Okej, jako iż znam siebie, prawdopodobnie to opowiadanie przestanie podobać mi się po tygodniu, bo pisałam pod wpływem weny... Ale trudno! XD
Miał być one shot, ale w połowie dostałam nowego, lepszego pomysłu i... I kontynuuje... Ludzie, chyba mamy nie tylko Maraton Miłości, ale też Maraton Destiel'a, bo mam na to w uj pomysłów. XD
Dzisiaj uderzył mnie kolejny... Ale no nic, mam zamiar napisać też parę innych opowiadań, które oczywiście będą niespodzianką. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie... Tylko oby wyszło. ;-;
Opowiadanie sponsorowane przez Mishę w swetrach, bo jest tak słodki, że nie potrafię wyrazić tego słowami. Patrząc na niego dostaje weny na życie. XD
Aha, no i nie jestem na bieżąco z serialem (dopiero sezon 6), więc... Jeśli coś by się nie zgadzało, jest to trochę alternatywne uniwersum z już ludzkim Castielem, ale nie dzieje się żadne wielkie bum. Albo w ogóle bum. Okej, to fluff ludzie, nie będzie żadnych dramatów po prostu, pragnę szczęścia dla tych słodziaków. XD
Zapraszam do komentowania, jak zwykle, i... Miłego czytania.
Jej, nowa etykietka. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
***
Castiel właściwie zawsze budził się
przed Dean'em. Taka była kolej rzeczy, Castiel chodził do łóżka
wcześniej, zazwyczaj zostawiając Dean'a przed telewizorem i z piwem
w ręce, czasami z Sam'em obok, czasami bez, a sam Cas kładł się
wygodnie na łóżku w sypialni i czytał książkę, bo nie mógł
się skupić z Dean'em i grającym głośno telewizorem. Siłą
rzeczy, tak zasypiał, zawsze budząc się z poduszką pod głową i
ciepłymi szczelnie oplatającymi go ramionami (śpiący Dean zawsze
był, jak to określił Sam, „maszyną do przytulania”), książką
bezpiecznie odłożoną na komodzie, pomimo że nigdy nie pamiętał,
żeby ją odkładał.
Ale tym razem było inaczej.
Mimo tego, że położył się
wcześniej, tak jak zazwyczaj i tego, że gdy wstał był późny,
ale jednak, ranek, brakowało mu ciasnego uścisku, a miejsce obok
było zimne i puste. Cóż, cały pokój był niesamowicie zimny,
więc nawet jeśli Dean wstał siedem minut wcześniej, to łóżko i
tak zrobiłoby się lodowate. Castiel westchnął, przeszedł go
zimny dreszcz. Uroki tanich moteli i tym razem, domu Bobby'ego, nigdy
nie były tak... Eleganckie jak normalne rodzinne domy. O miejscach w
niebiosach nie wspominając. Bez zastanowienia wyszedł z łóżka,
nagimi stopami stąpając po drewnianych deskach, które równie
dobrze mogłyby być blokami lodu i szybkim krokiem podszedł do
starej, zniszczonej szafy chyba od wieków stojącej zaraz
naprzeciwko łóżka. Antyczny wygląd domu Bobby'ego jednak nigdy
Castielowi nie przeszkadzał. Wprost przeciwnie, każdy skrawek
kojarzył mu się z rodziną, często wprawiając go w bardzo
melancholijny nastrój.
Przeszukał pozostającą mu garderobę,
prędko i boleśnie dowiadując się że nie ma w niej nic
cieplejszego niż zwyczajna bluzka z długim rękawem i... Zatrzymał
się w połowie wyciągania czegoś co wyglądało na grzejący
materiał, zdając sobie sprawę, co trzyma w rękach.
Był to dawny, niebieski, w swój
sposób świąteczny sweter Dean'a, który od pewnych pamiętnej zimy
był cudowną okazją na wewnętrzny żart rodzinny i okazem, z
którego nie za sekretnie bez skrupułów nabijał się Sam.
„W swój sposób”, bo prawie wcale
nie wyglądał na sweter świąteczny, był aż zanadto zwyczajny,
lazurowy z grubym czarnym paskiem, przechodzącym przez klatkę
piersiową, jedynym znakiem, że mógł należeć on do okresu
zimowego, były wyszyte na tymże pasku białe śnieżki.
Dean nie znosił swetrów. Uważał je
za poniżej swojego stylu (Mówił to mniej więcej w ten sposób...
Castiel już nie pamiętał, o ile w ogóle wtedy go słuchał) i
nigdy w życiu nawet na takowy nie spojrzał...
