sobota, 18 lutego 2017

Walentynkowy Specjal- A było to 14 lutego...

Witajcie w kolejnym opku z serii walentynkowej!
Tym razem coś nowego? Cofniecie się trochę do czasów licealnych postaci. Oczywiście użyczone od Anon za jej zgodą! XDDD
Myślę, że taka forma powinna wam się spodobać. Miłego czytania!


~*~*~*~*


Przeciągnęła się leniwie na łóżku. Uczucie chłodu dotknęło ją, jak każdego ranka, kiedy musiała pokonać kilka kroków, aby wyłączyć budzik. Z lekkim grymasem rozejrzała się po pokoju. Szukając telefonu natknęła się na dość spora ilość różnych rzeczy, zdając sobie sprawę, że odgruzowanie tego pomieszczenia byłoby dobrym pomysłem. Sama nie pamiętała, kiedy ostatni raz miała odkurzać w rękach. Nie lubiła tego robić, więc za wszelka cenę unikała tych czynności. Jednak nawet najwytrwalszy zawodnik kiedyś się podda. Zazwyczaj wtedy, kiedy bałagan wkradnie się zbyt do jego życia, decydując o wielu istotnych sprawach na, które normalnie miałby wpływ.
Smartfona wyciągnęła dopiero po chwili. Między poduszka, a stertą ubrań. Miejsce w, którym go znalazła nawet dla niej wydał się dziwny, lecz wzruszyła tylko ramionami.
Chcąc napisać wiadomość do Aleksa odblokowała telefon, jednak swój wzrok skupiła na dacie. Czternasty luty. I nagle cały dzień ( chodź dobrze się zapowiadający) został spieprzony. Legną w gruzach, tylko przez dwa słowa. Czternasty luty. Pokręciła głową (bo co miała zrobić?) i udała się do łazienki. Mimo, że pobudka zapowiadała dziś starannie dobrany strój i lekki makijaż, to jednak skończyło się na spodniach, dużej bluzie oraz włosach spiętych w wysokiego kucyka, a to tylko na znak protestu, w którym swoją droga brała udział tylko ona, i chyba tylko ona wiedziała o jego istnieniu.
Twarz-zero tapety. Jak się nie starać to dokładnie. Ostatni raz spojrzała w lustro. Wory pod oczami normalnie byłby przeszkodą, ale teraz? Wręcz idealnie zdobiły jej twarz. Blada skóra? Po co dodawać jej blasku, skoro z góry przesądzone jest, że ten dzień będzie jednym z najgorszych. I wcale nie chodziło o to, że nie miała pary (to wręcz była tylko ulga), lecz o to, że od dziecka nie rozumiała tej całej nagonki na święto zakochanych. Uważała to za sztuczne i naciągane święto. Bo przecież po co czekać do tego dnia, aby wyznać komuś miłość. Po co czekać, by zabrać kogoś do kina lub po prostu przytulić i iść na spacer. Można to robić zawsze i wszędzie, a dziewczyny, które wyczekiwały na tego kwiatka (który i tak zwiędnął po dwóch dniach) jej zdaniem musiały mieć bardzo nudne życie.
Kumulując złą energie w sobie udała się do jadalni. Wzięła talerz i usiadła przy stoliku czekając na Aleksa. Ten jak na zawołanie dosiadł się do niej i obdarował wyczekującym spojrzeniem.
-Co- Warknęła. Blondyn mierzył ja ciekawskim spojrzeniem uśmiechając się przy tym.
-Sprawdzam w jakim jesteś humorze- Nachylił się nad nią obserwując dokładnie każdy jej element twarzy, wyczekując aż cokolwiek się zmieni,
-W takim w jakim byłam rok temu, dwa lata, trzy, pięć. Zagwarantuję ci, że za dwadzieścia lat również w takim będę- Westchnęła. Nie mogła zbytnio tchnąć śniadania, więc jedynie mieszała widelcem w jajku, niekiedy zerkając na towarzysza.
-Ciekawe czy będziesz tak myśleć jak się zakochasz-Uniósł brew. Jedna z niewielu okazji, kiedy denerwowało ją dosłownie wszystko, a szczególnie ten o to temat. Trudno było tego nie wykorzystać, a wręcz stało się to dla niego tradycją. Co go obchodziło święto zakochanych, skoro mógł z przyjemnością obserwować, jak dziewczyna reaguje na wszystko zbyt agresywnie, a to za sprawą tego jednego dnia, czy to nie było piękne?
-Dobrze się czujesz? Przecież wiesz, że nigdy nie zmienię zdania- Zabrzmiała dosadnie. Blondyn przybliżył się tak,że dzieliło ich tylko kilka centymetrów. Zmrużył oczy, badawczo obdarowując ją spojrzeniem. Dziewczyna nie drgnęła, wręcz z ciekawością czekała na jego dalszy ruch popukując nerwowo o blat paznokciami.
-Co się tak gapisz?-Zapytała, kiedy cisza między nimi była już denerwująca. Calmin odsunął się gwałtownie odchylając się przy tym na krześle. Złapał równowagę poprzez gwałtowne uderzenie otwarta dłonią o stół wywołując tym samym ciekawskie spojrzenia nastolatków, którzy przerwali swoje śniadanie aby na niego spojrzeć.
-Zobaczymy-Szepnął jej tylko tuż przy twarzy, jednak nie spuszczając z niej wzroku. Rudowałosa prychnęła zirytowana. Spuściła głowę, a kiedy ją uniosła miejsce naprzeciwko było puste. Obejrzała się w stronę wyjścia i ujrzała blondyna, który machał do niej śmiejąc się przy okazji. Sfrustrowana zabrała swoje rzeczy i podeszła do niego, lecz kiedy była bliżej chłopak odbiegł. Zdenerwowana już lekko chwyciła go za rękaw bluzy i przyciągnęła do siebie.
-Po pierwsze, nie znajdzie się na ziemi taka osoba, która pokaże mi, że to święto jest cudowne- Recytowała wbijając mu paznokieć w klatkę piersiową- A po drugie- Uśmiechnęła się złośliwie- Czyżbyś się zakochał, że tak bronisz tego dnia?-Splotła ręce pod biustem przybierając przy tym pewnej postawy. Aleks chwilę milczał. Odbiegał wzrokiem w inną stronę, a dłoń nerwowo wsunął w grzywkę.
-Ja? Ależ skąd!-Zaprzeczył- Uważam, że to święto jest po prostu urocze
-Urocze? Proszę cię! Świat nie jest taki jak w tych wszystkich lekturach, a ten dzień jest jedną wielką machiną zarabiającą pieniądze. Nic poza tym- Wyrzuciła ręce w górę. Blondyn objął ją w pasie i zmusił, aby się do niego przytuliła.
-Ej no, moje uczucia nie są sztuczne- Zapłakał. Luton zaśmiała się.-Wesołego Walentego- Zachichotał. Odepchnęła go łokciem i poszła przed siebie.-Nie uciekniesz od tego dnia! Kocham Cię-Krzyknął dusząc się lekko przez śmiech. Rudowłosa pokazała mu tylko środkowy palec i w samotności udała się do placówki szkolnej.
Miejsce (chyba jak każde inne) nie wyróżniało się niczym szczególnym. Zwykła szkoła o dwóch piętrach. Obok, (bo dzielił ich tylko mały taras, gdzie w zwyczaju kiedy pogoda dopisywała jadło się tam lunch, bądź spędzało przerwę) stał kolejny nieco mniejszy budynek, gdzie lekcje miały klasy gimnazjalne, lecz w efekcie i tak wszyscy spędzali przerwy w licealnej części, gdzie przeważnie więcej się działo. W dodatku dostęp do ogólnej stołówki znajdował się właśnie w starszym skrzydle, więc każdy szanujący się uczeń nie ruszał się zbytnio z tamtego miejsca, aby w porze obiadu nie wyczekiwać nie wiadomo ile.
Pchnięcie furtki tego dnia wydawało się bardziej wyczerpujące niż zazwyczaj. Wszystko tego dnia (za każdym razem) wydawało się o wiele trudniejsze do wykonania. Teraz (obserwując swój obecny strój) dziękowała Bogu, że pomysł z mundurkami, na który zresztą sama głosowała, ale tylko dlatego, aby w efekcie ujrzeć zirytowanego Bleyka w koszuli i swetrze każdego dnia, poprawiając sobie przy tym nieco humor, nie został zaakceptowany. Myśl, że musiałaby się wciskać w krótką spódniczkę, łamiąc przy tym swoje wszelakie postanowienia wywoływała u niej wstręt.
Niezauważalnie przemknęła do swojej szafki. Mały sukces na początku dnia, to było coś! Uniknięcie poczty walentynkowej, której organizatorki wręcz nakazywały ci coś do niej wrzucić, było jednym z niewielu marzeń tego dnia, chodź zdawała sobie sprawę, że zbyt pięknie byłoby nie spotkać ich na swojej drodze, aż do końca lekcji. Niedbale wyciągnęła książki i wpakowała je do torebki.
-Alicja!-Usłyszała wołanie i impulsywnie odwróciła się w stronę dźwięku. Z końca korytarza drobna szatynka machała do niej, a po chwili stała tuz obok jej szafki.-Wysłałaś już komuś walentynkę?- Alicja skrzywiła głowę. Co roku była poddawana pod ten sam schemat. Tradycją było, że Nikola kompletnie zapominała o jej poglądach i szukała w niej kompanki, która będzie doradzać jej w sprawach, który brokat bardziej pasuje do odcienia kartki,a to nigdy nie miało racji bytu.
-Nikola- Jęknęła
-Tak, tak wiem, ale myślałam, że jednak w tym roku będzie inaczej-Posmutniała.
-To nie myśl-Warknęła, ale jednak chyba zbyt oschle. Niby dziewczyna nic takiego nie zrobiła,ale nie miała zbytnio sił na to, aby po raz ęty tłumaczyć jedno i to samo.
-Nie musisz być taka wredna- Fuknęła i zgrabnie wyminęła dziewczynę.
-Po co ty się starasz- Zapytała nagle. Nikola spojrzał na nią pytająco ściskając w dłoni już zrobioną karteczkę.-Kiedy tylko znikniesz z pola widzenia twoja praca wyląduje w koszu
-Mylisz się! Dawid taki nie jest- Alicja może się przewidziała, ale kiedy tak mówiła, jej oczy zawsze lekko szkliły.
-Żebyś się nie zdziwiła- Luton pokręciła głową. Wiedziała, że rozmawianie z Nikolom o takich sprawach (szczególnie poruszanie tematu Dawida) było jak kłótnia z głuchym, lecz dziewczyna próbowała za każdym razem.
-Ja rozumiem,że czujesz coś do niego, ale nie nastawiaj mnie przeciwko niemu- Podeszłą bliżej i ujęła lekko jej dłoń, w którą wcisnęła walentynkę własnej roboty- Może nie znasz go na tyle, ale ja wiem, że jeśli chce to potrafi być uroczy, romantyczny... – Urwała, kiedy mocne trzaśnięcie metalową konstrukcją zagłuszyło ja i przestraszyło. Alicja odeszła szybko przeklinając pod nosem. Nie zbyt patrzyła w którą stronę szła i na kogo, dlatego zderzenie się z czyimś ciałem wyprowadziło ją z równowagi.
-Patrz jak łazisz-Krzyknęła. Dopiero po chwili ogarnęła, że to Aleks i oparła głowę o jego ramię.
-No, nie było mnie niecałe dziesięć minut, a ty już w takim humorze. Coś przegapiłem?-Trudno było mu się nie śmiać, kiedy jego najlepsza przyjaciółka kipiała ze złości, prawdopodobnie (tak obstawiał) przez ten przeklęty dla nie dzień.
-Jeśli chce to potrafi być uroczy, romantyczny...-Przedrzeźniała drobną szatynkę z lekką przesadą w głosie.
-Kto?
-Jak to kto? Przecież oczywiście, że ten kretyn-Krzyknęła. Blondyn miał wrażenie, że cała szkoła zwróciła na nich uwagę, a jej wkurzony głos było słychać w całym budynku.
-Rozumiem, że widziałaś się z Nikolom-Zaśmiał się pod nosem i przytulił Alicja. Ta tylko mruknęła cicho.
-Mam już zdecydowanie dość tego dnia- Jęknęła. Odsunęła się od przyjaciela. Aleksowi kącik ust ponownie drgnął do uśmiechu, a dziewczyna spoglądała na niego pytająco. Po chwili jednak zrozumiała o co chodziło, kiedy poczuła dość duże uwieszające się lekko na niej ciało. Wysoki chłopak nieco musiał się schylić, aby pocałować ją w policzek na przywitanie subtelnie łaskotać ją przy tym swoimi włosami.
-Hej Xavier-Przywitała się. Chłopak o dziwo miał lepszy humor niż zazwyczaj (co rzadko się zdarza). Uśmiechał się od ucha do ucha. Chłopcy przywitali się, a rudowłosa zwróciła uwagę na teczkę, którą białowłosy ściskał w rękach.
-Co tam masz?-Wskazała palcem na granatowy przedmiot. Xavier zaśmiał się złośliwie i mocniej zacisnął palce na teczce.
-Przekonasz się w swoim czasie. Powiem tyle. Mam mały prezencik dla mojego braciszka- Rozmarzył się lekko.
-Braciszka? W walentynki?-Pytała nieco zdezorientowana cała sytuacją. Chłopak przerzucił jej rękę przez ramie i lekko do siebie przyciągnął. Uniósł wyżej papierowy organizer i spojrzał na Alicję.
-Tu znajduję się prezent prosto z mojego serca- Powiedział poetycko- Lepszej walentynki nie mógł sobie wyobrazić.- Aleks zaśmiał się, lecz ona wciąż nie zbyt wiedziała o co chodzi. To było dziwne- No, ale spadam zanim powiem wam zbyt wiele. Trzymajcie się- Nieco się oddalił- A i jeszcze jedno!-Krzyknął-Szczęśliwego Walentego Alis
-Ty też?- Paplała sfrustrowana. Chłopak nic nie powiedział, tylko posłał jej buziaczka i zniknął w przejściu udając się zapewne do swojego skrzydła.
-My tez powinniśmy iść- Zwrócił uwagę Aleks. Dziewczyna wzięła torbę i udała się z chłopakiem na lekcje.

