro nie wiedział czy gorąco panujące w pomieszczeniu promieniowało z jego własnego ciała, czy z ciała Damiena, to tak, stał zdecydowanie za blisko.
Ale po kolei.
Właściwie, to od początku nie mógł tego określić tego dnia „normalnym dniem”. Nie codziennie przyznawał się do porażki. No i nie codziennie decydował o takich rzeczach w stosunku do kogoś, na kim mu zależało.
Złośliwy głos w jego głowie podpowiedział mu, że od dawien dawna nie zdarzyło mu się w ogóle „decydować”, ale postanowił go zignorować. Przynajmniej na razie.
Damien był specjalnie ostatnim umówionym pacjentem na dzień, w wypadku gdyby coś poszło „nie tak”. Wolał samemu zostać po godzinach niż kazać innym czekać, zwłaszcza, że generalnie to chciał i lubił przebywać z Damienem.
Zwłaszcza, że nie wiedział jaki będzie rezultat przyniesie ich rozmowa.
Ale cóż musiał ją przeprowadzić prędzej czy później. I szczerze, osobiście wolał wcześniej. Nienawidził tajemnic, zwłaszcza tych, których nie miał prawa zatrzymywać.
Ale kiedy ochroniarze ponownie wprowadzili Damiena, znowu miał on ten leniwy uśmieszek. Nie wyglądał chłodno, nie miał tego zamglonego i odległego spojrzenia, jakby Toby nie próbował rozmawiać z człowiekiem z krwi i kości a woskowym odlewem. Teraz jednak był zupełnie na miejscu, mentalnie i fizycznie, znowu wyglądając jak ktoś żywy, gotowy do przeżycia następnego dnia, zamiast zwyczajnego w nim istnienia.
Toby poczuł nostalgiczne ukłucie, widząc się w takiej samej pozycji co kilka miesięcy temu, gdy zobaczył tą żywą osobistość po raz pierwszy.
Ale nie zamierzał odpuścić. Musiał z Damienem porozmawiać, skłonić go do chociaż rozważenia opcji przeniesienia. Przecież tak by było dla niego najlepiej, a po to Toby tam był. Dlatego w ogóle go poznał. Żeby coś zmienić, na lepsze. Ciągle nie był pewien, że w ciągu tych kilku miesięcy zdołał osiągnąć to chociaż w najmniejszym stopniu.
Jako lekarz miał swoją dumę, ale jego duma mówiła mu, że zrezygnowanie z pacjenta to wcale nie przyznanie się do porażki. Chociaż z drugiej strony, jego duma nie potrafiła określić czym dokładnie to było. Toby nazwałby to zmianą taktyki. Z resztą to rozwiązanie wydawało mu się bardziej sensowne niż wieczne ukrywanie się ze swoimi pociągami pod pretekstem pomocy. Im bardziej Toby o tym myślał, tym bardziej odpychające mu się to wydawało. Gdyby przepisał Damiena, gdyby Damien wtedy został wypisany z psychiatryka, a wszystkie oskarżenia wobec niego zostały porzucone to przestaliby być "pacjentem" i "lekarzem". Przynajmniej to w pewnym stopniu by ich unormalniło, choć byłoby to tylko i wyłącznie na pokaz, a randkowanie ze swoim byłym pacjentem i tak było dziwne. Ale przynajmniej nie nielegalne.
Jednak musieliby się rozstać, na parę miesięcy. Na parę długich, samotnych i zimnych miesięcy i szczerze powiedziawszy, wydawało się to bardzo przerażające. Bo teraz, gdy patrzył w rozświetloną życiem twarz Damiena, wreszcie mógł myśleć trzeźwo, bez tej dziwnej desperacji ściskającej jego gardło, stale krzyczącej mu do ucha „zrób coś. Zrób coś zanim go stracisz”.
I teraz nie widział już prostego rozwiązania.
Bo co jeśli Damien wtedy zdąży się nim znudzić, co jeśli źle zinterpretuje jego słowa.
Toby mógł go stracić. Nie ważne jaką decyzję by podjął, i tak mógł zburzyć tą ich małą, chwiejną relację.
Znowu, każda decyzja jaką podejmował wydawała mu się nie taka jaka powinna być. Finalny produkt jego rozumowania nie był wystarczająco przemyślany i to nie dlatego że coś przegapił, tylko bo w ogóle czegoś nie przemyślał. Myślał sercem, nie rozumem. Znowu i znowu. Chciał po prostu, żeby wszystko przestało być takie skomplikowane i gdy o tym myślał, miał ochotę z miejsca wypisać na karcie Damiena, dużymi drukowanymi literami „ZDATNY DO ŻYCIA W SPOŁECZEŃSTWIE”, mimo tego że wiedział, że to nieprawda, bo osoba zdatna do życia w społeczeństwie umiała używać technologii i zdawała sobie sprawę jak ważna ta umiejętność była w dwudziestym pierwszym wieku, nie zamykała się w sobie, przypuszczalnie, bez większego powodu i nie wybuchała złością gdy nie dostała tego, czego akurat chciała.
Ale Toby zrobiłby to, bardzo impulsywnie i bez żadnych podstaw medycznych. Zrobiłby to bez mrugnięcia okiem, mimo tego, że do tej pory na samą myśl o kłamaniu czasami bolała go głowa.
Ale nie zrobił. Nie miał zamiaru tego zrobić, bo za gdy tylko zaczął poważnie zastanawiać się nad tym rozwiązaniem, czuł się jakby ktoś nagle wrzucił go do lodowatej wody. Ten irracjonalny lęk już dawno zagnieździł się w jego mózgu i świetnie zdawał sobie z tego sprawę.
Był nieźle popieprzoną, złamaną podróbką człowieka.
I musiał zrobić właściwą rzecz. Nieważne, że ta wydawała się bezwzględnie wbijać swoje ostre pazury w jego serce.
Przecież to było w porządku. Zawsze było w porządku.
Toby zdał sobie sprawę, że drzwi od jego gabinetu już dawno zatrzasnęły się za wychodzącymi strażnikami, a sam już pewnie od dobrych paru minut bezceremonialnie wgapia się w Damiena, wygodnie rozpostartego na kanapie, i klika długopisem w spokojnym, powolnym rytmie. Niesamowita cisza przerywana tylko tykaniem zegara nagle wydawała mu się być strasznie nieręczna. Oczywiście, Damien nie wyglądał na poruszonego, ale Toby był niemal stuprocentowo pewien, że Damien należał do grupy tych osób, którzy byliby całkiem wyluzowani nawet jeśli ojciec akurat przyłapał ich na urządzaniu orgii w jego własnym gabinecie. Zupełnie bez wstydu.
Wstał, kręcąc głową, starając się pozbyć następnych dziwnych skojarzeń, rzucając długopis na biurko i wzdrygnął się, odkrywając, że nawet takie stuknięcie wydawało się być niemal wybuchem bomby w tak intensywnej ciszy.
- Myślę. - Powiedział, jakby się tłumacząc i oparł się o przód biurka, delikatnie pukając w jego powierzchnię. Damien tylko uniósł brew w pośrednim zainteresowaniu i pomachał dłonią w geście „kontynuuj”. Wydawał się być całkiem rozbawiony sytuacją.
I Toby miał zaraz to zniszczyć. Zmiażdżyć całe rozbawienie, wyluzowanie i zainteresowanie jednym prostym zdaniem.
Nie przedłużaj tego, wyszeptał ostro ten mały i bezimienny, jednak tak dobrze znajomy głos w jego głowie.
Toby nie miał zamiaru przedłużać.
- Będę bezpośredni. - Oh jak dobrze rozpoznawał ten stalowy ton głosu. Ten który dla jego własnych uszu nie brzmiał, jakby należał do niego. Tnący tak ostro i dotkliwie jakby był maszyną. - Myślę o twoim przepisaniu.
Wtedy nadeszła chwila ciszy. Mała zmiana, bo Toby nie mógł zmusić oczu do odważnego spojrzenia Damienowi w twarz, zamiast tego pusto wpatrywał się w ścianę. Czekał na cios.
Bo ten ton od początku był obusiecznym mieczem.
- Co? - Usłyszał czysto oszołomiony głos Damiena, jakby słowo zostało z niego bardziej wydarte niż wypowiedziane.
Toby mocno zacisnął dłonie na biurku, podświadomie oczekując ciągu dalszego.
To był tylko początek burzy.

czwartek, 19 października 2017

Dwa Świat cz.11- Prawdziwe Wartości

Cześć Wszystkim,
Przepraszam, że dodaję z kilku dniowym opóźnieniem, ale weekend jak i początek tygodnia umierałam sobie w towarzystwie Mike'a i Harveya z Suits, z gorączką w łóżku i nawet jeśli zebrałabym się na napisanie, nie sądzę aby było to coś dobrego.
Anyway...
Woow...Nie myślałam, że napisanie rozdziału kiedykolwiek wzbudzi we mnie tyle emocji. Zdażyło mi się płakać kiedy pisałam opko, ale nigdy nie czułąm się tak wstrząśnięta? Poruszona, tak to dobre słowo. Nigdy jakoś tak nie dotknęł mnie to jak ten rozdział i nie wiem dlaczego, co on ma takiego w sobie, ale chyba mogę nazwać go za coś ważnego?
Czuje się po prostu strasznie przejęta po napisaniu tego  ¯\_ツ_/¯
Więc, z chęcią poczytam, co wy sądzicie o tym rozdziale, także piszcie kemenciki, czekam z niecierpliwością ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Btw. Nie mam w zwyczaju tego robić, ale piosenka, którą znalazłam już jakiś czas temu bardzo kojarzy mi się z tym opowiadaniem, także zachęcam do przesłuchania, a przede wszystkim do przeczytania tekstu.
Być może, ze nawet pasuje mi do tego rozdziału : Link do pioseneczkiii *.*



Można powiedzieć, ze przez ostatnie kilka dni zupełnie wyłączyłam się z życia towarzyskiego. Każdy dzień wyglądał identycznie, jakby na złość mnie świat uaktywnił jakąś pętle czasową. Mimo wszystko, kiedy po raz kolejny znalazłam się w totalnym dołku emocjonalnym, a złamane serce i przelane łzy zamieniły się w maskę obojętności na mojej twarzy- wszystko mi było jedno.
Celowo unikałam mojej współlokatorki wymykając się z pokoju z samego rana, wracając dopiero w nocy, aby być pewnym, że Loretta, wielka miłośniczka snu, będzie już smacznie pochrapywać na prawym boku. Robiłam wszystko, aby nikt nie zadawał pytań. Przestałam odpierać telefony od Francisa, a kiedy fatygował się, by pojawić się u mnie przed uczelnią- zbywałam go dużą ilością „nauki” .Marcelowi odpowiadałam zdawkowo na zajęciach i unikałam wszelakich sytuacji, gdzie mógłby do mnie zagadać. Unikałam wszystkich i wszystkiego, włącznie z zajęciami u Amandy. Miałam gdzieś to, że coraz bardziej zbliżałam się do oblania jej przedmiotu. Po raz pierwszy zachowywałam się jak pieprzona egoistka i nie interesował mnie fakt, że przeze mnie Marcel mógł zawalić projekt, a Monica z Lorettą się o mnie martwiły.
I tak o to o siódmej rano, każdego dnia przemieszczałam się wdychając świeże powietrze ulicami Seattle i kierowałam się do kawiarenki, gdzie miałam już w zwyczaju gościć wiele razy. Codziennie zamawiałam duży kubek czarnej mocnej kawy i siadałam tu gdzie zawsze, czyli przy dużym oknie, które wychodziło na tylną część kafejki, ukazując mały ogródek osiedlowych wieżowców. Przesiadywałam tam w zależności od grafiku zajęć- pół godziny, dwie, a czasem pięć i nikt nie zadawał pytań. Nikt nie dosiadał się do stolika i morałami nie próbował uleczać mej skrzywdzonej duszy.
To miejsce, to był spokój dla mnie i mojego umysłu. Dopijałam kawę, czasem domawiając jakieś ciastko i mogłam w samotności delektować się cudzym szczęściem.
To miejsce było takim azylem, niczym mój własny pokój, tyle, że będąc sama wciąż otoczona ludźmi. Nie chciało mi się płakać, ani użalać nad swoim marnym losem. Tu po prostu mijało to, czego doznawałam za każdym razem kiedy wchodziłam na uczelnie, czy wracałam po cichu do ciemnego pokoju w akademiku. Mijał niepokój i lęk przed pozostanie sam na sam, z własnymi myślami.
Potem, kiedy wykłady dobiegły końca nie wracałam już do kawiarni. Kierowałam się wprost do parku. Wiosna była o tyle ułatwieniem, że bez problemu z słuchawkami na uszach mogłam swobodnie przechadzać się ścieżkami między cudowną zielenią, a kiedy dochodziłam do skromnej ławeczki na skraju parku, bez problemu zajmowałam na niej miejsce i wraz notesem w dłoniach spisując swoje udręki. Nie były to wiersze, nie opowiadanie, nie piosenki. To były mieszanki wszystkich myśl wylane na papier, niekoniecznie sensownie dobrane, potem targane i rozsypywane na trawę, aby następnego dnia robić to samo.
Było lepiej, moja osobista terapia działała, a kiedy umysł przestał wszystko analizować, chwytałam książkę i wczuwałam się w bohaterów, którzy mimo wielkich problemów radzili sobie zdecydowanie lepiej ode mnie.
Kiedy pogodziłam się z tym, że mój dzień wygląda tak samo, i przestałam nawet na to narzekać- pogoda diametralnie się zmieniła i ze słonecznego, ciepłego poranka w południe, kiedy siedziałam w parku musiało się ochłodzić. Do tego stopnia, że nie przygotowana do takich warunków, w skórzanej kurtce siedziałam i dygotałam zaciskając dłonie między udami, walcząc o to, aby wytrzymać do wieczora.
Poddałam się, kiedy nos odmarzał, tyłek przykleił się do drewnianych desek, a zęby bolały od notorycznego obijania się o siebie. I to był najgorszy z możliwych dni, który mogłam sobie wybrać na wcześniejszy powrót do domu.
Weszłam do środka i niemal od razu, kiedy nawet nie zdążyłam omieść całego pokoju wzrokiem, zostałam mocno szarpnięta za ramiona i pociągnięta do środka.
-Co ty do cholery wyprawiasz?- Dobiegł mnie krzyk, kiedy oniemiałą całą sytuacją zaczęłam dopiero kontaktować co się właśnie stało. Cała czwórka, włącznie z osobnikiem, który zaciskał palce na moich barkach znajdowała się w moim pokoju i wlepiała we mnie swoje pełne żalu, zmartwienia spojrzenia. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że oaza spokoju- Loretta, szarpała mną, a w jej oczach dostrzegłam swoje zaszklone odbicie.
-Puszczaj mnie- Szarpnęłam agresywnie, bo byłam na nich zła. Poczułam się, jakby każdy obnażył moje tajemnice, jakby one ujrzały światło dzienne, a prawda była taka, że nic się nie stało. Nic prócz tego, ze największy fiut w całym moim życiu, po raz kolejny dał mi nadzieję, a potem załamał moje serce. Po raz kolejny. I nikomu nie byłam w stanie przyznać, że czułam się jakbym odniosła największą porażkę w moim życiu. Czułam wstyd sama do siebie, za to jak bardzo po raz kolejny dałam się upokorzyć.
-Violetta, co się dzieje?- Znów zostałam złapana za bark, tym razem delikatniej i w czułym geście, tak jak najlepiej robił to Francis, jednak to nie zmieniało faktu, że ten cały komitet, który pragnął wytłumaczeń jedynie mnie wkurzył.
-Nic się nie dzieje- Mruknęłam wymijająco i odłożyłam swoje rzeczy.- Możecie już iść.
-Jak to nic się nie dzieje?- Niemal pisnęłam, kiedy znikąd przede mną pojawi się Marcel- Wychodzisz nad ranem, wracasz nocą. Przepadasz na całe dnie, nikt nie wie co robisz w tym czasie, a na zajęciach jak już się pojawiasz, to i tak nie ma z tobą kontaktu- Przeszywał mnie wzrokiem, w taki sposób, że po raz pierwszy poczułam się winna. Dotarło do mnie, ze w jakiś chodź by minimalny sposób przez ten czas zaprzątałam ich głowę, a tak nie powinno być. Z drugiej strony, nie kazałam im się mną przejmować.
-Dajcie. Mi. Święty. Spokój- Wycedziłam przez zęby powoli przyglądając się każdemu z nich, jakby wyszukując informacji, że na pewno zrozumieli mój przekaz, ponieważ jedyne czego pragnęłam, to, aby w najszybszym tempie opuścili to pomieszczenie, w którym powoli zaczynałam się dusić, pod taflą oskarżeń, która się nade mną budowała.
-Violetta...- Usłyszałam ten delikatny, spokojny głos, który wydobył się z ust Monici. Czułam, że byłam w stanie rozpłakać się w każdej chwili. Robiła dokładnie to co robiła moja mama. Cichym delikatnym głosem, próbowała przebić się przez barierę, i jej zawsze się to udawało.- Możesz nam powiedzieć, my chcemy pomóc. Nie ważne co zrobiłaś, lub ktoś ci coś zrobił, jesteśmy tu wszyscy po to aby cie wysłuchać...
-Odchrzańcie się! Przestańcie się mieszać w moje życie- Nie wiedzieć skąd, tak po prostu zaczęłam na nich krzyczeć, jak największa bezuczuciowa suka, jaka chodziła po tej planecie. Wszystkie emocje, które ucichły przez te kilka dni, z taką łatwością opuściły mój organizm- Nie chce żadnej pomoc, a szczególnie od ciebie- Odwróciłam się w kierunku Monici wytykając ją placem- Bo jesteś taka sama jak on, i jedyne co potraficie robić dobrze, to niszczyć innych!- Krzyczałam, a kiedy dotarło do mnie, jakie słowa opuściły moje usta momentalnie zamilkłam i bacznie obserwowałam brunetkę. Patrzyła na mnie przerażona, ale i złamana,a kiedy jej oczy zaszły łzami, poczułam się jeszcze gorzej, niż tej pamiętnej nocy, kiedy to znów straciłam grunt pod nogami.
-Może i Leon jest dupkiem, ale o mnie nie masz prawa tak mówić- Odezwała się w końcu, jej oczy wydawały się płonąć. Byłam niemal pewna, że mnie uderzy i zapewne by to zrobiła, gdyby nie Loretta.
-Wtrącamy ci się w życie?- Zwinna dłoń Loretty prześlizgnęła się przez mój policzek z głośnym plaśnięciem pozostawiając cholernie piekące uczucie. Patrzyłam na nią zaszokowana. Marcel przyglądał jej się wściekle, a Francis złapał jej dłonie z tyłu. Byłam pewna, że słyszałam, jak wypowiedział ciche „Co to kurwa było?” , ale nie zwróciłam na to uwagi, bo jedyne co robiłam to patrzałam na nią jednocześnie zła, ale i wystraszona.- Czy, to, że Marcel odwalił za ciebie projekt i oddał do zaliczenia, nazywasz się wtrącaniem? Czy to, że Francis wziął wolne, aby iść do dziekanatu, by usprawiedliwić twoje nieobecności wyjazdem do domu, nazywasz wtrącaniem? Wraz z Monicą poszłyśmy ci na rękę. Cierpliwie czekałyśmy, aż przetrwasz to wszystko i sama zechcesz nam coś powiedzieć, lub po prostu wszystko wróci do normy, ale dość. Dość tego, należą nam się jakieś wyjaśnienia!
Miała racje. Udawałam, że to co się ze mną działo to byłą tylko i wyłącznie moja sprawa. Prawda byłą taka, że dotyczyła każdego z osobna, bo sama ich w to wciągnęła. W jakąś gierkę, gdzie udawałam wielce pokrzywdzoną dziewczynkę. Było mi przykro, i to było normalne, ale to mi Verdas złamał serce, nie miałam prawa ich w to wciągać. To była tylko nasza sprawa.
Nie wiem jak to się stało, że nagle ryczałam zamknięta w szczelnym uścisku całej czwórki. Czwórki najwspanialszych ludzi, którzy okazali się być moim zbawieniem w tym piekielnym mieście.
-Przepraszam- Jęczałam żałośnie, pociągając nosem i rozmazując swój tusz rękawem swetra- Tak cholernie was przepraszam- Nie odezwali się, jedynie przytulali gładząc po plecach, a ja po raz pierwszy od kilku dni poczułam, że powinnam im powiedzieć od razu. To był błąd, bo skrzywdziłam ich- osoby, które tak wiele dla mnie zrobiły, a ja nawet nie byłam tego świadoma.

Siedzieliśmy wszyscy w naszym ciasnym pokoju. Każdy z kubkiem ciepłej herbaty, lub butelka piwa w dłoni rozmawiając kolejną godzinę, podczas której przepraszałam i dziękowałam im jeszcze tysiące razy, oraz opowiedziałam wszystko. To co się stało tamtego dnia i do tej pory, co robiłam i było lepiej. Poczułam taką ulgę, jakby cały ból, który towarzyszył mi dotychczas odszedł jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki.
-Może powinnaś wrócić na weekend do domu?- Zaproponowała Loretta, kiedy wylegiwała się na łóżku i paliła papierosa.
-Nie- Zaprzeczyłam i podniosłam głowę z kolan Monici, a nogi ułożyłam między chłopakami, którzy siedzieli na podłodze również co jakiś czas podbierając tytoń z paczki.
-Dlaczego? Sądzę, że takie wyłączenie umysłu, w środowisku, gdzie wiesz, że go nie ma, rozmowa z mamą. To mogłoby ci pomóc
-Ponieważ, jeśli teraz wyjadę, to już tu nie wrócę. Za bardzo nienawidzę tego miejsca, aby wrócić- Powiedziałam zgodnie z prawdą. Tak się teraz czułam. Przepełniona nienawiścią do tego miasta i wszystkiego co z nim związane.
-To chociaż zadzwoń jutro do mamy. To ci pomoże- Przytaknęłam głową. Mimo, że nie chciałam jej martwić, bo widziałam, jak przeżywała moje rozstanie z nim, kiedy dosłownie byłam wrakiem człowieka to mama zawsze dawała najlepsze rady i potrafiła podnieść mnie na duchu, jakby doskonale wiedziała co siedziało mi w głowie.
-Violetta, nie martw się- Poczułam delikatną dłoń Monici na swojej.- Jutro zaczniemy wszystko od nowa. My, cała nasza czwórka. Udamy się na start. Razem i razem dobiegniemy do mety- Zaczęłam płakać. To było, aż niemożliwe jak cudownych ludzi mam obok. Ile dla mnie zrobili i jak wyrozumiali są.
To było dla mnie zbawienie. Moje uleczenie skrzywdzonej duszy.
-A ja zacznę od tego, że skopie temu nieudacznikowi dupsko
Pierwszy raz tego wieczoru pokój rozbrzmiał głośnym śmiechem, a ja tego wieczoru poczułam, że złamane serce to nie koniec świata. Koniec świata jest wtedy, kiedy prócz ran nie pozostaje nikt inny, ale ja miałam to szczęście, że byli oni- cudowni przyjaciele, którzy mnie kochali, tak samo mocno, jak ja niegdyś myślałam, ze kocham Leona Verdasa.
Ludzi jest wielu, ale to przyjaciele są najważniejsi.


niedziela, 8 października 2017

Tydzień, który zmienił moje życie cz.7- Nigdy nie będą przyjaciółmi + MEGA WAŻNE INFO

Tak...dobrze widzicie, to opko zmartwychwstało.
Cóż mogę powiedzieć...Powinnyśmy wraz z Anon otrzymać nobla za najlepsze blogowanie w historii ludzkości </3
To jest kolejny rozdział Obkk...
Jeśli ktoś o tym opowiadaniu jeszcze pamięta, to mam do was bardzo istotne pytanie, na które sama nie znam odpowiedzi.
Mianowicie.
Początkowo to opowiadanie miało być oneshotem i zakończyć się na tym rozdziale, ale nie wiem, czy tego chcecie. Jest możliwość, abym je kontynuowała, co zobowiązuje mnie automatycznie do pojawiania się tego regularnie, więc jeśli o to chodzi to dołożę wszelkich starań, aby nigdy więcej nie doprowadzić do ośmiomiesięcznej przerwy.
A więc pytanie brzmi:
Czy rozstajemy się z tym opowiadaniem i na dniach pojawi się epilog, czy może chcecie jakąś kontynuacje?


Kakashi nieco skrzywił się już z samego ranka, kiedy dość ciężka kończyna przyciskała go do łózka, skutecznie utrudniając mu obrócenie się. Nie chciał jeszcze otwierać oczu, nie miał ochoty podnosić się z łóżka, kiedy czuł się nadzwyczaj przyjemnie. Rzadko mu się to zdarzało, jednak tego dnia pragną pozostać tak cały dzień. Nie ruszać się, nie rozmawiać. Po prostu leżeć i wpatrywać się w sufit- z nim.
Jednak z czystej ciekawości uniósł jedną powiekę i kątem oka spojrzał na śpiącego Obito. Widok tak beztrosko pochrapującego bruneta z obślinionym kącikiem ust mimowolnie zmusił go do uśmiechu. Pokręcił nico głowa i strzepnął rękę chłopaka na bok, na co on jedynie wymruczał coś pod nosem i obrócił głowę w druga stronę. Kakashi założył swój granatowy szlafrok i wyszedł z pokoju.
Przywitał go widok, który wywołał tylko miłe wspomnienia ze wczorajszej akcji. Rozrzucone kurtki i guziki walające się po ziemi, tak zdecydowanie Kakashiemu na ten widok pojawił się blady rumieniec.
Ominął bałagan i wszedł do kuchni, aby przygotować sobie poranna kawę. Była niedziela, co oznaczało tylko jedno i niekoniecznie było to coś dobrego. To miało się zakończyć, właśnie tego dnia. Obito miał zabrać swoje rzeczy, a wszystko miało wrócić do normalności, ale czy tego właśnie chciał Hatake? Pozbyć się tego wkurzającego typa ze swojego mieszkania dzięki, któremu jego życie przez chwilę wydawało się mniej nudne?
Tyle było po jego dobrym humorze. Niczego nie oczekiwał, a wręcz nie spodziewał się tego w jakim kierunku sprawy się potoczą. To miał być zwykły zakład na, który on poszedł, bo przecież nikt go do tego nie zmusił. Mieli wrócić do normalnej relacji. Miel znów być tylko rywalami w pracy, jak gdyby wszystko co zaszło za ścianami tej kawalerki, zostało tutaj i miało odejść w zapomnienie.
Pijąc kawę zajrzał do lodówki w poszukiwaniu czegoś na śniadanie. Wyciągnął jajka i masło. Nie był wybitnym kucharzem, jednak dawał radę się wyżywić, także zrobienie jajecznicy wydawało się odpowiednim pomysłem.
Był w trakcie rozbijania jajek na patelnię, kiedy usłyszał skrzypiące drzwi. Ostentacyjnie obrócił się w ich kierunku i zobaczył Obito, który zaspany stanął we framudze i drapał się po głowie druga ręką zasłaniając usta, kiedy ziewał.
-Cześć- Sapnął Hatake i powróciwszy do gotowania zaczął mieszać w patelni. - Zaraz będzie śniadanie- Oznajmił. Niemal wyczul ta napiętą atmosferę, kiedy usłyszał w odpowiedzi lekceważące „okej”, ale nie chciał się odzywać. Po prostu robił swoje- nakładał jajecznicę, kiedy Obito prawdopodobnie się ubierał. Miał rację. Brunet wrócił ubrany w czarne dresy i o dziwo w koszulce, co rzadko się zdarzało.
Kakashi chwycił talerz, a drugi podał chłopakowi, na co on tylko skinął i zajął miejsce na fotelu. Hatake z przyzwyczajenia, bo tak co dzień rano zjadał śniadanie- przy kuchennym stole przeglądając mało starannie poranną gazetę chciał zając miejsce na krześle, jednak przez natarczywe spojrzenie Obito, które było przepełnione ciekawością i wspomnieniem wczorajszej nocy szybko zrezygnował z tego pomysłu i zajął miejsce naprzeciwko Uchihy lekko odchrząkując przy tym.
Obito może i dość wrednie, ale zaśmiał się lekko obserwując poczynania swojego współlokatora, który posłał mu mordercze spojrzenie, co totalnie zignorował zaczynając zajadać się śniadaniem.
Nie rozmawiali ze sobą, jedynie od czasu do czasu obdarzali się subtelnymi i spojrzeniami, udając , że to całkiem normalne, że wpatrują się w siebie. Czasami wręcz Hatake prawie krztusił się jedzeniem , kiedy cisza stawał się niewygodna, jednak nikt się nie odezwał.
Bez słowa Hatake zabrał talerze i zaniósł je do zlewu, gdzie postanowił pozmywać po śniadaniu, by chodź trochę się zająć.
Czując się na tyle swobodnie pozbył się szlafroka zostając jedynie w szarych spodniach od piżamy i zaczął szorować naczynia.
Szum wody, trzask porcelany jedynie zagłuszył Obito, który podszedł do niego i oparł się o blat intensywnie przyglądając się napinającym się ramioną mężczyzny. Obserwował jak Hatake unosi głowę, ale nie odwraca jej tylko wpatruję się w szafkę tuz naprzeciwko.
-Coś małomówny dzisiaj jesteś- Trafnie stwierdził, na co Kakashi strzelił sobie mentalnie ręką w czoło.
-Nie żebyś ty nie był- Odgryzł się. Obito nie mógł się powstrzymać, kiedy przysunął się nieznacznie i kciukiem musnął jego policzek.
Obito był w stanie wyczuć delikatnie kujący go w wargi zarost, zapewne kilkudniowy, chodź mógłby się kłócić, że wczoraj nie był on aż tak wyczuwalny. Zaciągnął się zapachem świeżej kawy i resztkami wczorajszej wody kolońskiej, która pozostawiła ślad na jego skórze. Śmiało mógł stwierdzić, że ta mieszanka, była bardziej pobudzająca z rana niż najmocniejsza kawa w największym kubku na świecie.
-Nie będziesz się chyba o to gniewał?- Zapytał przeciągle, wywołując widoczny dreszcz u Kakashiego, który swoja drogą zacisnął dłoń na jego ręce, która zdążyła powędrować na jego szyję i gwałtownie oderwał ja od swojego ciała, kiedy jego serce zaczęło reagować na to w zły dla niego sposób. Tym gestem zmusił Obito do tego, aby dać mu znacznie większą przestrzeń.
-Przydałbyś się do czegoś- Narzekał domykając szafki, używając tego jak pretekst, aby znów zachować bezpieczną odległość, na tyle, aby ciepło ciała bruneta było tylko wspomnieniem.- Mógłbyś ogarnąć ten chlew- Skinął głową w kierunku kanapy, jak i pozostałości po wczorajszym zajściu, których widok nadal kuł go w oczy.
-Ej, ugryzło cię coś?- Zapytał Kakashiego, kiedy ten miał zamiar zamknąć się w łazience. Swoim głosem zatrzymał go we framudze drzwi zmuszając go, aby się o nie oprzeć, kiedy wykonywał obrót. Stał teraz twarzą w twarz Uchihą, a ich dzielił tylko kuchenny blat, który idealnie wyznaczał granicę i to jak jednak bardzo się od siebie różnią, co ostatnio bardzo często uświadamiał sobie Kakashi. Z całą pewnością mógł stwierdzić że ten tydzień był jednym z najbardziej oderwanych od rzeczywistości tygodni w jego życiu. Naruszył tyle zasad, które panowały w jego życiu, a mimo to wcale nie czuł się z tego powodu źle. Zaobserwował przez cały ten czas, jak wiele jest różnic między nimi, ale oboje przekonali się też o tym, że w swoim towarzystwie czują się o dziwo dość dobrze. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że dla Kakashiego to nie był już tylko zakład. Ponieważ w jego oczach Obito stał się zdecydowanie kimś więcej, niż zwykłym mało interesującym go mężczyzną z pracy.
-A żebyś wiedział- Mruknął posępnie i zatrzasnął się w małym pomieszczeniu.
Obito pozostawiony sam sobie, o dziwo posłusznie zaczął zbierać swoje rzeczy. Nie był zwolennikiem porządku, ale w tym mieszkaniu wszystko było inne. Od kilku dni jego życie było inne, a intencje diametralnie się zmieniły. Jego główny cel, gdzieś zagubił się w momencie, kiedy tak po prostu zapragnął poznać Hatek bliżej i mu odpuścić. Podstępne wyszukanie informacji nie było już tak ważne, a szczególnie po tym co stało się wczorajszej nocy, kiedy oboje nie wiadomo czym kierowani zrobili coś czego nigdy w życiu nawet w snach nie planowali zrobić. Uchiha nigdy nie wpadłby na to, że będzie w stanie z nim normalnie rozmawiać, czy też zjeść w spokoju śniadanie. Jasne, myślał o tym, aby go rozpraszać, bo wiedział, że tylko wtedy Kakashi przestawał wszystko analizować i po prostu skupiał się na czymś mniej istotnym, ale kiedy zakład wskoczył na romantyczny tor, Obito ani razu nie pomyślał o tym aby go wykorzystać.
Czy te kilka wspólnie spędzonych dni zbliżyło ich do siebie? W jakimś stopniu na pewno, ale również wytworzyło pewne uczucie, które oboju doskwierało gdzieś w środku.
Wpakował swoje rzeczy do torby, kiedy w całym salonie zapanował porządek. Klapnął na kanapie i odetchnął. Nie chciał wychodzić z tego mieszkania, które już raz na zawsze będzie przypominało mu o czymś, co było dla niego w pewien sposób ważne. Nie istotne jak bardzo chciał go wygryźć z branży, nie ważne jak bardzo chciał być od niego lepszy. Teraz zupełnie nie chodziło o pracę. Pragnął już tak codziennie, kiedy po dość ciężkim dniu w pracy, na fotelu będzie widział Kakashiego pogrążonego w swoich lekturach, o których prawdopodobnie nikomu nie mówił. Chciał codziennie na śniadanie zajadać się jajecznicą i oglądać go zupełnie zaspanego, który machinalnie robił sobie kawę. I to pragnienie, było najgorszym z najgorszych, bo za bardzo przywiązał się przez ten czas do jego obecności. Na tyle, aby wiedzieć, że siedzenie tu do wieczora nie będzie ani dla niego, ani dla Hatake czymś korzystnym. Ten zakład i tak wywołał falę niekontrolowanych zdarzeń, które wpłynęły na ich relacje.
Uchiha czuł, że zabranie swoich rzeczy w tym momencie będzie dla niego najlepszą opcją. Tak też zrobił. Założył jedynie kurtkę nie zważając na to, że ma na sobie dresy, bo i tak uwielbiał w nich chodzić. Rozejrzał się po raz ostatni po mieszkaniu, a kiedy nie znalazł nic co należałoby do niego po prostu założył buty i położył rękę na klamce, nie siląc się na zdaną karteczkę, jak to mają w zwyczaju w romantycznych filmach.
-Wychodzisz już?- Dopadł go głos szarowłosego. Był niemal pewnie, że usłyszał w nim nutkę rozczarowania. Potem jedynie zganił się, za tak absurdalne oskarżenia.
-Um... tak- Odpowiedział nieco speszony. Kakashi stał wpatrując się w niego dość intensywnie. Czuł się nieco zawiedziony? Liczył, że napawa się jego obecnością przez kilka najbliższych godzin?
-Okej- Jego usta były w stanie wypowiedzieć jedno słowo, podczas gdy mózg miał tyle rzeczy do przekazania. Aby jeszcze został, aby nigdzie nie szedł, bo wiedział, że będzie za tym tęsknić.
-To cześć- Pożegnał się, a mimo to wciąż stał w miejscu.
Cisza, która się wkradła była dla Obito jasnym komunikatem, że Kakashi nie ma już nic więcej do dodania, a kiedy jego wzrok powędrował na ziemię, zrozumiał, ze to już najwyższa pora, aby stąd wyjść.
Otworzył drzwi i jedyne co zdążył zrobić to przejść przez ich próg, kiedy głos Hatake zmusił go, aby po raz ostatni się obrócić.
-Czekaj- Zawołał za nim, nie do końca wiedząc, dlaczego. Nie nie mówi dużo, ale teraz kiedy tak sterczał beznadziejnie wpatrując się w Obito, chciał dostać jakiegoś natłoku słów, aby cisza nie była tak niewygodna. Myśląc nad tym co mógłby powiedzieć w tej sytuacji, kiedy tak bezsensownie go zatrzymał po prostu podszedł bliżej, kiedy Obito stał już na korytarzu i obdarowywał go zdziwionym spojrzeniem i chwytając go za kark pocałował. Tak delikatnie, jakby miał to być ostatni raz, bo przecież miał być. Od poniedziałku, to co wydarzyło się w tych czterech ścianach miało pozostać tylko i wyłącznie wspomnieniem, które nigdy nie mogło się powtórzyć.
-Idź już- Nakazał brunetowi, kiedy przestał dotykać jego ust, a ręka z jego karku powędrowała na drzwi.
-Cześć- Odpowiedział szybko i zbiegł po schodach.
Kakashi zamknął drzwi i oparł się o nie, a Obito wychodząc na świeże powietrze wziął głęboki oddech i wyciągnął papierosa, od którego palenia powstrzymywał się za każdym razem kiedy był w domu. To było coś, na co Kakashi miał wpływ, a Uchiha sam zastanawiał się jakim cudem tak łatwo uległ tym zasadom. Ale przy Hatake wszystko było jakieś takie łatwiejsze, a jednocześnie o wiele trudniejsze niż by się to z początku wydawało.
Hatake opierał się o te nieszczęsne drzwi przy których tyle wydarzyło się ostatnimi czasy. W końcu miał to o czym marzył na samym początku. Swój upragniony spokój i porządek. Teraz jednak nie było to tak satysfakcjonujące, jakie wydawało się w momencie, kiedy Uchiha się wprowadził.
Ten tydzień zmienił ich, a przede wszystkim ich wzajemne relacje. Wiedzieli, ze już nigdy nie będzie tak jak na początku, mimo że oboje tak bardzo się zarzekali, ponieważ Kakashi tęsknił za tym chaosem, który Obito wprowadził do jego życia, a Obito nie wyobrażał sobie, aby wrócić do pustego mieszkania, w którym nikt nie dba o porządek.
Jedno było pewne- Kakashi Hatake i Obito Uchiha nigdy nie zostaną przyjaciółmi.


niedziela, 1 października 2017

Nadzieja Umiera Ostatnia #22- Moje uczucia to nic, w porównaniu z tym jak bardzo się o nią martwię

Nie zauważył klientów, którzy niecierpliwie wyczekiwali jego obsługi. Nie słyszał krzyków, które ciągły się za nim, aż do opuszczenia budynku. Jedyne co co czuł, to własną furię, która rosła z każdą chwilą w jego ciele.
Wiedział, że kiedyś to nastąpi, że ta dziewczyna doprowadzi go do takiego stanu, gdzie wiecznie poukładany chłopak wracając z pracy, albo raczej uciekając z niej rozwali po drodze śmietnik, wydrze się na bogu ducha winną kobietę, która na niego wpadnie, a sam z nieuwagi wbiegnie na czerwonym świetle wprost pod koła samochodu zatrzymując się na ich masce.
Powrót do domu nigdy nie zajął mu tak mało czasu, wspinaczka na szóste piętro jeszcze nigdy nie była tak relaksująca, a zadyszka wywołana ciągłym bieganiem taką ulgą dla jego ciała. Czuł to bardziej. Wyrywające się wręcz serce z piersi i płytki oddech, było tym, co przyniosło mu ulgę.
Grzebał w kieszeniach szukając kluczy.
Oczywiście, że ich zapomniał, przecież ten dzień nie mógł być bardziej gówniany.
Zaczął walić w drzwi, aby zagłuszyć dudniące basy z mieszkania, które towarzyszyły Leo w jego samotnej egzystencji.
-Leo otwórz do chuja!- Darł wie głośno uderzając mocno pięścią w drzwi czując po chwili ból w kostkach, które przybrały czerwony odcień.- Wpuszczaj mnie do środka, kutafonie!
-Co to za wulgarne słownictwo- Zrzędliwy głos obił mu się o uszy. Błagał w myślach, aby się już więcej nie odezwała, w innym przypadku zdecydowanie mógłby się nie pohamować- Ciszej młody człowieku, moje dzieci próbują spać- Aleks parsknął.
Ta urocza i jakże miła sąsiadka miała na utrzymaniu czworo małych, łysych i syczących kotów, które śmiałą nazywać dziećmi. Nie było słów, które byłyby w stanie opisać, to jak Aleks bardzo ich nienawidził, kiedy wchodziły mu na balkon miaucząc, lub wylegiwały się na jego wycieraczce, kiedy o mało co nie nadepnął na nie. Kilka razy próbował to zrobić, jednak te małe, złośliwe gady odbiegały z prędkością światłą sycząc tak głośno, aby wybudzić swoją matkę z jaskini, by ta zaczęła prawić swoje monologi, na temat tego, jak jej dzieciaczki są ważne i lepiej wychowane od nich.
-Akurat teraz musiała pani włączyć swój aparat słuchowy?- Mruknął kąśliwie- Niech się pani idzie zając tymi łysymi stworami.
Zignorował kobiecinę, która miała już w zwyczaju mruczeć coś pod nosem, kiedy po raz kolejny dobijał się do drzwi, jedna tym razem usłyszał zgrzyt zamka, a kiedy drzwi się otworzyły po prostu przepchnął swojego współlokatora i znając na pamięć układ mieszkania wlazł do swojego pokoju trzaskając drzwiami.
Nie wysilając się na pozbycie kurtki po prostu uwalił się na łóżku spuszczając nogi w dół i wziął głęboki, długotrwały oddech, po czym po prostu schował twarz w dłoniach.
Zupełnie wyparł swoje uczucia, które toczyły ze sobą sprzeczną sprzeczną walkę, a w zamian za to zaczął się martwić. Co mógł powiedzieć o tym całym Dawidzie? Nic, zupełnie nic. Kilka dni temu nie miał pojęcia o jego istnieniu, a niecałą godzinę wcześniej dowiedział się, że jego najlepsza przyjaciółka będzie miała z nim dziecko. To było tak niedorzeczne, że aż wywołało o niego śmiech, który przepełniony był jedynie obawą. Już dawno stracił jakąkolwiek nadzieję na to, że Alicja choć raz w życiu podejmie decyzję, która będzie chodź trochę rozsądna, która nie będzie gówniarskim wyskokiem, bo jak na razie tylko takie jej wychodziły.
Po raz kolejny wziął głęboki oddech, bo kiedy przez głowę przechodziły mu myśli,że może i ma już tego dość? Tego ciągłego martwienia się o nią, troszczenia prowadzenia za rączkę, aż sam się ich wystraszył. Z resztą, wszystko co w tamtym momencie siedziało mu w głowie w jakiś sposób go przerażało. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek chciał wstać i zdemolować swój pokój. Nigdy nie chciał komuś przywalić, tylko po to, aby samemu sobie przynieść ulgę.
Kiedy miał czternaście lat i dowiedział się, że Alicja raz na zawsze ma zniknąć z jego życia, nawet wtedy nie był aż tak wściekły, mimo tego, że był w takim okresie, gdzie każdy problem nie miał rozwiązania. Wszytko było czarne i każdy na świecie był przeciwko niemu. Nie pomyślało o telefonach i weekendowych spotkaniach, bo jedyna rzecz, którą w tamtym momencie widział to brak jej obecności przy ich wspólnym stoliku co rano, brak ich jakiejkolwiek tajemniczości, którą tworzyli jak dwójka nikogo nie dopuszczających do siebie ludzi. On po prostu się bał. Nie tyle co swojej samotności, co tego, że Alicja kiedyś o nim zapomni, ponieważ sam (już wtedy) wiedział, że on nigdy nie wyrzuci jej z serca.
Tak jak wtedy, Aleks teraz też się bał, tak naprawdę, po raz drugi w swoim życiu był przerażony. Bał się tego, że już nigdy nie będzie jej potrzebny, bał się tego, że jakimś cudem Dawid zajmie jego miejsce. Nawet jeśli to już było bardziej uzależnienie, niż przyjaźń, czy było to naprawdę złe? Czy wyrządzał tym komuś krzywdę? Czuł się w takiej relacji po prostu bezpiecznie, mimo tego, że to on zawsze dbał o jej los.
Najbardziej na świecie cenił sobie właśnie tę przyjaźń, która łączyła ich od wielu lat. Nie wiązał ich seks, nie własność, nie dzieci. Łączyło ich coś co pozwalało na bycie świadkiem dręczących nieszczęść przyjaciela, długich okresów nudy i rzadkich triumfów, ale dało im też pozwolenie, aby być przy tej drugiej osobie w najcięższych chwilach i świadomość, że samemu, można się przy niej czuć się podle.
I kiedy tak dogłębnie rozmyślał, uświadomił sobie, ze złamał jedną z najbardziej liczących się zasad w ich relacji. Zawiódł po całości, kiedy dziewczyna zapewne najbardziej go potrzebowała, kiedy prawdopodobnie sama nie wiedziała co dalej zrobić ze swoim życiem, on po prostu się rozłączył, bo sam przeraził się tego co miało dziać się dalej w jej życiu. Stchórzył, jakby to on dowiedział się, że zostanie ojcem. Po prostu się poddał.
Gwałtownie zerwał się w poszukiwaniu swojego telefonu. Grzebał w kieszeniach kurtki, w spodniach, a kiedy nigdzie go nie było wypadł jak oparzony z pokoju rozglądając się nerwowo po mieszkaniu.
-Tego szukasz?- Odparł znudzony Leo siedząc na kanapie, jak zwykle w towarzystwie swojej sziszy. Tak wyglądały dni w tej londyńskiej kamienicy, gdzie na co dzień ich życiu towarzyszyła głośna muzyka i ciągły dym unoszący się z fajki, bądź skrętów. Aleks miewał chwilę, że sam siebie podziwiał za to, że był w stanie złapać z nim kiedykolwiek wspólny język. Byli zupełnie inni, a mimo to, Aleks czuł, że ma w nim jakieś oparcie, mimo że rzadko z niego korzystał. Leo może i był typem wyluzowanego człowieka, który uwielbiał chodzić upalony, a słowo „koszulka” było mu obce, to jednak nie był oderwany od rzeczywistości. Ponad wszystko stawiał sobie studia prawnicze , ponieważ jak to kiedyś powiedział „Porzuciłem swoje idealne życie, komicznie w swojej idealności, by być tutaj, w pełni legalnie i studiować to prawo. Wywaliłem na to sporo kasy, nie chce tego zawalić” I za to Aleks go cenił najbardziej. Nie zniechęcił się złośliwymi komentarzami wykładowców na temat jego dredów, czy też nisko osadzonych spodni. Wręcz przeciwnie, to bardziej pchało go w kierunku udowodnienia tym wszystkim szują w krawacikach, że jest w tym zajebiście dobry.
Aleks odwrócił się w jego stronę i wyciągnął znacząco dłoń. Posłusznie oddał mu urządzenie, a ten od razu wybrał numer i zadzwonił.
Kilka dźwięków później opadł na kanapę obok przyjaciela i przyglądał się jamajskiej fladze, która byłą przywieszona tuż nad stolikiem zbitym z kilku palet.
-Mam zimne piwo w lodówce- Odezwał się po chwili, kiedy tak oboje siedzieli w tej samej pozycji nie odzywając się do siebie.
-Chętnie- Mruknął i przytrzymał fajkę wodną, która wiecznie wędrowała po mieszkaniu w dłoniach jego kumpla. Obracał ją w palcach przyglądając się dość uważnie, kiedy w kuchni słyszał charakterystyczne dźwięki upadających kapsli na blat, następnie kanapa obok ugięła się, a na udzie odczuł zimną butelkę przepełnioną chmielnym napojem.
-Miałem dzisiaj rozmowę z promotorem- Aleks spojrzał na przyjaciela pytająco, kiedy ten upijał pianę z butelki.- Wiesz co mi powiedział?- Zaśmiał się.- Że, aby zaliczyć ostatni rok, będę się musiał tego pozbyć- Szarpnął za wystające dredy z kucyka.
-Co zrobiłeś?- Bardziej skwitował, niż zapytał.
-Pokazałem mu fucka, mówiąc, że ze wszami we włosach mam większe szanse, aby przeciwnik się poddał- Zaśmiał się gardłowo, nieco się krztusząc.
-Nie przyjął tego dobrze, prawda?- Leo pokręcił głową.
-Powiedział, że osobiście dopilnuje tego, abym oblał w tych, jak on to określił „kudłach”- Westchnął i pociągnął nieco tytoniu z fajki.- Jestem tutaj tylko ze względu na studia. Został mi ostatni rok, aby przebywać tu legalnie. Jeśli nie zakończę ich zgodnie z systemem, nie będę miał szansy zacząć w nowym roku, bo będą mnie deportować, a patrząc na tego skurwysyna, to dołoży wszelakich starań, aby mnie olać.
W przypadku Leo nie było mowy o pozbyciu się jego „znaku”. Dla niego to było coś więcej, niż zwyczajna fryzura, która byłą jego widzi misie. Jego wygląd był czymś, co trzymało go w Londynie, ale nadal pozwalało pamiętać o swoim domu. O tym jak ważne to jest dla niego miejsce, jak wielka część jego została tam- na wyspie oblewanej przez Morze Karaibskie. Wiele razy powtarzał, że gdyby tego się pozbył, zabił by w sobie tę część jamajskiego pochodzenia. Stałby się normalnym Londyńczykiem w oczach wielu ludzi, a on nim nie był. Jego życie to Jamajka, a Londyn to tylko konieczność do spełnienia marzeń.
-Oboje mamy gówniany dzień- Mruknął Aleks.
-Zdecydowanie- Siedzieli oboje w ciszy, która byłą dla nich obojga relaksującym doznaniem. Sami z własnymi myślami w głowie, ale żaden z nich nie był samotny, ponieważ mimo, że oboje toczyli zupełnie inne walki w swoim umyśle, robili to razem.
Takie oparcie wystarczyło Aleksowi w zupełności. Cisza, spokój i ktoś, kto doskonale rozumiał jego dzisiejsze samopoczucie.
-Potrzymaj- Wcisnął w dłonie Aleksa swoją butelkę, a sam podniósł się z kanapy i podszedł do brązowej skrzyneczki, która stała na komodzie. Aleks doskonale wiedział, co robi i przywykł do tego, że jego kolega relaksował się w ten sposób i nie miał z tym żadnego problemu. Chwilę to trwało nim Leo powrócił na swoje miejsce i przechwycił swoją własność w dłonie.
-Trzymaj- Podał mu w palce skręta i uśmiechnął się lekko.
-Przecież wiesz, że nie...- Chciał już go oddać, kiedy Leo zatrzymał jego dłoń.
-Przestań pieprzyć. Ten dzień jest zjebany, zrelaksuj się- Mruknął po czym sam rozłożył się wygodniej na kanapie i odpalił papierowy rulonik w swoich ustach. Zaciągnął się, a jego twarz momentalnie przybrała łagodniejszy i spokojniejszy wyraz.
Aleks nigdy nie był do tego przekonany, jak i do zwykłych papierosów. Nie miał w zwyczaju sięgać po coś takiego, ale chwilą zastanowienia uświadomił sobie, że i tak nie ma nic do stracenia. Nigdy nie miał, a widok tak uspokojonego kumpla jedynie go zachęcił. Może to właśnie było jedyne wyjście z tej sytuacji. Nie mógł zrobić nic więcej. Alicja byłą na niego wkurzona i rozumiał to, a on sam był zbyt rozbity, aby nie sięgnąć po coś co mogłoby mu chodź na trochę poprawić humor.
Chwycił za zapalniczkę, którą trzymał już od kilku chwil przed jego twarzą.


Godzinę później oboje byli upaleni, nieco wstawieni i szczęśliwi. Oboje spełnieni. Oboje zapomnieli o szarej rzeczywistości, która miała dopaść ich następnego ranka. Nie liczyło się nic, bo to co złe w tym stanie, było nawet zabawne.
-Wiesz co jest najgorsze?- parsknął Aleks leżąc w pół na sofie, wpół na swoim kumplu. Leo przyglądał się mu z poważną miną, jakby to co miał powiedzieć zaraz Aleks miało zaważyć na życiu politycznym na Kubie.
-Ona jest kurwa ruda- Mruknął z grobową powagę, a Leo teatralnie złapał się za serce i spojrzał na niego z przejęciem. Minutę później oboje wybuchli gromkim śmiechem dławiąc się powietrzem.
-Że rudy gówniak, powiadasz?- Jęknął przez śmiech, kiedy próbował regulować oddech Leo.- No to faktycznie problem stary, od małego będziesz go farbował. Nie wiem jak ty, ale ja bym się wstydził.
-Może powinienem się od niej odciąć, skoro ma mieć rude dziecko, to lepiej się w to nie będę mieszał. Jeszcze pójdzie plota na uczelnie i co będzie?- Zmartwił się.
-A ojciec?- Zapytał szukając po opacku kolejnej butelki piwa.
-Co ojciec?- Zmarszczył brwi.
-Jakie ma umaszczenie jego ojciec- Napił się piwa, i wręczył butelkę Aleksowi.
-A bo ja wiem, nie znam go- Wzruszył ramionami.
-Przysięgam ci na moje jamajskie obywatelstwo, że jeśli faktycznie jej pierworodny syn będzie rudy, to wyślę jej kondolencje- Oboje zaczęli się śmiać.
Kiedy Aleks otwarł łzy, które napłynęły mu wskutek śmiechu, a Leo oddychał już normalnie, nie dławiąc się, Aleks poczuł twardą powierzchnię pod sobą i zgrzyt odsuwanego stolika, który prawdopodobnie poruszyło się na skutek jego upadającego ciała.
-Pojebał się?- Przeklął, pocierając się po dole pleców. Leo wzruszył ramionami.
-Sory, muszę się iść odlać- Wytłumaczył i zniknął za drzwiami ich skromnej łazienki, która z łazienką nie miała nic wspólnego, ale jak to określił Leo „Jeśli coś jest użyteczne, to jest dobre”
Aleks powrócił do swojego wygrzanego miejsca na kanapie i zarzucił nogi na kawowy stolik, który również zbity był z desek.
Pierwszy raz tego dnia po prostu się wyłączył. Przestał myśleć i ciągle się zastanawiać, jak wyjść z sytuacji, która nie ma wyjścia. Poczuł chwilową ulgę, która zdystansowała go do całej sprawy.
Jego spokojne wylegiwanie się na kanapie z przymkniętymi powiekami przerwał dźwięk telefonu, który wibrował na stoliku. Leniwie sięgnął po komórkę i spojrzał na ekran.

Błagam, zabierz mnie stąd, proszę...

W jednej chwili cały spokój, gdzieś uciekł, a stan upalenia znikł.

Jeszcze nigdy tak bardzo nie był zdezorientowany...