Jednak jego biedna dawna eks wcale o
tym nie wiedziała (Jak mogła wiedzieć, przecież znała go dopiero
kilka dni, ale uparła się na wymianę prezentami w duchu
świątecznym) i jakimś nieziemskim cudem nawet przekonała Dean'a,
żeby założył go na kilka okazji. Potem, oczywiście, narzekał na
to tak bardzo, że krótko po zaczęciu jego monologu, Sam również
zaczął narzekać, a Castiel był po prostu zbyt... Emocjonalny,
żeby mu to przeszkadzało. Nie wiedział, że mógłby poczuć
świąteczną atmosferę, ale widocznie zadziałało, i to bardzo
dobrze.
W każdym razie, Dean mógł
szczęśliwie rzucić sweter w kąt szafy, jak tylko z dziewczyną
zerwał, co naturalnie oznaczało „niedługo później”. Castiel
dumnie mógł określić się długim długo trwającym i najdłużej
trwającym związkiem w jakim Dean kiedykolwiek trwał, a nawet nie
mieli dzieci.
No i widocznie o ubraniu zapomniał...
Samemu Castiel niespecjalnie
interesował się tym co miał na sobie, jednak lubił własne
ubrania. Były idealnie jego rozmiaru i Castielowi się to podobało.
Nigdy nie rozumiał sensu noszenia za luźnych na jego ciele ubrań
Dean'a, który nie tylko był kilka centymetrów wyższy, ale i jako
łowca, był nieco lepiej zbudowany, więc normalnym było, że jego
ubrania zwyczajnie na Castiela nie pasowały. Przynajmniej nie w
sposób, w jaki Castiel chciałby.
W rzeczywistości, kilkakrotnie nawet
pytał co było takiego w noszeniu ubrań swojej drugiej połówki,
ale odpowiedzi jakie dostawał wcale go nie satysfakcjonowały,
zawsze głosiły coś w stylu „pachnie jak on” albo „przypomina
o nim”, na co Castiel tylko delikatnie przechylał głowę w
dezorientacji. Dlaczego miało go to obchodzić, skoro bardzo
prawdziwy Dean był na wyciągnięcie ręki? W dodatku, będąc ze
sobą szczerym, po tym wszystkim Castiel i tak pewnie pachniał do
niego bardzo podobnie.
Więc, naturalnie, był zirytowany, gdy
jego nadzieje legły w gruzach i okazało się, że sweter magicznie
się nie skurczył i gdy ponaglany gęsią skórką i delikatnymi
dreszczami, założył go na siebie, zapinając pod samą szyję,
okazało się, że ten mimo wszystko zachodził mu na wierzch dłoni
i pod biodra, na których, gdyby był w jego rozmiarze, powinien się
zatrzymać.
Ale dzień nie miał zamiaru zmienić
się w temperaturze, z tego co zauważył (poza tym, czemu miałby w
połowie jesieni?), a teraz, już ocieplany, był w stanie dokładniej
przeszukać zakamarki szafy, odkrył, że jedyna cieplejszą rzeczą
poza tym przeklętym swetrem była jedna ze skórzanych kurtek
Dean'a, ale ich Castiel nie dotknąłby za nic w świecie, nawet za
jego osobistym pozwoleniem, nie czuł się gotowy na dotykanie jednej
z niewielu pamiątek po Johnie Winchester.
Więc zacisnął zęby, wyrzucając
swoją dumę przez okno i zapiął nikczemnie niebieską rzecz aż
pod samą szyję, powoli schodząc na dół, w stronę kuchni.
Ku własnemu zdziwieniu, poczuł
wyraźną ulgę, gdy jedyną osobą siedzącą przy stole był Sam.
Najwyraźniej jego podświadomość nie znosiła tej sytuacji tak
samo jak i on.
Castiel natychmiast skierował się w
stronę czajnika, nalewając do niego wody i stawiając go na
zapalonej kuchence, lekceważąco przywitał się z Sam'em, słysząc
jego krótką odpowiedź, jednak nadnaturalnie wysoki mężczyzna ani
na chwilę nie podniósł wzroku z ekranu laptopa, więc Castiel, po
chwili niezręcznego patrzenia, odwrócił się w stronę czajnika i
zamiast tego obserwował uchodzącą z niego parę. Jeśli nie będzie
musiał stawiać czoła pytaniom na temat jego żenującego występku
ze swetrem, tym lepiej.
Zaparzył sobie herbaty, przystając z
nogi na nogę, bo dalej chodził o bosych stopach, i kiedy był już
gotowy na ciche ulotnienie się z pokoju, usłyszał
charakterystyczne „um...” pochodzące od Sam'a. Castiel nauczył
się, że oznaczało to, że czuje się on niekomfortowo. Co
oczywiście natychmiast sprawiło, że Cas znowu nerwowo skubnął
rękaw swetra, zupełnie go niego nieprzyzwyczajony.
