poniedziałek, 18 września 2017

Kolejne ogłoszenia - Rozstanie?

Wiecie pewnie, że blog ten istnieje od... Jakiegoś czasu. Sporego czasu. Patrząc na niego razem z Alex zastanawiamy się czasem...
CZY NIE ROZDZIELIĆ GO NA 3 INNE? :D
Tak, tytuł to click bait. Ale nie do końca. Bo zauważyłyśmy, że trwa na nim ogromny bałagan, co skłoniło nas do przemyśleń: A co gdyby rozdzielić go na kilka innych?
Na przykład, na jednym blogu pojawia się tylko homoza (hihi), na drugim tylko hetero. Albo powstałby jeszcze jeden do tamtych dwóch i byłby tylko z Violettą.
Co myślicie o tym pomyśle?
Załączam ankietę po prawej stronie bloga i proszę, bardzo proszę, głosujcie. Bo my nie mamy pojęcia co zrobić. Oczywiście można też napisać na ten temat komentarz pod tym postem.
W ankiecie na razie będą dwie opcje, jak wygra druga, to zorganizuję kolejną.
A no i, z tego co się orientuję, to jej nie widać na mobilnym, także proszę na sekundkę włączyć wersje na komputery.
Z góry dziękujemy za rady! <3
~~ Wasze leniwe bloggerki, Anonimek i Alex.

niedziela, 17 września 2017

Ciekawy Pacjent cz. 28 - Koło.

NIE MAM POJĘCIA CO ROBIĘ.
Okej staram się. ;-;
Nowa szkoła i w ogóle... Przed nami parę ogłoszeń, które umieszczę już po edycji i zakończeniu tego rozdziału. (Bo oczywiście go nie dokończyłam na niedzielę.)
Dawno nie było CP i bardzo za to przepraszam. ;_; (Tęskniłam za tymi psycholami XD)
Co do rozdziału... Drama drama~~ Kolejna drama~~
A będzie tylko gorzej! (A może nie... A może tak... Kto wie.~~)
A, no i rozdział jest trochę w stylu tego co piszę w Wartość Wspomnień (którego też nie aktualizuje przez wieki bo za bardzo się staram i przejmuje ;-;). Tym razem znowu z perspektywy Toby'ego!
Zapraszam. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
***

