Mam jedno zdanie opisujące to co tu się dzieje... Za dużo Sherlocka. XD
***
Toby wrócił do domu niezwykle
zamyślony. Taka już była jego osobowość, jak coś się stało,
to musiał to sobie w spokoju przemyśleć.
Więc aby trochę się ożywić, zrobił
kawę i usiadł na krześle w czymś, co w sumie od biedy można było
nazwać kuchnią. W takich momentach cieszył się, że mieszkał
sam. Nikt nie przeszkadzał mu w spokojnym zamknięciu się w sobie i
kontemplacji.
Co mogło być nie tak z Damienem?
Oczywiście oprócz tego, że przy
pierwszym spotkaniu mu groził, wyznał swe zabójcze zapędy i
przyparł do biurka...
Tak, oprócz tego, to był całkiem
normalny.
Toby zmarszczył brwi w frustracji. To
była naprawdę idiotyczna sytuacja. Zmiany postawy Damiena były
zadziwiające; z luzaka w szaleńca, dał porywać się chwili...
„Wydajesz się bardzo
zainteresowany... Czyli, że dobrze wypadłem?”. Słowa te uderzyły
Toby'ego z wielką siłą. No tak, on też dał się porwać, tym
razem słuchał za dużo. To było zbyt pokręcone, za idealnie
szalone.
Jak przedstawienie w teatrze.
Toby przeklął na siebie, bo za bardzo
dał się wciągnąć i uwierzył w tą grę, jak jakiś dzieciak.
Powinien trzymać się faktów, uczucia w pracy nie miały nic do
gadania. Więc Damien był w pewnym sensie fałszywką, aktorem. Może
i dobrym, ale ciągle... Tylko po co miałby to robić?
Pierwszą rzeczą, jaka przyszła
Toby'emu do głowy było coś oczywistego – uniknięcie więzienia.
Tyle, że w tym wypadku nie miało to żadnego sensu, Damien nie był
oskarżony o zabójstwo swojej matki, a mimo to w gabinecie
powiedział mu, że to zrobił, dodając sobie zarzutów. Największym
czego dokonał była kradzież, coś za co nie poszedł by na
dożywocie, a z obecnym wizerunkiem totalnego szaleńca, to w
psychiatryku mógł spędzić całe życie.
Nie miało to żadnego sensu.
Albo w gabinecie chwalił się, że
zrobił coś niezwykłego, że oszukał policje, albo zwyczajnie
kłamał. Tylko po co miałby to robić?
Odpowiedź była niby absurdalna i
idealnie pasująca do profilu psychopaty. Aż za idealnie. Jednak
Toby nie był nawet w stanie pomyśleć o innej.
Dla zabawy.
Mówił o tak okropnych rzeczach, bawił
się z nim tylko po to, aby doświadczyć trochę rozrywki... Więc
była to jedna wielka gra.
Z resztą, teraz, kiedy Toby
przywoływał sobie obraz Damiena w pokoju, to pomyślał, że
faktycznie... Faktycznie wyglądał, jakby się tym bawił.
To było tak dziwne i nienormalne, że
aż zakrawało o fikcję.
Tylko, że w psychiatryku, w byciu
lekarzem, nie było miejsca na fikcję. Tam niemożliwe mogło być
całkiem realne.
Damien zdecydowanie popisywał się
umiejętnościami kłamania, tym co był i jest w stanie zrobić...
A jego jedyną widownią był Toby.
Całe to show było więc skierowane
tylko i wyłącznie dla Toby'ego.
No tak, przecież on tam stał, jego
dotykał Damien, jego starał się przekonać o swojej „straszności”.
Toby złapał się na tym, że jego
myśli uciekają w zupełnie nieporządanym kierunku;
„Czy Damien zawsze się tak popisuje?
Czy ja byłem jedynym?”.
Nie... Cole wszedł do jego
pomieszczenia w „skórze” normalności i zachowywał się tak,
dopóki Toby go czymś nie zainteresował... Tylko czym? Co takiego
zrobił, czego nie wykonałby normalny psychiatra?
Co prawda Damien zaczął zachowywać
się dziwnie, gdy zapytał o jego przeszłość, ale to raczej nie
było niczym szczególnym. Każdy terapeuta spytałby o to samo, a
jeśli przyjąć, że Damien robił to wszystko tylko dla zabawy, to
wątpliwym było, aby odwalał tą samą sztuczkę za każdym razem,
gdy ktoś spyta o jego przeszłość, bo stałoby się to zwyczajnie
nużące.
Więc co to mogło być?
„No tak...” Pomyślał Toby, a na
jego twarzy pojawił się drobny rumieniec wstydu.
Bo zrobił coś niezwykle idiotycznego
i niebezpiecznego, tylko po to, żeby kontynuować grę psychopaty i
poczuć ten słodko-gorzki smak adrenaliny.
Wyłączył kamery.
Normalni ludzie... Ba! Nawet ci lekko
nienormalni, w życiu nie zrobiliby czegoś tak nieodpowiedzialnego,
a Toby nawet nie mógł podać konkretnego powodu swojego działania.
Po prostu dał się ponieść, mimo tego, że zazwyczaj tego nie
robił. I ten jeden raz mógł zakończyć się dla niego tragicznie.
Ale siedział na krześle w swojej
kuchni i popijał kawę, Damien nic mu nie zrobił.
Tym razem nawet nie musiał zadawać
pytania „Dlaczego?”, bo wydawało mu się to zupełnie banalne.
Jeśli Damien znalazł już kogoś,
kogo uznał za niezwykłego, to po co miał kończyć grę już
tutaj, zanim jeszcze porządnie rozdał karty?
Toby'ego przeszedł nieprzyjemny
dreszcz, bo zdawał sobie sprawę, że wpadł w sieć, w tą
szaleńczą grę z kimś, kogo bez problemu mógł nazwać „pająkiem”
lub „idealnym szachistą”, pomimo tego, że wiedział jakie to
absurdalne.
A najgorsze było to, że pomimo tego,
że miał możliwość, to wcale nie chciał i nie miał zamiaru jej
kończyć.
Dobrze wiedział, że w ten sposób
wstąpił na szachownicę Damiena, że tańczy dokładnie jak mu
zagrał, a z tego wyraźnego punktu światła w jakim się znajdował
obecnie, nie mógł nic zobaczyć, przewidzieć... Nie widział jaki
jest Damien, nie widział jego umysłu, bo to światło za bardzo
raziło go w oczy. Musiał samemu zejść w tą nieprzeniknioną
ciemność i stać się kimś, kim w całym swoim życiu nawet nie
śnił by być.
Mimo to, teraz nie był w stanie i nie
miał zamiaru mu się przeciwstawiać.
Bo pomimo tego, że odpędzał tę myśl
w najgłębsze zakamarki swojego, jak dotąd, czystego umysłu, to
nie mógł zaprzeczyć...
To zaczynało mu się podobać.