Odwrócił się powoli, napotykając
wzrok Sam'a, studiujący jego sylwetkę z wyraźnie oszołomioną
twarzą. Castiel skrzyżował ramiona, przybierając defensywną
postawę, czekając aż Sam zmusi swój mózg do przetworzenia
zdania, które próbował wypowiedzieć.
- Czy to nie sweter Dean'a?
- Tak. - Odpowiedział, może trochę
zbyt szorstko i zbyt ostro, ale nagle cała jego irytacja wróciła,
bo uniwersum (Castiel nie wierzył, że jego ojciec naprawdę
ingerował w takie drobnostki) najwyraźniej ponownie postanowiło z
niego zadrwić i Sam oczywiście musiał spojrzeć na niego akurat w
momencie, w którym zdołał mieć mały promyczek nadziei na
uniknięcie obowiązku prowadzenia tej konwersacji. Mimo to, bycie
nieprzyjemnym dla Sam'a, który zawsze był bardzo wspierający i
miły bez specjalnego powodu było... Niesprawiedliwe. - W szafie nie
znalazłem niczego odpowiedniego do obecnej pogody. - Wytłumaczył
ostrożnie, starając się brzmieć łagodniej, co widocznie było
wystarczające dla rozumiejącego umysłu Sam'a, bo kiwnął głową,
mówiąc krótkie „W porządku” i powrócił do patrzenia na
ekran.
- Jestem tylko zaskoczony. Myślałem,
że wyrzucił go wieki temu.
- Najwyraźniej wyrzucił go aż na sam
tył szafy. - Sam zaśmiał się (Castiel nigdy nie mógł do końca
zrozumieć ludzkiego poczucia humoru), wzruszając ramionami.
- Brzmi zupełnie jak Dean.
- To prawda. - Zgodził się Castiel,
ślad rozbawienia podniósł kąciki jego ust w drobnym uśmiechu.
Potem praktycznie nie zwracali na
siebie uwagi, Castiel powoli popijał gorącą herbatę, starając
się rozgrzać swoje ciało wystarczająco by pozbyć się gęsiej
skórki, a Sam dalej przeglądał coś w swoim sławnym laptopie,
Castiel domyślał się, że mogło to mieć coś wspólnego z
szukaniem pracy, ale nie obchodziło go to wystarczająco, aby pytać.
Sam był zupełnie inny od swojego
starszego brata, pomijając oczywiste różnice wizualne. Sam
potrafił pracować spokojnie i w skupieniu, nawet jeśli sytuacja
tego nie wymagała i, jeśli Castiel popełniał jakieś rażący
ludzi błąd, Sam potrafił cierpliwie mu to wytłumaczyć. Sam był
dobrym przyjacielem, jak nauczył się Castiel.
Sam spojrzał na niego przelotnie,
znowu wyglądając niekomfortowo, co było mniej lub bardziej
subtelnym znakiem pokazującym Castielowi, że znowu się patrzał.
Nigdy do końca nie rozumiał co dokładnie jest nie tak z jego
wzrokiem, ale Dean wytłumaczył mu dosyć obszernie, że nawet tak
mały, dla niego nic nie znaczący gest, może oznaczać wiele dla
ludzi i większość uważała to po prostu za dziwne i niezręczne,
więc starał się tego nie robić. Ale trudno było zmienić swoje
naturalne nawyki, jeśli nawet nie rozumiał co dokładnie jest z
nimi nie w porządku.
Sam westchnął, przerywając na chwile
czytanie, pusto wpatrując się przed siebie, wyraźnie próbując
się skupić.
- Dean pojechał do miasta coś zjeść.
- Wybacz mi, Sam. Trudno kontrolować
mi swoje naturalne zachowania. - Wymruczał, kompletnie odwracając
się w stronę okna prowadzącego wprost na jedyny dojazd do domu
Bobby'ego. Być może Dean wróci zanim Castiel zdąży zupełnie
stracić swój humor. Z drugiej strony, oznaczałoby to ponowne
zmierzenie się z niebieskim swetrem.
- W porządku Cas. - Odpowiedział
młody Winchester, starając się przywołać swoje skupienie sprzed
rozpraszania się przez dosłownie każdy szczególik w pokoju. Tak
to już było, gdy ktoś wyrwał go z transu. Powiedziałby, „ktoś
poza Dean'em”, ale Dean'owi w ogóle nie zdarzało się wyrywać
Sam'a z transu, zapewne przez to, że ten zdążył się już
przyzwyczaić do tego, że jego starszy brat nie jest dokładnie oazą
spokoju. - Swoją drogą, powinieneś sobie zatrzymać ten sweter.
Wątpię, że Dean kiedykolwiek użyje go do czegokolwiek poza
przynętą na mole. No i ty właściwie wyglądasz w nim dobrze. -
Znieruchomiał, szerokimi oczami wpatrując się najpierw w ekran,
później szybko kierując się na Castiela, który dalej starał się
nie patrzeć. - Nie mów
Dean'owi, że to powiedziałem. Zabiłby mnie.