Mroźne zimowe powietrze porwało papiery leżące na stoliku w powietrze i rozrzuciło je po podłodze w biurze, mocno dmuchnęło mu prosto w twarz, ale Toby nawet się tym nie przejął. Nie zdjął płaszcza, nie zamknął okna, co miało potem fatalne skutki, ale naprawdę w tamtym momencie zupełnie go to nie obchodziło.
Myślał.
Bo niektóre rzeczy po prostu... Nie pasowały. Damien był jedną wielką rzeczą która od jakiegoś czasu nie pasowała.
Po pierwsze, wydarzenie sprzed tygodnia. Co prawda Toby spodziewał się, że każdego normalnego człowieka jego rodzice skutecznie by odstraszyli, a zachowanie Toby'ego który nie za bardzo był skory do stawiania im granicy jeśli chodziło o „nadzorowania” jego życia prywatnego, w dodatku nie będąc chętnym do tłumaczenia dlaczego tak właśnie żył, wbijało gwóźdź do trumny jaką zwano „jego życie romantyczne”. Ale...
No właśnie, w tym wypadku występowało więcej niż jedno „ale”.
„Ale tym razem coś z tym zrobił”
„Ale tym razem mu zależało”
„Ale tym razem było nawet całkiem zabawnie”
I podążające za nimi, te trochę inne:
„Ale Damien nie był do końca normalny”
„Ale tym razem nie tylko Toby'emu zależało”
Zakończone poprzez te najważniejsze:
„Ale Damien zachowywał się normalnie (cóż, normalnie jak na Damiena) dopóki nie zostawił go samemu sobie”
Oczywiście istniała szansa, że wtedy sobie wszystko przemyślał i gdzieś po drodze stwierdził, że nie warto. To nie musiała być nawet jakaś wielka decyzja, mogły być to po prostu malutkie powody, kabelki dedukcyjne łączące się w jeden obrazek główny mówiący „zastanów się nad sobą”.
Co nie tłumaczyło wcale jego zachowania późniejszego i tego dziwnego wzroku, którym od tamtego momentu na niego patrzył. Tego dziwnego, chłodnego wzroku, zazwyczaj połączonego z obojętnym wyrazem twarzy i brakiem skłonności do mówienia. Co prawda można było to przypisać zaburzeniom afektywnym dwubiegunowym lub też zwyczajnym stanem depresyjnym, ale mimo tego Toby się martwił. Nie to że nie martwił się potencjalną chorobą psychiczną, ale na tym się znał. To mógł leczyć. Po prostu wiedział co robić. Natomiast jeśli chodziło o alternatywy...
Cóż, właśnie dlatego bliska ci osoba nigdy nie powinna być również twoim lekarzem.
Czuł się zależny. W bardzo dziwny, w pewien sposób bardzo znajomy i nieprzyjemny sposób. Życie na czyjejś łasce.
Słyszał stłumione głosy, prawdopodobnie dochodzące z kuchni. Ale nie ruszył się z miejsca, dalej siedział na swoim krześle, w swoim pokoju, powoli i starannie wpisując kolejne liczby w kratki zeszytu, starając się mocno, aby ruchy drugiej ręki, którą agresywnie pocierał swoje blade kościste udo nie wpłynęły na proste i czyste liczby. W tym był dobry.
Nie wystarczający.
Dzwonek.
Dzwonek?
Toby nagle wrócił do rzeczywistości, czując się nieco zdezorientowanym. Zeskoczył z krzesła, przypominając sobie, że powinien otworzyć drzwi, więc najpierw krzyknął „Chwila”, prawie wzdrygając się na dźwięk własnego zachrypniętego głosu, po czym szybko zamknął okno, dopiero wtedy czując jak bardzo zdrewniałe i nieporadne stały się jego palce i jak mocno gęsia skórka pokryła jego ramiona.
Głośny brzdęk poderwał jego ciało do góry, a ołówek który mocno ściskał w prawej ręce wyrył paskudną, wielką kreskę na kartce papieru, przekreślając stworzoną już przez niego pracę.
Nigdy nie pisał długopisem. Nie jeśli nie miał pewności czy czegoś nie spaprze.
Tak jak teraz. Zupełnie tak jak teraz.
Nieudolny. Bezużyteczny.
Mimo tego każdy ruch wykonywał z wyuczoną sprawnością i już wkrótce stał przed drzwiami wejściowymi swojego mieszkania, starając się uciec melancholii, która zdążyła całkowicie przesiąknąć jego ciało.
Dopiero kiedy po raz drugi zadzwonił dzwonek, zdał sobie sprawę, ze dalej ma na sobie płaszcz. Zrzucił go więc z siebie, szybko zawieszając go na ścianie i otworzył drzwi akurat w momencie, w którym wysoki blondyn po drugiej stronie miał po raz kolejny nacisnąć na klawisz.
Jayden, z czerwonym plecakiem przerzuconym przez jedno ramię, którego mina po zobaczeniu Toby'ego natychmiast zmieniła się na zmartwioną.
Toby potarł swoją skroń, nieumyślnie się krzywiąc.
Może to wszystko było złym pomysłem.
- Przyniosłem piwo. - Wymamrotał nieśmiało mężczyzna, lekko stukając w swój plecak, a Toby postarał się uśmiechnąć. Bo było to miłe, nie Jaydena wina, że w tym momencie nie miał ochoty na nic oprócz kilku godzin porządnego snu.
Przesunął się na bok, wpuszczając go do środka, samemu zamykając za nim drzwi i od razu zastanawiając się jak mógłby w ogóle zacząć temat, o którym chciał porozmawiać.
Wybacz, musiałem przysnąć. - Skłamał, mimo wszystko starając się brzmieć wiarygodnie. Nie potrzebował zmartwienia, ani rozmowy o tym, czemu ostatnio wydawał się być wiecznie zmęczony (lub raczej był). Na szczęście Jayden zdawał się mu uwierzyć i tylko kiwnął na to głową, odwzajemniając posłany mu wcześniej uśmiech.
Toby kciukiem wskazał mu na salon, samemu idąc dobry metr za nim.
Spojrzał na wielką szarą szramę brudzącą białą kartkę w szoku, dopiero po chwili porywał się do akcji, trzęsącymi dłońmi wyjął z szuflady równie białą gumkę i mocno szorował nią po szramie, trzymając kartkę drugą ręką, uważając aby jej nie pognieść. Starał się wymazać z egzystencji ślad kolejnej pomyłki.
Mrugnął parokrotnie starając się wybudzić ze wspomnień do otaczającego go życia.
Jayden otworzył obydwa piwa w butelce akurat gdy mijał go aby samemu usiąść na kanapie. Ostry zapach alkoholu, który zazwyczaj (czasami, bywały takie czasy) lubił teraz sprawiał tylko, że miał ochotę zwymiotować.
Jednak linia dalej widniała, całkiem dosłownie, czarno na białym, nieważne jak długo i mocno przesuwał gumką po jej powierzchni. Dalej tam była, dalej tam była.
Nie ważne jak bardzo próbował.
Wtedy zaczęli krzyczeć.
Rzucił się na siedzenia z większą siłą i zrezygnowaniem niż miał to w planie, czym zresztą zwrócił uwagę Jaydena, ale zamiast spróbować się tłumaczyć lub posłać mu kolejny sztuczny uśmiech, postanowił po prostu zrzucić bombę:
- Myślę o przekierowaniu Damiena.
Jayden natychmiast odłożył obydwie butelki, patrząc na niego jakby zwariował. A może po prostu był zdziwiony?
- Żartujesz?!
Toby nie miał siły analizować. Ani się kłócić. Zamiast tego zdawał się jeszcze bardziej zatopić się w kanapie, mrucząc ciche „Nie krzycz”.
Jayden przeprosił.
Obraz stawał się rozmyty.
Kartka poszarpała się, prawie ukazując następną stronę.
- Po prostu nie rozumiem czemu w ogóle miałbyś o tym myśleć. Ten... Typ. - Jayden przełknął ślinę, wyraźnie uważając na słowa. - Słyszałem plotki i zdajesz sobie sprawę ile psychologów, psychiatrów próbowało z nim rozmawiać?
- Poniekąd.
- Na reszcie zdecydował się współpracować zamiast wciskać kity lub omijać tematy, a ty mówisz, że... - Znowu przełknął ślinę, kręcąc głową. Toby czekał, bez słowa, bez wyrazu. - Nie rozumiem dlaczego. - Powiedział w końcu, patrząc na Toby'ego wyczekująco, jakby ten miał mu dać idealnie logiczną odpowiedź. Albo idealnie irracjonalną. Toby sam nie był pewny czy tory jego myślenia mają jakikolwiek sens.
- Bo go lubię. - Po spojrzeniu jakie rzucił mu Jayden mógł się domyślić, że zdecydowanie nie brzmiał sensownie.
- To chyba dobrze. Ja lubię każdego mojego pacjenta.
- To co innego. - Toby westchnął, nie mając zamiaru tłumaczyć mu głupoty jaką właśnie popełnił. Mimo wszystko jego praca bardzo mu odpowiadała. - Jeśli dzieci cię nie polubią, to nic ci nie powiedzą. Tobie to nie sprawia problemów, ale ja...
Czuł się wściekły. Bezsilny.
Usłyszał szloch kobiety biegnącej korytarzem tuż przed jego pokojem.
Przygryzł wargę. Mocno.
Pokręcił głową, starając się dobrać odpowiednie słowa, w duchu prosząc aby Jayden nie wyłapał oczywistego faktu, że Toby'emu wcześniej zdarzało się lubić pacjentów. Wtedy musiałby się tłumaczyć głębiej, wymyślać tłumaczenia, których nie był pewien czy zdołałby wymyślić je wystarczająco racjonalne.
- ...Nie jestem obiektywny. Nie, jeśli go lubię.
- Czy ty w ogóle możesz być nie obiektywny?
- Mówię poważnie. - Toby zmarszczył brwi, starając się posłać Jaydenowi karcące spojrzenie, jednak był prawie pewien, że wygląda na zdesperowanego. Był zdesperowany. Nie miał pojęcia co byłoby dobrą decyzją. Wiedział, że od początku nie leczył Damiena, nie skutecznie, jednak był niemalże pewien, że Damien w większości dlatego tak bardzo lubił z nim rozmawiać. Teraz jednak...
Teraz nie chciał czuć się wyjątkowy. Teraz chciał, żeby Damien poczuł się normalny.
Wiedział również, że nikt nie podejmie decyzji za niego.
Teraz to Jayden westchnął głęboko, samemu zjeżdżając po kanapie, niemal dorównując poziomowi Toby'ego.
- Toby, to twój pacjent i twoja decyzja, ale nie spodoba mu się to. Tobie zresztą też nie.
- Nie musi. Nie robię tego, żeby nam się to podobało.
- Mówię tylko że... - Jayden wzruszył ramionami, wznosząc wzrok ku sufitowi. - Nie jesteś nawet pewien, czy będzie chciał rozmawiać z kimś innym. Albo z tobą jeśli mu o tym powiesz. Gość ma porządne problemy z zaufaniem i ty... - Jego wzrok mało subtelnie powędrował ku Toby'emu, czego ten udawał nie zauważyć. - Może potrzebuje kogoś kto go lubi. Może ty potrzebujesz kogoś kogo lubisz. Przemyśl to.
Toby, zachowując zupełnie neutralną twarz, bez słowa sięgnął po pilot, nastawiając zupełnie losowy program telewizyjny, zmuszając się do sięgnięcia po butelkę z piwem. Odchylił się na kanapie, dając do zrozumienia, że uważa temat za skończony.
Wskazówka, którą Jayden najwyraźniej załapał, bo zamiast go kontynuować, już po chwili sięgnął po własną butelkę, nieobecnie uśmiechając się do ekranu.
Wyprostował się w krześle za wszelka cenę zachowując kamienną twarz.
Oczywiście, że przemyślę – pomyślał Toby, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w jasnoszarą ścianę.

Jakby wszystko było jak najbardziej w porządku.

poniedziałek, 11 września 2017

Ogłoszenia parafialne...Poradnik jak świadomie załatwić sobie skierowanie do onkologa :')

PORADNIK: JAK ŚWIADOMIE ZAŁATWIĆ SOBIE SKIEROWANIE DO ONKOLOGA:
1.Przeczytaj moją Violettę
2.Albo Sasunaru
3.Koniec.


Hej Haj Heloł :)))

Dawno dawno temu, za 150 postami i 20 komentarzami na tym blogu pojawiło się coś. Tak COŚ.
Nie mogę nazwać tego opowiadaniem, ani próbą opowiadania, ponieważ obraziłabym wszystkie opowiadania, ale jedno jest pewne- było to najpiękniejsze arcydzieło, które kiedyś stworzyłam.
Mianowicie mówię tutaj o moich początkach, a raczej...Moim nieświadomym raku, który pojawił się na tym jakże *ekhem* poważnym *ekhem* blogu.
Nie wiem co miałam w głowie, kiedy uznawałam to opko za coś super genialnego, za przejaw mojego pisarskiego natchnienia...nie umiem wytłumaczyć co siedziało mi w mózgu (albo raczej jego braku) kiedy tworzyłam coś co w treści zawierało pierlyriard wykrzykników, dialogi w stylu "V: Chujnia" i brakiem jakiejkolwiek składni zdań. Nie mówię o fabule, bo zgodnie z Anon stwierdziłam, że miałam zbyt mało czasu na wymyślenie fabuły, ponieważ ważniejsze dla mnie było w co ją ubrać, co tak na dobrą sprawę kogo obchodzi?
Generalnie to chciałam was przeprosić, każdego z osobna, kto natknął się na tą moja amebę umysłową i spaczył się, a jego mózg przestał normalnie funkcjonować, bo...no kocham to opko <3

Ale nie martwcie się...Użyłam środka rakobójczego zwanego koszem, i te piękne szkodliwe waszemu życiu i zdrowiu treści zostały usunięte z publicznego świata i zamknięte głęboko w moich folderach i podfolderach o stosownej nazwie :*


piątek, 8 września 2017

Serce - i tak wie swoje cz.1- Niewypowiedziane słowa [Leonetta]

Cześć Wam!
Dzięki Anon, nabrałam weny na coś nowego. Na zupełnie inna historię Violetty.
Mam nadzieję, ze przypadnie wam do gustu :)))
Co do naszego "uśpionego" bloga...pozwólcie mu na wybudzenie się z wakacyjnego lenistwa

Siedząc na spotkaniu już kolejną godzinę biłem się z chęcią rzucenia się na swojego kontrahenta. Zmuszony byłem jednak ze stoickim spokojem i lekkim uśmiechem wpatrywać się w mężczyznę, który co chwila zadawał jakieś zbędne pytania.
Tu chodzi o pieniądze. Twój czas może okazać się wart miliony.
Powtarzałem w myślach i ukradkiem zerknąłem na zegarek. Miałem pół godziny do umówionej kolacji z Larą. Trzydzieści minut, a ja wciąż siedziałem w obracanym fotelu i wzrokiem błagałem, aby się pospieszył. Wiedziałem, że podpisany świstek będzie kolejnym powodem do świętowania, mimo to byłem w stanie rzucić to wszystko, tylko dlatego, aby po raz kolejny jej nie zawieść. Obiecałem, że będę o dwudziestej pierwszej i miałem zamiar dotrzeć do niej choćby łamiąc wszystkie możliwe przepisy.
Mężczyzna szeptał coś do ucha swojego prawnika, a ja bacznie ich obserwowałem zaciskając zęby.
Tik tak...tik tak...
Zegar na ścianie, głośne wędrowanie wskazówek po tarczy, głębokie oddechy ,napięte spojrzenia oraz jedno jedyne słowo.
-Podpisujemy- Miałem ochotę wyskoczyć z fotela i zacząć krzyczeć, a jednocześnie wygarnąć to jak bardzo mnie denerwowało mnie to uczucie niepewności.
Pozostałem jednak na miejscu, a na mojej twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Kiedy złożył parafkę w kilku miejscach i pożegnał się ze mną uściskiem dłoni, po czym opuścił mój gabinet- dopiero wtedy wydałem z siebie okrzyk radości i przyciągnąłem mojego asystenta do uścisku.
Jeden podpis zrobił ze mnie milionera. Jedna kartka ustawiła mnie na następne kolejne lata.
Miałem dwadzieścia minut na dotarcie do mojej ukochanej co w moim natłoku szczęścia było wykonalne wliczając w to zahaczenie o kwiaciarnie.
Wybiegłem wręcz z firmy, wsiadłem do auta i skierowałem się do mieszkania na Manhatanie, miejsca gdzie czuje się najlepiej na świecie.

W mieszkaniu unosił się zapach pieczonego mięsa. Światło było przyciemnione, a cicha muzyka uciekała z głośników w akompaniamencie cichych pomruków mojej dziewczyny.
Lara miała na sobie moją ulubiona czerwona sukienkę, która uwydatniała jej krągłe uda i większe piersi. Na stopach miała czarne szpilki z czerwona podeszwą, które idealnie eksponowały jej piękne nogi. Na szyi miała delikatny łańcuszek. Włosy upięte w luźnego koka.
Była idealna. W każdym calu, była tym co dawało mi poczucie ciepła. To idealna kandydatka na żonę i matkę . Odpowiedzialna i ułożona. Mimo wszystko zabawna i z pasją
Lara- ukochana, przyjaciółka. Moja.
Podszedłem bliżej dotykając jej plecy torsem. Położyłem kwiaty na blacie, a po drugiej stronie zaś butelkę szampana. Mogłem wyczuć, że się uśmiecha, ponieważ zawsze lekko wtedy unosiła ramiona
-Po kwiatach i szampanie śmiem stwierdzić, że nie udało ci się podpisać tego kontraktu- Odstawiła gorące naczynie i odwróciła się w moim kierunku. Jej oczy ociepliły moje wnętrze. Jej skóra drżała pod moimi palcami, a uśmiech na jej twarzy coraz bardziej ukazywał jej dołeczki. Odgarnąłem kosmyk włosów, który niedbale opadł jej na czoło i nos. Była taka urocza i krucha.
-Jesteśmy w posiadaniu trzech milionów na koncie- Mruknąłem cicho, aby potem zostać zagłuszonym przez pisk dziewczyny. Rzuciła mi się na szyję i mocno wtuliła.
-Wiedziałam, że ci się uda!- Krzyknęła odrywając się ode mnie i pobiegła do sypialni, aby ponownie do mnie wrócić z małym pakunkiem w dłoni. - Proszę, następny kontrakt zostanie podpisany tym- Otworzyłem pudełko, a w środku znajdowało się masywne, niebieskie pióro z wygrawerowanymi dwoma literkami L.
-Dziękuje- Przyciągnąłem ją do siebie i złożyłem pocałunek na jej czole.
-To było oczywiste. Podpis był tylko formalnością- Odparła dumnie kierując się do stołu niosąc ze sobą ciepłe danie. Pokręciłem jedynie głową. Była niemożliwa.
Nalałem nam szampana, zapaliłem świeczki kiedy Lara kroiła pieczeń.
To był idealny wieczór. Usiadłem na krześle i wpatrywałem się w kobietę, którą śmiało mogłem powiedzieć, że była moja bratnią duszą. Od sześciu lat tworzyliśmy związek, który miał swoje wady, ale dla takich chwil warto było zacisnąć zęby.
Czy był to odpowiedni czas, aby klęknąć na jedno kolano i prosić o wspólny czas do ostatniego tchnienia? Mimo wszytki -nie.
-Za twój sukces, kochanie- Uniosła kieliszek w górę i oboje wznieśliśmy toast.
Cicha melodia wypełniała ciszę, która wkradła się podczas gdy jedliśmy pyszne danie. Mówiłem o tym, że Lara była świetną kucharką? W kuchni czuła się jak ryba w wodzie. Mieszała, kombinowała, szukała nowych smaków. To robiła w wolnym czasie, kiedy wracała z agencji. Lara spełniała się też jako wspaniały fotograf, kiedy stawała za obiektywem i robiła coś zdecydowanie więcej niż wyostrzenie obrazu i uwiecznienie go. Wiele razy byłem przy niej, gdy pracowała. Jeszcze jako nastolatek pomagałem jej operować światłem, kiedy oboje zrywaliśmy się nad ranem, tylko po to, aby mogła uwiecznić wschód słońca.
-Przepyszne- Pochwaliłem jej danie, na co uśmiechnęła się szeroko.
-Zawsze tak mówisz, jeśli chodzi o zapiekankę z mięsem i tartą cukinią- Zaśmiała się.- Przecież, to twoje ulubione danie odkąd moja mama pierwszy raz ja przygotowała. Miałeś wtedy dwanaście lat- Mimowolnie uśmiechnąłem się na to wspomnienie, kiedy mnie i Larę dzielił jedynie płot. Od dzieciaka byliśmy sąsiadami i najlepszymi przyjaciółmi. Szczerze mówiąc nie pamiętam, aby kiedykolwiek był czas, w którym nie było Lary. Mam wrażenie, że jesteśmy razem od urodzenia- mimo że to ja jestem starszy o dwa miesiące. Chodziliśmy do tej samej szkoły, a na studiach mieszkaliśmy razem. Zawsze miałem na nią oko. Czasami zachowywałem się jak jej starszy brat- po prostu się o nią martwiłem. I nadal to robię.
Miewam myśli, że nasz związek to była jedna wielka pomyłka. Zazwyczaj wtedy, kiedy dochodziło między nami do kłótni. Nie ma trzaskania talerzami, wyrzucania sobie brudów, czy przypominania o byłych. Na talerze jesteśmy za starzy, wszystkie błędy w większości popełnialiśmy razem, a expartnerzy? Nic wartego kłótni. W takich chwilach rodził się konflikt między naszą miłością, kiedy uświadamiałem sobie, że oboje kochamy się strasznie mocno, ale tylko jedno z nas kocha w ten odpowiedni dla związku sposób.
Nigdy jednak nie myślałem o tym, co byłoby gdybym tej pamiętnej nocy, kiedy wróciła z fatalnej randki, wpadła mi w ramiona, a potem wypaplała szybko jak bardzo jest we mnie zakochana- odrzuciłbym ją. Zrobiłem to co uważałem za stosowne, i teraz też bym tak zrobił. Bo przecież była, jest i będzie dla mnie całym światem.
-Tak, twoja mama obudziła we mnie super fana zapiekanki z tartą cukinią- Odłożyłem sztućce na bok, i upiłem szampana.
-Chyba będę musiała jej powiedzieć, jak bardzo jej za to nienawidzę- Zażartowała. Skończyła jeść i tak jak ja chwyciła za zimny kieliszek i przyłożyła go sobie do ust.
-Co zamierzasz teraz zrobić z takim dorobkiem?
-Można by było je zainwestować, albo przynajmniej ich część, a resztę, co powiesz na nową parę butów, albo torebkę? Może nowy samochód?- Odstawiła naczynie i z uśmiechem podeszła do mnie i usiadła mi na kolanach. Dłonie ułożyła na moich barkach, a ja sprawnie objąłem ja w tali. Patrzała się chyba na swoje paznokcie, bo nie obdarowała mnie spojrzeniem, a jedynie zaczęła bawić się materiałem. Siedziała chicho, co zaczęło mnie nieco zastanawiać.
-Tak, samochód to dobra propozycja, torebka też, ale wolałabym buty..- Niepewnie uniosła wzrok.
-Ile tylko zechcesz, kochanie- Przerwałem jej i trąciłem jej nos swoim.
-...a raczej buciki. Dla naszego synka, lub córeczki- Przełknąłem gulę w gardle, a czas jakby się zatrzymał. Czułem narastające przerażenie. Byłem niemal pewny, że moje palce są, aż białe od zaciskania, a barki spięły się. Nie byłem gotowy. Nie mogłem mieć dziecka, nie mogłem mieć dziecka z Larą. Nasz związek nie był niczym zobowiązującym, a przynajmniej ja chciałem, aby taki był.
-Jesteś w ciąży?- Wydukałem niepewnie, ponieważ już nie wiedziałem, czy aby na pewno chciałem to słyszeć.
-Nie- Zaprzeczyła bezzwłocznie. Rozluźniłem się. Kamień spadł mi z serca.- Ale jesteśmy już ze sobą tyle czasu. Twoja firma jest już ustatkowana, mamy skończone studia, karierę i pieniądze. To odpowiedni czas na dziecko. Niedługo skończymy trzydzieści kat, a ja po prostu chce by ten mały człowieczek patrzał na ciebie i widział autorytet. Byłbyś cudownym ojcem, - Westchnąłem ciężko. Unikałem tego tematu jak ognia, niczym tchórz, ale nie mogłem się na to zgodzić. Nie w momencie, kiedy nie byłem pewien swoich uczuć w stu procentach, nie mogłem jej skrzywdzić.
-Lara, rozmawialiśmy na ten temat tyle razy...
-I za każdym razem powodem twojego „nie” była praca, a teraz? Co wymyślisz tym razem?- Uniosła głos i podniosła się. Czułem, że albo zgodzę się na dziecko, albo dzisiejszego wieczoru nie śpię w mieszkaniu. Lara działała cały czas jednym schematem, dlatego mentalnie przygotowałem się na nockę u kumpla.
-Nie mam już wymówek. Po prostu nie czuję się gotowy, aby być ojcem- Mruknąłem, chodź to zupełnie nie było prawdą. Nie chciałem tego dzieciaka przesadnie bardzo, ale nie mogłem ukrywać, że podświadomie pragnąłem tego, a mimo że nie ważne jak podle to brzmi- matką mojego dziecka nie mogła być Lara.
-Nigdy nie będziesz gotowy- Widziałem jak jej oczy zachodzą łzami. Karciłem się w myślach. Tak bardzo nie chciałem by płakała.- Nie będziesz, bo cały czas widzisz we mnie jedynie przyjaciółkę. Wiem, że mnie kochasz, ale cały czas bliżej mi do twojej siostry niż dziewczyny- Zmarszczyłem brwi- Myślisz, że tego nie widzę? Tego dystansu, który czasami przejawia się w naszych relacjach?- Zaczęła płakać. Tak bardzo tego nienawidziłem.- Próbowałam pokazać ci się z innej strony. Zrobić coś, abyś spojrzał na mnie jak na kobietę swojego życia, ale nie mogę zmusić cię do kochania mnie.
-Lara, to nie tak...- Jęknąłem podłamany całą sytuacją. Czułem, że ją tracę.
-Proszę cie Leon, nie zapychaj mnie kolejną dawką kłamstw. Mogę być dla ciebie wszystkim, ale nigdy nie będę kimś z kim będziesz chciał założyć rodzinę, ponieważ dla ciebie to ja nią jestem ..- Jej głos przycichł, a ona sama po prostu się do mnie przytuliła, co odebrałem jako pożegnanie.- A teraz wyjdź i zastanów się,czy po sześciu latach nadal chcesz dawać mi złudną nadzieję- Spojrzała na mnie i ucałowała w policzek- Kocham Cię- Wyszeptała i ocierając oczy skierowała się do naszej sypialni.
Nie byłem pewien, czy bardziej mi ulżyło, czy byłem przerażony i wściekły na siebie. Bałem się, że straciłem jedną z ważniejszych osób w moim życiu. Zawaliłem po całości, ale z drugiej strony jej usta wypowiedział dziś wszystko to, czego moje nie potrafiły tamtego wieczoru w obawie, że ją stracę. Przekonało mnie to o tym, że jeśli chodziło o nią to zawsze kierował mną strach. O nią, o nas, o naszą relację. Wybierałem zawsze to, co pozwoliło mi być zawsze blisko, być dla niej oparciem. Liczyłem na to, że granica między przyjacielem a kochankiem po czasie między nami się zatrze, a jednak myliłem się.
Wyszedłem z mieszkania wraz z marynarką, telefonem. Szedłem nadal tętniącymi życiem ulicami Nowego Jorku, zahaczając o sklep, aby spędzić ten wieczór jeszcze w towarzystwie paczki papierosów. Chciałem zadzwonić do Diego, ale chyba lepiej było, abym został sam ze swoimi myślami i podjął po raz pierwszy decyzję, która będzie dla mnie odpowiednia. Byłem gotowy ponieść tego konsekwencje, dla dobra mojego i Lary, którą zawsze i pomimo będę kochał.

Pchnąłem drzwi, które prowadziły do klubu. Głośna muzyka, migające światła w przeróżnych kolorach. Klimat, który miał mi pomóc.

Potem już tylko kilka drinków
Jedno spojrzeniem
Mocniejsze bicie serca

Abym zatracił się w jednym odcieniu do końca życia.