niedziela, 14 maja 2017

Gra Flirtu - Część Czwarta. - Wibracje są tak elektryzujące, hej

( ͡° ͜ʖ ͡°)
Okej, zdołałam odkryć to i fakt, że Boku no Pico dalej mnie nie jara... Nieważne, dziwne rzeczy mnie odciągają od pisania, więc wszystko w normie. X'D
Nie wiem co dodać, bo serio chce mi się spać i umieram. Oczywiście wspominki o randomowych filmach, bo czemu nie.~~
A teraz, ja korektuje jutro, o ile będę przytomna...
I miłego czytania! Zapraszam do komentowania~~
***

Mimo tego, że rzeczy Tony'ego z reguły nie należały do małych, to teraz, z dwoma superżołnierzami przy każdym podramienniku i jednym ego Starka wydawała się wyjątkowo ciasna – ramię przy ramieniu, udo przy udzie, zwłaszcza że Tony usiadł po turecku, a Bucky miał specyficzny odruch siedzenia z rozszerzonymi nogami i ramieniem komfortowo przerzuconym przez oparcie kanapy. Oczywiście komfortowo tylko dla niego.
Ale żaden z nich nie narzekał, zamiast tego wpatrując się z większym lub mniejszym zainteresowaniem na ekran telewizora. Steve co chwile głośno komentował wydarzenia na ekranie, które nie miały dla niego sensu, pobudzając do tego samego działania Bucky'ego, natomiast Tony czasami mimochodem rzucał im wyjaśnienia, jeśli tylko takowe istniały. Wydawało się, że pomimo nienawiści do magi i braku logiki, Tony naprawdę cieszył się telewizją, chociaż miał ikrę na obronę tylko niektórych z nich.
A potem Tony z podejrzanym uśmieszkiem na twarzy włączył film o nazwie „Transformers”, mrucząc tylko, że „to będzie prawdziwe arcydzieło”.
I w pewien pokręcony sposób było.
Bo podczas ledwie dwudziestu minutach od zaczęcia drugiej części filmu Steve zaczął niekontrolowanie wrzeszczeć, starając przekrzyczeć się z Bucky'm, który za wszelką cenę starał się obronić logikę filmu, tylko po to żeby się z nim podroczyć, a Tony dosłownie popłakał się ze śmiechu i spadłby z kanapy, gdyby nie obustronna asekuracja jego dwóch „sąsiadów”. Po tym „incydencie” Steve bezceremonialnie wyłączył telewizor, automatycznie włączając światło w pokoju, wzdychając z ulgą, ale uśmiechając się na rozbawienie swoich przyjaciół.
- Chyba potrzebuję przerwy. - Mruknął, pocierając pulsującą od trwającego godzinami hałasu skroń. - Dalej uważam, że nie powinniśmy omijać treningów. - Dopowiedział ostrożnie, oglądając ubrania, których od rana nie zmienili, Tony swoją (chociaż swoją było wygodnym przejęzyczeniem) koszulkę podwinął pomiędzy swoje nogi, jak przykrótkawą sukienkę i Steve naprawdę wolałby, żeby wreszcie założył jakieś spodnie.
- A co, dbasz o linię? - Prychnął Tony, zarabiając ładny przewrót oczami Steve'a i delikatne łaskotanie po szyi od Bucky'ego, przez które dostał dreszczy na całym ciele, jeszcze nie do końca mógł stwierdził czy przyjemnych. - No dalej, Kap. Jeden dzień bez twojej rutyny ci nie zaszkodzi. Poza tym, nie jestem terminatorem. Ty nie jesteś i, mimo lekko kłócącej się wizji estetycznej, James też nie jest. - Bucky nawet nie starał się ukryć lekkiego rozbawienia, mimo tego że nawet na nich nie patrzał, próbując rozpracować pilota trzymanego w dłoni.
- Tony, ten film nie ma żadnego sensu!
- Nie miał go mieć!
Przez chwilę patrzeli na siebie wyzywająco, ale po latach współpracy Steve mógł bez problemu rozpoznać ten psotny błysk w oczach i kąciki ust drgające ku górze, gdy Tony starał się zachować kamienną twarz i poddał się z westchnięciem, krzyżując ramiona na piersi.
- Przynajmniej włącz coś innego.
- Cóż, tu się zgadzam. Wolałbym obejrzeć rzecz, która pomoże mi zrozumieć przynajmniej część z waszych nawiązań.
Tony podąsał się chwilę na jednorazowe nie otrzymanie wsparcia ze strony Bucky'ego (jego ego zajmowało większość przestrzeni na kanapie), ale po chwili zeskoczył z zajmowanego przez siebie miejsca, bardziej dla popisu niż z potrzeby, z typową dla siebie energią podczas nagłego oświecenia, co wcale się Steve'owi nie podobało, i kilkoma ruchami rozkazał Friday puszczenie kolejnego filmu, podając jej tylko rząd cyferek, które ani Steve ani Bucky nie mogli do końca rozszyfrować, ale dla robota, oczywiście, było to jak najbardziej logiczne i w momencie telewizor, bez pomocy pilota, włączył się i przestawił z powrotem na początek jakiegoś filmu, nie ujawniając jego tytułu czy chociażby jednej wskazówki co do tego co właśnie będą oglądali. Tony uśmiechnął się czarująco do obu „gości” na kanapie po czym ostentacyjnie klasnął w dłonie, co sprawiło że światło znowu się przyciemniło, po czym wziął szklankę, o dziwo, zwykłej coli i z powrotem usadowił się na swoim miejscu, tym razem spuszczając nogi na ziemię, ale ciągle podwijając pod siebie koszulkę.
- Światło, kamera, akcja. - Wykrzyczał, chociaż dwa pierwsze słowa były zupełnie zbędne, bo dopiero „akcja” uruchomiła odtwarzacz.- Niech rozpocznie się show.
Tony, przynajmniej w tej chwili, nie był mistrzem subtelności i gdy tylko z głośników zaczęła wydobywać się dziwna, baśniowa muzyczna połączona z zawijanymi literami pojawiającymi się na ekranie, Bucky i Steve dosłownie w tym samym momencie spojrzeli na siebie i na Tony'ego między nimi z uniesionymi brwiami, ale ten ich zignorował, chowając swój ogromny wyszczerz za szklanką, przynajmniej udając, że sytuacja wcale go nie bawi.
Na ekranie wreszcie pojawił się tytuł.
Śpiąca Królewna.
Steve mruknął coś do siebie pod nosem,chowając swoją nieprzychylną minę za otwartą dłonią, a Bucky zsunął się z kanapy na podłogę z cichym jękiem.
Tony wydawał się być zadowolonym z siebie.
- Czy naprawdę nawiązujecie do baśni w codziennych konwersacjach?
- Nie, ale to może być zabawne. - Wzruszył ramionami, uderzając otwartą dłonią w bark Steve'a, skutecznie zwracając jego uwagę. - Założę się, że i tak was wciągnie.
I wtedy spojrzeli na niego pesymistycznie. Wtedy przewrócili oczami i stwierdzili, że po poprzednich filmach ten będzie tylko małym odpoczynkiem dla umysłu.
Rzeczą, której się nie spodziewali był fakt, że dość szybko zaczęła interesować ich prosta fabuła i nie mogli oderwać wzroku od ekranu, Bucky podczas finału wciągnął całą miskę popcornu, potem nieprzytomnie przesuwając w palcach niedorobione ziarenka kukurydzy, równie nieświadomie opierając się o nogę Tony'ego.
Ale sól i szybki metabolizm sprawiły, że niesamowicie go suszyło i gdy na ślepo strącił butelkę coli ze stołu, dowiadując się, że jest pusta, odwrócił się w stronę Tony'ego i jego niedawno nalanej do pełna szklanki, próbując dyskretnie zwrócić na siebie uwagę.
Zadziałało, ale dopiero po minucie lub dwóch i delikatnym pukaniu w opaloną łydkę, bo dopiero wtedy Tony przekonał się, że tym razem nie chodzi o jego majestat, tylko o to co było w jego posiadaniu.
- Nie ma mowy! - Warknął, zdecydowanie za głośno, bo Steve przyłożył sobie palec do ust i zmarszczył brwi, jakby był na granicy. - Rusz tyłek i weź sobie sam tą cholerną wodę. Lodówka, druga półka. - Bucky domyślał się już, że smutne spojrzenie na Tony'ego nie zadziała, ale i tak spróbował.
No i nie zadziałało, zamiast tego Tony pomachał na niego ręką jak na natrętną muchę, mrucząc „sio”. Więc Bucky postanowił wziąć sprawę w swoje ręce, poganiany pragnieniem, podparł się łokciami o uda Tony'ego, mimowolnie wpełzając między jego nogi, chwytając jego ramie, będąc gotowym na wojnę jeśli musiałby ją wywołać. Tony uniósł szklankę nad swoją głowę, drugą blokując wyciągane ręce Bucky'ego, starając się odepchnąć go nogami, ale nawet walka z osłabionym żołnierzem nie była łatwa.
Gdy już myślał, że wychodził na prowadzenie, szklanka została mu brutalnie odebrana, a zanim zdążył odezwać się choćby jednym, niezbyt przyjemnym słowem, do Steve'a, który teraz był winny nie tylko kradzieży, ale i oddaniu zakładnika temu podłogowemu terroryście, ten przyciszonym głosem wyznał, że „Jak tylko film się skończy to on osobiście pójdzie po zapasy”. Oczywiście, to nie powstrzymało Tony'ego od bycia naburmuszonym i zjechania niżej na kanapie, podczas gdy Bucky dalej używał jego jako podramiennika, tym razem jednak oglądając film z drobnym uśmiechem triumfu.
Rzeczą, która jednak go powstrzymała był fakt, że ruch ten sprawił, że koszulką podwinęła się nieco wyżej... I wyżej...
I gdy jego tyłek prawie zetknął się z kanapą przypomniało mu się, że dalej nie ma na sobie bielizny.
Prawie pożałował, że kiedykolwiek w ogóle wpadł na ten pomysł, ale zamiast tego ostrożnie i starając się nie wzbudzać podejrzeń, starał się z powrotem obciągnąć ją na jej prawowite miejsce. Co prawda nie zadziałało to na tyle dobrze jakby mu się podobało, ale przynajmniej nie siedział już kompletnie gołym tyłkiem na kanapie.
I wydawało się, że w tym momencie Bucky doszedł do tych samych wniosków, przynajmniej jeśli Tony mógł sugerować się jego zszokowaną miną i nerwowym, nagłym złożeniu dłoni na swoich kolanach. Tony pięć minut później dziabnął go stopą w udo, tak dla zabawy i było warto, bo wydawało się, że mimo chęci Bucky nie specjalnie teraz zwracał uwagę na film, a dekoncentrowanie go jeszcze bardziej było samą przyjemnością.
To no i fakt, że podskoczył na prawie dwadzieścia centymetrów w górę, to też było zabawne.
Wkrótce potem film się skończył i gdy tylko Steve wyszedł z pokoju w poszukiwaniu picia i nowych przekąsek (chociaż znając jego, to zrobi sałatkę tylko po to, żeby w pewnym stopniu postawić na swoim), Bucky podniósł się jak strzała i opadł na siedzeniu obok niego, wyglądając sztywno i niezręcznie. Wielkie halo, jakby on nigdy nie siedział bez bielizny w pokoju pełnym nieświadomych tego typów. Gdyby Tony miał być ze sobą szczery, to przyznałby, że to nie był jego pierwszy raz.
Ale z drugiej strony, to zazwyczaj miał na sobie coś poza luźną koszulką.
Bucky bez słowa wyciągnął pochowany w kanapie koc, leżący częściowo pod nimi częściowo w kanapie a częściowo wolno egzystował i podał mu go, z czego Tony chętnie skorzystał, niemal owijając dolne części swojego ciała.
