niedziela, 31 stycznia 2016

Wcale nie straszne opowiadanie z uniwersum straszności. - Rozdział 3.

WE CAN OWN THE NIGHT!! *Couch*...
No ten... Rozdział! Szczerze to pożądam komentów, ale... Kto nie? :D
Powiem wam, że gejoza jest silna na tym opo... I będzie gorzej, rly, pogłębiam się w tym... Chyba zacznę zmieniać nazwy na np. "Wcale nie gejowe opowiadanie z uniwersum gejowatości", czy cuś... Nieważne, nieważne... XD
Miłego czytaaaania~~
Ps. Wklejam Jacka i czasem wklejać będę, bo znajduję zajebiaszcze rzeczy. 

***

- Daleko jeszcze?
- Niosłem cię przez pół drogi. - Tajemnicą nie było, że Jeff cierpliwością nie grzeszył, jednak zazwyczaj opuszczenie domu załatwiało sprawę. Tym razem było inaczej, chociaż Jack doskonale mógł się domyślić dlaczego.
Po prostu chciał jak najszybciej dotrzeć na miejsce, załatwić sprawę ze Slendermanem i wrócić, bo Jeff nie przepadał za takimi spotkaniami Zazwyczaj i tak nic z nich nie rozumiał i z tego powodu był zwyczajnie kozłem ofiarnym. Jackowi właściwie nie przeszkadzały, ale nie zabierał głosu. Nie ukrywając, Jeff był jako takim wyrzutkiem, nawet w świecie tych potworów. I nie chodziło tylko o jego ludzkie ciało, bo parę „osób” z ich towarzystwa również takie było, ale bardziej o jego szaleńczy umysł i dość niezrozumiałą naturę, jak i również agresję i zew krwi. Jak na jego „zwykłe” ludzkie ciało, to narobił sobie mnóstwo wrogów, poprzez walki i ich wygrywanie. Jeff był... Miękki. W grupie był słabym ogniwem, a mimo tego radził sobie tak dobrze. Jack w pewnym sensie go podziwiał. Nie wiedział, czy sam z tak słabą aparycją przetrwałby tutaj dłużej niż kilka tygodni. A jednak, Jeff stał tutaj przy nim i wcale nie wydawał się być jakiś słaby, czy skrzywdzony. Wyglądał na kogoś równego jemu i wręcz cieszył się każdym dniem w tym dziwnym miejscu. Jedynym czego na dobrą sprawę nienawidził były spotkania społeczne. Nawet tego dziwnego liceum, chociaż bardziej dlatego, bo uważał, że było to bezsensu i nie po to „uciekli ze świata ślepych ideałów, żeby i tu harować jak debile”.
A jack nie narzekał. Prawie nigdy nie narzekał i po prostu płynął z prądem. I również przez to w pewnym sensie Jeffa podziwiał. Może po prostu był zbyt leniwy, by stać się kimś wielkim i miał zwyczajnie wspierać Jeffa ze wszystkich swoich sił?
Może.
Nie miał siły walczyć.
- I co z tego? - Zawiesił na chwilę głos, po czym uśmiechnął się, tym razem naturalnie i jednym skokiem rzucił się w stronę Jacka, niemal przyprawiając go o zawał, jednak zamiast uwiesić się na nim, złapał go za rękę – A może tak się urwiemy?
Oho, pomyślał Jack, zaczyna się...
- Nie dzisiaj... Dzisiaj „urwałeś się” już ze szkoły.
- Żartujesz? Ty nie jesteś aż tak odpowiedzialny. Poza tym, to i tak kretyńskie i w ogóle nie powinno mnie tam być.
- Wiem, ale idę z tobą, więc nie pękaj.
- Nie pękam. Nigdy nie pękam. - Mruknął niby ostrzegawczo Jeff, ale Jacka to nie ruszyło. Wprost przeciwnie. Drobny, złośliwy uśmieszek wpełzł na jego twarz, ale po tym konwersacja jakoś im się urwała. Jeff pogrążony był we własnych myślach, czy też raczej depresji, a Jack jak zwykle nie czuł potrzeby zbędnego nadużywania głosu. Spacerowali więc w ciszy, najpierw przez ciche ulice pozornie opuszczonego miasteczka, potem przez ciemny, iglasty las i jego nierówne ścieżki, które jednak później urwały się kompletnie i stąpali tylko po miękkim, aczkolwiek śliskim mchu. Jeff kilkukrotnie poczuł to na własnej skórze, ale żaden z nich nie miał humoru do śmiechu czy żartów, a atmosfera pozostała dziwnie napięta, więc tylko wyklął ludzi zajmujących się ścieżkami i poszli dalej.
- Co jest? - Zapytał Jeff, może nieco zbyt szczekliwie, jednak tylko to zdołał z siebie wydusić po tym jak prawie na niego wpadł. Jack nie odezwał się, chociaż jego postawa nagle stała się dziwnie agresywna. Spiął się cały, a jego prawa ręka znajdowała się niebezpiecznie blisko myśliwskiego
noża, umieszczonego na jego pasie, przewieszonym przez ramię.
Wreszcie, po kilku ładnych godzinach, zza drzew począł wyłaniać się stary, drewniany dom, na co Jack natychmiastowo zatrzymał się.
- Nie podoba mi się to. - Powiedział wreszcie, naprawdę niskim i warczącym głosem. Jeff zaczął rozglądać się dookoła. Co też mógł zobaczyć (wyczuć?) Jack, czego on nie?
Szczerze, to wszystko, to Jeff do ostrożnych nie należał. - Spotkania, rozmowy, obserwacje. Jakby myśleli, że nie wiemy... Że nie wiem o co chodzi. - Poprawił się szybko, widząc minę Jeffa, wyrażającą największe na świecie niezrozumienie. Gdyby było to możliwe, nad jego głową zapewne pojawiłby się wielki, neonowy znak zapytania. Jednak jeszcze nie zadawał pytań, chciał pozwolić Jackowi się wygadać i przede wszystkim, jak raz nie przerywać. Może przy okazji coś by zrozumiał?
- Zobaczysz. - Warknął jednak Jack, jakby czytał mu w myślach i delikatnie pociągnął go za ramię, zmuszając do ruchu.
Jeff zauważył, że pod wpływem nagłego ataku złości, Jack szedł pewniej i szybciej, wyglądał prawie, jakby zaraz miał wpaść do domku, wyważając w nim drzwi i zwyczajnie wszystkich zabić. Sam Jeff zresztą nie był lepszy, ale na niego za to działał humor kolegi, jak i niezwykła ciekawość, której najadł się od tego nagłego ataku. Sekundy dzieliły ich od zapukania do drzwi, gdy Jack znowu zatrzymał się w pół kroku, tak gwałtownie, jakby czas nagle przestał płynąć. Westchnął ciężko i powoli, acz skutecznie rozluźniał się. Jeff starał się osiągnąć to samo, ale skończył tylko jeszcze bardziej zdenerwowanym.
- Wyluzuj. - Wyszeptał do niego Jack, chwile przed otworzeniem drzwi. - U ciebie stan nerwowy nie jest jakiś niezwykły. - Weszli dokładnie w momencie zakończenia zadania.
I Jeffa natychmiast uderzyła atmosfera wnętrza
Wszędzie dookoła leżały zniszczone, lecz zapewne wygodne meble, jednak nikt z nich nie korzystał. Wszyscy stali, spięci, w różnych kątach pokoju i teraz wpatrywali się w nich z pozornym znudzonym oczekiwaniem. Jeff jednak znał to spojrzenie, pełne skrycie ukrywanej nieufności i wrogości.
Każdy w tym pomieszczeniu gotowy był zabić ich, gdyby tylko zaszła taka potrzeba.
Jack rzucił mu krótkie, pełne zrozumienia spojrzenie, skrywane jednak za niebieską maską.
Co do cholery się tutaj działo?

niedziela, 24 stycznia 2016

Element układanki cz. 2- Niepokojący sen

Za wszelka cenę starał sobie przypomnieć. Przypomnieć chodź by skrawek ze swojego życia. Na marne. Cofając się w przeszłości widział tylko czarną plamę. Nocami nawiedzał go niepokojący sen. Dłonie umoczone we krwi i chęć zemsty. Dniami rozmyślał co to ma oznaczać, ale jego pamięć nie miała zamiaru mu pomóc. Jednak z jakiegoś powody nie chciał niepokoić tym Naruto. Blondyn, był już wystarczająco zaniepokojony jego stanem zdrowia.

