Hejaaa!
Kurczę...chyba
mnie zjecie...XDDD
Ale mam coś na
swoje usprawiedliwienie!
Jak możecie
zauważyć, moja historia jest takim moim 50 twarzy Greya, a więc
jest dużo rzeczy, które mają związek ze sobą więc...Sytuacja z
Francisem będzie wytłumaczona i będzie potrzebna, a na
razie...możecie się tylko domyślać, jaką kluczową rolę odegra
tutaj nasz blondynek!
Mam nadzieję, że
wam się jednak podoba :)
See you! :D
-Violetta co ty...-Zaczął. Oparłam czoło o jego i w ciszy przeanalizowałam całą sytuację i jak sensownie z niej wybrnąć.
-Nic nie mów- Wyszeptałam jedynie,
ponieważ tylko na to było mnie stać. Czułam, jak wzrok kobiety
wypala mnie, więc postanowiłam się odwrócić. Posłałam jej
wredny uśmiech.
-No, proszę proszę- Zaczęła swoim
piskliwym głosikiem. Patrzałam na nią. Nie miałam niskiej
samooceny, ale nie mogłam się z nią równać. Była kształtną
kobietą. Miała czym oddychać i na czym usiąść, a ja? Drobna
istota, która wchodzi w rozmiar XS. Nie dziwię, się, że Leon na
nią poleciał.
Francis przypatrywał się to mi to
kobiecie. Jedynie posłałam mu przepraszające spojrzenie i wzrok
wbiłam w rudą kobietę.- Leon, wie, ze umawiasz się z innymi-
Przerwała, ponieważ musiała przyjrzeć się blondynowi- Całkiem
przystojnymi kolesiami?
-Ja i Leon to zamknięty rozdział, nie
wspomniał ci? Przykre- Wysyczałam w jej stronę. Nie znałam jej,
ale strasznie działała mi na nerwy. Prawdopodobnie tylko dlatego,
ze zdawałam sobie sprawę, że to ona była przede mną i, ze to ona
gościła w pokoju bólu. Zaczynając nowe życie miałam jednak
nadzieję, ze wykreślę go raz na zawsze, a tymczasem wszystko mi o
nim przypomina. A ja nadal go kocham.
Przyjrzałam się kobiecie, w której
oczach zaczęły zbierać się łzy. Nie byłam pewna co takiego
złego powiedziałam, ale musiałam ją zranić.
-Tak, miałam ten pieprzony zaszczyt go
pocieszyć!- Warknęła i we łzach wybiegła z klubu. To wszystko
dało mi do zrozumienia, ze Verdas już ją zaliczył, a ona zapewne
uwierzyła mu, ze on ją kocha. Co za typ. Jestem ciekawa ilu
dziewczyną zniszczył tak życie.
-Błagam, chodźmy do domu- Poprosiłam
blondyna, a ten natychmiast wyprowadził mnie na zewnątrz. Objął
mnie mocno, a ja schowałam twarz w jego szyi. Rozpłakałam się.
Nie wiem, co dokładnie było tego powodem. Ale zapewne mieszanie
wspomnień z alkoholem to nie za dobry sposób, na odreagowanie.
Francis przytulił mnie mocniej, ale po chwili oddalił się i
zaprowadził do taksówki. Nie odzywałam się do niego całą drogę.
Miałam tylko ochotę położyć się na łóżku i płakać.
„Verdas, ty pieprzony dupku! Dlaczego
nie mogę przestać cię kochać?”- Krzyczała moja podświadomość,
a ja miałam ochotę zrobić to samo.
Wysiadłam z auta. Spojrzałam na
mieszkanie w apartamencie, w którym paliło się światło.
Zostawiając blondyna samego wbiegłam do mieszkania. Zamknęłam
drzwi i położyłam się na łóżku. Leżałam nie wiem ile, ale
ocknął mnie głos dochodzący zza drzwi.
-Potrzebujesz czegoś?- Zapytał
chłopak, a ja postanowiłam wstać i mu otworzyć.
-Francis, dziękuje, pragnę posiedzieć
trochę w samotności- Uśmiechnęłam się blado- Ale dziękuje za
wszystko- Pocałowałam go w policzek.
-Dobranoc- Powiedział i oddał
uśmiech.
-Dobranoc- Wyszeptałam i zamknęłam
drzwi. Zsunęłam się na ziemię i przysunęłam walizkę z, której
wygrzebałam butelkę wina, którą przywiozłam ze sobą. Nic
nadzwyczajnego. Miało być dla mnie i Francisa, ale nie mogłam
czekać, musiałam sobie jakoś pomóc. Zrzuciłam ciuchy i założyłam
wygodną piżamę. Usiadłam na parapecie i popijając wino
wpatrywałam się w okno naprzeciwko. Cały czas paliło się tam
światło a męska postać nerwowo chodziła w dwie strony. Byłam
ciekawa, co go zdenerwowało. Pragnęłam po prostu znów się do
niego przytulić i zapomnieć o tych wszystkich problemach i o myśli,
która niestety cały czas gdzieś plątała mi się z tyłu głowy
„Ile kobiet, zgodziło się na coś
takiego?”
Zdawałam sobie sprawę, że ja jako
jego dziewczyna nie byłam pierwszą. Przystojny biznesmen, na pewno
w przeszłości miał więcej miłości, o których nigdy nie chciał
mi wspominać. Nigdy nie mówił mi nic o swoim dawnym życiu,
twierdząc, ze to co było i tak nie ma znaczenia, a jednak. Wszystko
potoczyło by się inaczej, gdyby nie miał przede mną tylu
tajemnic, gdyby na spokojnie to wszystko wyjaśnił, ale zaraz? To ja
nie dałam mu się szansy wytłumaczyć, ale co to by zmieniło?
Patrzałam się pusto w okno Verdasa, a
mój telefon zadzwonił. Otarłam policzki, w sumie nie wiem
dlaczego, ponieważ głos wciąż mi się łamał i spojrzałam na
numer zastrzeżony. Nie byłam pewna czy odbierać, bo było dość
późno, ale jednak lekko się wahając, odebrałam.
-Tak, słucham?- Zapytałam starając
się zapanować, nad moim drżącym głosem. Nikt się nie odzywał,
Trwała głucha cisza, a ja znów zaczęłam spoglądać w stronę
mieszkania Leona. Męska postać stała przy wielkim oknie, trzymając
coś przy uchu. Momentalnie nasunęła mi się myśl, którą
odgoniłam.
Przecież, to nie możliwe by był
to on
-Halo?-Zapytałam
już bardziej zdenerwowana, ale nikt mi nie odpowiedział, a ja swój
wzrok bardziej wytężyłam. Usłyszałam po chwili dźwięk
przerwanego połączenia, a cień odsunął dłoń od twarzy i
schował ją w kieszeni. Przerażona, faktem, ze mógł dzwonić
przyłożyłam rękę do ust i zaczęłam łkać jeszcze bardziej.
Miałam ochotę rozpłakać się, tak aby zedrzeć sobie gardło,
ponieważ tęsknota rozrywała mnie od środka, ale nie chciałam
mieszać w te problemy Francisa. Zdusiłam jęk, napiłam się jak
najwięcej tylko mogłam naraz wina i weszłam do łóżka,
przykrywając się kołdrą. Przymknęłam opuchnięte oczy,. Chwile
jeszcze spływały mi łzy po policzkach, ale byłam zbyt zmęczona.
Zasnęłam.
Obudziłam
się rano z dość dokuczliwym bólem głowy, który wywołał mój
wczorajszy płacz. Czując, ze nie wyglądam najlepiej wygramoliłam
się z łóżka i weszłam do łazienki, gdzie nie patrząc w lustro
zrzuciłam ciuchy i wzięłam długi ciepły prysznic. Po wykonaniu
porannych czynności, owinięta w ręcznik podeszłam do walizki.