Czas do lunchu minął normalnie. Alicji udało się uniknąć wszelakich konfrontacji z ludźmi, którzy usilnie próbowali przypomnieć jej, że to właśnie dziś jest ten dzień. Tak ja wszyscy zeszła na dół wraz z blondynem i ustawiła się w kolejce po obiad.
Tak jak się spodziewała, nawet szkolna kuchnia dba o to święto, a ciasteczka w kształcie serduszek do obiadu był bardzo irytującym ją dodatkiem. Chwyciła tackę z lekkim grymasem i usiadła przy stoliku. Jak zwykle dosiadł się Aleks, a reszta była zmiennym towarzystwem. Tego dnia jednak swoja obecnością zaszczycił ich Xavier i to o dziwo nie sam.
-Jeden Dawid to za mało?-Zaśmiała się Alicja witając się skinieniem głowy z Damienem.
-Mój braciszek jest zbyt zajęty jakąś panną, musiałem znaleźć sobie zastępstwo- Poklepał Damiena po plecach.
-Nie wydaje mi się, abyś mógł w jakimkolwiek stopniu mnie z nim równać- Odezwał się brunet. Usiadł przy stole tuż obok białowłosego, który usiadł okrakiem na krześle opierając na oparciu swoje ręce. Zawsze tak siedział.
-Przykro mi Xavier, ale muszę przyznać mu rację. Damien nie jest takim idiotą- Sapnęła dziewczyna wymachując widelcem, który po chwili został jej wyciągnięty z ręki.
-Zaraz mi wbijesz to w oko- Zbeształ ją, lecz Alicja tylko wzruszyła ramionami.
-Żeby tylko w oko- Parsknęła. Xavier nieco się oburzył, spoglądając na Damiena, który zdecydowanie miał z niego zbyt wielki ubaw, aby jakkolwiek mu pomóc.
-No, a jak tam twoja walentynka dla Dawida?-Zapytała, zdając sobie sprawę jak to dziwnie brzmi. Xavier i Damien wymienili porozumiewawcze spojrzenia przez co w efekcie oboje wybuchnęli śmiechem.
-Wiesz coś na ten temat?-Skierowała się do bruneta, który siedział rozwalony na krześle z jedną nogą oparta o drugą.
-Musze przyznać, że miałem w tym skromny udział- Uśmiechnął się ironicznie.
-Rozumiem, że i tak nie wyciągnę nic od was na ten temat- Xavier pokręcił tylko głową- Cóż przynajmniej próbowałam- Wstała od stolika i odniosła tackę. Damien i Xavier gdzieś się zmyli, a ona wraz z Aleksem postanowiła przenieść się na dziedziniec, bo mimo dość mroźnej temperatury zapragnęła naglę się wywietrzyć. Nie zbyt było jej to dane, bo tuz przy wyjściu natknęła się na wkurzonego Toby'ego.
-Hej, co jest?-Zapytała lustrując chłopaka spojrzeniem.
-Jak wiele razy mówiłem ci, że ta szkoła to patologia?-Zapytał. Toby mimo tego, że był zły nadal zachowywał się spokojnie co często było mylne. Jednak Alicja wiele razy widziała go w tym stanie i nigdy nie zapowiadało to nic dobrego.
-Hm...Jakieś miliard razy?-Uśmiechnęła się lekko.
-Ta szkoła to patologia- Powtórzył- Ja już naprawdę mam tego dość. Znajdę tego co to zrobił, a wiem, że nie będzie to trudne i sam się będzie z tego tłumaczył- Westchnął ciężko.
-Co tym razem?-Toby nic nie powiedział tylko wcisnął w jej ręce kartkę odwróconą tył na przód. Przekręciła ja i spojrzał. Była nieco zaskoczona tym zdjęciem, jednak nie mogła ukryć, tego jak bardzo było to cudowne.
-Faktyczne prezent od serca- Rzekła do Aleksa i oboje się zaśmiali. Toby odszedł zirytowany w głąb szkoły prawdopodobnie próbując dopaść sprawcę tego pięknego dzieła. Zdjęcie z Dawidem dwuznacznie klękającym przy Damienie w kiblu było tak rzeczywistą przeróbką, że nie mogła wyjść z podziwu, i chodź wiedziała, że teka sytuacja nie miała nigdy miejsca nie mogła zostawić tego bez swojego małego udziału.
Nagle wpadał na genialny pomysł, a w jej głowie pojawiła się nadzieja, że te walentynki wcale nie będą aż tak złe.
-Chodź- Pociągnęła blondyna w kierunku biblioteki, aby skorzystać z ksero. Wykonała kilka kopii i za pomocą taśmy klejącej przytwierdziła je do bluzy. Przy małej pomocy Aleksa, który nie mógł opanować swojej głupawki. Ostatecznie cała była obklejona przeróbkami autorstwa Xaviera i podekscytowana. Jak nigdy napalona na spotkanie z Dawidem popędziła biegiem do starszego skrzydła. Aleks biegł za nią, jednak jemu zajęło to więcej czasu, gdyż po drodze zwijał się ze śmiechu. Rudowłosa zwolniła i dumnie przekroczyła próg budynku. Tam sprawa wyglądała jeszcze ciekawiej. Zdjęcia były przyklejone na filarach, szafkach, niekiedy tez na śmietnikach.
-Wykonali kawał świetnej roboty-Skwitowała dumnie. Wzrokiem szukała Dawida, co było trudne. O tej porze wszyscy przechadzali się korytarzami, a Alicja w oddali jedynie słyszała jak ktoś nerwowo uderza w szafkę. Z uśmiechem na ustach udała się w tamtą stronę. Brunet stał i odlepiał zdjęcia.
-Hej-Przywitała się entuzjastyczne, jak nigdy. Chłopak odwrócił się w jej stronę i kiedy zwrócił dokładna uwagę na to co ma na sobie...jego złość była nie do opisania. Nie wahał się ani chwili i zerwał to z jej bluzy. Dziewczyna zaczęła się śmiać, kiedy brunet zgniatał w palcach kartkę papieru.
-No kurwa bardzo śmieszne- Warknął. Pociągnął ją za rękę obracając, aby odkleić inne kartki, które wciąż tkwiły na jej ciele. Nie dało się ukryć, że ludzie przechodzący obok chichotali po cichu, jednak zmierzeni lodowatym spojrzeniem Dawida przyspieszali krok.
-Żebyś wiedział- Uśmiechnęła się dumnie.- Twój brat naprawdę zna się na prezentach- Splotła ręce pod biustem i oparła się o szafkę. Chłopak agresywnie wyrzucał z niej papiery, które upadały na ziemie jakby szukając czegoś.
-Mój brat to idiota-Warknął- Ale niech nie myśli, że mu odpuszczę -Zgniatał kolejne kartki w nerwach. Alicja była w cudownym nastroju, do czasu.
-Należało ci się, wiesz!-Krzyknęła. Ten tylko spojrzał na nią marszcząc brwi.
-Niby za co?- Zapytał. Skierował się w jej stronę. Alicja szarpnęła jego rękę i wyciągnęła z pośrud zgniecionych śmieci różową kartkę.
-Za to- Pokazała mu odwijając ją w palcach.
-Przecież nie jest od ciebie, więc co się rzucasz- Wzruszył ramionami i wyrwał jej papier.
-Dziewczyna się napracowała, w dodatku tak broniła twojej osoby, ale oczywiście mówiłam, że to wywalisz, bo przecież bycie dupkiem to twoja specjalność- Palnęła wkurzona.
-Jezu, przecież to tylko zabawa, a ty nie umiesz tego zrozumieć i jak zwykle wszystko zjebiesz- Skwitował. Alicja prychnęła.
-Że niby nie umiem się bawić? Ja?-Pytała z niedowierzaniem.
-Tak ty, a ten cały hejt na walentynki? Masz ból dupy po spędzasz je sama- Zamknął drzwiczki od szafki i stanął tuż naprzeciwko niej.
-Udowodnię ci, że umiem się bawić-Krzyknęła. Odwróciła się od chłopaka i wzięła głęboki oddech.
-Słuchajcie wszyscy. Dziś są walentynki!-Skierowała się w stronę Dawida- A ten ktoś twierdzi, że spędzę je sama. A więc Dawid. Zostań moją walentynką dziś wieczór- Krzyknęła i pociągnęła go za kark całując nachalnie jego usta. Wszyscy wkoło zamilkli a po chwili zaczęli gwizdać i bić im brawo, co oczywiście dolało oliwy do ognia. Kiedy Dawid chciał włożyć w to więcej uczucia, ta odepchnęła go natychmiast i otarła usta ręką.- O, zapomniałabym! Mam coś dla ciebie- Zaczęła grzebać w torbie szukając kartki. W dłonie wcisnęła mu zrobioną przez siebie walentynkę, która wykonała rok temu (kiedy jeszcze była w nim zakochana)- Jeśli kiedykolwiek powiedziałam ci, że walentynki to najgorszy dzień w moim życiu to kłamałam-Wysyczała, lecz brunet jakby jej nie słuchając oglądał karteczkę z każdej strony- Jest gorszy dzień. Kiedy cię poznałam Bleyk, bo ty mnie po prostu wkurwiasz- Warknęła.
-To były najszczersze wyznania, jakie dostałem czternastego lutego- Uśmiechnął się dumnie.
-I ostatnie, uwierz, że już nigdy tego nie powtórzę!- Uderzyła pięścią w szafkę i udała się do wyjścia. Poczuła niesamowita ulgę. Wyrzuciła wszystko co tego dnia jej doskwierało, a nawet pozbyła się tej pieprzonej kartki, którą sama nie wiedziała po co zabrała i dlaczego wcześniej jej nie wyrzuciła. Nie była już zła. Nadal uważała, że ten dzień był wyjątkowy. Dlatego, że w tym roku ktoś miał bardziej spieprzony dzień niż ona i akurat padło na Dawida. Poszła na dzieciniec i kiedy tylko zauważyła Xaviera stojącego do niej tyłem nie zastanawiała się zbytnio na tym co robi, podbiegła do niego rzucając mu się na plecy. Ten lekko się zachwiał, ale złapał równowagę.
-Dziękuje- Uśmiechnęła się i lekko ścisnęła go za szyję. Xavier udał, ze brakło mu powietrza, Aleks, który stał obok przyglądał im się z zaciekawieniem.
-Za co?-Chłopak był zdziwiony takim nagłym obrotem sprawy.
-Za te zdjęcia z Dawidem- Zaczęła się śmiać- A ty- Skierowała się do Damiena- Nie miałabym nic przeciwko, gdybyś sprowadził go do parteru- Puściła mu porozumiewawczo oczki, a brunet kiwnął głową szczerząc się zadziornie.
-To-Zaczął ze sztuczną nieśmiałością- Może w końcu pójdziesz ze mną na randkę, w ramach rekompensaty?- Dziewczyna prychnęła i zeskoczyła z niego.
-Zapomnij- Uśmiechnęła się.
-Będę próbował jeszcze wiele razy, aż się zgodzisz- Obiecał.
-Nie mam nic przeciwko- Ułożyła serduszko z dłoni i pokazała w jego stronę, a następnie ciągnąc za sobą Aleksa wróciła do skrzydła w, którym oni mieli zajęcia. Nie odezwała się do niego. Czuła tylko zadowolenie z tego, że po raz pierwszy udało jej się powiedzieć wszystko co tak naprawdę chciała by o niej wiedział.
No i najważniejsze. W końcu pozbyła się tej kartki, która męczyła ją swoja obecnością, od zeszłorocznych walentynek.
Bo kto powiedział, że udane walentynki są wtedy, kiedy ukochany zaprosi nas do kina?

Dla niej udane walentynki, to dzień w którym Dawid Bleyk zrozumiał co to znaczy „być wobec kogoś dupkiem”

wtorek, 14 lutego 2017

A wszystko zaczęło się od swetra... - Część Pierwsza [Destiel]

Okej, jako iż znam siebie, prawdopodobnie to opowiadanie przestanie podobać mi się po tygodniu, bo pisałam pod wpływem weny... Ale trudno! XD
Miał być one shot, ale w połowie dostałam nowego, lepszego pomysłu i... I kontynuuje... Ludzie, chyba mamy nie tylko Maraton Miłości, ale też Maraton Destiel'a, bo mam na to w uj pomysłów. XD
Dzisiaj uderzył mnie kolejny... Ale no nic, mam zamiar napisać też parę innych opowiadań, które oczywiście będą niespodzianką. ( ͡° ͜ʖ ͡°) 
Zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie... Tylko oby wyszło. ;-;
Opowiadanie sponsorowane przez Mishę w swetrach, bo jest tak słodki, że nie potrafię wyrazić tego słowami. Patrząc na niego dostaje weny na życie. XD
Aha, no i nie jestem na bieżąco z serialem (dopiero sezon 6), więc... Jeśli coś by się nie zgadzało, jest to trochę alternatywne uniwersum z już ludzkim Castielem, ale nie dzieje się żadne wielkie bum. Albo w ogóle bum. Okej, to fluff ludzie, nie będzie żadnych dramatów po prostu, pragnę szczęścia dla tych słodziaków. XD
Zapraszam do komentowania, jak zwykle, i... Miłego czytania. 
Jej, nowa etykietka. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

***

Castiel właściwie zawsze budził się przed Dean'em. Taka była kolej rzeczy, Castiel chodził do łóżka wcześniej, zazwyczaj zostawiając Dean'a przed telewizorem i z piwem w ręce, czasami z Sam'em obok, czasami bez, a sam Cas kładł się wygodnie na łóżku w sypialni i czytał książkę, bo nie mógł się skupić z Dean'em i grającym głośno telewizorem. Siłą rzeczy, tak zasypiał, zawsze budząc się z poduszką pod głową i ciepłymi szczelnie oplatającymi go ramionami (śpiący Dean zawsze był, jak to określił Sam, „maszyną do przytulania”), książką bezpiecznie odłożoną na komodzie, pomimo że nigdy nie pamiętał, żeby ją odkładał.
Ale tym razem było inaczej.
Mimo tego, że położył się wcześniej, tak jak zazwyczaj i tego, że gdy wstał był późny, ale jednak, ranek, brakowało mu ciasnego uścisku, a miejsce obok było zimne i puste. Cóż, cały pokój był niesamowicie zimny, więc nawet jeśli Dean wstał siedem minut wcześniej, to łóżko i tak zrobiłoby się lodowate. Castiel westchnął, przeszedł go zimny dreszcz. Uroki tanich moteli i tym razem, domu Bobby'ego, nigdy nie były tak... Eleganckie jak normalne rodzinne domy. O miejscach w niebiosach nie wspominając. Bez zastanowienia wyszedł z łóżka, nagimi stopami stąpając po drewnianych deskach, które równie dobrze mogłyby być blokami lodu i szybkim krokiem podszedł do starej, zniszczonej szafy chyba od wieków stojącej zaraz naprzeciwko łóżka. Antyczny wygląd domu Bobby'ego jednak nigdy Castielowi nie przeszkadzał. Wprost przeciwnie, każdy skrawek kojarzył mu się z rodziną, często wprawiając go w bardzo melancholijny nastrój.
Przeszukał pozostającą mu garderobę, prędko i boleśnie dowiadując się że nie ma w niej nic cieplejszego niż zwyczajna bluzka z długim rękawem i... Zatrzymał się w połowie wyciągania czegoś co wyglądało na grzejący materiał, zdając sobie sprawę, co trzyma w rękach.
Był to dawny, niebieski, w swój sposób świąteczny sweter Dean'a, który od pewnych pamiętnej zimy był cudowną okazją na wewnętrzny żart rodzinny i okazem, z którego nie za sekretnie bez skrupułów nabijał się Sam.
„W swój sposób”, bo prawie wcale nie wyglądał na sweter świąteczny, był aż zanadto zwyczajny, lazurowy z grubym czarnym paskiem, przechodzącym przez klatkę piersiową, jedynym znakiem, że mógł należeć on do okresu zimowego, były wyszyte na tymże pasku białe śnieżki.
Dean nie znosił swetrów. Uważał je za poniżej swojego stylu (Mówił to mniej więcej w ten sposób... Castiel już nie pamiętał, o ile w ogóle wtedy go słuchał) i nigdy w życiu nawet na takowy nie spojrzał...
Jednak jego biedna dawna eks wcale o tym nie wiedziała (Jak mogła wiedzieć, przecież znała go dopiero kilka dni, ale uparła się na wymianę prezentami w duchu świątecznym) i jakimś nieziemskim cudem nawet przekonała Dean'a, żeby założył go na kilka okazji. Potem, oczywiście, narzekał na to tak bardzo, że krótko po zaczęciu jego monologu, Sam również zaczął narzekać, a Castiel był po prostu zbyt... Emocjonalny, żeby mu to przeszkadzało. Nie wiedział, że mógłby poczuć świąteczną atmosferę, ale widocznie zadziałało, i to bardzo dobrze.
W każdym razie, Dean mógł szczęśliwie rzucić sweter w kąt szafy, jak tylko z dziewczyną zerwał, co naturalnie oznaczało „niedługo później”. Castiel dumnie mógł określić się długim długo trwającym i najdłużej trwającym związkiem w jakim Dean kiedykolwiek trwał, a nawet nie mieli dzieci.
No i widocznie o ubraniu zapomniał...
Samemu Castiel niespecjalnie interesował się tym co miał na sobie, jednak lubił własne ubrania. Były idealnie jego rozmiaru i Castielowi się to podobało. Nigdy nie rozumiał sensu noszenia za luźnych na jego ciele ubrań Dean'a, który nie tylko był kilka centymetrów wyższy, ale i jako łowca, był nieco lepiej zbudowany, więc normalnym było, że jego ubrania zwyczajnie na Castiela nie pasowały. Przynajmniej nie w sposób, w jaki Castiel chciałby.
W rzeczywistości, kilkakrotnie nawet pytał co było takiego w noszeniu ubrań swojej drugiej połówki, ale odpowiedzi jakie dostawał wcale go nie satysfakcjonowały, zawsze głosiły coś w stylu „pachnie jak on” albo „przypomina o nim”, na co Castiel tylko delikatnie przechylał głowę w dezorientacji. Dlaczego miało go to obchodzić, skoro bardzo prawdziwy Dean był na wyciągnięcie ręki? W dodatku, będąc ze sobą szczerym, po tym wszystkim Castiel i tak pewnie pachniał do niego bardzo podobnie.
Więc, naturalnie, był zirytowany, gdy jego nadzieje legły w gruzach i okazało się, że sweter magicznie się nie skurczył i gdy ponaglany gęsią skórką i delikatnymi dreszczami, założył go na siebie, zapinając pod samą szyję, okazało się, że ten mimo wszystko zachodził mu na wierzch dłoni i pod biodra, na których, gdyby był w jego rozmiarze, powinien się zatrzymać.
Ale dzień nie miał zamiaru zmienić się w temperaturze, z tego co zauważył (poza tym, czemu miałby w połowie jesieni?), a teraz, już ocieplany, był w stanie dokładniej przeszukać zakamarki szafy, odkrył, że jedyna cieplejszą rzeczą poza tym przeklętym swetrem była jedna ze skórzanych kurtek Dean'a, ale ich Castiel nie dotknąłby za nic w świecie, nawet za jego osobistym pozwoleniem, nie czuł się gotowy na dotykanie jednej z niewielu pamiątek po Johnie Winchester.
Więc zacisnął zęby, wyrzucając swoją dumę przez okno i zapiął nikczemnie niebieską rzecz aż pod samą szyję, powoli schodząc na dół, w stronę kuchni.
Ku własnemu zdziwieniu, poczuł wyraźną ulgę, gdy jedyną osobą siedzącą przy stole był Sam. Najwyraźniej jego podświadomość nie znosiła tej sytuacji tak samo jak i on.
Castiel natychmiast skierował się w stronę czajnika, nalewając do niego wody i stawiając go na zapalonej kuchence, lekceważąco przywitał się z Sam'em, słysząc jego krótką odpowiedź, jednak nadnaturalnie wysoki mężczyzna ani na chwilę nie podniósł wzroku z ekranu laptopa, więc Castiel, po chwili niezręcznego patrzenia, odwrócił się w stronę czajnika i zamiast tego obserwował uchodzącą z niego parę. Jeśli nie będzie musiał stawiać czoła pytaniom na temat jego żenującego występku ze swetrem, tym lepiej.
Zaparzył sobie herbaty, przystając z nogi na nogę, bo dalej chodził o bosych stopach, i kiedy był już gotowy na ciche ulotnienie się z pokoju, usłyszał charakterystyczne „um...” pochodzące od Sam'a. Castiel nauczył się, że oznaczało to, że czuje się on niekomfortowo. Co oczywiście natychmiast sprawiło, że Cas znowu nerwowo skubnął rękaw swetra, zupełnie go niego nieprzyzwyczajony.
Odwrócił się powoli, napotykając wzrok Sam'a, studiujący jego sylwetkę z wyraźnie oszołomioną twarzą. Castiel skrzyżował ramiona, przybierając defensywną postawę, czekając aż Sam zmusi swój mózg do przetworzenia zdania, które próbował wypowiedzieć.
- Czy to nie sweter Dean'a?
- Tak. - Odpowiedział, może trochę zbyt szorstko i zbyt ostro, ale nagle cała jego irytacja wróciła, bo uniwersum (Castiel nie wierzył, że jego ojciec naprawdę ingerował w takie drobnostki) najwyraźniej ponownie postanowiło z niego zadrwić i Sam oczywiście musiał spojrzeć na niego akurat w momencie, w którym zdołał mieć mały promyczek nadziei na uniknięcie obowiązku prowadzenia tej konwersacji. Mimo to, bycie nieprzyjemnym dla Sam'a, który zawsze był bardzo wspierający i miły bez specjalnego powodu było... Niesprawiedliwe. - W szafie nie znalazłem niczego odpowiedniego do obecnej pogody. - Wytłumaczył ostrożnie, starając się brzmieć łagodniej, co widocznie było wystarczające dla rozumiejącego umysłu Sam'a, bo kiwnął głową, mówiąc krótkie „W porządku” i powrócił do patrzenia na ekran.
- Jestem tylko zaskoczony. Myślałem, że wyrzucił go wieki temu.
- Najwyraźniej wyrzucił go aż na sam tył szafy. - Sam zaśmiał się (Castiel nigdy nie mógł do końca zrozumieć ludzkiego poczucia humoru), wzruszając ramionami.
- Brzmi zupełnie jak Dean.
- To prawda. - Zgodził się Castiel, ślad rozbawienia podniósł kąciki jego ust w drobnym uśmiechu.
Potem praktycznie nie zwracali na siebie uwagi, Castiel powoli popijał gorącą herbatę, starając się rozgrzać swoje ciało wystarczająco by pozbyć się gęsiej skórki, a Sam dalej przeglądał coś w swoim sławnym laptopie, Castiel domyślał się, że mogło to mieć coś wspólnego z szukaniem pracy, ale nie obchodziło go to wystarczająco, aby pytać.
Sam był zupełnie inny od swojego starszego brata, pomijając oczywiste różnice wizualne. Sam potrafił pracować spokojnie i w skupieniu, nawet jeśli sytuacja tego nie wymagała i, jeśli Castiel popełniał jakieś rażący ludzi błąd, Sam potrafił cierpliwie mu to wytłumaczyć. Sam był dobrym przyjacielem, jak nauczył się Castiel.
Sam spojrzał na niego przelotnie, znowu wyglądając niekomfortowo, co było mniej lub bardziej subtelnym znakiem pokazującym Castielowi, że znowu się patrzał. Nigdy do końca nie rozumiał co dokładnie jest nie tak z jego wzrokiem, ale Dean wytłumaczył mu dosyć obszernie, że nawet tak mały, dla niego nic nie znaczący gest, może oznaczać wiele dla ludzi i większość uważała to po prostu za dziwne i niezręczne, więc starał się tego nie robić. Ale trudno było zmienić swoje naturalne nawyki, jeśli nawet nie rozumiał co dokładnie jest z nimi nie w porządku.
Sam westchnął, przerywając na chwile czytanie, pusto wpatrując się przed siebie, wyraźnie próbując się skupić.
- Dean pojechał do miasta coś zjeść.
- Wybacz mi, Sam. Trudno kontrolować mi swoje naturalne zachowania. - Wymruczał, kompletnie odwracając się w stronę okna prowadzącego wprost na jedyny dojazd do domu Bobby'ego. Być może Dean wróci zanim Castiel zdąży zupełnie stracić swój humor. Z drugiej strony, oznaczałoby to ponowne zmierzenie się z niebieskim swetrem.
- W porządku Cas. - Odpowiedział młody Winchester, starając się przywołać swoje skupienie sprzed rozpraszania się przez dosłownie każdy szczególik w pokoju. Tak to już było, gdy ktoś wyrwał go z transu. Powiedziałby, „ktoś poza Dean'em”, ale Dean'owi w ogóle nie zdarzało się wyrywać Sam'a z transu, zapewne przez to, że ten zdążył się już przyzwyczaić do tego, że jego starszy brat nie jest dokładnie oazą spokoju. - Swoją drogą, powinieneś sobie zatrzymać ten sweter. Wątpię, że Dean kiedykolwiek użyje go do czegokolwiek poza przynętą na mole. No i ty właściwie wyglądasz w nim dobrze. - Znieruchomiał, szerokimi oczami wpatrując się najpierw w ekran, później szybko kierując się na Castiela, który dalej starał się nie patrzeć. - Nie mów Dean'owi, że to powiedziałem. Zabiłby mnie.
Castiel nie do końca rozumiał dlaczego Dean miałby popełnić bratobójstwo, nawet w nie dosłownym znaczeniu, za powiedzenie czegoś tak prostego (O czym tak właściwie mówił Sam? O tym, żeby nie wytykać Dean'owi jego lenistwa? O tym, że pozwolił Castielowi przejąć jego rzeczy?).
- Obiecuje to tobie, Sam'ie Winchester. - Odpowiedział formalnie, jednak większość jego uwagi i tak była już gdzieś indziej, bo czarna Impala właśnie sunęła do przodu, w stronę domu.
Dean powrócił.
Castiel bez żadnego wytłumaczenia, czy odwracania się za siebie, podążył w stronę wejścia, stając przy ścianie, czekając cicho.
Drzwi otworzyły się, ukazując Castielowi piegowatego blondyna, który od razu odskoczył przynajmniej metr do tyłu, wyglądając na przerażonego.
- Witaj Dean. - Uśmiechnął się, a Dean sycząc pod nosem ciche wściekle splecione ze sobą zdanie, brzmiące jak „sukinkiedyśniechcącycięzastrzeleprzysięgam”, ale nie złościł się na nieświadomego Casa, zamiast tego przyciągnął go do siebie, całując jego skroń. Castiel przymknął oczy.
- Cześć Cas. - Przesunął dłonią po czarnych włosach, ciesząc się przyjemnym uczuciem przepływającym przez jego palce. - Boże, kocham twoje łóżkowe włosy. - Mruknął muskając czubek jego głowy. Potem delikatnie klepnął go w ramie, sygnalizując, że czas się odsunąć. - Cześć kujonie! - Wykrzyknął w stronę dalej nachylonego nad maszyną Sam'a, obejmując Castiela w talii.
- Wal się.
Dean zaśmiał się i Castiel uwielbiał jego śmiech. Uwielbiał ten moment, w którym czuł się dokładnie jak w domu.
Dopiero wtedy Dean zauważył niezwyczajny ubiór Castiela, ale zamiast być niezadowolonym, uśmiechnął się szeroko, odchylając się, żeby lepiej docenić ten widok.
- Świetnie wyglądasz, Cas. - Oczy zaświeciły mu się w ten dziwnie przywłaszczający sposób, który jednocześnie schlebiał i dziwił Castiela. Jako istota wyższa, nie powinien być przywłaszczony przez nikogo innego niż Boga, jednak...
- Znaczy, zawsze wyglądasz świetnie, ale w tym błyszczysz.
… Jednak z tym człowiekiem czuł się bezpiecznie. Czuł się dobrze, będąc przywłaszczanym. Bo Dean też należał do niego i nie w sposób rzeczy, której po prostu jest się właścicielem.
Nie.
Oni należeli do siebie, mieli do siebie prawo i mogli wyrażać to w dowolny sposób.
- Myślałem, że nie będziesz zadowolony z ruszania twoich rzeczy, Dean. - Przekrzywił głowę, mrużąc oczy w skonfundowanym spojrzeniu, na co Dean uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Nie ma mowy, po prostu kusisz. - I tym razem Castiel przyciągnął Dean'a do siebie, całując go do ostatniego tchu, jak zwykle poruszony zgrabną mową Winchester'a. Albo raczej, dopóki Sam nie odwrócił się w ich stronę z typowym dla niego oburzeniem, świadczącym, że zdecydowanie przeszkadzają mu w czytaniu.
- Fuj ludzie. Znajdźcie sobie pokój.
- Zazdrosny Sammy? - Zapytał Dean, opierając podbródek o czubek głowy zmuszonego do pochylenia, skonfundowanego Castiela. Dokuczliwość jego głosu byłaby oczywista nawet dla głuchego.
Jednak zanim braciom udało się wejść w jedną z ich potyczek słowny, Castiel przerwał wszystko zanim jeszcze się zaczęło, mówiąc z rozbrajającym niezrozumieniem:
- Nie rozumiem, Sam. Jesteśmy w pokoju.
- To przenośna Cas.
- Oh.
Przez ich śmiechy, sielankową atmosferę i braterskie dokuczanie sobie nawzajem, Castiel szybko zdążył zapomnieć o pożądliwym wzroku Dean'a, którym obdarzył go, gdy po raz pierwszy tego dnia zdołał zobaczyć pełny ubiór Castiela...
I Castiel zdążył nie wyczuć nadchodzącej burzy, wywołanej jednym, małym, niebieskim swetrem...

Jortini- Łóżko łączy ludzi

Tym o to akcentem pranę rozpocząć...Maraton walentynkowy? Tak to można nazwać? Chciałabym, aby przez ten tydzień pojawiło się opowiadanie. Co mi z tego wyjdzie? Nie wiem, ale warto stawiać sobie wyzwania, prawda?
Co do rozdziału. Jest to coś innego, ale nadal w tematyce XDD Wszyscy fani Leonetty powinni być zadowoleni.
Zakończyłam w takim momencie, ze jeśli będziecie chcieli będę mogła to dokończyć, ale to się jeszcze okaże.
Na razie to tyle. Wszystkim udanych walentynek!

Co z tego, że jest już 20:40, ciiii


`*~*~*~*~*~*~*

-Niesamowicie się stresuje- Szepnęłam do przyjaciółki, która trzymała mnie szczelnie w uścisku. Cała drżałam, a nogi miałam niczym z waty. Na samą myśl o tym, co za chwilę miało się wydarzyć wzdłuż kręgosłupa przebiegały mi ciarki
-Tini, dasz radę-Usilnie mnie pocieszała, co niestety nie pomogło. W życiu prywatnym jestem osobą cieszącą się z małych rzeczy. Zawsze widzę wszystko w kolorowych odcieniach, ale tego dnia wszystko było inaczej. Każdy zaczynający aktor musi liczyć się z tym, ze ten zawód nie ma litości i trzeba zmierzyć się z każdym zadaniem, jednak nie sądziłam, że moja psychika tak szybko zostanie wystawiona na próbę. Tego dnia miałam odegrać swoją pierwsza w życiu scenę łóżkową. Czułam się z tego powodu strasznie. Idąc na casting nie było mowy o takich scenach, a jednak reżyser wprowadził pewne zmiany, które ja jako aktorka musiałam zaakceptować.
Patrzyłam się pusto w przestrzeń. Na ciele miałam jedynie cienką koszulkę nocną, a na to w podobnym pudrowo-różowym kolorze szlafrok. Było mi chłodno, lecz stres wcale mi w tym nie pomagał. Drżałam. To naprawdę nie było coś do czego mogłabym podejść na luzie. Wszystko jednak bardziej się komplikowało, bo moim partnerem miał być całkowicie nowy aktor.
-Matina- Potrząsnęła mną Mercedes- To tylko scena. Trochę cię po dotyka , zahaczy wargami o usta. Zero nagości w kamerze. Dasz radę-To co mówiła nie docierało do mnie, chodź powinno. Dzielą nas 3 lata doświadczenia. Blondynka nie raz była stawiana w takich sytuacjach, a ja? Nawet nie byłam przygotowana, że to nastąpi. Nie w tej produkcji.
-Scena intymna z Isabellą i Marcusem- Krzyknął reżyser przez megafon, a ja zapomniałam przez chwilę jak łapać oddech. Serce chciało wyskoczyć mi z piersi. Miałam ochotę uciec, ale wiedziałam, że nie mam wyjścia.
Mercedes zamknęła mnie w szczelnym uścisku i przejechała dłońmi po plecach, aby mnie uspokoić. Posłałam jej lekki uśmiech i udałam się w kierunku drzwi. Pchnęłam ciężką metalowa konstrukcje, a kiedy zamknęłam je za sobą złapałam kilka głębszych oddechów. Wiedziałam, że jak postawię jeszcze jeden krok to zostanę sam z kamerzystą, reżyserem o raz mężczyzną, którego miałam poznać za kilka minut. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać.
Nim jednak znalazłam się w odpowiedniej scenografii musiałam przejść dość krótki korytarz. Udało mi się to pomimo chwiejących się nóg. Na samym początku reflektor, który padał pod odpowiednim kątem oślepił mnie, przez co zestresowałam się jeszcze bardziej. Na miejscu panowała kompletna cisza. Rozglądałam się rozkojarzona. Chwilę minęło, zanim ktoś do mnie podszedł. Był to sam reżyser.
-Chciałbym, abyś była w tej scenie taka delikatna i niedoświadczona- Wtrącił swoją uwagę. Na twarzy miał szeroki uśmiech, w przeciwieństwie do mnie. Mi wcale nie było do śmiechu.
-Co do niedoświadczenia, nie musisz się martwić, a jeśli chodzi o delikatność, to nie wiem, czy kłoda jest delikatna-Próbowałam zażartować, ale jak widać był to kiepski pomysł. Zrobiłam z siebie tylko kretynkę nic więcej. Skarciłam się w myślach, a z nerwów zaczęłam ściskać swoje palce. Nie mogłam jednak ukryć, że byłam na niego zła. Nie pisałam się na takie coś, a on jak gdyby nigdy nic oznajmił, że zmienił swoje zdanie. Jasne, miał do tego całkowite prawo, ale przynajmniej mógł mnie ta to jakoś przygotować już na wstępie.
-Postaraj się-Powiedział, a ja wiedziałam, że był zażenowany moją wypowiedzią. Spojrzałam na niego tylko przepraszająco, ale Matthias to zignorował- No dobra zaczynamy-Klasnął w dłonie- Zawołać Jorge-Krzyknął.
Nie byłam w stanie opisać co wtedy czułam. Byłam milionami kawałeczków, które drżały ze strachu. Matthias kazał mi przybliżyć się do łóżka, które było w centrum pomieszczenia. Zrobiłam to chodź niepewnie. Dopiero kiedy zbliżyłam się, zauważyłam piękny romantyczny wystrój sypialni, który wpadł mi do gustu.
-Poznajcie się- Zaczął reżyser, a ja gwałtownie się odwróciłam nie zdając sobie sprawy z tego jak blisko stał mój partner. Kilka centymetrów bliżej, a zderzyłabym się z jego nagą klatą. Uniosłam niepewnie wzrok na jego twarz. Miał bardzo ładne piwne oczy i dołeczki, które ukazały mu się kiedy się uśmiechnął. Kompletnie nie pojęłam, dlaczego w takiej sytuacji miał tak dobry humor, ale to nie był mój największy problem. Był kurewsko przystojny, co wcale nie ułatwiło mi tego zadania.
-Jorge-Lekko wyciągnął dłoń w moją stronę, bo przecież nie stałam daleko. Odwzajemniłam gest, a on zacisnął palce na mojej dłoni nie przerywając kontaktu wzrokowego
-Martina- Uśmiechnęłam się niepewnie. Czułam to panujące napięcie, które spowodowało, że cała się spięłam. Byłam tak zestresowana, a świadomość, że zobaczą to miliony ludzi na świecie jeszcze to pogarszała.
-Ta scena ma być namiętna, ale delikatna. Ma być widać, ze się kochacie i skoczylibyście za sobą w ogień. To na być widać. Tą namiętność i pragnienie, jasne?-Zażądał. Nikt się nie odezwał, chodź wiedziałam, że Mtthias na to wyczekiwał. Patrzałam przed siebie lustrując wzrokiem kamerę. Milczałam. Jorge jednak nie przeżywał tego tak bardzo i kiedy widział jak się czuje sam przytaknął.
Z trudem przełknęłam gulę w gardle kiedy zajęliśmy nasze miejsca na łóżku. Nie wiedziałam o czym myśleć, co tak naprawdę mam robić. Czułam, że to wszystko będzie jedną wielka porażką. Poczułam jak materac ugina się pode mną, a szatyn był bliżej mnie.
-Akcja!-Krzyknął reżyser, a ja miałam ochotę wybiec i trzasnąć drzwiami. Spoglądałam na swoje palce lekko je wyginając. Dopiero po chwili poczułam ciepłą, dłoń pod plecami, która jednym ruchem przyciągnęła mnie tak, że siedziałam okrakiem na nogach Jorge. Chciałam pisnąć, ale zagryzłam policzki. To była strasznie niezręczne. Mierzył mnie wzrokiem. Nie wiedziałam, czy już gra czy tez patrzy od tak, ale wypalał mnie swoimi piwnymi tęczówkami lustrując od góry do dołu. Nic nie mówił, jedynie położył dłonie na moich ramionach i lekko mnie zgarbił bo siedziałam tak prosto, jakbym była podtrzymywana przez kijek. Wzięłam głęboki oddech.
-Spokojnie- Szepnął, na tyle abym słyszał go wyłącznie ja.-Rozluźnij się
„Łatwo powiedzieć”-prychałam w myślach.
Ręce miałam bezwładnie puszczone wzdłuż ciała, ale Jorge chwycił je i jedną położy na swoim barku, a druga na klatce w miejscu, gdzie wyczułam jak jego serce biło. Było nieco przyspieszone, co dawało mi znak, że on jednak tez się lekko denerwuje, ale nie był to jego pierwszy raz.
-Nie bój się mnie dotknąć. Nie gryzę-Zaśmiał się. Zacisnęłam lekko palce na jego barku. Czułam, że dłoń, którą trzymał na mojej tali zaczęła się poruszać w górę. Przybliżył mnie do siebie, a kątem oka widziałam, ze kamera uchwyciła nas z prawej strony. Cały czas byłam pod wrażeniem, jego swobodnej gry aktorskiej, jak gdyby to co robił było całkowicie naturalne. Dla mnie było to naprawdę trudne, aby poczuć się w takiej sytuacji komfortowo.
Kiedy dłonią odsunął mi szlafrok z ramienia, a jego usta zbliżyły się do mojej skóry poczułam, że to nie są już żarty i powinnam grać. Mimo tego, że kompletnie nie wiedziałam jak się zachować musiała jakoś improwizować. Próbowałam być zaangażowana. Jego oddech muskał moją naga skórę zmierzając w kierunku szyi, potem na żuchwę. Zatrzymał się tuż przy ustach i lekko je musną, tak aby w efekcie nasz pocałunek był realistyczny. Zbyt długo trwałam bez ruchy, ale to dlatego, że każdy jego bardziej intymny ruch paraliżował mnie. Było to moje pierwsze doświadczenie w takiej sytuacji, a w dodatku z tak przystojnym facetem, co w tym przypadku tylko mnie rozpraszało. Te oczy, które co jakiś czas spotykały moje wywoływały ucisk na żołądku. Dłonie, które sprawnie błądziły po moim ciele zostawiały po sobie wypalające mnie uczucie. Mięśnie, które się naprężały z każdym jego ruchem dodawały mu seksapilu, a ja pragnęłam tylko wbić w nie swoje paznokcie. Kiedy całował moje policzki, a potem kąciki ust niepewnie uniosłam dłoń na jego kark i zaczęłam się bawić jego włosami. Czułam na ramieniu jak się uśmiechnął. Nie wiedziałam, czy tak miał w scenariuszy, czy to tak mimowolnie, ale postanowiłam być trochę bardziej obecna się w tej scenie. Miało być namiętnie, a ja siedziałam jak kłoda. Przymknęłam oczy, bo ciągle zmieniająca kadr kamera jedynie wybijała mnie z rytmu, a ja potrzebowałam się skupić na tym, że jestem w sypialni z moim ukochanym.
Cicho sapnęłam kiedy Jorge zmienił naszą pozycję. Leżałam pod nim, co ułatwiło mi pracę. Osłaniał mnie swoim ciałem, więc nie czułam się aż tak spięta. Tylko na chwilę otworzyłam oczy, ale ponownie je przymknęłam. Tak było zdecydowanie łatwiej. Mimo,że zdecydował się na bardziej stanowcze ruchy wciąż były one delikatne, a ja w pewnym momencie myślałam, że odpłynę. Nie umiałam sobie ułożyć nic w głowie. Rozpadałam się tam z każdym dotykiem, nie umiałam się skupić. To wszystko było zbyt emocjonujące jak dla mnie. To było zbyt wiele. Pierwszy raz z facetem w takiej sytuacji i to nie tylko na planie, wywołało,że szalałam w środku i nie umiałam nad tym zapanować.
Resztkami sił hamowałam się, kiedy dłonią sunął po moim udzie i lekko je zgiął, a potem sprawnie wsunął dłoń pod moją koszulkę. Poczułam dreszcz. Policzki płonęły, a oddech przyspieszył. Byłam przerażona, tym jak reaguje na jego dotyk, a on to wykorzystywał. Ja nie grałam. Oddawałam wszystko co czułam w tamtym momencie. To było za dużo. Chciałam przestać. Odepchnąć go i wybiec stamtąd. Rozsądek gubił się w pożądaniu. Zaczęłam go pragnąć. Wtedy chciałam więcej. Więcej z osobą, którą poznałam kilkanaście minut wcześniej.
Lekko mnie podniósł i pozbył się tej koszulki. Byłam przed nim w bieliźnie. Podziwiał moje ciało, a ja miała ochotę krzyczeć. Każdy jego ruch odczuwałam ze zdwojoną siłą. Miałam dość. Błysk w jego oku jeszcze bardziej mnie rozproszył. Jorge jednak nie przestawał, dalej grał, za co byłam mu wdzięczna, że przejął tą scenę. Z jednej strony byłam strasznie zawstydzona, a z drugiej nie mogłam wymarzyć sobie lepszego partnera.
Muskał moje usta pewniej, a ja chciałam go pocałować. Zatracić się, ale byłam w pracy. W dodatku jedyne co o nim wiedziałam, to jego imię, a to nie było w moim stylu, abym pragnęła kogoś na tyle, aby przespać się z nieznajomym.
Miarka się przebrała, kiedy przez przypadek (taką miałam nadzieję) sunął swoim sprzętem przez moje krocze. Jęknęłam mu do ucha. Pożałowałam tego zaraz po. Poczułam to, jak bardzo się upokorzyłam. Pokazałam mu, że działa na mnie w jakikolwiek sposób. Miałam ochotę się rozpłakać ze zbyt dużej ilości emocji, jakie ze mną walczyły. Otworzyłam oczy i zobaczyłam ten lekko arogancki uśmiech. Jedyne o czym marzyłam to uciec.
-Mamy to!-Zakomunikował reżyser, a Jorge natychmiast się ode mnie odsunął. Zawinęłam się w szlafrok i próbowałam uspokoić oddech. Czułam się okropnie. Patrzałam się na swoje trzęsące się nogi, a jedną ręką dotknęłam swojego gorącego policzka.
-Chodź- Usłyszałam nad sobą,a kontem oka widziałam jak wystawia rękę w moim kierunku. Spojrzałam na niego nie rozumiejąc całej sytuacji, a on tylko uśmiechał się od ucha do ucha. Niepewnie chwyciłam dłoń. Jorge pociągnął mnie, abym wstała z łóżka. Kiedy to zrobiłam, ten niespodziewanie mnie przytulił i schował twarz w zagłębieniu mojej szyi. Minęła chwila nim odwzajemniłam uścisk. Było to dziwne? A może tak wypada robić zawsze? Nie wiedziałam już wtedy kompletnie nic. Miałam pustkę w głowie.
-Było nieźle- Wymruczał mi do ucha, a ja ponownie się spięłam, kiedy przypomniałam sobie w jakiej przed chwila sytuacji byliśmy. Zabrakło mi języka w gębie. Wysapałam jedynie ciche „Dzięki”, bo na dłuższą wypowiedź nie było mnie stać.
-No, było dobrze- Podszedł do na reżyser.- Na dziś już dam wam spokój, ale może się okazać, że będziecie musieli to powtórzyć. Nie wiem jak wyszło to w ujęciach-Rzucił oschle i wyszedł. Po raz kolejny ogarnął mnie strach.
„Jak to jeszcze raz?!”-Krzyczałam w myślach.
-Nie martw się-Położył dłoń na mojej tali i udał się ze mną do wyjścia, cały czas trzymając mnie przy sobie. Było to dziwne, ale wtedy o tym nie myślałam. Kiedy wróciłam do mojej przyjaciółki, ta natychmiast wstała z sofy i podeszła do nas. Zmierzyła pytającym wzrokiem Jorge, a ja wzruszyłam ramionami.
-Możesz być z niej dumna, Dała radę-Potarł moje ramię. Widziałam jak się uśmiecha, więc lekko to odwzajemniłam.-Widzimy się dzisiaj na drinku o 20?-Zapytał, a ja byłam jak w transie.
-Tak-Odpowiedziałam, ale wtedy nie kontaktowałam zbytnio, co się dzieje.
-W takim razie, w Joe's Pub- Ucałował mój policzek i odszedł. Nie drgnęłam. Byłam jak zaczarowana.
-Tini?-Mechi podeszła do mnie bliżej i spojrzała na mnie. Nic nie mówiłam, tylko mocno wtuliłam się w jej drobne ciało. Oddychałam szybko. Wszystkie emocje spłynęły ze mnie. Byłam po. Miałam to wszystko już za sobą. Jedyne co mogłam zrobić to spokojnie odetchnąć.
-Żyje-Wyszeptałam, a ta się zaśmiała.
-No, widzę, że umówiłaś się już na dzisiejszy wieczór- Poruszyła zabawnie brwiami.
-Musze się napić-Stwierdziłam-Z tobą
-A co z towarzystwem seksownego szatyna?- Zapytała
-Możemy pić w trójkę, nie ma problemu-Uśmiechnęłam się.
-Trójkącik mi proponujesz?
-Wy róbcie co chcecie, ja nie chce się w to mieszać-Oznajmiłam i pchnęłam przyjaciółkę w stronę przebieralni. Był luty, więc na dworze wciąż panowała mroźna pogoda. Owinęłam się szalikiem i wyszłam na zewnątrz, gdzie czekała moja przyjaciółka.
-Na kawę?-Zaproponowała. Nie zastanawiałam się ani chwili tylko ruszyłam w kierunku naszej ulubionej kawiarni. Nie miałyśmy zbytnio czasu aby usiąść, więc wzięłyśmy na wynos i przespacerowałyśmy się. Mijałyśmy wiele sklepów, których wystawy były utrzymane w czerwonych kolorach, a na torbach z logo przeplatały się motywy serduszek. Wszędzie pełno misi i słodkich kubeczków. Po chwili do mnie dotarło jaki może być dziś dzień.
-Który dzisiaj?-Zapytałam nagle zatrzymując się przy jednej z takich właśnie wystaw. Blondynka wyciągnęła z torebki telefon i popijając ciepły napój spojrzała na ekran.
-Czternasty, a co?-Zapytała wybita z rytmu.
-Dziś są walentynki- Skwitowałam. Odwróciłam się w stronę Lombre, która szczerzyła się od ucha do ucha. Spojrzałam na nią pytająco, a ta pokręciła głową w niedowierzaniu.
-Przypadek, że to akurat dzisiaj zaprosił cię na tego drinka?
-Oczywiście że tak!-Rzuciłam oburzona- Nigdy wcześniej się nie widzieliśmy. Myślisz, że wstał z łóżka i jego pierwszą myślą było „O dziś zaproszę na drinka tą laskę, z którą prawie się przespałem w pracy”
-Ależ oczywiście, że tak!- Pokręciłam głowa z dezaprobatą i skierowałam się, aby iść dalej- Uwierz, że to jest możliwe. Może wcześniej wiedział z kim będzie grać, hm?
-To jest mało istotne, mam gdzieś te walentynki. Chce się napić- Burknęłam.
-Dlaczego się nie cieszysz?-Wypaliła nagle.
-Niby z czego?-Przystanęłam
-Skoro zaprosił cię na drinka i to w walentynki, to znaczy, ze jest sam-Zapiszczała.
-Powiedziałam, droga wolna. Nie bawię się w romanse z kolegami z pracy.


Wysiadłyśmy z taksówki tuz pod klubem. Dwóch ochroniarzy stało przy wyjściu, a zza szyb widziałam tłum dobrze bawiących się ludzi. Poprawiłam sukienkę, która lekko podwinęła się w aucie i pewnie wraz z moją przyjaciółka udałyśmy się do wejścia. Pokazałyśmy dowody i zostałyśmy wpuszczone do środka. Od razu skierowałyśmy się do szatni, aby zostawić tam nasze wierzchnie ubrania. Dostałyśmy numerki, które wrzuciłyśmy do torebek. Tak jak przypuszczałam. Było tam dużo osób. Jednych mniej lub bardziej pijanych, ale w większości pary. Poczułam się nieco dziwnie, kiedy przechodziłam obok całujących się osób. Od razu podeszłam do baru i zamówiłam dwa drinki. Kelner uśmiechnął się tylko i zaczął przygotowywać nam napoje. Nerwowo rozglądałam się za Jorge, który miał się również tu pojawić.
-Wystawił cię?-Zapytała Mechi popijając już swój alkoholowy napój.
-Może-Wzruszyłam ramionami udając obojętną i pociągnęłam łyk przez słomkę. Od razu poczułam pieczenie w gardle.
Trochę jednak się zawiodłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że faktycznie mógł nas wystawić. Gdzieś w sobie liczyłam na to, że spędzę ten wieczór w jego towarzystwie.
Byłam w trakcie drugiego drinka, kiedy poczułam dłonie na mojej tali.
-Przepraszam za spóźnienie, ale korki na mieście-Powiedział to tuż przy moim uchu, przez co lekko zadrżałam. Nie odezwałam się. Byłam pewna, że już się nie pojawi.
-Nie ma problemu!-Krzyczała moja przyjaciółka. Ja tylko się uśmiechnęłam. Jorge zamówił sobie drinka i po chwili pojawił się tuż obok.
-Czuję się zaszczycony, że spędzam ten dzień zakochanych w towarzystwie takich ładnych pań- Zerknął na mnie, a ja poczułam się lekko nieswojo.
-Nie masz u niej na co liczyć-Zaczęła Mercedes. Spojrzała na mnie i bacznie obserwowała moją reakcję. Jorge spojrzał na nią pytająco.-Ona nie bawi się w romanse z kolegami z pracy- Wypaliła, a ja miałam ochotę ją rozszarpać.
-Naprawdę?-Uniósł jedną brew i uśmiechną się do mnie cwaniacko.
-Ja..Musiałam coś palnąć-Zaczęłam nerwowo bawić się słomką.
-Przykro mi Jorge jeśli cie rozczarowała. Nie jest ciebie warta- Mechi wzruszyła ramionami, a do mnie uśmiechnęła się wrednie. Wiedziałam co chciała tym osiągnąć. Zamówiłam kolejnego drinka.
Upiłam dość sporo i dopiero potem zorientowałam się, że zostałam sama z szatynem. Moja przyjaciółka zapewne ruszyła na parkiet. Uśmiechnęłam się do niego nerwowo. Jakoś dziwnie było mi patrzeć na niego po tym, w jakich okolicznościach się poznaliśmy.
-Nie sądzisz, że najpierw powinniśmy iść na tego drinka, a dopiero potem nagrywać?-Zapytałam, a on uśmiechnął się lekko.
-Sądzę, że teraz nie ma między nami takiego dystansu- Upił łyk. Mrugałam kilka razy. Nie mogłam patrzeć w jego oczy bo czułam, że się rozpływam.
-Zatańczymy?-Wyciągnął dłoń w moja stronę. Po chwili byliśmy już na parkiecie. Alkohol dał mi o sobie znać, bo moje ruchy wydawały się pewniejsze. Czułam, że Jorge chwycił mnie za biodra, ale nie przeszkadzało mi to zbytnio. Tańczyliśmy, co z chwili na chwile było coraz bardziej zmysłowe. Czułam, że jego dłoń zjechała nieco niżej, ale nie złapał mnie za pośladek, za co byłam mu wdzięczna.
-Chodźmy na zewnątrz-Wysapałam, kiedy już zbyt duża ilość ludzi sprawiała, że było mi coraz bardziej duszno. Jorge przytaknął i udał się ze mną do szatni. Wzięłam kurtkę i wraz z szatynem znalazłam się na zewnątrz .Mroźne powietrze było ulgą.
-Chcesz?-Zapytał pokazując mi paczkę papierosów.
-Nie, dzięki
Staliśmy w ciszy, a ja w spokoju oddychałam świeżym powietrzem. Jednak po czasie zrobiło mi się chłodno.
-Może się przejdziemy?-Zaproponowałam.
-Jasne-Odpowiedziałam od razu i skierowaliśmy się w stronę Brooklińskiego mostu,.
-Jak długo jesteś aktorem?-Zapytałam przerywając niezręczną ciszę.
-Dwa lata, ale dziś, to była moja pierwsza taka scena-Nie mogłam ukrywać, że nie wryło mnie w ziemię.
-Kłamiesz-Spojrzałam na niego. Jednak mówił całkowicie poważnie- Dlaczego byłeś taki wyluzowany?-Zapytałam z pretensjami.
-A co w tym trudnego? Wiem co trzeba robić z dziewczyną w sypialni- Właśnie. To była ta rzecz, która nas odróżniała.
-Ale przecież mnie nie znałeś
-I? To nie jest żadna przeszkoda, ale jak widziałem ty przeżywałaś to zdecydowanie bardziej- Posłałam mu nerwowy uśmiech, bo nie wiedziałam co mogłam zrobić innego. Jorge jednak chwycił mnie za rękę i zatrzymał.
-Czemu się tak stresowałaś?-Zapytał. Oddech mi przyspieszył, kiedy była tak blisko.
-Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać- Tłumaczyłam się, ale widziałam, że to go śmieszy
-Bawi cię to?
-Nie, po prostu byłaś taka nieporadna, jakbyś nigdy w życiu tego nie robiła- Spojrzał mi w oczy, a ja momentalnie odwróciłam wzrok.
-Spadaj-Warknęłam i poszłam przed siebie. Blanco jednak nie odpuścił tak łatwo i zatrzymał mnie.
-Dobra nie było tematu- Dotknął mojego pliczka, a mnie po raz kolejny przeszedł dziwny prąd. Zbliżył się lekko, ale wciąż wpatrzony był w moje oczy, ja jednak nie wiedziałam czy patrzeć na jego usta,czy tęczówki, więc po prostu przymknęłam powieki i czekałam, aż zrobi krok. Nie musiałam prosić, bo poczułam jak lekko muska moje wargi, tak ja podczas nagrań, ale kiedy go nie odtrąciłam pogłębił pocałunek. Był delikatny, ale romantyczny. Wplotłam dłonie w jego włosy, a on nieco przygryzł moja wargę. Sapnęłam w jego usta, lecz on to wykorzystał włączając w to swój język. Było to wtedy bardziej zachłanne, ale wciąż namiętne.
-Najgorsze walentynki w moim życiu- Mruknęłam kiedy oderwał się ode mnie.-Złamałam zasady- Zaśmiałam się
-Wiem, i podoba mi się to

Walentynki

Witajcie w ten jakże piękny dzień!
Jedni spędzają ten czas sami, inni z drugą połówką, a my? (Tak, patrze też na was!)
Po co nam chłopak/dziewczyna skoro mamy OTP?
Jak to Anon prawi "Walentynki nabierają innego znaczenia kiedy masz OTP"
A więc...Wszyscy świętujmy!
Żeby nie było. Z tej okazji my również nie będziemy wam dłużne, ale niespodzianki pojawia się później :-D <3

Hello from the Anon side! Nieważne... XD 
Powiem, że nawet podoba mi się nowe cukierkowe tło... Jako iż ostatnio jestem bardzo bardzo głęboko w dole Destiel/Cockles, w sumie nie mam nic do dodania... Oprócz tego, że tło zostaje cały tydzień i robimy siedem (już pięć?) dni miłości. Bo mi się podoba. XD
A więc, bądźcie czujni. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

czwartek, 9 lutego 2017

Gra Flirtu - Część Trzecia. - "Nie będę walczyć"

Okej, jako iż jestem prawie pewna, że nikt tego nie czyta... To powiem parę rzeczy. 
Po pierwsze, tak wrzuciłam rozdział przed skończeniem, ale spanikowałam pięć minut przed północą i... Cóż. XD
Ale już jest cały, także spokojnie.
Po drugie, wow znowu jestem chora, także teraz się zdrzemnę i poprawie to jak się obudzę... Postawię tu wtedy jakiś znaczek, że jest poprawione, także jak kogoś rażą błędy, to proszę nie czytać dopóki znaczka nie będzie ->   C===3
Po trzecie... Jak ktoś czyta, to mam sekrecik... Planuję podobny walentynkowy maraton jak w 2015... Nie wiem czy mi się uda, ale planuje. :^
I jako iż zaczęłam oglądać Supernatural (Ale jestem już w 6 sezonie, lol), oczywiście mam już 4/5 pomysłów na nowe opowiadania z Destiel w roli głównej, bo tak. XD
Ale przynajmniej 3 byłyby długie, więc z tymi się na razie wstrzymuje i... Jak na razie nadrabiam caaaały czas.
A teraz, zapraszam do czytania i komentowania, bo może i to jest trochę ooc i za szczęśliwe, ale jakoś się dobrze bawię. XD
#Multishipper

***

Tego ranka słońce świeciło zbyt jasno, samochody jeździły za głośno, a zapach jego pokoju zdawał się przesadnie dobry.
Generalnie, wszystko zdawało się zbyt.
Nie to że Tony spodziewał się czegoś innego wstając przed czternastą, ale mimo wszystko, był wyjątkowo gburowaty otwierając oczy i czując obok siebie duże ciepłe ciało. Przez chwilę (dłuższą chwilę, jeśli miałby być specyficzny) zapomniał jak się tu znalazł, co wczoraj robił i kim jest wpół tajemnicza osoba, która leżała obok (naprawdę nie chciało mu się sprawdzać), ale po szybkiej inspekcji swojej zdolności logicznego myślenia, przypomniał sobie co tak naprawdę się stało i że tym razem nie przyprowadził sobie „przyjaciela na jedną noc”.
W pewien dziwny sposób mu ulżyło.
Z resztą, i tak nigdy nie przepadał i za imprezowaniem i za sypianiem z ludźmi w wieży.
Podniósł się, opierając o swoje kolana, ziewając i wyciągając się jak leniwy kot.
Bucky obok widocznie w nocy poczuł się jak u siebie, bo rozebrał się zupełnie do naga, czarne bokserki i szare dresy, które każdy członek Avengers dosłownie wielbił po godzinach pracy, leżały luźno na podłodze, dołączając do białej bluzki, która osadziła się tam pierwsza.
Tony nie oceniał, sam był prawie nago, bardzo chętnie byłby nago i, pomijając wszystko inne, stroje, które nosiło większość tak zwanych „superbohaterów” i tak często nie pozostawiało wiele wyobraźni.
Szturchnął mało delikatnie śpiącego w bark, ale on tylko burknął i przewrócił się na drugi bok, w stronę Tonego, który uśmiechał się złośliwie. Nie ma mowy żeby tego dnia mu odpuścił i żeby był jedynym z irytującym bólem głowy. Miał w planach zepsuć dzień pierwszej osobie jaką zobaczy, a to że doskonale pamiętał z kim spał w jednym łóżku wcale nie było nie fair. Przecież mógł sobie pójść.
Jednak jego żołądek ścisnął głód, definitywnie skrócając dalsze molestowanie śpiącego (nic mu nie mogą udowodnić) i postanowił najpierw coś zjeść, zawsze była szansa, że Bucky będzie dalej spał, gdy wróci.
Zgramolił się z łóżka, przekraczając Barnes'a, mimo wszystko nie starając się być nawet cicho i, o ironio, było to chyba jedynym powodem dlaczego się nie obudził. Chociaż z drugiej strony było to perfekcyjnie logiczne, bo instynkty wzbudzały w nim alarm gdy ktoś starał się do niego zakraść, a nie specjalnie obudzić. Złośliwość ludzkiego organizmu.
Gdy już dosięgnął podłogi, z umiarkowanie głośnym tąpnięciem, wreszcie zdołał rozejrzeć się po pokoju, w którym się znajdował...
Zdecydowanie nie swoim pokoju.
Zmarszczył brwi, zdając sobie sprawę, że właściwie nie pamięta do którego z Avengersów może należeć, bo ostatnim razem sprawdzał kamery ochrony... Cóż, na pewno przed wprowadzeniem się tu Bucky'ego, co mogło znaczyć, że jeśli są w jego pokoju, nie miałby o tym pojęcia i jakoś nie miał ochoty grzebać po szafkach w poszukiwaniu wskazówek. Nie jego sprawa.
Tony szybko przeszukał podłogę wzrokiem, nie znajdując tam żadnych swoich ubrań, nagle zdając sobie sprawę, że jego spodnie pewnie dalej są zagubione gdzieś w łóżku albo nawet za nim, a koszulka, przy odrobinie „szczęścia” dalej leży w strzępach na podłodze w pokoju gościnnym.
Ale nie szkodzi, bo jeszcze raz obejmując podłogę wzrokiem, wpadł na lepszy pomysł.
Podniósł białą koszulkę i powąchał ją ostrożnie, z ulgą zauważając, że nie jest nawet specjalnie brudna, pewnie miało to coś wspólnego z ciałem superżołnierza, ale w tym momencie był tylko szczęśliwy, że jego plan mógł wypalić. Tony więc przewiesił ją sobie przez ramię i wziął szybki prysznic, po nim jeszcze raz powąchał koszulkę, która dalej miała na sobie słabą woń alkoholu i Bucky'ego, ale „słaba” to słowo klucz, bo nie było to wcale nieznośne.
Przez otwarte drzwi, stojąc we framudze zerknął na Barnesa, który dalej spał. Tony nie był pewien czy mu ulżyło czy wprost przeciwnie, bo nagle plan wydawał mu dziwny nawet jak na niego, ale kierując się życiową zasadą „nikt nie zawstydza Tony'ego Starka z wyjątkiem Tony'ego Starka”, już bez zbędnego rozglądania się, założył na siebie „pożyczoną” bluzkę, z pewnym zdziwieniem zauważając, że jest jeszcze luźniejsza niż się spodziewał, lekko opadała mu z ramienia i dosięgała ud.
Ale to nawet lepiej, bo zupełnie nie było widać, że ma na sobie bieliznę... A właściwie...
Tony zatrzymał się przed samym wyjściem z pokoju i, nie obracając się nawet w stronę łóżka, bezwstydnie zdjął z siebie własne bokserki, miotając je za siebie i szybko wymknął się z pokoju, chichocząc pod nosem jak obłąkany. Nie mógł już się doczekać się oglądania nagrań z kamery, miny Bucky'ego, który obudzi się, zastanawiając się gdzie też podziały się jego ciuchy... Z resztą, przy odrobinie szczęścia będzie mógł osobiście zobaczyć jego twarz, gdy uświadomi sobie prawdę. Albo w pół prawdę.
Dobra, kłamstwo zmyślnie wymyślone przez Tony'ego, ale było warto.
Na wszelki wypadek zapytał Friday o godzinę (przecież nie będzie sprawdzał nagrania z całego dnia), wyciągając z lodówki resztki śniadania, które zrobił sobie Steve. Na początku wściekał się na Tony'ego za każdym razem, gdy akurat go przyłapał, ale po pięciu czy sześciu razach chyba się przyzwyczaił, że żyje z istotom, która nie ma najmniejszej ochoty na dostosowywanie się do jego norm społecznych ani nawet głupiej współlokatorkiej kultury, poza tym, zawsze używała argumentu „Moja wieża, moje zasady.” i teraz specjalnie zostawiał porcję dla osoby, która akurat się napatoczy. W ponad dziewięćdziesięciu procentach był to Tony, ale nikogo specjalnie to nie obchodziło.
O wilku mowa, pomyślał Tony, gdy do kuchni wparował Kapitan, najwyraźniej po swoim porannym bieganiu, bo o dziwo, wyglądał na bardziej zdyszanego niż zwykle. Dziwne, bo zazwyczaj odzyskiwał energię jeszcze w windzie.
Gdy Tony już zdążył pomyśleć, że nie zauważy go dopóki się porządnie nie napije, Steve stanął w miejscu tak gwałtownie, jakby ktoś nacisnął przycisk „stop”, wpatrując się w niego z wyraźnym grymasem na twarzy, jakby na czymś myślał, przesuwał wzrokiem po jego generalnej sylwetce, nieświadomie krzyżując ramiona na piersi.
- Hej – Pomachał mu Tony, siedząc na wysokim krześle przy blacie. Jego głos widocznie uświadomił coś Steve'owi, bo zarumienił się on lekko, mrucząc ciche „dzień dobry” i wreszcie wyjął sobie wodę z lodówki, naraz łykając większość butelki, tym razem unikając zupełnie patrzenia w stronę rozbawionego Tony'ego.
Bo doskonale wiedział o co chodzi, a Steve, w momencie w którym Tony się odezwał, też musiał się nagle domyśleć co takiego mu nie pasowało, bo widok Starka bez spodni nie był nikomu specjalnie obcy. I tym razem nie chodziło tu nawet o jedynego obecnie żyjącego Starka. - Gdzie wczoraj zniknąłeś? - Tony, jako rasowy złośliwy drań, nie miał zamiaru mu jeszcze odpuścić, bo wewnętrznie zwijał się ze śmiechu, natomiast zewnętrznie udawał niewiniątko, obserwując jak Steve stara się brzmieć i wyglądać, jakby cała sytuacja jest zupełnie normalna i wcale go nie rusza, jednocześnie nie do końca świadomie patrząc na wszystko w pomieszczeniu, oprócz swojego rozmówcy.
- Szkicowałem miasto na balkonie, ale widziałem jak... - Ugryzł się w język, wydając z siebie krótkie „u”, bardziej czerwieniejąc na twarzy i uszach, starając się ubrać myśli w słowa. - Wychodziłeś.
- Aha. - Odpowiedział Tony, w sposób mówiący bardziej „a więc to tak” niż „gówno mnie to obchodzi”, samemu prawie czując zawstydzenie, bo szczerze mówiąc ostatnią osobą, którą chciał jako świadka w jego nie do końca grzecznych „flirtach” był Steve, który nie dość że był przyjacielem ich dwoje i prawie bratem dla Bucky'ego, to jeszcze chyba jedyną osobą z Avengersów, która wzięłaby to na poważnie, nawet dobrze znając Tony'ego. Jednak jako iż Tony nie był dobry w tłumaczeniu się i pewnie po tym wszystkim Kap pewnie i tak by mu nie uwierzył, to tylko wzruszył ramionami. - Nie miałem humoru.
Co do następnych kilkunastu minut, Tony miał tylko szczęście, że Steve ulotnił się z kuchni zanim cokolwiek się wydarzyło, bo tym razem na pewno nie dałoby się uniknąć „poważnej rozmowy”.
Otóż do kuchni (kuchnio-jadalni?) wparował Bucky, oczywiście samej bieliźnie, dobrze że swojej, i jednym zdecydowanym ruchem, łapiąc go za ramiona, odsunął Tony'ego od zlewu, wsadzając pod strumień zimnej wody praktycznie całą głowę, przy okazji łapczywie wypijając wpadający mu do ust płyn.
- Zdajesz sobie sprawę, że w pokojach jest łazienka, prawda? - Zapytał ze złośliwym uśmieszkiem, nie dostając odpowiedzi, dopóki Buck nie oderwał się od kranu, zakręcając lecącą wodę, mokrą dłonią odgarniając włosy kompletnie do tyłu.
Dobra, może i był często ponury, niezbyt dobry we współpracy z większą drużyną i uwielbiali się drażnić, ale był przystojny jak diabli.
Wtedy Bucky zaśmiał się, wpół nerwowo, wpół faktycznie rozbawiony, pocierając swój kark, patrząc na lodówkę.
- Wolałem wyjść. - Mruknął, wyraźnie odznaczając jeszcze oznaki snu, brzmiał bardzo zachrypnięcie, a w połowie prawie załamał mu się głos. Tony jednak zupełnie nie rozumiał o co mu chodziło i czemu nagle zachowywał się jak przyłapany nastolatek, ale swoje emocje wyraził tylko grymasem konsternacji, co nie umknęło uwadze Bucky'ego, bo cisza u Tonego nie była zbyt częstym zjawiskiem. Teraz jednak wydawał się być zaskoczony, ręka pocierająca szyję, luźno opadła do boku, a on lodowato błękitne oczy wreszcie zwróciły się na Starka. - Byliśmy... - Tym razem odchrząknął, kręcąc głową, rozbawiony wpół ukrywany uśmiech wkradł mu się na usta. - To pokój Steve'a.
Tony zamarł, jego mózg powoli wchłonął znaczenie zdania, po czym wybuchnął krótkim śmiechem, potem przestawił się w chwilę powagi i przerażania, zanim jego psotna natura znowu wtrąciła swoje trzy grosze i nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, bliźniaczo podobnego do tego Barnesa.
Żartujesz sobie?
- Nope. - Bucky potrząsnął głową z zakłopotaniem, kładąc specjalny chropowaty nacisk na „p”, wydając z siebie specyficzne puknięcie. - Myślisz, że wie?
Tony zmarszczył brwi, krzyżując ramiona na piersi, dalej nie ukrywając tego, że cała sytuacja bardzo go śmieszy. Czy Steve wiedział? Cóż, wygląda na to że użyje nagrań ochrony do czegoś innego niż planował.
Jednak nagle sobie o czymś przypomniał... Szczególik, którego Bucky chyba nie zauważył, albo w to zwyczajnie nie uwierzył, podczas gdy Tony o fakcie zapomniał.
- Nawet jeśli nie wiedział, to już chyba wie. - Uniósł brwi w sugestywnym geście, łapiąc za dół koszulki i ciągnąc ją nieco do dołu, pokazując Bucky'emu jej wygląd. Ten przez chwilę patrzał się na nią w osłupieniu, będąc żywym zjawiskiem nieświadomości.
Wreszcie coś widocznie klikło na swoje miejsce, bo teraz i Bucky wyglądał na dziwnie zadowolonego, z siebie. Albo też Tonego.

- To moja koszulka.

- Dedukcja żołnierzu. - Tony wzruszył ramionami, a na proste „dobra, to całkiem zabawne, ale teraz ją oddaj”, puścił przód materiału i wycofał się tylko mały kroczek, wyciągając przed siebie obie dłonie, palcami wskazującymi pokazując Bucky'emu, że jeśli tak bardzo jej chce to żeby wziął ją sobie sam. Mina zastygła w żartobliwym wyrazie, nie mając zamiaru zdradzać za dużo.
Bucky, prawie, prawie przewrócił na niego oczami, ale zamiast tego bez żadnego zastanowienia położył obie dłonie na jego opalonych udach, tuż pod końcem koszulki, krótko zerknął mu w oczy, szukając znaku poddania się i oddania jej dobrowolnie, ale Tony nie miał zamiaru odpuścić i tylko przechylił głowę, ponaglając go żeby robił dalej to co robić musi.
Bucky pokręcił lekko głową, nie wierząc w dziwnie dobry humor Tony'ego (nie żeby mu przeszkadzał, ktoś musiał być tutaj zabawny) i kontynuował przesuwać palcami w górę, pod zwisającą luźno koszulkę, w pewien sposób mając nadzieję, że nikt akurat nie wejdzie do pomieszczenia, bo to mogłoby się dziwnie skończyć dla nich obu. Z drugiej strony, po tym wszystkim już nic raczej by go nie zdziwiło ani tym bardziej nie przeszkadzało...
Z wyjątkiem... Był pewny, że już...
Zacisnął lekko dłonie, sprawdzając czy aby na pewno mu się nie przewidziało, ale nie... Tony definitywnie...
- Nie masz nic pod spodem, prawda?
- Nope. - Uśmiech Tony'ego rozciągnął się jeszcze bardziej, o ile było to możliwe bez nagłego spontanicznego wybuchu śmiechu, jako iż był małym (Tony upierałby się, że średnim, ale każdy faktycznie średni obywatel wiedział lepiej) złośliwym gadem, naśladując mowę Bucky'ego, poruszył tylko sugestywnie brwiami i dopiero po tym jak Bucky odsunął się od niego z małym rumieńcem na policzkach i westchnięciem oznaczającym mniej więcej „coś czuje, że już nigdy jej nie zobaczę”, zaśmiał się krótko, klepiąc go po ludzkim ramieniu.
- Nie wygrasz ze Starkiem, mój drogi.
- Kiedykolwiek odzyskam swoje ubranie?
- To tylko mała cena jaką mogłeś zapłacić za wczorajsze rozerwanie mojego.
- Brzmi fair. - I Bucky nie jest do końca pewny czy nawet ma to na myśli, ale musiał dać tą mała wygraną Tony'emu, choćby i dlatego, że dzięki niemu ma gdzie mieszkać. Za to w małym odwecie, gdy Tony na sekundę stracił z pola widzenia swój kubek kawy, Bucky ukradł parę łyków, bez krzywienia się, nawet jeśli ten smak był dokładnym przeciwieństwem jego upodobań i na wpół zirytowaną minę Tony'ego posłał mu tylko swoje najbardziej czarujące oczko (jakoś będą musieli ze sobą przeżyć) i poczochrał go po już wyjątkowo nieułożonych włosach, w duchu przeklinając siebie za dawanie Starkowi pomysłów, bo jeśli Tony wyjątkowo uprze się na czochranie włosów Bucky'ego, to ten prawdopodobnie będzie musiał spędzić godziny pod szczotką Natashy i jej szorstkim „bądź mężczyzną” za każdym razem, gdy mocno pociągnie jakiś wyjątkowo zaplątany kołtun, oczywiście wszystko w akompaniamencie Tony'ego, który prawdopodobnie odeśmiałby sobie swój zgrabny tyłek.
No nic, wszystko ma swoją cenę.
Bucky począł wyjadać resztki z lodówki (Steve widocznie będzie musiał zacząć gotować dla „siebie” przynajmniej trzy razy więcej) a Tony zajął się swoją hologramową gazetą (Tony czasem nazywał to „tablet”, ale z tego co pokazywał mu doktor Banner, Bucky nie uważał że coś bez powierzchni, zupełnie bez powierzchni, powinno być tak nazywane. Jeśli tak, musiał się jeszcze wiele nauczyć o Starkowej elektronice, co zresztą nie było specjalnym zaskoczeniem) a Bucky jedzeniem, chociaż z zainteresowaniem przyglądał się jego działaniom. W przeciwieństwie do Steve'a, który mimo całego swojego dobrego serca, często zachowywał się aż za bardzo starodawnie, Bucky chciałby i wolałby iść z duchem czasu.
I siedzieli tak we dwoje, dopóki do kuchni nieśmiało nie zajrzał Steve, widocznie jeszcze raz przemyślając to co chce powiedzieć widząc dwójkę razem, zanim nie przywołał swojego Kapitana, co dalej wydawało się Bucky'emu zupełnie niedorzeczne, i nie przypominał dumnego symbolu ameryki, pytając się czy nie przeszliby się czasem na trening.
I zanim Bucky zdążył wykrztusić z siebie chociaż jedną literę, Tony gwałtownie podskoczył ze swojego siedzenia i objął ramiona Steve'a (przynajmniej na tyle na ile był w stanie przez różnice rozmiarów), rzucając im dwóm karcące spojrzenie.
- To nie dzień na ratowanie świata staruszku. - I na zaciekawione spojrzenie Barnesa, tym razem to on puścił mu oczko, zanim wrócił w stronę Steve'a ze swoim firmowym perłowym uśmiechem. - To dzień filmowy. Nie ma mowy ani mocy że zrobię dzisiaj cokolwiek innego.
- Tony... - Zaczął Steve, ale ten uciszył go jednym syczącym dźwiękiem, przypominającym karcenie psa.
- Żadnego „Tony”, Steve. Robię naszemu przyjacielowi, Jamesowi, skróconą terapię. - I kiedy biedny dobroduszny i pracowity Steve nie wyglądał wcale na przekonanego, dodał pretensjonalnie. - Robię to też dla ciebie. Przyda wam się małe nadrabianie kultury, skamieliny. - I wtedy, w niesamowicie podobny i rozbrajający sposób, i Tony i Steve automatycznie zwrócili się w stronę Bucky'ego, brązowa para oczu rzucająca pioruny i ostrzeżenia, a niebieska prośbę o pomoc, Bucky nie mógł nic poradzić na automatyczny obronny gest jakim było wzruszenie ramion zanim westchnął (który to już raz tego dnia?) i szczerze wyznał, że;
- Nadrabianie nie brzmi źle. - I nie chodziło nawet o możliwość chodzenia właściwie tylko w bokserkach, co było niesamowicie wygodne, i zwykłe egzystowanie w towarzystwie przyjaciół, czego, mógłby przysiąc, nie robił przez jakieś osiemdziesiąt lat, ale autentycznie zaciekawiła go propozycja. Nie miał zbytnio czasu na nadrabianie niczego innego oprócz sytuacji w jakiej się znalazł i starania się w nadążeniu za zmianami społeczno-Starkowymi jakie nadeszły. Poza tym, gdy ostatnio zobaczył w telewizji trailer filmowy, nie wspominając o samym telewizorze, pomylił go z dokumentem i od jakiegoś już czasu chciał zobaczyć ulepszenie tych wszystkich efektów specjalnych, dźwięków, niedorzecznych scenariuszy o jakich słyszał czy nawet zwyczajnej jakości obrazu.
No i oczywiście, jakoś ciekawiło go co też Tony może zaproponować...
W skrócie, tak, propozycja bardzo mu się spodobała i nawet Steve, którego myśli zdawały się w tej chwili formować tylko w zdanie „trafiła kosa na kamień” nie mógł go powstrzymać.
I w taki sposób Tony wrócił do swojego naturalnego zabawno-szczęśliwego, rozmownego nastawienia, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu, wymieniając prawdopodobnie z dwadzieścia tytułów zanim chociażby zdążył usiąść z powrotem na krześle i zacząć „listę do obejrzenia”, drugą ręką wyszukując najlepszych pozycji.
- Uwolniłeś potwora. - Wyszeptał do niego Steve, siadając obok, nagle wyglądając jak siedem nieszczęść, ale Bucky niespecjalnie się tym przejął, ciesząc się nagłym, niespodziewanym towarzystwem dwóch zupełnie różnych, ale i zabawnych towarzyszy.

W dodatku, ekscytacja Tony'ego wyglądała zupełnie przeuroczo i nie miał pojęcia jak mógłby teraz powiedzieć „nie”.

niedziela, 5 lutego 2017

Dwa Światy Cz.6-Nie chcę płakać bo się skończyło. Chciałabym się cieszyć, że było

Hejkaaa!
Nie zabijajcie...Leonetta będzie obiecuję, będzie jej dużo, ale na razie mamy Francisa, który będzie nam potrzebny więc nie fochajcie się ;-;
Co do częstotliwości pisania rozdziałów...ci co czytają mnie wiedzą, że na blogu pisze jeszcze 3 inne i dlatego to pojawia się w takich terminach...trzeba to jakoś wszystko rozłożyć? Mam nadzieję, ze rozumiecie...
Miłego czytania

Tak nie wierze, ze to napisałam..4:44



Wracając do akademika nie mogłam ukryć, że nie zastanawiałam się nad propozycją Francisa. Miałam dopiero osiemnaście lat, byłam na studiach. Powinnam zacząć żyć, a nie wypłakiwać się w poduszkę. Wiedziałam, że wciąż darzyłam go uczuciem i wiedziałam, że będzie dla mnie ważny do końca życia, ale jednak marnowanie sobie go z powodu jednego przejechania się nie było ta opcją, którą uważałam za odpowiednią.
Tylko co ja wtedy uważałam za odpowiednie...?
Kiedy weszłam do pokoju wszystkie rozmowy ucichły, a ja spotkałam się z zapachem tytoniu, który zapewne był spowodowany przez Lorettę. Niepewnie podeszłam do komody i rzuciłam tam torebkę.
-Hej?-Byłam dość podejrzliwa. Siedziały w milczeniu, jakby ukrywając coś przede mną.-Coś się stało?-Zapytałam. Monica podniosła głowę i uśmiechnęła się sztucznie.
-Co? Nie, skądże- Zachichotała nerwowo. Nie znałyśmy się długo, bo kilka dni, ale Monica kłamała i to ewidentnie.
-Loretta?-Spojrzałam na nią, kiedy ta patrzyła się w przestrzeń i wypuszczała dym z ust.
-Na mnie nie patrz- Wzruszyła ramionami.
-Dobra nie wiem o co tu chodzi, ale wcale mi się to nie podoba- Warknęłam. Żadna z nich nic nie mówiła, więc odpuściłam. Niby co miałam zrobić? Może wcale nie chodziło o mnie? Były przyjaciółkami miały prawo mieć ze sobą sekrety. Usiadłam na łóżku i włączyłam laptopa. Zignorowałam ich obecność. Nałożyłam słuchawki na uszy i włączyłam na luz. Chciałam tak częściej. Wyłączyć myśli i się zrelaksować. Kątem oka widziałam jak szeptały coś do siebie, a po chwili Monica pokazała gestem, abym przestała słuchać muzyki.
-Vils- Zaczęła. Nie powiem poczułam lekk stres. Dziewczyna miała tak dziwny i nieco zmartwiony wyraz twarzy, że serce zabiło mi szybciej. Pierwsze co to pomyślałam o Leonie, o tym, że to z nim coś nie tak, że mogło mu się coś stać.
-Powiedz to wreszcie-Jęknęłam zniecierpliwiona, ale i lekko przestraszona
-Chodzi o mojeg brata- Słyszałam jak słowo „brata” ledwo przeszło jej przez gardło,ale nie tym się przejęłam.
-Co z nim?-Zapytałam. Odłożyłam urządzenie na bok, a sama usiadłam na skraju łóżka.
-Z nim nic...a może. Oh, po prostu zaprosił mnie na kolację- Spojrzała na mnie, a ja byłam lekko oszołomiona? Nie rozumiałam o co jej chodziło.
-Jeśli chcesz, abym z tobą poszła-Przerwałam. Nie lubię odmawiać ludzią, a szczególnie jej. Polubiłam ją i mogłabym się z nią zaprzyjaźnić, ale nie byłam w stanie nawet dla niej ponownie spotkać się z Leonem-To przykro mi, ale muszę odmówić.
-Nie!-Zaprzeczyła-Nie o to mi chodzi. Po prostu chce, abym poznała jego nowo partnerkę-Wypaplała szybko, a mnie coś lekko ukuło w sercu.
Nowa partnerka
Nie wiedziałam co o tym myśleć. Byłam zraniona, cholernie. Pocieszył się i to szybko. Nie czekał zbyt długo, aby po raz kolejny znaleźć sobie zabaweczkę, byłam tylko ciekawa kto tym razem. Próbowałam zachować kamienną twarz, że niby to wcale mnie nie ruszyło co nie było prawdą.
-Pogratuluj mu ode mnie-Uśmiechnęłam się.
-Nie jesteś zła?-Zapytała. Czy byłam zła? Czy ja wiem? Przecież dla mnie był to zamknięty rozdział. Było minęło. Musiałam iść dalej, a przynajmniej tak chciałam zrobić od teraz. Ułożyć swoje życie na nowo. Wyszaleć się teraz i nadrobić te lata, które poświęciłam tylko i wyłącznie jemu, zrekompensować sobie ten stracony czas, który zmarnowałam na latanie samolotami. Takie było moje pragnienie w tamtym momencie. Aby pokazać, że Castillo odchodzi, ale powraca w wielkim stylu.
-Ależ oczywiście, że nie- Zerknęłam na telefon, który wydał z siebie charakterystyczny dźwięk-Zakończyłam rozdział pod tytułem „Verdas”, ale przekaż mu moje gratulacje- Posłałam jej blady uśmiech. Monica była skonfundowała całym tym moim pozytywnym podejściem do życia, szczerze? Ja sama nie wiedziałam co mnie tak napadło. Nagle poczułam chęć zrobienia czegoś, co zawsze mnie hamowało. Hamowało przez Verdasa. Odczuwałam potrzebę zachowania się gówniara i zrobienia tych głupot, które pominęłam, bo zbyt szybko wplatałam się do dość dojrzałego związku.
Chwyciłam telefon do ręki i zobaczyłam sms'a.
Francis: Może jakieś winko?
Uśmiechnęłam się do ekranu. Ten koleś doskonale wiedział kiedy napisać. Oczywiście, że miałam zamiar spędzić ten wieczór z nim. Skoro nasz biznesmen może, to czemu ja nie?
Violetta: A może jakaś kolacja?
Z niecierpliwością czekałam, aż mi odpisze.
Francis: Dobrze, ale pozwól, że to ja popiszę się swoimi kulinarnymi zdolnościami
Zaśmiałam się pod nosem. Nie wiedziałam, że blondyn gotował, ale było to imponujące.
Violetta: Będę o dwudziestej :*
Odłożyłam telefon. Miałam jeszcze wiele czasu.
-Naprawdę? Nie ruszyło cię to nic a nic?-Zaczęła wypytywać z niedowierzaniem brunetka.
„Jasne, że ruszyło. Nie widzisz jak bardzo?”-myślałam.
-Wiadomo, że trochę tak, ale-Przerwałam. Nie wiedziałam jak ubrać to w słowa by nie zabrzmiało głupio. Jednak z tyłu głowy miałam te informacje, że to jest jego siostra, że to jest część Verdasa.-Inaczej, on zawsze będzie dla mnie ważny. Nie zwracając uwagi dlaczego to się skończyło,ale jest szczęśliwy nie?-Spojrzałam na nią. Nie była przekonana. Przekonana o tym, czy jej brat jest szczęśliwy,ale to nie był już mój problem.
-Violetta, wiem, że jeszcze coś do niego czujesz-Skwitowała. Loretta przysłuchiwała się całej tej rozmowie nie wiedząc o czym my tak naprawdę mówimy.
-Nie, nic-Zaprzeczyłam
-Wiem, widziałam po ostatnim- Przenikliwie na mnie spoglądnęła. Nie dało się ukryć ich podobieństwa. Patrzała na mnie dokładnie w takie podobny sposób co Leon. Przeszły mnie lekko ciarki.
-Monica, masz racje. Dalej go kocham,ale jakie to ma znaczenie? Kiedy moja nienawiść jest ponad to? Kiedy wiem jak bardzo się na nim zawiodłam? Jest teraz szczęśliwy? Świetnie, ale ja nie zamierzam już więcej ryczeć. To moje dzisiejsze postanowienie. Chce być szczęśliwa. I dlatego-Wstałam z łóżka uderzając dłońmi o uda -Nie mam zamiaru marnować dzisiejszego wieczoru


Dziewiętnasta nadeszła dość szybko. Wzięłam prysznic. Umalowałam się dość wyraziście, ale bez przesady. Ubrałam się w biała bluzkę z lekko rozkloszowaną na dole, czarne spodnie, a do tego masywne czarne lity. Wyglądałam ładnie, a do tego był to wygodny stój. Nie chciałam wyskakiwać z nie wiadomo jak roznegliżowanym strojem. Wydawało mi się, że było idealne. Byłam sama w pokoju kiedy szykowałam się do wyjścia. Monica i Loretta z tego co było mi wiadomo udały się na jaką domówkę, więc obyło się bez pytań o to z kim się umówiłam i tym podobne. Zamówiłam taksówkę, a kiedy dostałam wiadomość, że jest już na dole ubrałam czarną skórzaną kurtkę i wyszłam z akademika. Po nie całych piętnastu minutach byłam na miejscu. Zapłaciłam kierowcy, a kiedy wysiadłam kątem oka spojrzałam w kierunku apartamentu Verdasa. Był ciemno. Może był w pracy, albo w Nowym Jorku, albo u swojej nowej partnerki.
„Violetta, siebie nie oszukasz, czy ty musisz być taka naiwna?”-Karciłam się w głowie. Nie zlałam tego tematu totalnie. Wręcz przeciwnie dotknęło mnie to, ale jak mówiło moje nowe motto? „Dziś zrób coś dla siebie, za co podziękujesz w przyszłości” i z pewnością użalanie się nad swoim złamanym sercem nie było tym co miałam teraz robić.
Weszłam do budynku. Zapukałam dwa razy. Chwilkę czekałam,ale drzwi zostały mi otwarte,
-Hej- Uśmiechnęłam się szerok. Blondyn to odwzajemnił.
-Cześć, my się znamy? Bo...nie kojarzę takiej laski?
-Idź mi z tymi tekstami na podryw-Zaśmiałam się- Mogę?. Blondyn przesunął się robiąc mi tym miejsce, abym weszłam do środka.
-A tak na przyszłość- Stanęłam w pół kroku tuż przy nim- Te teksty są beznadziejne, nie rób tego więcej
-Cóż, przynajmniej próbowałem- Wzruszył ramionami.
-Liczą się star-Urwałam kiedy weszłam do salonu i zobaczyłam nakryty stół. Serwetki, świece, kieliszki, talerze, sztućce...wszystko jak należy. Było bardzo pięknie i romantycznie.
-Co się liczy?-Zapytał pojawiając się obok mnie.
-Starania-Dokończyłam- Wygląda jak randka
-A jest?- Spojrzał na mnie dość uwodzicielsko.
-Nazywaj to jak chcesz, ale wolałabym przystanąć na twojej propozycji.-Reka blondyna powędrowała na moje plecy i lekko mnie popchnął, abym podeszła do stołu. Odsuną krzesło, a ja usiadłam.
-A więc- Zniżył się, aby być tuz obok mojego ucha- Zacznijmy naszą randkę bez zobowiązań-Szepnął i zniknął po chwili. Rozejrzałam się dookoła. Teraz dopiero zwróciłam uwagę, że w salonie stała gitara.
-Grywasz?-Zapytałam, kiedy chłopak wszedł do pokoju z dwoma talerzami.
-Próbowałem, ale ostatecznie należy do mojego kumpla- Postawił talerz przede mną-Smacznego- Uśmiechnął się.
-Wygląda smakowicie, co to?-Byłam lekko zaszokowana. Danie wyglądała tak wykwintnie, niczym z restauracji.
-Tarta z łososia, oraz sałatka z cukinii w ziołach-Wypowiedział to tak dumnie, a ja zaśmiałam się pod nosem.
-I, że niby ja mam uwierzyć, że masz takie zdolności kulinarne?-Spoglądałam na niego podejrzliwie.
-Nom- Polał wina w kieliszki, a ja od razu upiłam łyka.
-Gadaj, w który katering wybrałeś?-Zapytałam nadziewając kawałek na widelec. Było przepyszne. Smak był tak obłędnie delikatny, ale za razem pieszczący podniebienie. To było coś co zdecydowanie wpadło w mój gust.
-Eee..Katering u Francisa Oldmana- Również napił się trunku, ale patrzał mi w oczy i przyglądał się mojej minie, kiedy żułam posiłek.
-To jest...obłędne. Gastronomia, hotelarstwo, co jeszcze?-Zapytałam. Wino było również bardzo dobre i nie obejrzałam się nim mój kieliszek był pusty.
-Wielu rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz- Uśmiechnął się zadziornie.
Kolacja minęła nam naprawdę przyjemnie. Pyszne danie i wspaniała rozmowa. To było idealne połączenie.
-Ja wyniosę-Zabrałam talerze i wyszłam do kuchni odstawiając je do zmywarki. Po raz ostatni nachylałam się nad urządzeniem i włożyłam jedyny talerz, który pozostał na blacie. Włączyłam zmywarkę, a za plecami poczułam czyjąś obecność. Był blisko. Na tyle blisko, aby jego oddech był odczuwalny na moim karku. Dostałam gęsiej skórki. Swoją dłoń położył na mojej, kiedy opierałam się o blat. Musnął ją opuszkami palców i przeciągnął je do góry wzdłuż całej ręki zatrzymując się na moim nagim ramieniu, który został odkryty przez krój bluzki. Poczułam przyjeme pieszczenie tuż po tym jak sunął swoją dłonią po moim ciele. Nie robiłam nic. Nie przerywałam, nie ingerowałam. Chwilowo mógł zrobić ze mną cokolwiek. Byłam jak w transie. To było takie przyjemne, a z powodu dłuższej przerwy jeszcze bardziej intensywne. Nie pamiętałam wcześniejszej naszej nocy, ale z pewnością było jeszcze bardziej odczuwalna. Ta cała ekscytacja.
Sunął palcem wzdłuż mojego karku. Czułam jak przychylił się bliżej. Czułam jak musnął mnie niepewnie ustami, ale kiedy nie przerwałam zrobił to pewniej i zostawił tam mokry ślad. Okupował moja szyję. Muskał, całował ssał i lekko przygryzał, a ja jedynie odchyliłam głowę na bok, by było mu wygodniej. Pragnęłam tego. Tego relaksu, tej przyjemności jaką daje seks. Odwrócił mnie, tak, że moje oczy wpatrywał się w jego, a po chwili obdarzył mnie namiętnym pocałunkiem. Oddałam go bez zastanowienia. Przecież po to tu przyszłam. Może i zachowałam się głupio, ale nie myślałam o tym. Nie myślałam o jego uczuciach, tylko o tym, aby się odprężyć, aby przez chwilę nie czuć nic tylko rozkosz.
Objął mnie w tali, ale nadal całował i skierował się do sypialni. Pokój oświetlony był jedynie przez latarnie, które dawały blask na dworze. Pchnęłam go na łóżko, tak aby usiadł i znów go pocałowałam. Przykucnęłam, aby pozbyć się jego koszulki, Nie protestował. Widziałam w jego ochach blask, który mówił, że pragnie tego tak samo jak ja. Materiał upadł gdzieś na ziemię, a ja znów się wyprostowała ciągnąc jego podbródek ku górze, aby nie przerwać namiętnego pocałunku.
Dłonie skierował na moje pośladki i zacisnął je, na co ja sapnęłam uchylając usta. Do gry dołączyły nasze języki, które dość marnie radziły sobie w walce między sobą,. Każde z nas pragnęło przejąc kontrolę nad sytuacją. Każde chciało być tą dominą. Ręce przeciągnął w górę i zacisnął palce na skrawku mojej bluzki. Podciągnął ją do góry, ale byłam szybsza i sama zbyła się zbędnej już odzieży. Puściłam jego brodę, na co on skierował się na mój brzuch. Pozostawiał tam mokre ślady i zapewne czerwone, bo czułam to lekkie pieczenie kiedy zasysał mi skórę. Podekscytowanie we mnie rosło. Nie tyle co pragnęła jego, a spełnienia. Tak, wiem byłam okropna, ale i zdesperowana, aby zacząć od początku. Od seksu.
Tym razem to on się podniósł, a mnie pchnął na łóżko, tyle, że ja leżałam. Pocałował mnie w usta, a zaraz potem zjechał niżej zahaczając dłonią o mój stanik. Odpiął mi spodnie i sprawnie ciągnąc za nogawki ściągnął je.
-Laska-Skomentował, a ja uśmiechnęłam się. Lubiłam słyszeć miłe słowa na mój temat, a szczególnie teraz. Z resztą, kto nie lubi?
Chciałam się podnieść, aby odpiąć jego spodnie, ale on ponownie mnie popchnął.
-Nie- Warknął, ale to było bardziej podniecające, niż złe. Sam to zrobił. Pozbył się swoich jeansów i rzucił w kąt po tym jak z kieszeni wyciągnął małą foliową paczuszkę i położył ją obok mnie.
-Widzę, że byłeś przygotowany- Zaśmiałam się.
-W końcu wiedziałem po co się spotykamy- Wpił się w moje usta nieco bardziej brutalnie. Przez przypadek otarł się swoim kroczem o moje udo, czego wcześniej zdecydowanie unikał, a teraz syknął. Zauważyła, że jego ruchy stały się szybsze. Oddech również.
-Wkurza mnie to-Rozpiął mój stanik i ściągnął majtki. Leżałam przed nim całkowicie nago, ale nie czułam krępacji. Chciałam poczuć go w sobie i oddać się momentowi. Dotykał moich piersi, a potem znów błądził dłońmi po całym ciele, ale już mniej się starając. Ssał moją skórę tuz nad obojczykiem, a dłonie wędrowały po moich udach. Byłam rozpalona. Wystarczająco, aby już niedługo to zakończyć.
-Francis!-Pisnęłam. Chłopak oderwał się ode mnie lekko zmieszany i zdyszany.
-Co? Coś nie tak?-Zmarszczył brwi.
-Twój przyjaciel! On się zaraz udusi!-Zaśmiałam się,a blondyn pokręcił głową.
-No tak, a chyba oboje tego bardzo nie chcemy, prawda?- Ściągnął bokserki i ponownie pojawił się przy moich ustach. Rozchylił moje nogi i oderwał się ode mnie. Rozerwał folię i na swojego członka naciągną prezerwatywę. Znów był blisko, tym razem jednak znów skupił się na moim obojczyku, a jedną ręką muskał moją pierś. Czułam przy swoim wejściu jego penisa, a po chwili jego w środku. Drgnęłam z tego mocnego uczucia, które ogarnęło moje podbrzusze. Jeszcze nic nie zrobił, a ja byłam w stanie dojść w tym momencie. Tak dawno tego nie robiłam.
-Ohoh, ktoś tu dawno nie reagował na takie bodźce- Zaśmiał się i wszedł we mnie głębiej na co ja jęknęłam.
-Zamknij się-Skarciłam go- Ostatni raz jak to robiłam to nic nie pamiętam, także musiałeś być kiepski- Dogryzłam mu.
-A ty nachlana w trzy dupy- Pchnął we mnie mocniej. Wygięłam się lekko od jego nagłego ruchu. Znów poruszał się we mnie powoli, aby przyzwyczaić mnie do tej sytuacji. To było przyjemne, ale zdecydowanie nie było to coś czego pragnęłam. Chciałam więcej uczucia, namiętności, gorąca, ale nie mogłam mieć tego z Francisem. Poruszał się intensywniej, a ja z każdym jego ruchem oddychałam szybciej i sapałam na zmianę z cichym pojękiwaniem. Przymrużyłam oczy. Czułam jak po jego kilku szybszych ruchach moje mięśnie się zaciskały. Byłam na skraju. Oczy zaszły mi mgłą z podniecenia, a głowa automatycznie przekręciła się na bok. Zacisnęłam dłonie na pościeli i rozchyliłam powieki. Patrzałam przez okno co chwila wydając z siebie cichy jęk. Apartament Leona było oświetlony, był w domu.
W jednym momencie wszystko wróciło. Ten seks przepełniony miłością i uczuciem. Ten, którego tak mocno pragnęłam. Oczy zaszły mi łzami, a jedną z dłoni wplotłam we włosy Francisa, który dalej składał pocałunki, tym razem na mojej żuchwie. Byłam taką zła osobą. Kochałam się z blondynem, ale wyobraziłam sobie, że to Verdas. Że to on jest teraz tak blisko mnie. Zacisnęłam mocno powieki. Połączyłam uczucie z moją wyobraźnią, a ciało zrobiło swoje.
-Tak maleńka...-Sapała-Zrób to-Pchnął mnie jeszcze kilka razy, a ja o mało co nie wypaplałam imienia Verdasa kiedy byłam przy szczytowaniu. Wszystko się we mnie zacisnęło dając chwilową rozkosz, ale jednak wolałabym być tam. Na tym dziesiątym piętrze. Zanim dowiedziałam się co przed mną ukrywa. Za nim to wszystko się spieprzyło. Na ten jeden moment wrócić do tego dnia kiedy byliśmy jeszcze w namiętnej sytuacji, a potem mogłam go ponownie znienawidzić.
Blondyn doszedł chwile po. Miał zaczerwienione policzki. Ja pewnie zresztą też. Odgarnęłam jego włosy z czoła i dałam mu szybki pocałunek. Położył się obok i lekko mnie do siebie przytulił.
-Fajna jest ta przyjaźń z korzyściami, wiesz?- Odezwał się.
-Wiem- Uśmiechnęłam się lekko. Blondyn pocałował mnie w czubek głowy. Leżeliśmy tak dłuższy czas. Nie odzywając się. Chłopak w pewnym momencie zasnął, a ja odwróciłam się na bok i wpatrywałam w to przeklęte okno. Nie mogłam dłużej leżeć. Wstałam z łóżka i okryłam chłopaka kołdrę. Wyszłam do kuchni nie ubrana, bo w końcu i tak było ciemno. Nikt mnie nie widział, nawet przez okno. Rozglądałam się za butelka wina, którą zostawiliśmy na blacie w kuchni. Chwyciłam ją ze sobą i powróciłam do sypialni. Wzięłam do ręki jeszcze swój telefon i usiałam na łóżku. Przyciągnęłam kolana do siebie i oparłam na nich głowę. Wzięłam dość sporego łyka. Mimo,że czułam lekki chłód nie zakryłam się. Siedziała nago skulona i zapijając swoje smutki patrzyłam się na zapalone światło w wielkim wieżowcu. Miałam déjà vu. Po raz kolejny siedziałam i upijałam się w tym miejscu, z tego samego powodu, patrząc w tym samym kierunku. Obracałam w palcach telefon. Chciałam do niego zadzwonić. Usłyszeć jego głos. Pogratulować mu. Powiedzieć, że wiem i za cholerę nie rozumiem jak mógł tak szybo się pocieszyć. Powiedzieć wszystko. Ile cierpiałam, ze przez niego. Złamać go.
Wiedziałam,że będę tego żałować, ale nie mogłam myśleć racjonalnie. Taka właśnie byłam. Robiłam krok do przodu, potem dwa do tyłu, bo tęskniłam, ale nie mogłam wybaczyć. Odnalazłam kontakt. Wcisnęłam „zadzwoń” i przyłożyłam telefon do ucha,.
Jeden sygnał...dwa...trzy...
Odezwał się.
-Verdas- Rzucił oschle. Jego głos wciąż był ochrypnięty i szorstki. Nie zdawałam sobie sprawy, że płakałam. Nie wydusiłam z siebie ani słowa.
-Halo?-Zaczął brzmieć nieco nerwowo. Mogłam się rozłączyć, ale nie. Musiałam się odezwać.
-Gratuluję-Przełknęła gulę w gardle. Z pewnością usłyszał mój szloch, ale co mnie to. W telefonie było cicho. Głucha cisza i nic więcej. Serce biło mi jak oszalałe.
-Violetta...