poniedziałek, 14 grudnia 2015

Wcale nie straszne opowiadanie z uniwersum straszności. - Rozdział 2.

Mam wrażenie, że to już było... No ale, jak było to się zmyło, bo na blogu tego nie ma... Enjoy!
Postaram się następny szybko napisać...
Swoją drogą, specjalnie dla Anonima, który sobie zażyczył... I tym razem nie mnie! XD
***

- Chory..? - Powtórzył Jeff, wytrzeszczając oczy. Wyraz jego twarzy zmienił się natychmiast na totalnie pesymistyczny, co wyglądało całkiem dziwnie, biorąc pod uwagę jego zwyczajowy wielki uśmiech. - To znaczy, że byłeś zbyt chory na szkołę, a wystarczająco zdrowy na włamanie mi się do domu? Masz mnie za idiotę czy jak?
- Dokładnie. - Uciął Jack i odwrócił się w stronę ściany. Może i Jeff sporą większość swojego życia spędzał na gadaniu od rzeczy, ale czasami, bardzo czasami, potrafił trafić w samo sedno sprawy (Chociaż Jack uważał raczej, że to przez ilość słów jaką z siebie wyrzucał). Jack prawie się zaśmiał, czując skonfundowanie bruneta.
- Ej, nie odwracaj się!
- Jak sobie życzysz, nie odwrócę się. - Tja, zdecydowanie dobrze się bawił. Jeff nadął policzki, nieco się obrażając.
Jack natomiast większość swojego czasu milczał, ale gdy już się odzywał, to robił to z, jak Jeff zwykł mawiać, hukiem.
Czyli albo zawsze trafiając w samo sedno, albo po prostu by komuś podokuczać.
- A tak właściwie... - Zaczął Jeff, przerywając ciszę i swoje „bycie złym”. Jeff nigdy nie potrafił za długo milczeć... I być obrażonym. - To przyszedłeś tylko po to, żeby się ze mną podrażnić i poleżeć na moim łóżku?
- To był mój główny cel. - Mruknął Jack i wreszcie podniósł się do siadu, przeczesując swoje brązowe włosy. - Ale miałem jeszcze jeden. Slender chciał... Zakomunikować się z nami.
- I co to ma do mnie? Nie będę słuchać tego chodzącego prześcieradła. - Jack zmarszczył brwi.
- Przeście.. Nieważne. - Westchnął, masując się po głowie. Nie musiał rozumieć, zajęłoby to za dużo czasu. - Przysłali mnie właśnie po to, o przewidzieli, że o własnej woli nie pójdziesz... Młodzieńczy bunt, czy jakoś tak...
- Ja nie...
- A ja Jack. - Przerwał mu z zupełną powagą na twarzy. Jeff również wyglądał na zupełnie wybitego z rytmu. Wpatrywali się w siebie w ciszy, bo żaden z nich nie do końca wiedział co powiedzieć.
Aż Jeff parsknął śmiechem, wtedy sytuacja nieco ruszyła do przodu.
- Chyba powinniśmy już się zbierać. - Mruknął ponownie Jack, rozprostowując wszystkie kości i wstając. Co prawda nie było jeszcze, jak to Slender określił, „dawno po tym jak zajdzie słońce” (Widać ktoś lubił używać trudnych zdań, pomyślał Jack), jednakże nie do końca wiedział gdzie znajduje się ich „baza”. Nie żeby miał złą orientację w terenie, po prostu nie za bardzo miał pojęcie jak można odnaleźć się w lesie, a nie wyznawał Jeffowej polityki „Idź przed siebie, a gdzieś trafisz”.
- Teraz? Tak w ciągu dnia?! A gdzie twoja maska?
- Faktycznie. - Odpowiedział tylko Jack, rozglądając się po pokoju. Jakoś wcześniej nie zauważył tego faktu... „Może ją gdzieś rzuciłem?”, myślał.
- Czy ty możesz mówić pełnymi zdaniami? To wkurwiające...
- Nie. - Jeff tylko łypał wściekle na Jacka, który wyglądał... Jakby świetnie się bawił. Z szelmowskim uśmiechem zmierzwił brunetowi grzywkę. - Śmiesznie wyglądasz jak się złościsz.
- Mam się naprawdę zezłościć?
- Może później, teraz wybieramy się na zewnątrz.
- Dlaczego miałbym iść z tobą?
- Chciałeś spędzić ze mną trochę czasu, no nie? - Jeff zawarczał z irytacją. A mówią, że to on jest arogancki...
Mimo wszystko, machnął na Jacka ręką i kazał mu iść przodem, na co tamten zareagował wzruszeniem ramionami i powolnym krokiem w stronę drzwi.
Jack nie zwracał na niego uwagi, bo słyszał miarowe kroki za sobą... Które przyśpieszały... I przyśpieszały...
Jednak zanim zdążył się odwrócić, Jeff wskoczył na jego plecy, obejmując go w szyi i nakładając mu na twarz... Jego maskę.
- Skąd to wziąłeś..? - Jeff tylko roześmiał się złośliwie.
- Leżała na stole, nawet nie zauważyłeś jak ją zwinąłem! I kto teraz jest idiotą?! - Śmiał się dalej, a Jack tylko westchnął ciężko. Mógł się domyślić... Po co innego by pytał o jego maskę? Zachwiał się nieco i tylko ściana uratowała ich od upadku.
- Zejdź, za bardzo się wiercisz.
- Nie ma mowy! Połowa drogi na moich warunkach, kochanie!..

3 komentarze:

  1. Ojej, ojej!!! Dziękuję ale nie musiałaś pisać tego specjalnie dla mnie!!! Tu chodzi o wenę! Ale i tak jestem bardzo wdzięczna. Jest przepięknie i przeslodkie. Do tej pory czytałam tylko angielskie opowiadania i mogę z ręką na sercu powiedzieć że zdecydowanie większość z nich była niemożliwa do czytania z powodu niskiego poziomu umiejętności autorów. Bardzo miło po takim czasie jest przeczytać coś na poziomie. Widząc ze włożyłas w to dużo pracy. Wydaje mi się tez ze masz naprawdę dużo talentu. Naprawdę bardzo podoba mi się Twój styl. Jest zarazem lekki ale i dobrze sformułowany. Wiec ode mnie duży plus. Naprawdę jeszcze raz dziękuję i czekam z niecierpliwością na następny rozdział. Wiec życzę Ci jak najwięcej weny i cześć!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano musiałam, ponieważ sama bym tego chyba nigdy nie napisała. ;)
      Uh... W angielskich widziałam jakieś nieziemskie "udziewczynienia", nie byłam w stanie dotrwać do końca... A jak już widziałam coś w miarę, to nie było dokończone... Życie, życie moja droga. [*]
      Ja szczerze jestem niezbyt zadowolona... Moje opowiadania mają zwyczaj do bycia w cholerę powolnymi i monotonnymi, ale dziękuję... Postaram się pamiętać o dodawaniu następnych rozdziałów... XD
      Dziękuję i, mam nadzieję, do zobaczenia!

      Usuń
    2. Jest naprawdę super, zapewniam cię. I na pewno do zobaczenia ;) Zamierzam zabrać się za niedługo za "Ciekawy Pacjent" (Tak to się chyba nazywa :o) bo wydaje się bardzo ciekawe. Wiec śmiało pisz i nic się nie martw napewno jeszcze tu wpadnę!! Cześć!!!

      Usuń