Sasuke siedział na parapecie i przyglądał się jak krople deszczu powoli spływają po szybie. Jedna szczególnie przykuła jego uwagę. Oddzielona od reszty mała kropla, która za nic nie chciała spłynąć i tkwiła w jednym punkcie. Czuł się podobnie. Jak samotna kropla, która nie robi żadnych kroków na przód. Kiedy tylko wracał myślami wstecz nie widział nic, prócz obrazu z jego snu.
-Co taki smutny?- zapytał Naruto gdy wszedł do sali.- Nie cieszysz się, że w końcu stąd wychodzisz?
-Cieszę, ale nadal czuję się nieswojo- wychrypiał- A co dalej?
-Jak to co? Tak jak ustaliliśmy. Zamieszkasz na razie ze mną i będziemy przywracać ci pamięć- uśmiechnął się szeroko. Naruto od dziecka był optymistą, dlatego trudno było mu zrozumieć wszelkie obawy przyjaciela.
-Zabieraj manatki i wychodzimy- Sasuke posłusznie zabrał swoje rzeczy i skierował się ku wyjściu. Po raz pierwszy opuścił mury szpitala. Wszytko wydawało mu się obce. Rozglądał się. Obserwował przechodni.
Może sobie coś przypomnę
Naruto skierował się do samochodu, a Uchicha tuż za nim. Wysiedli już pod domem blondyna. Sasuke stał skołowany. Patrząc na dom po raz kolejny przypomniał mu się nękający go od kilku dni sen.
Czy to jakiś znak? Możliwe, aby ten sen miał coś wspólnego z tym miejscem?
Gdy Naruto zmierzał w kierunku wejścia Uchicha oderwał się od rozmyśleń i powędrował tuż za nim. Mieszkanie było małe, ale wystarczające dla nich dwóch.
-Rozgość się- rzekł blondyn i udał si do sypialni.- To będzie twój pokój, a ja rozgoszczę się w salonie- uśmiechnął się szeroki i podrapał po tyle głowy.- Jesteś głodny?
-Nie- odpowiedział niepewnie i po chwili podszedł do komody, na której było kilka ramek ze zdjęciami. Uchicha podniósł jedno z nich.
-Kto to jest?- wskazał na drobną różowo-włosom dziewczynę, która stała obok Naruto,
-To? To jest Sakura, niegdyś nasza przyjaciółka i twoja była dziewczyna- jego mina z poważniała, a na twarzy Sasuke pojawił się grymas
-Nie pamiętam jej...z resztą nikogo nie pamiętam- posmutniał i chwycił drugie zdjęcie.- A to?
- To jest Kakashi. Przyjaciel mojej rodziny, ale również i nasz.
-Eh.,..
-Chodź- skierował się do szafy, a zanim Sasuke. Wspiął się na palce i sięgnął z góry pudełko. Położył je na stolę i usiadł na sofie.
-Siadaj- otworzył pudełko, a po chwili jego zawartość ukazała się.- To są nasze zdjęcia z okresu podstawówki i gimnazjum- blondyn zaczął przeglądać wraz z chłopakiem kila zdjęć.
-To jest Obito. Najlepszy przyjaciel Kakashiego. Tworzą zgrany duet zawodowy.- pokazał mu zdjęcie.
-A to?-przerwał mu brunet kiedy na zdjęciu ukazała się czarnowłosa postać.
-Itachi...Itachi Uchicha- wyszeptał
-Ktoś z mojej rodziny?-w jego głosie można było wychwycić nadzieję.
-T-tak...To twój brat- odłożył zdjęcie na stół- Wyjechał. Nikt nie wie gdzie.- Sasuke spojrzał w dół. Nie rozumiał dlaczego brat wyjechał, a co gorsza w ogóle go nie pamiętał. Ten człowiek, który powinien być jego bratnia duszą był mu kompletnie obcy.
-Pójdę się położyć- wymruczał bez emocji i udał się do sypialni.

Obudził się oblany potem. Jego sen po raz kolejny go nawiedził, ale tym razem przemknęła mu w nim kobieta o różowych włosach.
Sakura?
Przestraszony spojrzał na zegarek, który wskazywał pierwsza w nocy. Po cichu udał się do kuchni i nalał sobie wody do szklanki. Oddech miał przyspieszony. Wracając do sypialni zatrzymał się przy zdjęciu.
Tak to z pewnością ona.

sobota, 23 stycznia 2016

Wartość Wspomnień. - Rozdział Drugi. "Nowa podróż zaczyna się już teraz."

Mam już napisane opo z Creepypasty i Pacjenta i Shiki... Ale mi się nie chce przepisywać. XD
Także długo nie poczekacie, ale chwila jednak zejdzie. ^^"
W każdym razie... Komentować kurna!

***

Kakashi Hatake siedział w swoim biurze, luźno odchylając się na czarnym, skórzanym krześle obrotowym, czytając ulubioną serię jego książek „Icha Icha”, tak jak miał w zwyczaju, jednak tym razem nie mógł się skupić na żadnym zdaniu, czy też słowie, a jego myśli cały czas uciekały w nieco nieporządanym kierunku, przez co, mimo że zazwyczaj wręcz nadnaturalny sposób potrafił zachować swój spokój i dystans, zaczynał się irytować. Niemoc czytania akurat tej książki była dla niego wyjątkowo dotkliwym ciosem.
I wszystko przez Akatsuki, albo idąc jeszcze dalej, przez głupią władzę. Kakashi nigdy nie pisał się na bycie czymś więcej niż”ręką wymierzającą sprawiedliwość”, ale jego kwalifikacje i, nawiasem mówiąc, wysoka inteligencja tym razem nieźle go przyskrzyniła. Wiele osób również uważało go za „naturalnego władcę” i przez to wszystko, dostał to czego nigdy nie chciał, toteż inni słuchali go nawet bez specjalnego wysiłku. Tyle, że dalej twierdził, że to absolutnie nie dla niego.
Za jednym odchyleniem fotela odleciał wzrokiem wszystko po prawej stronie; od śniadych półek na książki, czarnej kanapy, dziwnych obrazów na bordowej ścianie aż po dywan w kolorze ciemnoszarym, a przy powrocie do poprzedniej pozycji zdążył przyjrzeć się wszystkiemu po lewej; równie śniade komody, pliki z dokumentami, ozdoby w postaci zwierzęcych, głównie psowatych figurek i kilkudziesięcio calowy telewizor, którego Kakashi nigdy nie użył. Właściwie, będąc ze sobą w stu procentach szczerym, to rzadko używał czegokolwiek znajdującego się w pokoju, bo i po co? Jedynym czego potrzebował do szczęścia były jego książki, laptop i zdjęcia, wszystko prywatne i wszystko szczelnie zamknięte w jego biurku. Nie żeby miał coś specjalnie do ukrycia, po prostu nie lubił się dzielić swoim życiem osobistym z przypadkowymi ludźmi, jeśli w ogóle z kimkolwiek.
Jednak, wracając nieco na ziemię, był, a właściwie byli, bo cała Konoha była, w niejakim niebezpieczeństwie. Ponieważ doszły ich słuchy, że pewna organizacja, Akatsuki niebezpiecznie dla niech się rozrosła. Byli silni, nawet bardzo, dlatego Kakashi w ogóle się nimi przejmował. Do tej pory w głowie nieprzyjemnie odbijało się przypomnienie rozmowy sprzed kilku dni;
 KURWA! - Usłyszał nagle, a drzwi pokoju z całą swoją mocą uderzyły o ścianę. Kakashi wzdrygnął się, bo przekleństwo połączone z tą hiperakrywnością i hukiem drzwi mogło znaczyć tylko jedno – właśnie zawitał u niego jego podopieczny, Naruto, w dodatku z niezbyt miłymi wieściami. - Tak nie może być, zrozumiano?! - Patrzał jak jego rozkopane blond włosy podskakują energicznie, a on sam gestykuluje agresywnie. Tak, Naruto zdecydowanie zbytnio dawał się ponieść. Kakashi nawet nie próbował go uspokajać, czy też wyciągnąć z niego informacji, tylko czekał. Bo zaraz za chłopakiem wbiegła Sakura, jego druga podopieczna i właściwie chyba automatycznie trzepnęła go w to blond gniazdo.
Szacunku trochę, idioto! - Jeszcze nie krzyczała, ale była tego bliska, a jej różowe kosmyki unosiły się niebezpiecznie, niczym za sprawą jakiejś dziwnej magii. Ona też wyraźnie była zdenerwowana, ale dwójka zajęła się swoimi małymi przegadankami i Kakashi tylko z pożałowaniem przejechał dłonią po twarzy.
Nigdy się nie nauczą, pomyślał i dopiero wtedy przez biedne, wyważone drzwi szybkim krokiem wszedł brunet, Sasuke, zachowując pokerową twarz i mimo że był w wieku tamtej dwójki, to od niego emanowała aura dojrzałości i to ona nie raz zmrażała ludzi do szpiku kości.
Akatsuki znowu się panoszy. - Powiedział, zanim Kakashi jeszcze zdążył zapytać i to dało mu pewną chwilę, zanim Naruto znowu zaklął, oczywiście nie szczędząc głosu, a Sakura tym razem nie zdołała opanować emocji. Naruto pierwszy zapytał co mają zrobić i pierwszy wyraził chęć „wbicia trochę rozumu do tych pustych, Akatsukowych głów”, Sakura poinformowała go, że jest to nazwa nieodmienna, a Sasuke dalej wpatrywał się w Kakashiego zimnymi oczami i twarzą zupełnie wypraną z emocji, chociaż jego postawa ewidentnie mówiła „Ja też mam ochotę im dokopać”. Kakashi westchnął ostentacyjnie, najbardziej w stronę Naruto, bo mimo tego, że chciał on kiedyś zastąpić Kakashiego i niewątpliwie miał umiejętności w boju, to brakowało mu rozumu i opanowania. Sasuke natomiast zbyt łatwo dawał wygrać nienawiści, więc najrozważniejsza wydawała się tu Sakura, jednak jej również brakowało dystansu. Przez głowę Kakashi'emu tylko przez chwilę przeleciała myśl „Shikamaru”, po czym stwierdził, ku zaskoczeniu całej trójki, że Konoha musi spotkać się z Akatsuki, tym razem oficjalnie. Zaskoczenie było dla Kakashiego zupełnie niezrozumiałe, bo przecież wybór był aż nadto oczywisty, ale nie skomentował tego, bo wiedział do czego zmierzają.
 Ale po co?! - Pierwszy znowu wybuchł Naruto i Kakashi pomyślał, że może i dobrze, że jest taki ekspresyjny, bo to zawsze pomaga myśleć i miło było mu czasem zobaczyć twarz bez żadnych masek stworzonych z pozornego opanowania, ale z pewnością nie była to dobra cecha dla przywódcy. - Próbowaliśmy już pokoju, jednak nie wydają się być zainteresowani. - Dodał i przybrał obrażoną minę, dotykając ciągle bolącego ramienia, w które został postrzelony. Rana na szczęście nie była groźna, ale faktycznie dawała do myślenia, co do zamiarów Akatsuki. Kakashi wziął to pod uwagę, tyle że posiadanie w nich wroga mogło być śmiertelną, powolną trucizną, a lepiej już było przyjąć spodziewany cios mieczem i przynajmniej przygotować defensywę, niż potajemne niszczenie od środka. Chciał już się odezwać, jednak Sakura zrobiła to za niego.
 Akatsuki nie było zainteresowane współpracą z żadną organizacją.
Nie wiemy co im proponowali. - Zauważył Sasuke, wreszcie na nią patrząc, a ona zarumieniła się lekko, nagle poprawiając włosy i wymruczała coś w stylu „Oczywiście...”. Kakashi wiedział, że od kiedy poznał ich trójkę, to tworzyli ten dziwaczny miłosny trójkąt podsycany przyjaźnią, ale nigdy nie uważał tego za coś złego, czy wartego negatywnej uwagi. Nie dopóki stali po tej samej stronie.
Nigdy nie zaszkodzi spróbować. - Wreszcie zabrał głos i w ten sposób zgodził się ze zdaniem Sasuke. - To nas nie zabije, a może i nas wzmocnić.
 Lepiej mieć węża w domu niż w ogrodzie? - Naruto zjeżył się i krzywił, wyrażając dezaprobatę. Wyraźnie widać było, że zupełnie nie jest zainteresowany współpracą, ale Kakashi wiedział, że to raczej ze względu na honor i fakt, że paru jego ludzi już straciło życie przez Akatsuki. Kakashi, jako lider, musiał brać to pod uwagę, ale również nie mógł kierować się emocjami. Przecież jak dotąd lider tamtejszej grupy nie wydał mu oficjalnej wojny, to były tylko małe przepychanki.
Dokładnie. Wtedy wąż jest pod naszą obserwacją i będziemy w stanie zauważyć, czy chce nas zjeść czy też po prostu się u nas osiąść. - Powiedział i uśmiechnął się, chociaż jego twarz zasłaniała maska. Usłyszał docinek ze strony Sasuke „Czybyś w polu znalazł trochę mózgu?” i ponowną irytację Naruto, bo była ona skierowana do niego, ale tym razem jego głowę zaprzątało tylko Akatsuki i to, jak zmusić, czy też raczej przekonać ich do sojuszu.
I teraz, właśnie po kilku naprawdę długich dniach, dalej nie przychodziła odpowiedź. Akatsuki była stosunkowo świeżą „organizacją” i nikt tak naprawdę zbyt dużo o niej nie wiedział. Pewne były tylko informacje, że rozprowadzają oni narkotyki nazywane „Nieskończone Tsukuiomi” i że, jak już wcześniej wspomniała Sakura, jak dotąd po spotkaniach odrzucali wszelkie sojusze ze stwierdzeniem, że jednak nie są zainteresowani. Dalej były tylko domysły. Domysły, że chcą wyeliminować wszystkich innych i doszczętnie zniszczyć cały opór, jak i domysły, że tak zwaną „Szlachtą” (dziwna nazwa, ale tak ich właśnie nazywano) byli tam naprawdę niebezpieczni ludzie, kolejno wymieniając;
Deidara – niszczyciel, potrafiący właściwie z wszystkiego uczynić bombę. Lubował się właśnie w wysadzaniu i nazywał to „sztuką”. Był dość agresywny i zdolny do samodestrukcji, ale uważał, że sztuką jest przemijanie i dlatego nigdy nie uciekał się do zbytniego okrucieństwa.
 Lalkarz.- Główny partner Deidary, nazywany „lalkarzem” z powodu tego, co robił z ludźmi. Był on zdecydowanie bardziej cierpliwy od swojego towarzysza, uciekając się do powolnego wdzierania się w ludzki umysł i niszczenia ich własnego „ja”. Po jego praniu mózgu, ludzie stawali się zupełnie bez woli. Zupełnie jak lalki. Z resztą, słuchali się tylko jego rozkazów, więc miał pewnego rodzaju zabezpieczenie przed własnymi towarzyszami.
 Tobi. - Wydający się być niezwykle dziecinny i niezdarny, co za tym idzie, bezużyteczny, jednak w rzeczywistości, człowiek również z nikłym sumieniem i nie dający się dotknąć, nikomu nigdy nie udało się go zranić, mimo tego, że zazwyczaj używany jest jako przynęta.
Hidan. - Religijnie pokręcony szaleniec, lubujący się zarówno i w skrajnym sadyźmie jak i masochiźmie. Uważał się za nieśmiertelnego, a jego ciało faktycznie potrafiło wytrzymać prawie nieludzko wiele.
Kakuzu – Człowiek zupełnie bez sumienia, obdarzony wysoką inteligencją i silnym ciałem, które również wydawało się być nieśmiertelne. Jedyne na czym mu zależało, to pieniądze, a jego celem mógł stać się każdy, kogo głowa byłaby choć trochę warta.
  Kisame. - Typowy wychowany socjopata, ponoć przypominający rekina, z zupełnie martwym oczami i uśmiechem pełnym ostrych zębów. Strasznie lojalny swemu „panu”, prawdopodobnie sam nie miał zbytniego celu w przebywaniu w organizacji.
Anioł. - Kobieta załatwiająca głównie pokojowe sprawunki, w dodatku oddająca się pomocy innym, stąd (jak domyślał się Kakashi) jej przezwisko. Tak jak poprzednik, niezwykle oddana rozkazom i wydająca się żyć tylko dla organizacji.
 Pain. - I tutaj Kakashi nie znał szczegółów, bo informatorzy podawali opis tego samego charakteru, zachowania, czy osądów, lecz różnego wyglądu. Zawsze był to chłodny mężczyzna ze średnim optymizmem, czy czasami nawet prawie obrzydzeniem wykonujący swoją pracę i ochraniający swoich towarzyszy, jednak pierwszy opis brzmiał „rudowłosy mężczyzna o brązowych oczach i silnej postawie”, a drugi „czerwonosłosy mężczyzna o fioletowych włosach i chudym ciele”. Mogły być to oczywiście dwie osoby, jednak, z tego co było Kakashiemu wiadomo, nigdy nie pojawiali się naraz w tym samym miejscu i obydwoje przedstawiali się imieniem „Pain”.
I największa zagadka – który z nich jest przywódcą? Bo któryś był na pewno. Co prawda używali oni często imienia „Madara Uchiha”, wzbudzając niewyobrażalny lęk, jednak wątpliwym było, że w rzeczywistości tak było, bo tamten powinien już dawno nie żyć. A nawet jeśli żył, to zapewne nie był on w stanie prowadzić (lub też zakładać) nowej i tak silnej organizacji. Wykluczając Madarę, wybór padał na Paina, jako najsilniejszego z nich, jednak z tamtym znowu wiązały się kolejne tajemnice.
Więc Kakashi mógł tylko siedzieć przy swoim biurku i myśleć na temat tych nijakich informacji, nie mogąc znaleźć rozwiązania jak tu by ich zachęcić do siebie. Nie winił się, w końcu było to właściwie niemożliwe, nie znając nawet ich celu. W dodatku, odpowiedź nie przychodziła, ale przynajmniej nie było już ataków. Ogromy zastój sprawił, że zawisła nad nimi czarna chmura napięcia, bo teraz kiedy każdy spodziewał się, że to tylko cisza przed burzą, potęgowało to zdenerwowanie, błędne decyzje i zupełną niemożliwość czytania dla Kakashiego. Dlaczego jeszcze nie przychodziła odpowiedź? Czyżby ich ignorowali? Albo po prostu poszanowali ich zdanie i zostawili w spokoju? Czy też zwyczajnie myślą nad rozwiązaniem...
Tylko dla Kakashiego nie było w tym nic trudnego, bo jeszcze o nic trudnego nie pytał. Poprosił tylko o spotkanie, bo mimo wszystko wolał od razu porozmawiać w cztery oczy niż bawić się, możliwe że nawet kilka miesięcy, z debatami w listach. Odpowiedzi były proste jak drut – tak albo nie, nic innego. A może po prostu to planowali? Osłabić ich nerwy poprzez oczekiwanie i dopiero wtedy zobaczyć do czego są zdolni?
Kakashi nie wiedział i mimo zwyczajowej cierpliwości, jego uczucia powoli zaczęły umykać spod jego wodzy i odczuwał słabe zniecierpliwienie, a nawet to sprawiało, że nie mógł czytać. Zamknął książkę akurat w idealnym momencie, by usłyszeć zbliżające się głośne kroki. Bardzo szybkie, będąc dokładnym. Kakashi zdążył domyśleć się kto do niego biegnie, zanim jeszcze otworzyły się drzwi, jak i również co to za pilne wieści.
- Kakashi sensei! - Głośne nawoływania Naruto uderzyły go tylko chwileczkę wcześniej niż te biedne drzwi znowu ryjące w ścianę. Będę musiał je wymienić, pomyślał tylko Kakashi, zanim zobaczył zwiniętą kartkę papieru tak energicznie wymachiwaną nad głową Naruto. - Kakashi sensei, mamy odpowiedź!

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Wartość Wspomnień. - Rozdział Pierwszy. "Jedną decyzją możesz zmienić całe swoje życie."

Nic nie kończę, a nowe zaczynam~~
I w ogóle to kurnaa~~
Dobra, jak zwykle u mnie, głównie wyobraźnia, a nie realia i dużo pierdzielenia. Paringi? Oczywiście ObiKaka, może hinty do innych. Proszę dodawać komentarze i... Miłego czytania!
***

Biegł po zielonej trawie, widział prawie czarne niebo. Zbierało się na burzę, więc schował się pod drzewem, nie zwracając uwagi na to, że w sumie całkiem niedaleko ma już do jego miejsca zabaw, drewnianego domku, pomalowanego na kolor czerwony, z bordowym dachem. Drzewo pod którym się chował miało ciemnozielone liście i brązową korę. Chowanie się tutaj było głupie, ale wtedy jeszcze był tym głupim dzieckiem. Miał na sobie granatowy strój i pomarańczowe gogle. Po tym, jak minęła burza, a było to o naprawdę późnej godzinie, popędził prosto do domu i nic innego się nie stało.

Obito wiele razy odtwarzał tę drogę dokładnie w ten sposób. Tę historię opowiedzianą tak przez opiekunów, bo próbował sobie przypomnieć. I teraz znał każdy jej szczegół, szczególny nacisk stawiając na kolory. Zapamiętywał tak dokładnie, że czasami wydarzenia, ta historia, nawiedzała go w snach.
Zielony, czarny, ciemnozielony, brązowy, granatowy, pomarańczowy, czerwony, bordowy.
Każdy kolor miał wyjaśnienie, nic innego nie miało miejsca.
Ale mimo upływu lat dalej próbował dokładnie sobie przypomnieć i czasem nawet wracał w to miejsce, bo została mu jedna, ostateczna zagadka. Jeden nierozwiązany kolor.
Z okna jego domku, przez korony drzew, nie było widać ani piorunów, ani błyskawic.
A mimo to, do jego snów i pamięci cały czas powracał ten jasny, bardzo jasny, srebrny kolor.