Dziś spokojnie mogłam sobie tak paradować, po mieszkaniu, ponieważ
blondyn był w pracy. Z bagażu wyciągnęłam body z długim
rękawem, niebieskie rurki i moje dość masywne lity. Ubrałam się
zrobiłam makijaż i poszłam zrobić sobie kawy. Był piękny dzień,
chłodny ale słoneczny. Postanowiłam, ze nie będę spędzać go w
w domu, tylko wykorzystam ten czas na poznanie trochę miasta.
Założyłam kurtkę i zabierając torebkę wyszłam z mieszkania.
Tak ja mówiłam, pogoda była bardzo przyjemna. Przechadzałam się
dość ruchliwymi ulicami Seattle. Było dość wcześnie, bo około
dziewiątej rano, więc wszyscy spieszyli się gdzieś do pracy. Z
racji tego, ze nic nie jadłam weszłam do pobliskiej kawiarni, i
zamówiłam lekkie śniadanie. Panował tam przemiły klimat, a
kawiarnia była zachowana w takich ciepłych babcinych kolorach,
które idealnie oddawały klimat tego miejsca. Cóż, się dziwić.
Lokal prowadzony był przez taką miłą starszą panią, która
strasznie przypominała mi moją babcię, której niestety już ze
mną nie ma. Kobieta nazywa się Alison Roberts, i jest naprawdę
wspaniała.
-A
czymże się tak martwisz, kochanie?- Zapytała i dosiadła się do
mojego stolika podając mi moje zamówienie. Nic nie odpowiedziałam,
tylko wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się do niej.-Mężczyźni
tacy są, ale nie możesz przez nich płakać- Ujęła moją dłoń i
zaczęła ją lekko gładzić. Nie wiedziałam, skąd byłą pewna,
ze to przez faceta, ale trafiła w samo sedno.- Oni, naprawdę,
potrafią nabroić, ale w większości, żałują, więc rozmowa, na
pewno wyjaśni wiele- Posłała mi ciepły uśmiech- Proszę,
odwzajemnij go- Poprosiła, a ja spełniłam jej zachciankę-
Smacznego- Powiedział i powróciła do pracy. Wydawała mi się
kobietą, z którą mogłabym porozmawiać, o wszystkim. Wydawała
się taka ciepła i kochana, jak moja mama i babcia, których mi
teraz brakowało. Jednak to szatyna brakowało mi najbardziej. W
kawiarni zaczął zbierać się tłum, który uważnie obserwowałam.
W śród ludzi siedzących przy stolikach, rozpoznałam tak dobrze mi
znany szary garnitur, a moje serce zabiło mi dwa razy szybciej.
Lekko wychyliłam się w lewo, ponieważ kobieta, z która siedział
zasłaniała mi widok. Zmarłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że
znajdowałam się w jednym pomieszczeniu z Leonem. Postanowiłam
szybko zebrać swoje rzeczy i wyjść. Wręcz wybiegłam z lokalu.
Oddaliłam się od niego i zatrzymałam, aby nabrać spora ilość
powietrza, bo od tych wszystkich emocji zaczęło mnie mdlić. W
ciągu kilku sekund, jedyne co zauważyłam to trzy dniowy zarost,
tak to wszystko było idealne, tak jak go poznałam, tak jak go
pokochałam. Nie chciałam płakać na środku ulicy, więc
postanowiłam, ze powrócę do moich poprzednich planów i po prostu
się przejdę. Błądziłam po uliczkach Seattle, które pomimo
dużego ruchu były bardzo ładne Wróciłam się w stronę kawiarni
po pół godziny, z nadzieją, ze Verdas nie będzie w pobliżu,
ponieważ miałam ochotę pospacerować po parku, który był w
okolicy. Było tam przyjemnie. Świerza zieleń, poprawiłam mi
humor. Założyłam słuchawki i puściłam sobie dość spokojną
piosenkę, aby się uspokoić i chodź na chwile o tym wszystkim
zapomnieć. Jednak nie było mi to dane. Patrząc się w ziemię
poczułam gwałtowne zderzenie z kimś wysokim, i z racji tego, ze
byłam na obcasach straciłam równowagę i upadłam na ziemię,
przez co się skrzywiłam. Mężczyzna podał mi dłoń, ale ją
zignorowałam i o własnych siołach powróciłam do pionu, czego
potem bardzo szybko pożałowałam. Kiedy uniosłam wzrok na sprawcę
mojego upadku, napotkałam tak dobrze znane mi zielone oczy, o
których pragnęłam już tylko zapomnieć. Nie mogłam ukryć mojego
zdziwienia i przerażenia. Czułam zbierające się łzy w moich
oczach. Nie byłam w stanie powiedzieć ani słowa. Czułam uścisk w
gardle, jakby ktoś mnie podduszał,momentalnie zrobiło się słabo.
Myślałam, ze serce wyskoczy mi z piersi. Leon stał i uważnie mi
się przyglądał
-Violetta...-Zaczął,
a dźwięk jego głosu uderzył mnie dwa razy mocniej. Nie chciałam
go spotkać, nie chciałam się w ogóle odzywać. Chciałam by był
to koszmar, ponieważ dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że przez
ostatnie pół roku, żyłam tylko w złudzeniu. Szatyn podszedł
odrobinę bliżej i położył dłoń na moim policzku, a ja po
prostu się w nią wtuliłam.- Tęskniłem- Wyszeptał a ja ocknęłam
się i po praz ostatni spoglądając mu w oczy, ledwo jeszcze go
widząc odwróciłam się i najszybszym krokiem, jakim tylko mogłam
odeszłam. Zalana łzami wręcz biegłam w stronę mieszkania.
Wbiegłam na górę, rzuciłam kurtkę i wbiegłam do łazienki.
Zaczęłam pakować wszystkie kosmetyki i ciuchy, które zostawiłam
na pralce. Wszystko robiłam tak szybko, ze nie zauważyłam, ze do
mieszkania wszedł Francis. Wpadłam na niego.
-Ej,
Vils co ty wyprawiasz?- Zapytał mnie i chwycił za ramiona.
Przyglądał się a to rzeczą w moich dłoniach, a to mojej
zapłakanej twarzy.- Co się dzieje?- Nic nie powiedziałam, tylko
przytuliłam się do niego.
-Muszę
stąd wyjechać. Poddaje się. Miałam zacząć od nowa, a ja wciąż
cofam się do punktu wyjścia. Przyjazd tutaj to była jedna wielka
pomyłka.- Powiedziałam i lekko oddaliłam się od blondyna, a ten
chwycił mój podbródek i nakazał tym spojrzeć mu w oczy.
-Nie
mów tak, musisz iść na te wymarzone studia i udowodnić, ze jesteś
w stanie się podnieść. Pomogę ci w tym- Ostatnie słowa wyszeptał
i zbliżył się na dość niebezpieczną odległość. Chwilę
jeszcze mi się przyglądał i delikatnie, ale jednak z uczuciem mnie
pocałował. Byłam w kompletnym szoku, przez co nie zastanawiając
się nad niczym oddałam ten jakże delikatny gest. Kiedy chłopak
się oddalił, spojrzałam na niego, a on miał minę, jakby żałował
tego jak postąpił.
-Ja...-Zaczął
-Francis,
zostaw mnie samą- Poprosiłam, a chłopak nic nie mówiąc wyszedł
z pokoju. Ciągle płacząc opadłam na łóżko.
Co się ze mną dziej? Leon,
dlaczego wciąż siedzisz w mojej głowie? Nie chce cię tam! A ty
Francis? Dlaczego komplikujesz to jeszcze bardziej?