Castiel
nie do końca rozumiał dlaczego Dean miałby popełnić
bratobójstwo, nawet w nie dosłownym znaczeniu, za powiedzenie
czegoś tak prostego (O czym tak właściwie mówił Sam? O tym, żeby
nie wytykać Dean'owi jego lenistwa? O tym, że pozwolił Castielowi
przejąć jego rzeczy?).
-
Obiecuje to tobie, Sam'ie Winchester. - Odpowiedział formalnie,
jednak większość jego uwagi i tak była już gdzieś indziej, bo
czarna Impala właśnie sunęła do przodu, w stronę domu.
Dean powrócił.
Castiel bez żadnego wytłumaczenia,
czy odwracania się za siebie, podążył w stronę wejścia, stając
przy ścianie, czekając cicho.
Drzwi otworzyły się, ukazując
Castielowi piegowatego blondyna, który od razu odskoczył
przynajmniej metr do tyłu, wyglądając na przerażonego.
- Witaj Dean. - Uśmiechnął się, a
Dean sycząc pod nosem ciche wściekle splecione ze sobą zdanie,
brzmiące jak „sukinkiedyśniechcącycięzastrzeleprzysięgam”,
ale nie złościł się na nieświadomego Casa, zamiast tego
przyciągnął go do siebie, całując jego skroń. Castiel przymknął
oczy.
- Cześć Cas. - Przesunął dłonią
po czarnych włosach, ciesząc się przyjemnym uczuciem
przepływającym przez jego palce. - Boże, kocham twoje łóżkowe
włosy. - Mruknął muskając czubek jego głowy. Potem delikatnie
klepnął go w ramie, sygnalizując, że czas się odsunąć. - Cześć
kujonie! - Wykrzyknął w stronę dalej nachylonego nad maszyną
Sam'a, obejmując Castiela w talii.
- Wal się.
Dean zaśmiał się i Castiel uwielbiał
jego śmiech. Uwielbiał ten moment, w którym czuł się dokładnie
jak w domu.
Dopiero wtedy Dean zauważył
niezwyczajny ubiór Castiela, ale zamiast być niezadowolonym,
uśmiechnął się szeroko, odchylając się, żeby lepiej docenić
ten widok.
- Świetnie wyglądasz, Cas. - Oczy
zaświeciły mu się w ten dziwnie przywłaszczający sposób, który
jednocześnie schlebiał i dziwił Castiela. Jako istota wyższa, nie
powinien być przywłaszczony przez nikogo innego niż Boga,
jednak...
- Znaczy, zawsze wyglądasz świetnie,
ale w tym błyszczysz.
… Jednak z tym człowiekiem czuł się
bezpiecznie. Czuł się dobrze, będąc przywłaszczanym. Bo Dean też
należał do niego i nie w sposób rzeczy, której po prostu jest się
właścicielem.
Nie.
Oni należeli do siebie, mieli do
siebie prawo i mogli wyrażać to w dowolny sposób.
- Myślałem, że nie będziesz
zadowolony z ruszania twoich rzeczy, Dean. - Przekrzywił głowę,
mrużąc oczy w skonfundowanym spojrzeniu, na co Dean uśmiechnął
się jeszcze szerzej.
- Nie ma mowy, po prostu kusisz. - I
tym razem Castiel przyciągnął Dean'a do siebie, całując go do
ostatniego tchu, jak zwykle poruszony zgrabną mową Winchester'a.
Albo raczej, dopóki Sam nie odwrócił się w ich stronę z typowym
dla niego oburzeniem, świadczącym, że zdecydowanie przeszkadzają
mu w czytaniu.
- Fuj ludzie. Znajdźcie sobie pokój.
- Zazdrosny Sammy? - Zapytał Dean,
opierając podbródek o czubek głowy zmuszonego do pochylenia,
skonfundowanego Castiela. Dokuczliwość jego głosu byłaby
oczywista nawet dla głuchego.
Jednak zanim braciom udało się wejść
w jedną z ich potyczek słowny, Castiel przerwał wszystko zanim
jeszcze się zaczęło, mówiąc z rozbrajającym niezrozumieniem:
- Nie rozumiem, Sam. Jesteśmy w
pokoju.
- To przenośna Cas.
- Oh.
Przez ich śmiechy, sielankową
atmosferę i braterskie dokuczanie sobie nawzajem, Castiel szybko
zdążył zapomnieć o pożądliwym wzroku Dean'a, którym obdarzył
go, gdy po raz pierwszy tego dnia zdołał zobaczyć pełny ubiór
Castiela...
I Castiel zdążył nie wyczuć
nadchodzącej burzy, wywołanej jednym, małym, niebieskim swetrem...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz