środa, 31 sierpnia 2016

Dear You - Część Druga "Dear We"

UWAGA UWAGA, OGŁASZAM RAKA.
Nie no poważnie, nie umiem pisać, zamykam biznes. XD
W każdym razie... Znowu umarłam na jakiś czas. ;-;
Więc... Druga część Stony, polski tytuł - Drogi Ty - Część Druga "Drodzy My"
Drodzy my, ludzie.
Dodaje obrazy, bo tak.
Ekhem, nieważne... Znowu staram się spisać zaległości, a teraz... Miłego czytania i zapraszam do komentowania!
Podkład muzyczny: Little Parade
***
Steve skłamie mówiąc, że od początku nie żałował. Właściwie, jest wprost przeciwnie, mimo tego, że Tony mylił się co do podjęcia decyzji „trzymania Avengersów pod kluczem” to jednak codzienność boleśnie przypominała mu dlaczego podjął taką decyzję i przede wszystkim, gdyby miał wymienić jedną rzecz, której żałuje najbardziej, byłaby to właśnie cała „wojna”, której przecież mogli uniknąć.
Nie ukrywając, obwiniał się za to.
Bo gdyby tylko od początku spróbował porozmawiać z Tonym (co przecież, gdy już darowali sobie rzucanie się sobie do gardeł, wychodziło im na świetnie) o przeszłości, o ich wspólnych decyzjach czy choćby nawet po to, by oczyścić ich relacje, mogliby wszystkiego uniknąć. Mogliby oszczędzić bólu i rozdarcia Avengersów, on am mógłby oszczędzić bólu Tonemu.
I za to się obwiniał.
Zawiódł jako lider, nie starając się komunikować zresztą drużyny i zamiast tego samemu podjął szybką decyzję. Zbyt szybką. Stracił zdrowy rozsądek dowiadując się o Bucky'm i teraz niejednokrotnie musiał sobie zadawać pytanie czy Bucky tak naprawdę potrzebował jego pomocy. Bucky stał się mistrzem znikania i ukrywania, a on lekkomyślnie zwrócił na niego uwagę. Najgorsze było to, że nawet nie udało mu się go do końca uratować i teraz pozostawał w samotności na wyspie Wakandy. Miał czas, mnóstwo samotnego czasu, żeby wszystko przemyśleć, co wprawiało go tylko w coraz większą ponurość, jako iż zauważał więcej i więcej nawarstwiających się błędów. Tonego, swoich, całej drużyny.
Mylił się myśląc, że może poradzić sobie bez Bucky'ego, który zawsze był jego głosem rozsądku. To Steve zawsze porywał się na akcję, a Bucky przypominał mu o jego możliwościach. Teraz zdawał sobie sprawę jak młody był i jak brakowało mu doświadczenia. Nie wiedział czy ma rację, po prostu ślepo walczył za swoje zdanie, gnając za straconym przyjacielem.
A może Tony miał rację? Przecież to zawsze Tony był tym inteligentnym.
Z drugiej strony, to Steve był tym odpowiedzialnym. Zazwyczaj.
Sytuacja w jakiej się znaleźli wydawała się być zupełnie abstrakcyjna. Steve czasami budził się w środku nocy przypominając sobie, że to wcale nie sen, tylko chora rzeczywistość, którą sami stworzyli.
Dlatego też wysłał list do Tonego, w nadziei, że może uda mu się to wszystko jakoś wyprostować. Było już za późno na rozmowę osobistą, gdyby nawet spróbował, to skończyłby w więzieniu, albo, nawet jeśli jakimś cudem zdołałby umknąć niezauważony, Tony prawdopodobnie wystrzeliłby mu w twarz z jednej ze swoich rękawic. Z resztą, Steve też miał ochotę go przytemperować, gdy zachowywał się jak samolubny palant. Czyli, wbrew pozorom, nie cały czas.
Właściwie, nie był pewien, czy w ogóle wysyłać list. Bo Tony nie przepraszał. Z drugiej strony, Tony był jednak kilkakrotnie bardziej dziecinny i miał swój temperament. Gdyby zdał się na jego, pożal się Boże, dojrzałość, to choćby i zbliżał się koniec świata, brnąłby w swoje. Może i byli z w pewnym sensie podobni, ale Steve wierzył w siłę ludzi, a Tony w, cóż, siebie.
Tylko że dzięki swojej matce Bucky'emu, Peggy, wszystkim ludziom, którzy kiedykolwiek w niego wierzyli, Steve znał prawdziwą cenę przyjaźni i dlatego gotów był rzucić się za Buckym, choćby i porzucając całe swoje życie, tytuł.
Bo Bucky był jego przyjacielem.
So was I.
Nieprzyjemne echo odbija się wewnątrz jego czaszki. Prawie sięga po telefon, ale reflektuje się w ostatniej chwili. Tony zadzwoni kiedy będzie na to gotowy. Mimo to, mimo otaczających go ludzi, czuje się dziwnie samotny.
To były złe czasy, dla obu z nich.
Podnosi się z pojedynczego łóżka, na którym leży nieruchomo od prawdopodobnie kilku godzin. Mimo klimatyzacji, dzięki otwartemu oknie, jest gorąco jak w piekle i już sam nie wie czy bezsenność to wina temperatury czy wartkim strumieniu myśli. Agresywnie ściąga z siebie mokrą od potu koszulkę i zrzuca ją na ziemię, nie dbając w tej chwili o utrzymanie porządku. Opiera nagie plecy o zaskakująco zimną ścianę i odchyla głowę do tyłu. Myśli.
Znowu, po raz tysiąc pierwszy od dotarcia na wyspę, myśli o wszystkim i o niczym.
Aż za dobrze zdaje sobie sprawę, że w czasie takich to bezsennych nocy, gdyby wszyscy mieszkali jeszcze w wierzy, mógłby spokojnie zejść do laboratorium Tonego, który nie kończył pracy o tak „wczesnej” godzinie, czasami przez kilka dni pod rząd, aż wreszcie padał z wycieńczenia. Steve nie lubił widzieć go w takim stanie, ale jego skromnym zdaniem, nie byli wystarczająco blisko, żeby robił mu o to dyskusje. Za to jednak jego rutyną było ściąganie Tonego z krzesła i oddalenie go od mniej lub bardziej niebezpiecznych narzędzi, wokół których radośnie zasnął. Zawsze zastanawiał się wtedy czy przenieść go do sypialni, jednak również zawsze kończył tylko układając go na kanapie w laboratorium, bo za każdym razem łapał się na myślach „A co gdyby” i wolał jednak zostawić go w spokoju.
Ale tak było wcześniej.
Teraz zmuszony był siedzieć sam w średniej wielkości pokoju i szkicował swoje wspomnienia, od Buckyego z amerykańską tarczą w dłoni (zawsze uważał, że Bucky stałby się jeszcze lepszym Kapitanem niż on), dzielną Peggy uśmiechającą się pogodnie z kartek (wolał zapamiętać ją w ten sposób) do Tonego, który przysnął opierając się na jednej ręce, z rozkopanymi włosami i twarzą w smarze, nie zdającego sobie sprawy z czyjejś obecności.
Steve uśmiecha się nieświadomie, nagle zdając sobie sprawę z tych cudownych, przedziwnych ludzi, których okazję miał spotkać w swoim nad wyraz długim, ciekawym życiu.
Na stronie ze śpiącym Tonym zapisuje dwa krótkie słowa i mruży bolące od zmęczenia oczy.

Po raz pierwszy od przyjazdu na wyspę czuje błogość, powoli tulącą go do snu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz