wtorek, 14 lutego 2017

A wszystko zaczęło się od swetra... - Część Pierwsza [Destiel]

Okej, jako iż znam siebie, prawdopodobnie to opowiadanie przestanie podobać mi się po tygodniu, bo pisałam pod wpływem weny... Ale trudno! XD
Miał być one shot, ale w połowie dostałam nowego, lepszego pomysłu i... I kontynuuje... Ludzie, chyba mamy nie tylko Maraton Miłości, ale też Maraton Destiel'a, bo mam na to w uj pomysłów. XD
Dzisiaj uderzył mnie kolejny... Ale no nic, mam zamiar napisać też parę innych opowiadań, które oczywiście będą niespodzianką. ( ͡° ͜ʖ ͡°) 
Zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie... Tylko oby wyszło. ;-;
Opowiadanie sponsorowane przez Mishę w swetrach, bo jest tak słodki, że nie potrafię wyrazić tego słowami. Patrząc na niego dostaje weny na życie. XD
Aha, no i nie jestem na bieżąco z serialem (dopiero sezon 6), więc... Jeśli coś by się nie zgadzało, jest to trochę alternatywne uniwersum z już ludzkim Castielem, ale nie dzieje się żadne wielkie bum. Albo w ogóle bum. Okej, to fluff ludzie, nie będzie żadnych dramatów po prostu, pragnę szczęścia dla tych słodziaków. XD
Zapraszam do komentowania, jak zwykle, i... Miłego czytania. 
Jej, nowa etykietka. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

***

Castiel właściwie zawsze budził się przed Dean'em. Taka była kolej rzeczy, Castiel chodził do łóżka wcześniej, zazwyczaj zostawiając Dean'a przed telewizorem i z piwem w ręce, czasami z Sam'em obok, czasami bez, a sam Cas kładł się wygodnie na łóżku w sypialni i czytał książkę, bo nie mógł się skupić z Dean'em i grającym głośno telewizorem. Siłą rzeczy, tak zasypiał, zawsze budząc się z poduszką pod głową i ciepłymi szczelnie oplatającymi go ramionami (śpiący Dean zawsze był, jak to określił Sam, „maszyną do przytulania”), książką bezpiecznie odłożoną na komodzie, pomimo że nigdy nie pamiętał, żeby ją odkładał.
Ale tym razem było inaczej.
Mimo tego, że położył się wcześniej, tak jak zazwyczaj i tego, że gdy wstał był późny, ale jednak, ranek, brakowało mu ciasnego uścisku, a miejsce obok było zimne i puste. Cóż, cały pokój był niesamowicie zimny, więc nawet jeśli Dean wstał siedem minut wcześniej, to łóżko i tak zrobiłoby się lodowate. Castiel westchnął, przeszedł go zimny dreszcz. Uroki tanich moteli i tym razem, domu Bobby'ego, nigdy nie były tak... Eleganckie jak normalne rodzinne domy. O miejscach w niebiosach nie wspominając. Bez zastanowienia wyszedł z łóżka, nagimi stopami stąpając po drewnianych deskach, które równie dobrze mogłyby być blokami lodu i szybkim krokiem podszedł do starej, zniszczonej szafy chyba od wieków stojącej zaraz naprzeciwko łóżka. Antyczny wygląd domu Bobby'ego jednak nigdy Castielowi nie przeszkadzał. Wprost przeciwnie, każdy skrawek kojarzył mu się z rodziną, często wprawiając go w bardzo melancholijny nastrój.
Przeszukał pozostającą mu garderobę, prędko i boleśnie dowiadując się że nie ma w niej nic cieplejszego niż zwyczajna bluzka z długim rękawem i... Zatrzymał się w połowie wyciągania czegoś co wyglądało na grzejący materiał, zdając sobie sprawę, co trzyma w rękach.
Był to dawny, niebieski, w swój sposób świąteczny sweter Dean'a, który od pewnych pamiętnej zimy był cudowną okazją na wewnętrzny żart rodzinny i okazem, z którego nie za sekretnie bez skrupułów nabijał się Sam.
„W swój sposób”, bo prawie wcale nie wyglądał na sweter świąteczny, był aż zanadto zwyczajny, lazurowy z grubym czarnym paskiem, przechodzącym przez klatkę piersiową, jedynym znakiem, że mógł należeć on do okresu zimowego, były wyszyte na tymże pasku białe śnieżki.
Dean nie znosił swetrów. Uważał je za poniżej swojego stylu (Mówił to mniej więcej w ten sposób... Castiel już nie pamiętał, o ile w ogóle wtedy go słuchał) i nigdy w życiu nawet na takowy nie spojrzał...
Jednak jego biedna dawna eks wcale o tym nie wiedziała (Jak mogła wiedzieć, przecież znała go dopiero kilka dni, ale uparła się na wymianę prezentami w duchu świątecznym) i jakimś nieziemskim cudem nawet przekonała Dean'a, żeby założył go na kilka okazji. Potem, oczywiście, narzekał na to tak bardzo, że krótko po zaczęciu jego monologu, Sam również zaczął narzekać, a Castiel był po prostu zbyt... Emocjonalny, żeby mu to przeszkadzało. Nie wiedział, że mógłby poczuć świąteczną atmosferę, ale widocznie zadziałało, i to bardzo dobrze.
W każdym razie, Dean mógł szczęśliwie rzucić sweter w kąt szafy, jak tylko z dziewczyną zerwał, co naturalnie oznaczało „niedługo później”. Castiel dumnie mógł określić się długim długo trwającym i najdłużej trwającym związkiem w jakim Dean kiedykolwiek trwał, a nawet nie mieli dzieci.
No i widocznie o ubraniu zapomniał...
Samemu Castiel niespecjalnie interesował się tym co miał na sobie, jednak lubił własne ubrania. Były idealnie jego rozmiaru i Castielowi się to podobało. Nigdy nie rozumiał sensu noszenia za luźnych na jego ciele ubrań Dean'a, który nie tylko był kilka centymetrów wyższy, ale i jako łowca, był nieco lepiej zbudowany, więc normalnym było, że jego ubrania zwyczajnie na Castiela nie pasowały. Przynajmniej nie w sposób, w jaki Castiel chciałby.
W rzeczywistości, kilkakrotnie nawet pytał co było takiego w noszeniu ubrań swojej drugiej połówki, ale odpowiedzi jakie dostawał wcale go nie satysfakcjonowały, zawsze głosiły coś w stylu „pachnie jak on” albo „przypomina o nim”, na co Castiel tylko delikatnie przechylał głowę w dezorientacji. Dlaczego miało go to obchodzić, skoro bardzo prawdziwy Dean był na wyciągnięcie ręki? W dodatku, będąc ze sobą szczerym, po tym wszystkim Castiel i tak pewnie pachniał do niego bardzo podobnie.
Więc, naturalnie, był zirytowany, gdy jego nadzieje legły w gruzach i okazało się, że sweter magicznie się nie skurczył i gdy ponaglany gęsią skórką i delikatnymi dreszczami, założył go na siebie, zapinając pod samą szyję, okazało się, że ten mimo wszystko zachodził mu na wierzch dłoni i pod biodra, na których, gdyby był w jego rozmiarze, powinien się zatrzymać.
Ale dzień nie miał zamiaru zmienić się w temperaturze, z tego co zauważył (poza tym, czemu miałby w połowie jesieni?), a teraz, już ocieplany, był w stanie dokładniej przeszukać zakamarki szafy, odkrył, że jedyna cieplejszą rzeczą poza tym przeklętym swetrem była jedna ze skórzanych kurtek Dean'a, ale ich Castiel nie dotknąłby za nic w świecie, nawet za jego osobistym pozwoleniem, nie czuł się gotowy na dotykanie jednej z niewielu pamiątek po Johnie Winchester.
Więc zacisnął zęby, wyrzucając swoją dumę przez okno i zapiął nikczemnie niebieską rzecz aż pod samą szyję, powoli schodząc na dół, w stronę kuchni.
Ku własnemu zdziwieniu, poczuł wyraźną ulgę, gdy jedyną osobą siedzącą przy stole był Sam. Najwyraźniej jego podświadomość nie znosiła tej sytuacji tak samo jak i on.
Castiel natychmiast skierował się w stronę czajnika, nalewając do niego wody i stawiając go na zapalonej kuchence, lekceważąco przywitał się z Sam'em, słysząc jego krótką odpowiedź, jednak nadnaturalnie wysoki mężczyzna ani na chwilę nie podniósł wzroku z ekranu laptopa, więc Castiel, po chwili niezręcznego patrzenia, odwrócił się w stronę czajnika i zamiast tego obserwował uchodzącą z niego parę. Jeśli nie będzie musiał stawiać czoła pytaniom na temat jego żenującego występku ze swetrem, tym lepiej.
Zaparzył sobie herbaty, przystając z nogi na nogę, bo dalej chodził o bosych stopach, i kiedy był już gotowy na ciche ulotnienie się z pokoju, usłyszał charakterystyczne „um...” pochodzące od Sam'a. Castiel nauczył się, że oznaczało to, że czuje się on niekomfortowo. Co oczywiście natychmiast sprawiło, że Cas znowu nerwowo skubnął rękaw swetra, zupełnie go niego nieprzyzwyczajony.