Obito kompletnie stracił pamięć, gdy miał dwanaście lat, wypadek podczas spalenia posiadłości Uchiha. Silne uderzenie w głowę spowodowało amnezję i sprawiło, że jedyną rzeczą jaką później pamiętał było jego imię i nazwisko.
Tylko co mu po tym?
Nie pamiętał kim był i kim miał być. Nie pamiętał przyjaciół, rodziny. Wszyscy teraz mogli go oszukać, wykorzystać. Uformować.
Więc zamiast zatrzymania wszystkiego co teraźniejsze i próbowania znaleźć poprzedniego siebie, Obito zaczął żyć na nowo, jakby nic nigdy nie zdarzyło się przed spaleniem posiadłości. Nie wiedział, czy zmienił się na lepsze czy na gorsze... Po prostu był taki, jakim powinien być jako nowy przywódca „klanu” Uchiha.
Nazwał się Tobi i kazał takim imieniem do siebie mówić, nigdy nie używać nazwiska czy poprzedniego imienia, nie wspominać o jego pochodzeniu. Dać wrogom jego rodziny wierzyć, że wszyscy już dawno nie żyją. Ustalił nowe zasady i ich nowy świat. Co prawda, według innych, nie różnił się on zbytnio od poprzedniego, ale nie to było zamiarem Obito. Chodziło tylko o symbol, oddzielenie poprzedniego stanu rzeczy, poprzedniego siebie, od teraźniejszego.
Mimo to, nigdy nie ustała w nim żądza wiedzy, kim był wcześniej. Szybko odkrył, że pomagają mu w tym kolory.
Jednak nie było wcale łatwo odzyskać dwunastu lat życia.
Obito sądził, że radził sobie całkiem dobrze, lecz niektóre wspomnienia dalej tkwiły w próżni. Nie wiedział kim są poszczególne osoby, miejsca, czy też nie znał prawdziwości wydarzeń.
A szczególnie męczyło go wspomnienie srebra i domku w środku lasu. Wiedział gdzie jest ten domek, jak powiedzieli mu podwładni, i czasem nawet się tam wybierał w poszukiwaniu informacji, ale zagadka jasnego koloru dalej pozostawała nierozwiązalna. Sugerowano mu, że chodziło o burzę, ale on wiedział, że to nie to. Że to wspomnienie było dużo mniej... Zwykłe.
Coś było definitywnie nie tak z kolorem srebrnym. Obito wiedział, że to nigdy nie był jego ulubiony kolor, a mimo to czuł coś dziwnego, gdy na niego patrzał i automatycznie uwalniały się w nim emocje; smutek i radość, mimo że całkowicie absurdalnym było odczuwanie ich naraz.
Nieważne jak próbował, jego pamięć nie mogła zostać zrekonstruowana w swojej naturalnej, nieskażonej formie. Cały czas były to propagandy, mówili mu, że to nie istniało, więc jego umysł zbudował w ten sposób wspomnienie, jednocześnie wyraźnie dając mu do zrozumienia, że czegoś tam brakuje. Jakby jego własny mózg się z nim zabawiał.. Tylko, że dla niego to wcale nie było śmieszne. I dlaczego właściwie miał sobie przypomnieć? Jeśli byłaby to jakaś ważna sprawa, to po kilkunastu latach z całą pewnością upadła na wartości, jeśli całkowicie jej nie utraciła. Być może po prostu jego umysł w pewnym sensie zatrzymał się na etapie dziecka i nie da mu spokoju dopóki sobie nie przypomni?
Obito nie wiedział i jakoś nie spieszyło mu się do „specjalistów”. Wtedy zaczęliby podważać jego zdanie, jako jakiegoś psychola, a w jego branży niezachwiana wola była bardzo istotną rzeczą.
- Słuchałeś mnie, Tobi? - Obito wyostrzył wzrok znad unoszącego się dymu i nagle powrócił do krainy rzeczywistej... A przynajmniej czymś, co śmiało się tak teraz nazywać. Rudy mężczyzna siedzący naprzeciwko pochylał się lekko w jego stronę, przybierając groźną postawę, chociaż Obito dobrze wiedział, że robi tylko „dobrą minę do złej gry”, bo i tak on tu rządził i taki pokaz autorytetu był dla niego zwyczajnie śmieszny. Nie żeby Yahiko, bo tak nazywał się mężczyzna, go nie miał, po prostu na nim nie robił on żadnego wrażenia. Yahiko był dobrym przywódcą, być może dobrym człowiekiem (Nie Obito oceniać), z całą pewnością żyjącym w złych czasach. Ten człowiek mógł i opatrywać rannych, i posypywać ich solą, zależnie od celu jaki mu przyświecał. Jak to się mówi „człowiek z jajami”, bardzo niebezpieczny typ, jednak zdecydowanie nie straszny dla Obito. Przynajmniej dopóki Obito był lepszy.
Obok, przy jego fotelu, stało jeszcze dwóch ludzi. Czerwonowłosy, prawie anorektycznie chudy mężczyzna o imieniu Nagato przewiercał go swoimi nienaturalnie fioletowymi oczami. Obito czasami zastanawiał się, czy nosi soczewki, czy też natura wyjątkowo zabawnie sobie z nim pograła. Całościowo wyglądał jak chodząca kostucha, ale jego Obito obawiał się jeszcze mniej, chociaż bardzo groźna była jego niestabilność psychiczna, bo bardziej od swoich towarzyszy podatny był na „szturchnięcia” i Obito mógł się domyślić, że gdyby nie wsparcie pozostałej dwójki, mógłby stać się nieopanowaną maszyną do zabijania. Ten typ był desperatem gotowym oddać wszystko za to co mu zostało, a zostało mu niewiele – tylko ta dwójka ludzi stojąca obok. I dlatego był taki niebezpieczny i zupełnie nie groźny jednocześnie.
Jednak znacznie łatwiejszy do manipulacji.
Ostatnia była kobieta o niebieskich włosach i bursztynowych oczach, jak i również wyjątkowo silnej woli. Mimo tego, że nie zabierała głosu i prawie zawsze przybierała kamienny wyraz, Obito wiedział, że to ona jest mocną i stabilną podporą dla pozostałych kolegów, i mimo tego, że wyraźnie pałała uczuciem do Yahiko, nie miała zamiaru wykluczać Nagato. Stawiała ich na równi, jako swoich przyjaciół. Kobieta o imieniu Konan, którą jednak reszta zwykła nazywać „Aniołem”, a Obito jakoś niespecjalnie obchodził powód.
- Konoha chciałaby się z nami spotkać. - Mruczy, chociaż w istocie, wcale nie słuchał. Zwyczajnie strzelał, bo przecież to tylko o tym szepczą w całym Akatsuki. Twarze trójcy („Nasza święta trójca”, jak czasem w myślach drwił Obito) pozostały niezmienne, a i Obito nie miał zamiaru pokazywać za dużo, ale wiedział, że trafił. Gdyby odpowiedział błędnie, zapewne już by go poprawiali, albo ewentualnie pouczali, a nie mógł sobie pozwolić na taką słabość. Teraz patrzeli na niego w milczeniu, więc zapewne oczekiwali odpowiedzi. Obito wreszcie oderwał wzrok od dymu, odwzajemniając to nieme ostrzeżenie. To wszystko było zwykłą grą pozorów i Obito to wiedział, jednak jako przywódca nie mógł przegrać, a po tylu latach i daru empatii, nauczył się paru sztuczek. - Niech im będzie. - Odpowiedział, niebezpiecznie mrużąc oczy. Mimo, że od kilu dni skutecznie unikał tej decyzji, to kiedyś musiał ją podjąć, a wiedział że odmowa mogłaby być... Niebezpieczna. Poza tym, ciekawiło go co też ta sławna „Konoha” ma do zaproponowania.
***
Yey, opisy! Yey głupota! #BorzeSzalejęZTytułąmi
Tak w ogóle, muszę chyba jakoś inaczej te opowiadania ułożyć, bo już jest trochę dużo tych dłuższych opek... No nic...

niedziela, 17 stycznia 2016

50 twarzy Verdasa #2- Ona nie jest ciebie warta




                                                                        *~*~*

Rozmowa, którą prowadził szatyn obudziła mnie. Chłopak brzmiał bardzo groźnie, a momentami wydawało mi się jak by komuś groził. Zaniepokojona cała sytuacją zarzuciłam szlafrok i pospiesznie udałam się w stronę gabinetu Vardasa. Zatrzymałam się niepewnie przed szklanymi drzwiami. Widziałam jak Leon kłóci się z jakąś kobietą.
-Wynoś się, jestem teraz szczęśliwy. Dla mnie jesteś nikim!- krzyczał kiedy ja podsłuchiwałam rozmowę.
-Ona nie jest ciebie warta, pamiętasz jak było nam przyjemnie?- to był cios poniżej pasa. Miałam ochotę tam wejść, ale się powstrzymałam. Zabolało mnie to. Żadna szmata nie będzie mnie obrażać. Łzy zbierały mi się w oczach, ale musiałam się zebrać.
-Nie wiesz jaka jest, nie mów tak o niej i wyjdź!- szuranie krzesłem dało mi znak o tym, że kobieta wychodzi. Pobiegłam do kuchni i nalałam soku do szklanki. Rudowłosa wychodząc zmierzyła mnie swoim dziwkarskim spojrzeniem, a ja uniosłam brwi w rozbawieniu. Kiedy znikła mi z pola widzenia weszłam do gabinetu. Na fotelu siedział Leon. Wyraźnie zdenerwowany, a jego twarz spięła się na mój widok. Jak gdyby nigdy nic stanęłam przy biurku.
-Kto to był?-starałam się nie wyrażać żadnych emocji.
-To...Nie ważne, sprawy zawodowe- objaśnił pełen goryczy w głosie
-Jakieś poważne problemy?
Dlaczego mnie okłamał? Kim była ta ruda jędza?
-Violetta, nie przejmuj się tym, jesteś za młoda na takie sprawy- to mnie dotknęło. Miałam ochotę się rozpłakać, ale to serio było by dziecinne.
-Tak...Jestem za młoda- postawiłam szklankę z napojem na szklanym biurku- Lepiej będzie jak pójdę obejrzeć jakieś kreskówki- warknęłam i szybkim krokiem wyszłam z pomieszczenia. Urażona wbiegłam do sypialni zamykając za sobą drzwi na klucz. Ubrałam się luźno i założyłam słuchawki na uszy. Miałam w dupie Pana Dorosłego i jego tajemnice. Chciałam odpocząć. Zatrzymać się. I dobrze mi szło, póki Verdas nie zaczął się dobijać. Jego walenie w drzwi zagłuszało muzykę. Zdenerwowana podeszłam do drzwi i gwałtownie je otworzyłam, a chłopak prawie się przewrócił. Nie odzywałam się do niego. Na widok moich zaczerwienionych policzków od łkania zmarszczył brwi, a po chwili objął je dłońmi.
-Nie to miałem na myśli...
Jasne, to co? Zasugerowałeś że nie jestem w stanie znieść prawdy?
-A co niby?
-Nie chcę cię obarczać moimi problemami- zaczął cicho
-Leon, do cholery! Jesteśmy razem. Nie możesz tak postępować, Nie ukrywaj nic przede mną.
-Ale to naprawdę nic wielkiego- pocałował mnie delikatnie w usta- Jak cię czujesz?
-A jak mam się czuć? Mój chłopak coś przede mną ukrywa, a ja czuje się bezradna- spojrzałam w dół.
-Wiesz, że nie to mam na myśli- całował mnie po szyi. Odchyliłam głowę, aby dać mu lepszy dostęp, a po chwili odepchnęłam go.
-Idę zrobić śniadanie- wyminęłam go w drzwiach i zeszłam do kuchni. Z racji, że nie jestem jakąś wybitną kucharką usmażyłam naleśniki. Podałam je z nutellą i zaczęłam zajadać. Leon usiadł obok.
-Co się dzieje?
-Nic, kompletnie nic- uśmiechnęłam się sztucznie
-A jednak- odłożył sztućce i obrócił się w moją stronę- Violetta co jest?
-Mówię, że nic- wstałam od stołu i zabierając telefon zmierzyłam ku salonowi. Chłopak złapał mnie za rękę i zatrzymał. Dzieliły nas centymetry. Objął mnie w tali. Jego zapach wypełnił moje nozdrza.
Przejechał ręką po policzku,
-Powiesz mi?-jego głos był przemiły
-Zgubiłam się- spojrzałam w jego oczy, a on wydawał się, że to co do niego powiedziałam było niezrozumiałe.- Pogubiłam się w tobie. Z reszta mówiłam ci to wczoraj, nie chce się powtarzać. Jeśli nie chce się dzielić swoimi problemami, to jaki sens ma nasz związek? Nie ufasz mi?
-Violetta...ja tylko chcę cie chronić- na jego twarzy pojawił się wyraźny ból, jakby to przed czym rzekomo chce mnie ochronić zagrażało mojemu życiu.
-Przed kim? Przed samym sobą? Tak mi się wydaje, bo jedyne w czym widzę zagrożenie to to, że nieważne co się dzieje zawsze ma to związek z tobą. - byłam nad wyraz poważna, chyba po raz pierwszy w swoim życiu.
-Kiedyś ci wytłumaczą, ale nie zadawaj więcej pytań- złączył nasze usta w pocałunku, a ja mu się oddałam.
Dlaczego mu tak ulegam? Pan Tajemniczy...

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Oczy Pełne Zła - Rozdział Drugi "Strach jest najpiękniejszą z emocji"

Jej! Więcej akcji!.. Prawie... 
I druga część Tatsumi x Toshio!
No więc... Nie wiem co powiedzieć... XD
Miłego czytania po prostu~
***

Tasumi Kirishiki...
Osoba, której Toshio po prostu nie mógł zapomnieć. Miał wrażenie, że nawet po amnezji, gdyby zobaczył tę niebieską czuprynę i puste oczy, to doskonale by wiedział z kim ma do czynienia...
Jednakże... Jak jego obecność była w ogóle możliwa?.. Nie była... Nie mogła być!
To najzwyczajniej w świecie niemożliwe, aby Tatsumi znajdował się w tym pokoju, i w dodatku był jakąś ważną osobą dla szpitala... Bo powinien być martwy! Bardziej martwy niż był obecnie, w każdym razie.
Mimo szoku i niejakiej paniki, począł dokładnie mu się przyglądać. Może jakimś cholernym cudem była to pomyłka?
Jednak mimo tego, że wyglądał „inaczej” od kiedy ostatni raz go widział, bo przydział maskę beztroskiego lokaja Kirishiki, to reszta pozostała tym samym Tatsumim z wioski Sotoby.
Tym samym Tatsumim, który pobił go w jego własnym szpitalu, tym samym który porwał Setsuko Yasumiri, którą Toshio OBIECAŁ uratować i tym samym, który pozbawił Kyoko, jak i zresztą wielu ludzi, człowieczeństwa.
A mimo to, ten Tatsumi zachowywał się obrzydliwie niewinnie. Bez żadnych wątpliwości, był doskonałym aktorem.
Ale Toshio nie był wcale gorszy.
Przymrużył więc nieco oczy i udawał zupełnie niezaabsorbowanego obecnością Tatsumiego. Z resztą sam niebieskowłosy teraz zdawał się go zauważyć, bo jego uśmiech zmienił się w bardziej pewny siebie, a oczy zdradzały ten stary, dobrze Toshio znany, blask sadyzmu. Drobne szczegóły, jednak niekiedy tak dobrze zauważalne.
Zdołali nawet utrzymać kilkusekundowy kontakt wzrokowy.
Oczy Tatsumiego były pełne nagle uwolnionego podekscytowania.
Przeznaczone było ono tylko i wyłącznie dla Toshio.
Przez chwilkę, małą chwileczkę zapomniał właściwie o tych wszystkich ludziach, o miejscu w jakim się znajdują... Jakby byli tak tylko oni, nic się nie liczyło.
Tatsumi widocznie też zapomniał, bo trochę zbyt gwałtownie zareagował na próbę przywrócenia do rzeczywistości. Toshio sam otrząsnął się i próbował przysłuchać się głosowi wilkołaka, jednak nie był w wystarczającej odległości, by cokolwiek usłyszeć. A gdy już mógł się ruszyć i spróbować ewakuacji, szybko został „złapany” przez tę samą pielęgniarkę, która próbowała poderwać go wcześniej. I mimo tego, że przeprosił ją na chwilę, nie zdążył już wyłapać w tłumie Tatsumiego. Przez sekundę nawet wydawało mu się, że Tatsumi był ułudą... Kolejną kreaturą stworzoną przez jego zmęczony mózg. Ale jego szczere nadzieje zostały szybko rozwiane przez ten odpychająco przesłodzony głos, usłyszany zdecydowanie z tyłu i już na pewno za blisko niego:
- Dobry wieczór doktorze. - Natychmiast odskoczył na bok, stając twarzą w twarz z samym pijącym krew psychopatą. - Wybacz, przestraszyłem cię? - Tym razem jego głos był chyba aż nad wyraz sztuczny, bo nawet pielęgniarka zauważyła i wyglądała na niezwykle zmieszaną. Toshio odpowiedział, udając zupełnie miłego i kulturalnego dorosłego;
- Wcale... Byłem jedynie troszkę zaskoczony, gdy cię tu zobaczyłem.
- No tak... Nasz nieustraszony doktorek. - Tatsumi objął go ramieniem i mocno przyciągnął do siebie, zaciskając dłoń na jego ramieniu. Bolało, ale Toshio mógł się domyślić, że właśnie takie były zamiary. - Mógłbym go na chwileczkę porwać? Naprawdę długo się nie widzieliśmy... - Zwrócił się do kobiety, a ta tylko niemrawo kiwnęła głową. Tatsumi przewiercał ją wzrokiem, Toshio zdziwiłby się więc, gdyby dostali inną odpowiedź. Nagle poczuł, jak Tatsumi rusza przed siebie, ciągnąc go za sobą.  Właściwie dosłownie ciągnąc, bo Toshio nie chciał nigdzie iść... Wiedział z czym mogłoby się to wiązać i wcale mu się to nie podobało. - Współpracuj, albo przestanie być tak miło. - Agresywny szept omiótł jego ucho. Nie mógł powstrzymać drobnego uśmieszku.
- Zabijesz mnie tutaj? Przy tych wszystkich ludziach?
- Jesteś pijany, Ozaki. - Toshio już chciał się odezwać, jednak Tatsumi przerwał mu zanim w ogóle zaczął. - Komu uwierzą, sponsorowi czy nowemu? Nie psuj sobie reputacji doktorze.
- Gdy będę martwy to nie będzie czego psuć. - Tatsumi tak samo odpowiedział mu uśmieszkiem i tylko mocniej zacisnął rękę, gdy Toshio ponowił próbę ucieczki. Im dalej od głównej sali, od ludzi, tym Toshio bardziej panikował i bardziej rozpaczliwie próbował się uwolnić, jednak Tatsumi również nie miał zamiaru dłużej się powstrzymywać. Mocno złapał go za kark i właściwie wrzucił do pobliskiego pomieszczenia, którym prawdopodobnie był schowek. Toshio wiedział tylko, że było tam zdecydowanie za mało miejsca, nie pozwalało mu to na za swobodne poruszanie się, czy też oddalenie się od niebieskowłosego.  Przybrał postawę obronną, jednak Tatsumi nie wydawał się być zainteresowany potyczką.
Przynajmniej na razie.
- A więc przeżyłeś. - Odezwał się Tatsumi, przerywając chwilę napiętej ciszy. Oparł się wygodnie o drzwi, kładąc na nich zgiętą nogę. Patrzał na niego z czymś w rodzaju leniwej ciekawości. Jakby zadawał pytania na temat pogody.
- Jak zapewne większość... Ludzi. - Toshio kpił sobie w najlepsze, jednak nie dawało to żadnego efektu, Tatsumi wyraźnie nad czymś myślał, bo nie za bardzo kwapił się do „normalnej” rozmowy. A domyślając się, że może on myśleć nad planem morderstwa, Toshio za wszelką cenę próbował go od tych myśli odwieźć. - A co z tobą? - Otrzymał względne zainteresowanie, przewrót oczami.
- Takich jak ja niełatwo jest wyeliminować, wiesz?
- Oczywiście, że wiem. Właśnie tym się zajmowałem.
- A ja zajmowałem się przeprowadzeniem na drugą stronę takich jak ty. Nieistotnie. - Warknął twardo. Znowu utrzymywali kontakt wzrokowy.
I właśnie te oczy skrywały prawdziwe inferno. Postury mieli chłodną, niemal obojętną, ale oczy... Oczy mówiły o całej niewypowiedzianej nienawiści do siebie. - Co z Sunako? - Toshio zaskoczyło to pytanie. Czyżby Tatsumiemu, temu groźnemu sadyście, jednak na kimś zależało? Prychnął z wyższością.
- Nie żyje. Jak cała wasza reszta i jak ty również powinieneś.
- Rozumiem. - Wstał, nagle uśmiechając się szeroko. - W takim razie myślę, że jej życzenia są już nieważne. - Gwałtownie rzucił się do przodu, przyszpilając doktora do ściany, podnosząc go po niej za szyję. Toshio szarpał się i kopał, ale drugi mężczyzna był za silny i zbyt zdeterminowany. Oczywiście, przecież wcale nie ograniczało go człowieczeństwo. - Nie masz pojęcia jak długo marzyłem o tym, by trzymać to twoje malutkie śliczne życie w moich rękach, patrzeć jak powoli zanika. To byłby jeden z najpiękniejszych widoków jaki w życiu widziałem. - Wszystko było zaplanowane, ale doktorek buntownik i jego wierny szczeniak Natsuno musieli zacząć się rzucać. - Puścił go nagle, ale szybko złapał na nadgarstki, jedną ręką przyszpilając je do ściany, nad głową Toshio. Tatsumi wiedział, że nie mógł tam zabić. Nie w szatni, podczas imprezy zorganizowanej przez dyrektora szpitala. Ale twierdził, że małego ugryzienia czy też poturbowania nikt nie zauważy. - Więc może dowiesz się, dlaczego każdy z tych drobnych wampirów nigdy nie sprzeciwił się moim rozkazom. - Całkowicie wrócił do niego sadysta, a oczy zmieniły swą barwę na bardziej drapieżną, czarno-czerwoną wersję. Drugą ręką złapał brązowe kosmyki Ozakiego i mocno pociągnął je do tyłu, odchylając jego głowę i odsłaniając bladą szyję. Oblizał ją od obojczyku aż po dolną szczękę, napawając się czystą paniką.
Och tak, zdecydowanie kochał być łowcą.
Nagle jednak zaprzestał, puszczając jego włosy i zamiast tego zakrywając mu usta.
- Zawsze w najmniej odpowiednim momencie... - Mruknął do siebie, odwracając głowę do tyłu i patrząc na drzwi.
I dopiero w tej chwili Toshio usłyszał kroki rozchodzące się po korytarzu.
Natychmiast zaczął kopać, jednakże nawet gdy trafiał, to Tatsumi nie wydawał się być specjalnie poruszony. Właściwie, wyglądał, jakby w ogóle tego nie zauważył.
To była największa tortura.
Bo Toshio słyszał te pieprzone kroki i nawet lekko przygłuszoną muzykę, ale nie miał szans się wydostać. Nie jeśli mierzył się z tak silnym przeciwnikiem. Próbował krzyknąć, lecz przez dłoń na jego ustach wydobył się tylko zduszony jęk. Dopiero wtedy Tatsumi obrócił się w jego stronę, uśmiechając się krzywo.
Jakby mówił „Gra skończona, poddaj się”.
I mimo to, że Toshio nie był typem osoby, która kiedykolwiek się poddaje, to teraz czuł niewyobrażalną gorycz. Gra faktycznie mogła się skończyć już teraz, wystarczyłoby, żeby Tatsumi go ugryzł, a on przestałby mieć własną wolę, dobrze to wiedział.
Kroki wreszcie ucichły w oddali, a Toshio czuł już tylko dwie rzeczy.
Niesamowity ból nadgarstków, bo niemal na nich wisiał i palącą złość.
Patrzał się na Tatsumiego spod byka i wcale nie miał zamiaru być jakkolwiek rozgoryczonym.
Jeśli nawet miał skończyć to tutaj, to z godnością, myślał dzielnie. Właściwie nie czuł strachu, był zbyt rozjuszony.
I nagle wszystko się zmieniło.
Poczuł, że nic już go nie trzyma i ciężko opadł na ziemię. Był tak oszołomiony, że przez chwilę zapomniał, że jest już wolny.
Tatsumi puścił go, a teraz stał na środku małego pomieszczenia i zaśmiewał się głośno.
- To przesłodkie. Dzielny mały doktor Ozaki. - Toshio patrzał na niego, dalej siedząc na ziemi.
Nie rozumiał.
Totalnie nie rozumiał co się stało i dlaczego. Odruchowo rozmasowywał obolałe ręce. - Mógłbym powiedzieć, że się tym brzydzę, ale to całkiem imponujące. - Stanął przed nim, opierając się na biodrach. - Nie jestem usatysfakcjonowany tym zakończeniem, doktorze. Daję ci drugą szansę. - Na jego ustach pozostał uśmiech samozadowolenia. Jak to sadysta, nienawidził, gdy ktoś mu się przeciwstawiał.
Ale również, jak to sadysta, nie mógł powstrzymać się od tej małej gierki, skoro i tak właściwie stał na wygranej pozycji. Lubił patrzeć jak inni się męczą. - Wstawaj, doktorze. - Szarpnął go do góry za ubranie, tylko ten mały impuls pozwolił doktorowi na otrząśnięcie się z szoku. Szybko uderzył trzymającą go rękę i odskoczył możliwie jak najdalej od Tatsumiego. Widząc, że tamten nie próbuje już go zatrzymać, wyminął go szybko i nie zwracając uwagi na jego wrogie spojrzenie, wyszedł na korytarz.
Potrzebował powietrza, ludzi, hałasu.
Czegokolwiek, co odciągnęło by jego umysł od myśli związanych z powrotem shiki.
Wszedł do sali, udając, że wszystko jest w porządku, jednak cały czas czuł na sobie zaborczy wzrok.
I doskonale zdawał sobie sprawę, że Tatsumi przez cały wieczór stał o wiele bliżej niż by tego sobie życzył.

niedziela, 10 stycznia 2016

Nadzieja umiera ostatnia #7-Ze mną


                                                                        *~*~*
-Dlaczego tu jesteś?-zaczęła przy wyjściu.
-Dokładnie o to samo mogę zapytać ciebie- warknął w jej stronę- Wiem o tym, że wahasz się podjąć decyzję- Jego ton był milszy, ale cwany uśmieszek nie schodził mu z twarzy. Przeszedł ją dreszcz, kiedy chłopak przyłożył rękę do jej policzka.
-Nie bój się
-Wcale się ciebie nie boję
-W takim razie ci się podobam- zakpił i odsunął się od szatynki.
-Dupek-rzuciła po cichu. Dawid nie ukrywał swojego rozbawienia. Uwielbiał stawiać dziewczynę w krępujących sytuacjach. Zaszedł ją od tyłu i delikatnie odsunął jej włosy na prawą stronę, tworzą sobie tym dostęp do jej szyi. Alicja wyprostowała się, ale nie miała ochoty odsunąć nawet o milimetr.
-Przecież możesz stąd uciec-szepną jej prosto w kark, a Alicja zmarszczyła brwi.
-Uciec? Dokąd? Nie mam gdzie- odpowiedziała również ledwie słyszalnie.
-Ze mną
- Z tobą?- zapytała prawie przez śmiech- Mam ci zaufać? Chyba kpisz- odwróciła się w jego stronę, a on uśmiechał się blado.
-Jak chcesz, możesz tkwić w tej dziurze.. Ja daję ci szansę, na w miarę normalne życie- chwycił butelkę wódki stojącą w kącie pokoju i wziął dość sporego łyka. Przyglądała się uważnie co robi, a chłopak oparł się o regał i przyglądał się drobnej szatynce.
-Ja już serio pójdę, nara-otworzyła drzwi
-Moja propozycja wciąż aktualna, jestem pewien, że zmienisz zdanie-pewny siebie odprowadził ją wzrokiem, a po chwili drzwi zamknęły się.


-Mam ją
-Zgodziła się?
-Nie, ale już niebawem się zgodzi
-Trzymam cię za słowo, bo ta wypacykowana mamuśka do niczego nie jest mi potrzebna
-Dostarczę ją na czas, obiecuję- schował telefon do kieszeni i po raz kolejny pociągnął łyk wódki.


Alicja cała noc myślała o propozycji Dawida. To szaleństwo coraz bardziej jej się podobało. Wizja uwolnienia się. Wyjścia za obszar tych smętnych murów, powodowała lekkie podekscytowanie w jej ciele. Tyle możliwości, na odnalezienie matki. Jednak chęć mieszała się z ryzykiem.
Alicja do głupota, przecież ty go w ogóle nie znasz
Jednak serce dyktowało jej co innego. Rozmyślanie przerwał jej telefon.
"Co się z tobą dzieje? Nie piszesz, nie rozmawiasz, nie przychodzisz. Żyjesz?"
Leniwie odpisała na sms'a od Aleksa
"Żyję, i prawdopodobnie podejmuję najważniejszą decyzje w swoim życiu. Potrzebuję cię"
Odłożyła telefon i skuliła się pod kołdrą. Skrzypienie drzwi wyciągnęło ją z transu.
-Chciałaś więc jestem- posłał jej wesoły uśmiech. Alicja wtuliła się w niego.
-Gdybyś miał szanse na inne życie skorzystałbyś?
-Zależy jakie życie- oparł brodę na czubku jej głowy.
-Nie wiem, inne- powiedziała całkowitą prawdę. Nie wiedziała jakie plany na przyszłość ma jej "przyjaciel mroczna przeszłość"
-Cokolwiek zrobisz, myśl racjonalnie. Już niedługo będziesz pełnoletnia, a to wszystko samo się skończy. Faktycznie. Niedługo miały być jej 18 urodziny. Czy byłby sens ryzykowania? Niby nie, ale sens ryzykowania u boku Dawida wydawał się całkiem interesujący. Był osobą pełna tajemnic, a Alicja chciała za wszelką cenę je odkryć

wtorek, 5 stycznia 2016

50 twarzy Verdasa #1- Wigilia (+18)


Na początek to chciałabym złożyć wam życzenia świąteczne, jaki i noworoczne.
Wszystkiego co najlepsze, spełnienia marzeń i czego tylko zapragniecie.
Wiem, że jestem spóźniona, ale prze mój wyjazd nie byłam w stanie dodawać nowych opowiadań.
Ale przychodzę do was z nowym opowiadaniem.
Historia podejrzewam wszystkim znana jak możecie luknąć po tytule, ale to będzie moja własna historią z wykorzystaniem charakterów.
Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Co do innych rozdziałów z Violetty, to nie wiem kiedy będą bo kompletnie straciłam wenę, ale myślę, że jeszcze do niej powrócę ,więc nie zakańczam jej ostatecznie. 
To wszystko z mojej strony
Jeszcze raz WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO :)

                                                                           *~*~*
Każdy z nas wie, że Święta Bożego Narodzenia to magiczny czas. Wspólna kolacja w gronie rodziny, które w naszych czasach nie zdarzają się na co dzień, ponieważ żyjemy w ciągłym biegu. W tym roku, będą one dla mnie w szczególnie wyjątkowe. Po raz pierwszy spędzę je z dala od rodzinnego domu. Bez rodziców, dziadków i przyjaciół, ale za to u boku jednej z najważniejszych mi osób. Z moim chłopakiem, z Leonem. Nie mamy okazji widywać się codziennie, jak inne pary. Leon mieszka w Nowym Jorku, to dość duża odległość, ale jeśli tylko nadarza się okazja podróżujemy do siebie.


Otworzyłam leniwie oczy, a z za szyby spostrzegłam wolno spadające płatki śniegu.
-Nowy Jork- pomyślałam. W Buenos Aires śnieg nigdy się nie zdarza. Cały rok towarzyszą nam ciepłe temperatury. Przeciągnęłam się, ale tak aby nie obudzić Verdasa. Spoglądałam w bok, a szatyn śpi. Przez chwilę podziwiam jego dość śmieszny wyraz twarzy. Powoli wstałam z łózka, założyłam na stopy kapcie i udałam się do kuchni ,po cichu zamykając drzwi od sypialni. Zrobiłam sobie ciepłej kawy i popijając ją usiadłam na parapecie. Trzeba przyznać, że zima w Nowym Jorku jest naprawdę przepiękna. Miałam na sobie jedynie bluzę i krótkie spodenki ze świątecznymi wzorkami. Przez chwilę zrobiło mi się zimno, więc podciągnęłam nogi do brody i nadal przyglądałam się mroźnemu krajobrazowi. Pogrążyłam się w myślach. Choć byłam z daleka od domu to nie byłam w stanie wymarzyć sobie lepszych świąt. Odkąd jestem z Verdasem, będzie to nasze pierwsze wspólne świętowanie. Od dwóch dni jestem już w tym przepięknym mieście u boku swojego ukochanego. Kątem oka spoglądam na kalendarz wiszący na ścianie nieopodal blatu.
-24 grudnia- umiechnęłam się sama do siebie. Wraz z szatynem udajemy się dziś na kolacje do jego rodziców. Poznam jego rodzinę. Stresuję się tym spotkaniem, ale kiedyś musiało to nastąpić- westchnęłam. Wzięłam ostatni lyk ciepłego napoju i zeskoczyłam z parapetu. Nagle poczułam dotyk ciepłych dłoni nad biodrami. Trochę się przestraszyłam, dlatego moje ciało momentalnie się wyprostowało.
-Hej Vils- Szepnął mi do ucha. Można było wyłapać w jego głosie charakterystyczną chrypkę, która ma zawsze z rana. Schował twarz w moje włosy, a ja sprytnie obróciłam sie w jego stronę i mocno przytuliłam. Był rozgrzany więc czułam się wspaniale w jego objęciach, Wsunęłam mu dłonie pod koszulkę i zaczęłam jeżdzić nimi po jego dość dobrze wyrobionych plecach. Szatyn wzdrygnął się, ale po chwili umocnił uścisk.
-Zmarzłaś mi w tej kuchni
-Może trochę- powiedziałam nie odrywając się od niego.
-Chodź- powiedział i chwycił mnie za uda. Lekko podskoczyłam i po chwili oderwałam się od ziemi. Oplotłam nogi wokół pasa szatyna, a on wrócił ze mną do sypialni. Położył mnie na łóżku, a on zaraz obok mnie. Wtuliłam się w niego, a on zaczął w powietrzu splatać nasze palce. Brakowało mi tego, tej bliskości i możliwości posiadania go na wyłączność.
-Leon, ty nawet nie wiesz jaka ze mnie egoistka- zachichotałam
-A chciałbym wiedzieć?- jego głos był zabawnie podejżliwy. Pocałowałam go namiętnie. W przerwie na złapanie oddechu wyszeptał ciche "Kocham cię", a ja powróciłam do pocałunków. Tego potrzebowałam, tej blikosci, namiętności i poczucia bezpieczeństwa, któego niestety nie mogę doznac na codzień.
-Tak bardzo mi ciebie brakuje- ucałował lekko moje czoło, a mnie ogarnęło dziwne uczucie.
-To wróć- z niewiadomego mi powodu zaczełam odczuwać łzy w oczach, a ciało zaczęło lekko drgać.
-Violetta, doskonale wiesz, że nie mogę- starał się być opanowany, ale widziałam u niego złość.
Mogłam spodziewać się takiej reakcji. Wiem, że mnie kocha i jest mu ciężko, ale ja jak idiotka zawsze wracam do punktu wyjścia. Związek ze starszym facetem jest trudny, ale nie myslałam, że aż tak. Skuliłam sie w kłębek. Łzy leciały mi mimowolnie, a ja nie mogłam z tym nic zrobić. Może chciałam, aby Leon widział jak cierpię? Poczułam na biodrze rękę bezradnego Verdasa. Nie odezwałam się, a jedyny dżwięk jaki wydalam był szloch. Jego dotyk ustał, a on położył się na plecach i wciągnął powietrze. Miał zaciśnięte zęby. Wydały one charakterystyczny świst. Miałam nadzieję, że mnie przytuli i powie że będzie dobrze, tym czasem o wstał i wyszedł z pokoju.
Cholera! Dlaczego on jest taki tajemniczy. Czy to wszytko po nim spływa?
Odwróciłam się w jego stronę, a on stał w  przejściu. Miałam ochotę do niego podbiec i przytulic, ale byłam jak sparaliżowana. Jego twarz nie wyrażała żadnych semocji. Cały Leon Verdas. Poważny biznesmen, który ukrywa wszystkie emocje i zachowuje pokerową twarz.
-Przepraszam, tego oczekujesz?
-Violetta...
-Co Violetta? Nie rozumiem cię. Zmieniasz się z sekundy na sekundę. Żyjesz swoim życiem, a ja do niego nie pasuję. Już dawno pogubułam się w tej twojej bajce.
-Kocham cię, ale juz nie daję sobie rady z tym, że widze cię tak rzadko. To cholernie trudne i irytujące, ale nie mogę tego zmienić. Nie mogę.- podeszłam do niego i przyłozyłam rękę na jego policzek, a on sie odsuną.
-Widzisz, zawsze tak jest. Kiedy ja chce się zbliżyć ty się cofasz- chłopak przyciągnął mnie do siebie i pozwolił sie przytulić. Poczułam zapach jego perfum.
-Jesteś taka krucha, wrażliwa- wyszeptał- Musimy się zbierać- Leniwie odciągnęłam się od niego i udałam do łazienki. Kiedy byłam gotowa wyszłam z pomieszczenia, a Verdas stał przed lustrem i zapinał spinki przy koszuli.
-Pięknie wyglądasz-uśmiechnął się
-Ty tez całkiem- Humor mi nie sprzyjał. Nie miałam ochoty nigdzie iść.

Jesteśmy już pod domem państwa Verdas'ów. Taras byl przyozdobiony masą dekoracji, które podkreślały świąteczny klimat. Byłam nimi zachwycona. Przez całą drogę Leon nie zamienił ze mną ani jednego słowa. Dyskretnie chwycił mnie za rękę i udał się do środka ogromnego domu. Mama Leona- Elena powitała nas ciepłym usmiechem, co spowodowało, że niemla czułam sie jak w domu, a zaś jego ojciec- Stefan jak prawdziwy dżentelmen zabrał ode mnie płaszcz i powiesił do na wieszaku. Szatyn pokazał mi jadalnie, gdzie siedziało już kilku gości. Jednego z nich jakbym skądś kojarzyła. Mianowicie brunetka siedząca naprzeciwko wielkiej choinki była mi dziwnie znajoma. Przywitałam się z nimi. Brat Leona- Marco wraz z dziewczyną Franceską z która jak się później okazałao chodziła ze mną do gimnazjum. Miałyśmy wiele tematów do rożmów, że kompletnie nie zwracałam uwagi na mojego chłopaka. Cóż robiłam to troche specjalnie, za to że on tkwił w kompletnej ciszy od czasu wyjcia z mieszkania. Verdas położył rękę na mojej nodze , a ja gwałtownie ją strąciłam. Spojrzał na mnie ze  zdziwieniem, lecz ja udałam że tego nie widzę.
-Mamo, my już będziemy się zbierać- wyskoczył tak nagle
-Dlaczego? Tak szybko?-wypytywała Elena. Ja tylko spojrzałam się pytająca, a on zgromił mnie wzrokiem. Był zdenerwowany.
Czyżbym wyprowadziła  pana biznesmena z równowagi? Własnie o to mi chodziło. 
Moja wewnętrzna bogini skakała z radości, a ja za włosami ukrywałam chichot. Szatyn powoli wstał od stołu, a ja zanim. Przed wyjściem pożegnaliśmy się z wszystkimi i udaliśmy się do samochodu. Siedziałam w ciszy i bacznie obserwowałam jego reakcję. Był zdenerwowany, ale w jakiś sposób mnie to śmieszyło. Odwróciłam głowę w stronę szyby i patrzałam na zaśnieżony Nowy Jork. Pod domem Leon wysiadł z samochodu bardzo szybko i wręcz wyciągnął mnie z niego. Zaprowadził na górą, a ja wciąż miałam ochotę śmiać się z jego zachowania.
-Robisz to specjalnie- warknął i przyciągnął mnie do siebie.
-Jak bym śmiała- trudno było mi ukrywać powagę.
Widzisz Verdas, teraz ty jesteś pionkiem w mojej grze.
Chciał dotknąć mojego policzka, ale ja zrobiłam krok do tyłu.
-Pójdę się wykąpać- oznajmiłam i zostawiłam go w kompletnym szoku.
Kiedy wróciłam z łazienki, chłopak leżał i przeglądał coś na laptopie. Nic do niego nie mówiąc, w odstawiłam laptopa na szafkę, a sama, ubrana jedynie w bieliznę usiadłam na nim okrakiem i pocałowałam namiętnie. Kiedy chciał mnie objąć odsunęłam się.
-Co ty wyprawiasz?- zapytał kompletnie skołowany moim zachowaniem
-Nic
-Przecież widzę, nie pozwalasz się dotykać, co jest?- znowu zaczynał się denerwować, a jego źrenice zaczęły się zwężać. Nie odpowiedziałam nic, tylko zaczęłam całować jego szyję. Gdy jego ręce znów chciały powędrować na moje plecy przygryzłam go zębami, a on cofnął dłonie.
-A więc tak się bawimy? Testujesz moje świerzbiące  ręce? - uśmiechnęłam się lubieżnie i powróciłam do "bawienia się nim". Czułam jak jego mięśnie zaciskają się po każdym pocałunku, a on nie mógł już wytrzymać bez obmacywania mnie.
-Długo jeszcze mnie będziesz dręczyć?- wydyszał z frustrowany
-Wystarczającą
Dotarłam do jego penisa. Wiedziałam, że nie wytrzyma więc szybko pozbawiłam go bokserek i zaczęłam się nim bawić. Nawet nie zaczęłam brać go do ust, bo chłopak chwycił moje ramiona i przerzucił na łóżka. Tym sposobem to on był górą.
-Nie zapomniała pani że jest pani nie doświadczona? Jak na dziewicę to jesteś bardzo napalona - chłopak obcałowywał każdy kawałek mojego ciała. Wstrząsnął mną dreszcz wyczekiwania, a on zjeżdżał coraz niżej.
-Proszę- dyszę, a uczucie jego pocałunków zaczyna mnie już wręcz irytować. Uśmiecha się szeroko. To zmysłowy uśmiech, którym uwiódł mnie na naszym pierwszym spotkaniu.
-Jeszcze nie- wyszeptał
-Do cholery, przestań już!
-Aż taka pani niecierpliwa? Dobrze- szybko pocałował mnie w uta, a ja odetchnęłam z ulgą. Powoli zsunął moja bieliznę i zaczął we mnie wchodzić. Gwałtownie zacisnęłam oczy, a paznokcie wbiłam w jego plecy. Zaczął się poruszać. Było to wspaniałe. Mieć go tak blisko. Czuć jego zapach i jego w sobie to było piękne. Moje ciało w środku zaczęło drżeć a potem szczytować. Zaraz potem on doszedł. Położył się obok i przycisnął mnie do klatki piersiowej.
-Taka wspaniała- wyszeptał w moje włosy, a ja powoli zasypiałam już w jego objęciach.


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Oczy Pełne Zła - Rozdział Pierwszy "Niemożliwe, a jednak..."

Wow... Trochę nas nie było... Wow... XD
W każdym razie, jako iż jestem zbyt leniwa, żeby przepisywać na kompa inne rzeczy... Łapcie to!
Uwaga, uwaga, leci Tatsumi x Toshio!
Trochę poprzynudzam z tym, ale cóż... Stare jest. Może kiedyś napiszę coś lepszego... Kiedyś... XD
To najluźniejsze opo ever, więc nie oczekujcie zbytniego związku z kanonem... Na prawdę nie chce mi się poprawiać go całego od góry do dołu (bo i tak poprawiam... Duźo), więc będzie takie prawie do końca...
Dziękuję jednak jak ktoś się z tym shitem wymęczy. Miłego czytania.
Dat tytuły...
Edit: Opowiadanie na razie umieszczam w zakładce "One shoty", bo nie wiem gdzie bym mogła... Może to później jakoś ułożę... No ale, od czego są etykiety. ;)
***

Wydarzenia z Sotoby były niezaprzeczalnie okropne. Zginęło lub zaginęło z połowę mieszkańców, pozostali nabawili się traumy na całe życie, a sama wioska ostatecznie spłonęła.
Niechęć do tego miejsca pozostała na tyle duża, że nigdy jej nie odbudowano, a byli mieszkańcy zmuszeni byli rozejść się po Japoni, rzadko zresztą na ten sam obszar co ich byli „sąsiedzi”.
Musieli zacząć życie od nowa.
Toshio Ozaki nie był wyjątkiem. Pomimo tego, że sporą część siebie i całą swoją przeszłość, dotychczasowe życie, zostawił w wiosce, to nie miał żadnych szans na powrót.
Bo nie miał do czego wracać.
A skoro był lekarzem, skromnie mówiąc, dobrym, to szybko znalazł nową pracę. Pech chciał, że w mieście znajdującym się tuż za główną drogą prowadzącą od Sotoby. Mógł właściwie poczuć stamtąd spaleniznę unoszącą się z Sotoby, choć doskonale wiedział, że to tylko jego wyobraźnia... Było to po prostu miejsce zbyt bliskie.
Zdarzało mu się, z tego lub nie z tego powodu, sny o masakrze... Czy też zwyczajne napady tęsknoty za wioską.
I mimo „lekkiego” dyskomfortu, nigdy nie był u żadnego terapeuty. Czuł, że tylko czas może zalepić tę ranę.
Więc zamienił mary przeszłości na całkowite oddanie się pracy. W końcu ludzie na niego liczyli i tego się trzymał.
Mimo tego zdarzały mu się chwile słabości...
Na przykład kiedy śniła mu się Kyoko. Mimo że nie był do niej zbytnio przywiązany...
Do cholery, przecież nie był socjopatą!
Widział śmierć, dużo śmierci, ale sam ich nie zadawał. Nie do tamtej pory! Miał więc prawo być troszkę... Wstrząśnięty.
O ile to wystarczające słowo.
Bał się tak wielu rzeczy.
Odkrycia ciał, zostania posądzonym, wyśledzenia przez Shiki, popadnięcia w depresję lub alkoholizm...
Odważny Toshio bał się tak wielu rzeczy.
A mimo to funkcjonował w miarę normalnie...
Zgodził się nawet na tę idiotyczną „imprezę” organizowaną przez jego szefa z okazji... Jakiejś...
Czego się spodziewał? Awansu? Podwyżki?
Więc mimo tego, że klął na siebie i na wszystko co się rusza, to przydział nie tylko ten głupi szary garniak, ale też i sztuczny uśmiech, i wybrał się na miejsce „spotkania”.
Usiadł na miejscu, w miarę możliwości grzecznie odprawiając jakąś napaloną na niego pielęgniarkę i czekał.
Czekał aż jakiś bożek rozwali całe miejsce i nie będzie musiał już tu siedzieć.
A będąc szczerym i realnym ze sobą, to wiedział, że to się nie stanie, więc miał zwykłą nadzieję, że szef spręży się z tym w miarę sprawnie, zrobią z siebie pajaców i będzie mógł szybko wrócić do domu.
I mimo tego, że zazwyczaj nie zdarzało mu się być takim nieprzyjemnym, to teraz naprawdę ostatnim czego chciał był długi wieczór, lub noc, w towarzystwie tego tłumu. - Chciałbym podziękować wam wszystkim za przybycie. - Usłyszał wreszcie i wstał, chyba za gwałtownie, bo niemal przewrócił swoje krzesło. - Dziękuję, że tak wspaniale i w pocie czoła pracujecie... I właśnie z powodu tej pracy spotykamy się tutaj... - Toshio był wyjątkowo zniecierpliwiony, przygryzał wewnętrzną stronę swych policzków. Mimo tego, że zazwyczaj „granie” dorosłego wychodziło mu całkiem dobrze, to tym razem był zwyczajnie zmęczony. - … Ktoś chciałby was poznać... - Ciekawskie oczy wszystkich uważnie śledziły teraz każdy ruch mówcy, jednak Toshio zdecydowanie bardziej zainteresowany był daniami leżącymi na stole. - Oto nasz główny sponsor... - Silna męska dłoń osiadła na ramieniu mówcy, a on sam umilkł, lecz wyraz jego twarzy praktycznie nie zmienił się z leniwego uśmiechu. Dopiero ta przerwa w mowie zainteresowała Toshio na tyle, by podniósł wzrok...
- D-Dziękuję, ale nie sądzę, aby moje zasługi były takie znowu wielkie... - Przesłodzony, zbyt miły głos, nerwowe zachowanie...
Toshio poczuł, jak mimo ciepła, oblał go zimny pot.
Usta otworzyły się bezwiędnie w nagłym pomieszaniu przerażenia i zaskoczenia.
„Niemożliwe” – Jedynie to przedostało się z wielkiego szumu myśli w jego głowie.
„To jest totalnie niemożliwe...”