Nie narzekał, koc był miękki.
- Cóż, definicja niezręczności. - Mruknął machając ręką między nimi i gdzieś na materiał położony na jego nogach a Bucky pokiwał głową, ciągle lekko w innym świecie, jednak delikatny, rozbawiony, uśmiech powrócił na jego twarz.
I mimo tego, że sam się przed sobą do tego nigdy nie przyznał, to odetchnął z ulgą, mimo tego że teoretycznie nic to nie znaczyło, a on nie szczycił się umiejętnościami odczytywania emocji.
Sam nie mógł powstrzymać śmiechu.
Steve wrócił do pokoju, o dziwo trzymając tylko popcorn i colę, i tylko na chwilę uraczył ich wpół zaskoczonym spojrzeniem, zanim położył to wszystko na stoliczku po stronie Bucky'ego, a sam usiadł na swojej.
Nie musiał jednak nic mówić czy chociażby patrzeć, żeby i Tony i Bucky rozpoznali jego... Podejrzliwość.
- Jest zimno? - Wzruszył ramionami Tony, a jego głos brzmiał niezbyt pewnie i pytająco, jakby nie do końca znał odpowiedź na nigdy nie zadane pytanie, na co Steve zmarszczył brwi, jeszcze bardziej niż zazwyczaj, i tym razem na poważnie spojrzał na niego wzrokiem, jakby Tony właśnie wyznał mu, że jego nowy kochanek nazywa się Phil i jest jednym z drzew w parku.
- Jest zimno. - Powtórzył za nim Bucky, tak jakby stwierdzał zupełnie prosty fakt, chociaż jemu zimno nie było. Wątpił nawet, czy Tony'emu faktycznie nie jest choćby i troszkę zimno, ale z jego zmutowanym organizmem i tak by nie zauważył. Ich szczęście, Steve również.
Po krótkim upomnieniu od Steve'a, żeby Tony wreszcie coś na siebie włożył, na co Tony oczywiście tylko przewrócił oczami, mówiąc „Moja wieża moje zasady”
Bucky milczał. Nie miał ochoty na kłótnie, za to począł przemyśleć wszystkie wydarzenia tegoż dnia.
Tak, zdecydowanie dziwne.
Gdy już cała trójką ułożyła się wygodnie na kanapie – Bucky wrócił do swojego stylowego rozkroczu, którego zapewne tylko parę stopni dzieliło od szpagatu, Steve uwłaszczył sobie swój kącik kanapy, wpatrując się w czarność telewizora, a Tony myślał. Przede wszystkim, jaki film może być następny, ale dalej wchodziły inne drobne szczegóły, na przykład jego dokładny związek z Bucky'm.
Ale tak jak wspominał, mało istotne.
Wtedy poczuł zaskakująco ostrożne i delikatne palce wibraniowych palców na wierzchu swojej dłoni, po prostu rysujące nikomu nie znajome szlaczki na jego skórze. Nie wiedział nawet, czy Barnes robi to świadomie, bo wyglądał na równie zapuszczonego w myślach.
Palce wsunęły się pod jego dłoń a kciuk Bucky'ego powoli, jakby uspokajająco głaskał jego własnego kciuka.
Nad tym wolał się nie zastanawiać.
Zamiast tego z cwaniackim uśmiechem pstryknął na Friday, wydając jej kolejne polecenia co do filmu, pomysłu który nigdy nie nadszedłby gdyby nie chwila nieuwagi ze strony Bucky'ego – będzie musiał podziękować mu później.
Ze śmiertelną powagą tym razem wypowiedział na głos tytuł, doskonale zdając sobie sprawę, że dwójka superżołnierzy i tak nie będzie wiedziała o czym mówi.
- „Marley i ja”. - Zakomendował pewnie, rzucając krótkie spojrzenie mężczyzną po obu jego stronach. - Spodoba wam się, mówię wam. - Skrył swoje prawdziwe zamiary za maską miłego uśmiechu i wygodniejszego ułożenia się na kanapie.
Cóż, jemu na pewno spodobają się pewne sceny.
Ścisnął dłoń Bucky'ego tylko na krótkie sekundy, mając cichą nadzieję, że nie zauważy (i wydaje się, że nie zauważył, bo w ogóle nie zareagował) i z powrotem skupił się na ekranie, w myślach wymieniając kąty w jakich poustawiane są kamery monitoringu, w razie gdyby któryś z jego „sąsiadów” uległ emocjom.

Tak, to miał być długi seans.  

środa, 3 maja 2017

Dwa Światy cz.8- Jesteś Aniołem

Wzięłam przykład z Anon i wstawiam dokończony, ale nie poprawiony bo północ się zbliża, jednak wykonam to zaraz po publikacji.
Ten rozdział trochę krótki, ale mam nadzieję, ze mi wybaczycie.
Miłego czytania



Następnego ranka obudził mnie telefon. Nie miałam nigdy w zwyczaju wyciszania go, mimo że za każdym razem, gdy ktoś próbował się ze mną kontaktować budząc mnie przy okazji, mówiłam sobie, że tej nocy to zrobię.
Można się domyślić, że nie poradziłam sobie z przyswojeniem tego i kiedy telefon wydał ten charakterystyczny dźwięk jęknęłam dość głośno i przyłożyłam go sobie do ucha.
-Halo?
-Hej Vils- W słuchawce rozbrzmiał przemiły głos blondyna. Uśmiechnęłam się lekko sama do siebie i leniwie podniosłam się z łóżka.
-Hej, Francis- Przywitałam się- Przepraszam, że wyszłam. Moja przyjaciółka wylądowała w szpitalu, rozumiesz?- Tłumaczyłam się. Oczywiście pominęłam te kilka szczegółów, że byłam na imprezie, a w szpitalu widziałam się z Verdasem. Od razu się broniąc- to nie było kłamstwo, ja po prostu zataiłam kilka zbędnych informacji.
-Oczywiście, to coś poważnego?- Zapytał z troską, którą chłopak zdecydowanie się wyróżniał i to już od naszego pierwszego spotkania.
-Po zajęciach jadę ją odwiedzić, także dowiem się czegoś. Zobaczymy się dzisiaj?
-Mam dzisiaj drugą zmianę w hotelu, przykro mi
-Spoko, będę kończyć szykuje się na zajęcia. Pa- Dość chamsko rozłączyłam się, za nim cokolwiek powiedział i rzuciłam telefon na pościel. Chwyciłam zwykłe legginsy i dłuższą koszulkę udałam się do łazienki.
Musiałam przyznać- nie czułam się najlepiej. Odpuściłam sobie makijaż i jakąkolwiek stylizacje włosów. Upięłam je w kucyk i gotowa wyszłam z pomieszczenia. Do plecaka wrzuciłam to co zwykle- notes, kilka długopisów i laptop.
Nie miałam w zwyczaju robienia sobie śniadania, więc patrząc na spora ilość wolnego jeszcze czasu wskoczyłam na rower i pojechałam do kawiarenki. Zamówiłam rogala na wynos, kawę i z tak o to gotowym śniadaniem skierowałam się prowadząc rower w stronę uczelni.
Na parkingu szamotali się już ludzie. Jak zwykle. Podpięłam swój ekologiczny środek lokomocji do barierki i kończąc swój ciepły i stawiający trochę na nogi napój weszłam do środka. Było tam o wiele więcej ludzi i zdecydowanie panował większy szum- jak w liceum, tyle, że każdego dnia spotykało się różne twarze, bo przecież nikt nie miał codziennie zajęć o tej samej porze.
Tego dnia zaczynałam od korekty tekstów i jak zdążyłam się dowiedzieć, profesorka była niezłą żyletą i wszyscy w kolo radzili być skupiony na jej lekcjach.
Znając moje szczęście, tego dnia zdecydowanie nie mogłam tego osiągnąć. Moje myśli uciekały do Monici, tej całej imprezy, do Leona (ale to już tak codziennie od pół roku?) i jedyne o czym marzyłam, to tylko o tym, aby wyjść i znaleźć się w szpitalu.
Kierowałam się, aby gdzieś usiąść, kiedy zatrzymał mnie męski głos krzyczący moje imię. Odruchowo odwróciłam się w stronę dźwięku i uśmiechnęłam się do chłopaka.
-Hej Marcel- Szatyn odwzajemnił gest. Wyglądał nieco bardziej zwyczajnie, niż wczorajszego dnia. Swoje dłuższe włosy związał w koka, a koszule zastąpił luźnym, czarnym swetrem z przydługawymi rękawami. Na plecach miał charakterystyczny dla gitary futerał.
-Jak się trzymasz?- Oboje zajęliśmy miejsca, tuż przy auli, w której miałam mieć niedługo zajęcia.
-Jest okej, co z Lorettą? Nie wróciła na noc do akademika- Zapytałam miętosząc w palcach papierowy kubek.
-Ta, wszystko okej. Została wczoraj u mnie i pomogła mi posprzątać. Powiedziała, że jak tylko się ogarnie to wpadnie do szpitala- Skinęłam głową. Potem już tylko siedzieliśmy w ciszy. Nie miałam ochoty, ani siły na jakąkolwiek dalsza rozmowę.
Wybiła dziewiąta, a nasza profesorka dumnie skierowała się do sali wystukując przy tym swoimi szpilkami. Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu i obdarowała mnie krzywym spojrzeniem. Jęknęłam w duchu. Korektę tekstów miałam dwa razy w tygodniu, dodając wykład były to trzy dni na pięć, kiedy miałam zajęcia z panną McDonowell. Czy ten dzień mógł być jeszcze piękniejszy?
Cale zajęcia, przynajmniej starałam się wyglądać na zainteresowaną. Prawda była taka, że bezsensownie kreśliłam krzywe szlaczki na marginesach i myślałam tak naprawdę tylko o tym, czy Leon był już w szpitalu, co było idiotycznym pytaniem, bo znając Verdasa jakiś czas mogłam śmiało stwierdzić, że siedzi tam odkąd tylko się przebudził i to zapewne jedynie o kubku kawy. Może ktoś uznałby mnie za idiotkę wiedząc, że martwię się o swojego byłego faceta, jednak tak już miałam. Troszczyłam się o osoby, które były dla mnie ważne.
Ocknęłam się, kiedy Marcel (tak on również uczęszczał na te zajęcia w ramach dodatku do zajęć z kompozycji piosenek) dźgnął mnie lekko łokciem w żebra. Gwałtownie obróciłam się w jego stronę i uniosłam brew w pytającym geście. Ręka pokazał, abym się do niego przysunęła.
-Zrobimy razem ten wywiad?- Wyszeptał, a ja nie do końca wiedziałam o co chodzi i odsunęłam się lekko. Szatyn tylko westchnął- Mamy napisać wywiad w parach, aby potem mieć podkład do redagowania- Wytłumaczył.
-Jasne, przepraszam, zamyśliłam się.
-Spoko, każdemu zdarza się gorszy dzień- Uśmiechnął się i wrócił do słuchania.
O piętnastej byłam już po zajęciach. Po lekcji na temat praw autorskich i historii prasy, oraz nudnym wykładzie nareszcie byłam wolna, co nie ukrywajmy, ale znacznie poprawiło mi humor. Wskoczyłam na rower i pojechałam do akademiku, aby odnieść rzeczy. Zrobiłam tylko lekki makijaż i rozpuściłam włosy. Chwyciłam torebkę i udałam się do szpitala. Po drodze wstąpiłam do restauracji, którą kiedyś polecił mi Verdas, aby kupić nam lunch, ponieważ moja kobieca intuicja podpowiadała mi, ze jeszcze tego dnia nic nie jadł.

Weszłam do szpitala i od razu skierowałam się do sali, trzymając w dłoniach dwa pudełka z jedzeniem oraz torbę z owocami i wodą.
Znając Verdasa nie było opcji, abym się pomyliła. Tak ja przypuszczałam siedział przy łóżku, kiedy jego siostra była nadal nieprzytomna i podpierał się o szafkę szpitalną, a jego oczy były przymknięte- zapewne spal.
Weszłam do środka tak cicho, jak tylko się dało i zatrzymałam się na chwile w progu. Jego twarz była zmęczona, co tylko utwierdziło mnie w tym, że nie spał ostatniej nocy za wiele, albo wcale. Na półce stały dwa (zapewne już puste) kubki po kawie.
Odłożyłam rzeczy przy ścianie i podeszłam do niego. Delikatnie wplotłam mu palce we włosy, co było zupełnie odruchowym gestem, bo kiedy to sobie uświadomiłam chciałam cofnąć rękę, ale Verdas ją przytrzymał.
-Dobrze, że jesteś- Wymruczał cicho, a ja tylko uśmiechnęłam się blado. Odsunęłam się i chwyciłam pudełko, które mu podałam.
-Wiedziałam, że nie będziesz na tyle odpowiedzialny, aby coś zjeść- Zaśmiałam się lekko.
-Jesteś aniołem- Wyszeptał kiedy zobaczył, że było to jego ulubione danie- makaron z pomidorami.
-Wiem- Zabrałam się za rozpakowywanie rzeczy.- Co z nią?- Zapytałam i kątem oka spojrzałam na przyjaciółkę.
-Trzeba czekać- Odpowiedział nieco zirytowany- Jeszcze się nie obudziła, ale lekarze każą być dobrej myśli- Warknął.- Jeśli będzie potrzebował jakiś zabiegów, przeniosę ją do prywatnego szpitala- Cały Leon.
-Jeżeli lekarze mówią ,że trzeba być dobrej myśli to tak zrób- Próbowałam do uspokoić.
-Violetta, wiesz, że wpakowała się w niezłe gówno. Nikt nie wie co wzięła i ile tego ma w swoim organizmie- Warknął. Nie byłam ani trochę zdziwiona jego zachowaniem. Znałam Leona i wiedziałam o jego nastawieniu do takich używkach. Nienawidził tego i teraz martwił się o swoją siostrę.
-Przepraszam- Kucnęłam przed nim. Verdas prychnął.
-Za co? To nie twoja wina- Zapewnił.
-Byłam tam, mogłam z nią być. Powinna mi się zapalić czerwona lampka, kiedy Loretta mi powiedziała, ze poszła gdzieś z tym chłopakiem- Tłumaczyłam.
-Czekaj, jaki chłopak do cholery?!- Podniósł się z krzesła i obdarzył mnie natarczywym spojrzeniem.
-Jason, James, nie wiem nie znam go. Loretta mówiła, ze podobał się twojej siostrze- Wyjaśniłam podchodząc bliżej i łapiąc go za ramię. Lekko przytuliłam się do jego pleców, co po raz kolejny tłumaczyłam jako idiotyczny nawyk, którego nie potrafiłam się wyzbyć w jego towarzystwie.
-Boże, dlaczego ona jest taka głupia- Jęknął i objął mnie ramieniem, kiedy ja zacisnęłam dłonie na jego koszuli.
To był czysto przyjacielski gest, prawda?
-Dzięki, braciszku- Usłyszeliśmy słaby, ochrypły głoś, który po chili się urwał, a cisza została wypełniona ostrym kaszlem. Szybko podeszłam do półki i odkręciłam wodę podając jej.
-Spokojnie- Mówiłam, kiedy po raz kolejny zakrztusiła się. Leon patrzył na nią, a ja mogłam zauważyć widoczną ulgę w jego oczach i lekki uśmiech, który zaraz zastąpił pokerowym wyrazem twarzy, którym zazwyczaj posługiwał się w firmie.
-Zdajesz sobie sprawę, jak gówniane to było posunięcie?!