Odwrócił się powoli, napotykając wzrok Sam'a, studiujący jego sylwetkę z wyraźnie oszołomioną twarzą. Castiel skrzyżował ramiona, przybierając defensywną postawę, czekając aż Sam zmusi swój mózg do przetworzenia zdania, które próbował wypowiedzieć.
- Czy to nie sweter Dean'a?
- Tak. - Odpowiedział, może trochę zbyt szorstko i zbyt ostro, ale nagle cała jego irytacja wróciła, bo uniwersum (Castiel nie wierzył, że jego ojciec naprawdę ingerował w takie drobnostki) najwyraźniej ponownie postanowiło z niego zadrwić i Sam oczywiście musiał spojrzeć na niego akurat w momencie, w którym zdołał mieć mały promyczek nadziei na uniknięcie obowiązku prowadzenia tej konwersacji. Mimo to, bycie nieprzyjemnym dla Sam'a, który zawsze był bardzo wspierający i miły bez specjalnego powodu było... Niesprawiedliwe. - W szafie nie znalazłem niczego odpowiedniego do obecnej pogody. - Wytłumaczył ostrożnie, starając się brzmieć łagodniej, co widocznie było wystarczające dla rozumiejącego umysłu Sam'a, bo kiwnął głową, mówiąc krótkie „W porządku” i powrócił do patrzenia na ekran.
- Jestem tylko zaskoczony. Myślałem, że wyrzucił go wieki temu.
- Najwyraźniej wyrzucił go aż na sam tył szafy. - Sam zaśmiał się (Castiel nigdy nie mógł do końca zrozumieć ludzkiego poczucia humoru), wzruszając ramionami.
- Brzmi zupełnie jak Dean.
- To prawda. - Zgodził się Castiel, ślad rozbawienia podniósł kąciki jego ust w drobnym uśmiechu.
Potem praktycznie nie zwracali na siebie uwagi, Castiel powoli popijał gorącą herbatę, starając się rozgrzać swoje ciało wystarczająco by pozbyć się gęsiej skórki, a Sam dalej przeglądał coś w swoim sławnym laptopie, Castiel domyślał się, że mogło to mieć coś wspólnego z szukaniem pracy, ale nie obchodziło go to wystarczająco, aby pytać.
Sam był zupełnie inny od swojego starszego brata, pomijając oczywiste różnice wizualne. Sam potrafił pracować spokojnie i w skupieniu, nawet jeśli sytuacja tego nie wymagała i, jeśli Castiel popełniał jakieś rażący ludzi błąd, Sam potrafił cierpliwie mu to wytłumaczyć. Sam był dobrym przyjacielem, jak nauczył się Castiel.
Sam spojrzał na niego przelotnie, znowu wyglądając niekomfortowo, co było mniej lub bardziej subtelnym znakiem pokazującym Castielowi, że znowu się patrzał. Nigdy do końca nie rozumiał co dokładnie jest nie tak z jego wzrokiem, ale Dean wytłumaczył mu dosyć obszernie, że nawet tak mały, dla niego nic nie znaczący gest, może oznaczać wiele dla ludzi i większość uważała to po prostu za dziwne i niezręczne, więc starał się tego nie robić. Ale trudno było zmienić swoje naturalne nawyki, jeśli nawet nie rozumiał co dokładnie jest z nimi nie w porządku.
Sam westchnął, przerywając na chwile czytanie, pusto wpatrując się przed siebie, wyraźnie próbując się skupić.
- Dean pojechał do miasta coś zjeść.
- Wybacz mi, Sam. Trudno kontrolować mi swoje naturalne zachowania. - Wymruczał, kompletnie odwracając się w stronę okna prowadzącego wprost na jedyny dojazd do domu Bobby'ego. Być może Dean wróci zanim Castiel zdąży zupełnie stracić swój humor. Z drugiej strony, oznaczałoby to ponowne zmierzenie się z niebieskim swetrem.
- W porządku Cas. - Odpowiedział młody Winchester, starając się przywołać swoje skupienie sprzed rozpraszania się przez dosłownie każdy szczególik w pokoju. Tak to już było, gdy ktoś wyrwał go z transu. Powiedziałby, „ktoś poza Dean'em”, ale Dean'owi w ogóle nie zdarzało się wyrywać Sam'a z transu, zapewne przez to, że ten zdążył się już przyzwyczaić do tego, że jego starszy brat nie jest dokładnie oazą spokoju. - Swoją drogą, powinieneś sobie zatrzymać ten sweter. Wątpię, że Dean kiedykolwiek użyje go do czegokolwiek poza przynętą na mole. No i ty właściwie wyglądasz w nim dobrze. - Znieruchomiał, szerokimi oczami wpatrując się najpierw w ekran, później szybko kierując się na Castiela, który dalej starał się nie patrzeć. - Nie mów Dean'owi, że to powiedziałem. Zabiłby mnie.
Castiel nie do końca rozumiał dlaczego Dean miałby popełnić bratobójstwo, nawet w nie dosłownym znaczeniu, za powiedzenie czegoś tak prostego (O czym tak właściwie mówił Sam? O tym, żeby nie wytykać Dean'owi jego lenistwa? O tym, że pozwolił Castielowi przejąć jego rzeczy?).
- Obiecuje to tobie, Sam'ie Winchester. - Odpowiedział formalnie, jednak większość jego uwagi i tak była już gdzieś indziej, bo czarna Impala właśnie sunęła do przodu, w stronę domu.
Dean powrócił.
Castiel bez żadnego wytłumaczenia, czy odwracania się za siebie, podążył w stronę wejścia, stając przy ścianie, czekając cicho.
Drzwi otworzyły się, ukazując Castielowi piegowatego blondyna, który od razu odskoczył przynajmniej metr do tyłu, wyglądając na przerażonego.
- Witaj Dean. - Uśmiechnął się, a Dean sycząc pod nosem ciche wściekle splecione ze sobą zdanie, brzmiące jak „sukinkiedyśniechcącycięzastrzeleprzysięgam”, ale nie złościł się na nieświadomego Casa, zamiast tego przyciągnął go do siebie, całując jego skroń. Castiel przymknął oczy.
- Cześć Cas. - Przesunął dłonią po czarnych włosach, ciesząc się przyjemnym uczuciem przepływającym przez jego palce. - Boże, kocham twoje łóżkowe włosy. - Mruknął muskając czubek jego głowy. Potem delikatnie klepnął go w ramie, sygnalizując, że czas się odsunąć. - Cześć kujonie! - Wykrzyknął w stronę dalej nachylonego nad maszyną Sam'a, obejmując Castiela w talii.
- Wal się.
Dean zaśmiał się i Castiel uwielbiał jego śmiech. Uwielbiał ten moment, w którym czuł się dokładnie jak w domu.
Dopiero wtedy Dean zauważył niezwyczajny ubiór Castiela, ale zamiast być niezadowolonym, uśmiechnął się szeroko, odchylając się, żeby lepiej docenić ten widok.
- Świetnie wyglądasz, Cas. - Oczy zaświeciły mu się w ten dziwnie przywłaszczający sposób, który jednocześnie schlebiał i dziwił Castiela. Jako istota wyższa, nie powinien być przywłaszczony przez nikogo innego niż Boga, jednak...
- Znaczy, zawsze wyglądasz świetnie, ale w tym błyszczysz.
… Jednak z tym człowiekiem czuł się bezpiecznie. Czuł się dobrze, będąc przywłaszczanym. Bo Dean też należał do niego i nie w sposób rzeczy, której po prostu jest się właścicielem.
Nie.
Oni należeli do siebie, mieli do siebie prawo i mogli wyrażać to w dowolny sposób.
- Myślałem, że nie będziesz zadowolony z ruszania twoich rzeczy, Dean. - Przekrzywił głowę, mrużąc oczy w skonfundowanym spojrzeniu, na co Dean uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Nie ma mowy, po prostu kusisz. - I tym razem Castiel przyciągnął Dean'a do siebie, całując go do ostatniego tchu, jak zwykle poruszony zgrabną mową Winchester'a. Albo raczej, dopóki Sam nie odwrócił się w ich stronę z typowym dla niego oburzeniem, świadczącym, że zdecydowanie przeszkadzają mu w czytaniu.
- Fuj ludzie. Znajdźcie sobie pokój.
- Zazdrosny Sammy? - Zapytał Dean, opierając podbródek o czubek głowy zmuszonego do pochylenia, skonfundowanego Castiela. Dokuczliwość jego głosu byłaby oczywista nawet dla głuchego.
Jednak zanim braciom udało się wejść w jedną z ich potyczek słowny, Castiel przerwał wszystko zanim jeszcze się zaczęło, mówiąc z rozbrajającym niezrozumieniem:
- Nie rozumiem, Sam. Jesteśmy w pokoju.
- To przenośna Cas.
- Oh.
Przez ich śmiechy, sielankową atmosferę i braterskie dokuczanie sobie nawzajem, Castiel szybko zdążył zapomnieć o pożądliwym wzroku Dean'a, którym obdarzył go, gdy po raz pierwszy tego dnia zdołał zobaczyć pełny ubiór Castiela...
I Castiel zdążył nie wyczuć nadchodzącej burzy, wywołanej jednym, małym, niebieskim swetrem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz