poniedziałek, 5 grudnia 2016

Gra Flirtu - Część Druga - "Czegokolwiek chcesz, zrobię to..." [WinterIron]

Kurna, spóźniłam się dwie godzinki... ;-;
Wyznam wam, że był to tydzień sprawdzianów próbnych... Teraz tylko poprawki i w sumie będę w domku na święta. Właśnie! Jak tam wasze święta? :D
WinterIron bo bardzo dawno nie było... A kiedyś go skończyć muszę. Dalej staram się nadrabiać, ale trochę mam lenia. Co zrobić?
No cóż, zapraszam do komentowania i miłego czytania! <3
Troszkę ponad 4 strony w wordzie... Szaleję ostatnio. :')
***
W całej wieży grała niesamowicie głośna muzyka, migały światła, ludzie tańczyli i oblewali się drinami.
A Tony chyba pierwszy raz w życiu nie miał na to wszystko ochoty. Nie miał ochoty zanurzać się w tym świecie, który wydawał się być dla niego stworzonym.
Teraz leżał na kanapie z niedokończoną szklanką whisky w dłoni, czując jej gorzko-palący smak w przełyku i ustach, a jego myśli były wyjątkowo ciche, ograniczały się do niepodjętej jeszcze decyzji – czy ją dopić czy sobie darować.
Jakieś miłe panie czy też mili panowie co chwile podchodzili do niego i starali się poprawić mu humor, ale on już od paru dobrych godzin był strasznie nieobecny. Ale to, że był względnie trzeźwy nie oznaczało wcale, że miał zamiar niańczyć resztę Avengersów, co to to nie!
I właśnie dlatego Thor zdążył już wybić szyby na szesnastym i jedenastym piętrze, Barton dostał się do szybu wentylacyjnego, a Vision z Wandą zabawiali towarzystwo sztuczkami magicznymi. Najbardziej interesowało go gdzie właściwie znajduje się Kap, Natasha i Bruce, ale mógł tylko podejrzewać, że Steve już dawno smacznie spał w swoim pokoju, a jeżeli ostatnia dwójka zajmowała się tym czym myślał że się zajmują, to jakoś niespecjalnie się o nich martwił. Oczywiście pozostawał jeszcze Rhodey, Sam i Barnes, chociaż ich los akurat pozostawał mu obojętny, a Peter, jako nastolatek, był za młody żeby przyjść no i miał swoje obowiązki...
Aha, no i był jeszcze Scott, ale jego nikt nie zaprosił.
Innymi słowy, został prawie sam. A przynajmniej czuł się sam. Rozważał wymknięcie się do laboratorium, ale zdawał sobie sprawę, że w sumie to, zabawna sprawa, ale zapomniał hasła. A może to system go zapomniał? Z resztą, co za różnica?
Nagle coś podejrzanie blisko dziewięćdziesięciu kilo zwaliło się Tony'emu na nogi, aż sufit zawirował mu przed oczami, wydał z siebie tylko głuchy jęk i chciałby wierzyć w to, że był to katalizator dla którego zaczęła się na niego gapić całkiem spora grupa ludzi, ale niestety zdawał sobie sprawę, że muzyka dudniła na to zdecydowanie za głośno. Przewrócił oczami do samego siebie i jako iż nie miał ochoty patrzeć na kolejną zapijaczoną twarz – bo nie miał humoru – zwyczajnie skopał z siebie cały ciężar i wywalił na niego swoje nogi. Ciężar widocznie nie miał nic przeciwko, bo po chwili poczuł się z tym nazbyt komfortowo i zaczęło je z zacięciem badać. Wrażenie było komiczne, ale i zmusiło Tonego, żeby wreszcie podniósł się ze swojej bezpiecznej strefy i spojrzał któż jest tak nawalony, żeby próbować poznać drugą osobę po łydkach.
I ujrzał obrzydliwie znajomą mu sylwetkę, bo też sam Barnes zwany Bucky'm był jedynym, który bezczelnie okupował jego miejsce na kanapie. Z resztą, teraz wreszcie zrozumiał dlaczego próbował poznać go po nogach, bo cała twarz zasłaniała mu kurtyna nieokiełznanych niczym rozkopanych, ciemnych włosów. Będąc ze sobą zupełnie szczerym, pierwszą myślą przychodzącą mu w tej chwili do głowy było to, że Bucky w takim stanie wygląda jak smutny menel.
- Hej, za takie rzeczy się zazwyczaj płaci. - Tony pomachał do niego ręką, a on dziwnie niepłynnym ruchem odchylił się do tyłu i zbyt gwałtownie obrócił w jego stronę, sprawiając że kosmyki włosów opadły mu na całą twarz i wpadły do ust. Cóż, na ten widok Tony o mało nie uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Fony?
- Tony, ale byłeś blisko. - Poprawił jego bełkot, stwierdzając że Bucky'ego poniósł niezły melanż. Przy nim nie czuł się wcale taki pijany.
Albo raczej, w ogóle nie czuł się pijany. Skoro umiał poprawnie składać zdania to generalnie mówiąc był trzeźwy, prawda?
Bucky patrzał na niego z niezrozumieniem w zimnych błękitnych oczach. Wyglądał jak zombie. Myśląc o tym, Tony zastanawiał się czy Bucky został potraktowany takim samym serum jak Steve... I czy to oznaczało, że Steva jednak też dało się uchlać?
- Barnes, jakim cholernym cudem doprowadziłeś się do takiego stanu? - Nie odpowiedział, znowu zwieszając głowę. Tony był prawie cierpliwym człowiekiem, dlatego przeczekał chwilę zanim ponowił pytanie, lekko szturchając go nogami, a gdy to również nie podziałało zaczął się lekko frustrować. - Odpowiadaj jak do ciebie mówię. - Usiadł, szturchając Bucky'ego palcem w policzek, co nie wywołało prawie żadnego efektu... Z wyjątkiem tego, że to całe dziewięćdziesiąt kilo zachwiało się w jedną stronę, a potem ulegając sile odśrodkowej, w drugą, przewracając się na jego klatę, skutecznie z powrotem przygwożdżając go do kanapy, tym razem całkiem skutecznie.
- Plond kole cos psyniós... - Wymamrotał Bucky, śliniąc mu się na koszulkę, swoją vibraniową łapę przewieszając mu gdzieś w okolicy pasa. O dokładności wolał nie myśleć.
Tony, na swoje szczęście, miał doświadczenie z pijackim bełkotem i z łatwością połączył fakty. Te rozbite okna? Pijany superżołnierz? Jakaś tam podpowiedź zawarta w jego wypowiedzi? Thor musiał przywlec coś z Asgardu. No albo z europy wschodniej.
Teraz wystarczyło znaleźć „blond kolesia” i poczęstować czymkolwiek to było Steva. Może w realizacji tego planu nieco przeszkadzała mu ta kłoda, ale z drugiej strony nie bardzo się tym denerwował. W końcu nie jedną imprezą człowiek żyje. W dodatku, zdawał sobie sprawę, że jeśli Steve miał trochę oleju w głowie, to zabronił programowi wpuszczać Tonego do swojego pokoju i tu cały jego plan tak czy siak się kończył. Nie miał pojęcia jakim cudem wmusiłby w Kapitana Dwumetrowe Bary cokolwiek, nie mówiąc już o coś co miał wypić i rzekomo się opić.
- Przysięgam, jak się zrzygasz to zagwarantuje ci darmowy pobyt daleko od wieży i zastanowię się na jak długo.
- Fe.
Kolejne skąpo ubrane panie, jedna brunetka z lekko kręconymi włosami i czarnej krótkiej sukience, druga płomiennie ruda z włosami krótkimi i białej obcisłej koszuli – spodni nie widział - przechyliły się przez oparcie jego kanapy, już w momencie gdy miał zacząć się denerwować, sprawiając, że złapał się na głupkowatym szczerzeniu. Chociaż byłoby to raczej łatwiejsze, gdyby nie Bucky, który jednak powoli wydawał się dochodzić do siebie... W pewnym stopniu. Wnioskował po tym, że nagle zaczął stukać palcami, na szczęście nie mechanicznej ręki, w jego udo, wybijając chyba rytm granej właśnie muzyki. Dla niego wydawało się do niedorzeczne, ale w zamroczonym mózgu Buckyego może miało to jakiś sens i było czymś w rodzaju tańca, kiedy ciałem już nie możesz.
Ruda wskazała zgrabnym paluszkiem na leżące na nim ciało, a on omal się nie skrzywił. Brunetka za to obserwowała z boku uśmiechając się jak leniwa kotka. Tony zaczął się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi, ale postanowił ich nie kwestionować i dać się wkręcić;
- Był samotny to dałem się przytulić. - Ruda zaśmiała się, a brunetka objęła ją w talii i nachyliła się jeszcze bardziej, patrząc mu prosto w oczy, specjalnie, aby nie musieć przekrzykiwać się przez wszechobecny hałas.
- Szkoda że tylko przytulić. - Krótkowłosa spojrzała na nią, a potem na Tonego. Wyczuł wyzwanie, jego ego uwielbiało wyzwania... W pół świadomie zaczął przeczesywać zaskakująco miękkie włosy Bucky'ego, nie tracąc kontaktu wzrokowego z brunetką.
- Mężczyźni nie mają w zwyczaju zbytnich pieszczot.
- Ach tak... - Wyprostowała się, przyciągając do siebie rudą, która po chwili zaskoczenia oplotła jej szyję, obydwie jednak dalej patrzały się na niego, wyglądały jak dwie syjamskie kotki królewskie, co wcale mu nie przeszkadzało. - Może dalibyście się jakoś przekonać...
Tony oczywiście zrozumiał aluzję i w duchu już dawno się na nią zgodził, ale zaraz potem uderzały go twarde fakty.
Po pierwsze, Bucky nie był z jego czasów i nie miał najmniejszych wątpliwości, że takie zachowania, wykraczające poza zwykłe przekomarzanki, są mu zupełnie obce, i Tony – który osobiście nie miał nic przeciwko zmysłowym mężczyzną równie jak i zmysłowym kobietą - nie mógł mieć nawet pewności czy je tolerował. Po drugie, najwyraźniej nie był zbyt przytomny, i choć mogło się to zmienić w każdej chwili, Tony był chyba zbyt trzeźwy, żeby nawet jego przywrócić do świadomości z taką propozycją.
- Cóż, gdyby kolega był przytomny, to może dałoby się coś zrobić... - Wykręcał się, może zbyt jawnie, bo panie oderwały się od siebie, ale zamiast zostawić ich w spokoju, ruda przesunęła paznokciem po kręgosłupie Bucky'ego. Tony'ego na początku w ogóle to nie wzruszyło, bo nie wydawało mu się możliwym, aby go w ten sposób obudzić, ale gdy za drugim razem dotarła do jego kości ogonowej, Barnes wyraźnie poruszył głową i podniósł na niego zdecydowanie bardziej trzeźwe oczy. Tony prawie się wystraszył szybkością jego regeneracji.
- Tony?
- Ta, Tony. - Wydukał, gryząc się w język, bo jedyne na co miał ochotę, to wysyczeć mu „Zdychaj”. Bo jak faktycznie chciał, żeby się obudził, to tego nie zrobił...
Gdy podniósł się do pozycji siedzącej na tyle, żeby zobaczyć dwie kobiety, ruda pomachała mu, a brunetka tylko an niego spojrzała, widocznie obserwując rozwój sytuacji. Bucky odgarnął do tyłu niesforne kosmyki i, tak samo jak Tony, posłał im całkiem niezły uśmiech, nie zwracając wcale uwagi na fakt, że przed chwilą obudził się w ramionach jakiegoś typa. Nie stop, nie „jakiegoś”, tylko Tonego Starka... I zamiast przeżyć podwójny szok, po prostu przeszedł z wydarzeniem do porządku dziennego.
- Co tu się dzieje? - Zapytał uwodzicielsko-wesołym głosem, zerkając na obie panie, a Tony wreszcie mógł usiąść, spuszczając jedną nogę z kanapy, drugą podwijając pod siebie. Nie miał zamiaru się odzywać i brunetka chyba to zauważyła, bo po krótkim spojrzeniu na niego, postanowiła odpowiedzieć;
- Właśnie rozmawialiśmy z panem Starkiem na temat waszych relacji... I ich bardziej intymnego obrotu.
- W skrócie. - Przyznał Tony, zanim Bucky mógłby ośmieszyć go wybuchem śmiechu... Nikt nie będzie ośmieszał Tonego Starka, oprócz, cóż, Tonego Starka. I co z tego, że nie do końca planowanie poczuł palące ciepło na twarzy, gdy Bucky spojrzał na niego w czystym szoku i lekko uchylonymi ustami? Przynajmniej mógł być dumny z tego, że sam to ciepło wywołał.
Bucky przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Zerkał na brunetkę, rudą i Tonego, zastanawiając się czy to nie tylko głupi żart, szukając potwierdzenia w ich twarzach, ale Tony już właściwie na niego nie patrzał, tylko zajmował się przestrzenią gdzieś za nim, będąc gotowym do natychmiastowego wycofania się do laboratorium z tej durnej imprezy, na którą zresztą od początku nie miał humoru. I kiedy cisza między nimi powoli zaczęła go drażnić i miał wybuchnąć i zupełnie wycofać się z zakładu, oszczędzając im wszystkim zachodu, Bucky odpowiedział...
- Nie mam nic przeciwko. - I zanim zdążył wydobyć z siebie chociażby zaskoczone „oh?”, ruda klasnęła w ręce, a brunetka uśmiechnęła się z zadowoleniem i kiwnęła na nich głową. A Bucky, od jakiegoś już czasu zresztą, mierzył go prowokacyjnym wzrokiem, zgrabcie przewieszając ramię przez oparcie i odchylił się do tyłu, pokazując zupełne odprężenie.
- Poważ... Znaczy, oczywiście że nie masz, kto by miał? - Zreflektował się, zerkając na panie, jednak ustami dalej, bezdźwięcznie oczywiście, wypowiedział „Poważnie?”. Bucky wzruszył ramionami, wyglądając na nieco rozbawionego. Oj nie będzie się długo śmiał.
Tony pokręcił głową, wstając, trzy pary oczu podążały za każdym jego krokiem. Jednak on nie miał zamiaru uciekać. Przeszedł tylko z dwa kroki przed siebie, zanim szybkim ruchem przerzucił jedną nogę przez Bucky'ego i usiadł na nim okrakiem, ciasno obejmując go w pasie.
- Ja nie mam z tym żadnych pro... - Zanim zdążył dokończyć zdanie, Bucky gwałtownie przywarł do jego warg, natychmiast zjeżdżając dłońmi po jego wąskiej talii. Tony, po krótkiej chwili, w której zastanawiał się czy na pewno jest w świecie realnym, uchylił wargi, oddając pocałunek, palce jednej ręki wplątując w długie włosy Bucka, bezwstydnie za nie szarpiąc, drugą dalej trzymając niedokończonej jeszcze szklanki whisky.
Poczuł smak bardzo mocnego alkoholu, którego wcześniej nie pił, ale nie to wprawiło go w jeszcze większe zaskoczenie...
Bucky naprawdę dobrze całował, na tyle dobrze, że Tony przez chwilę zastanawiał się, czy na serio maiłby coś przeciwko, gdyby Bucky chciałby go teraz zaciągnąć do łóżka...
I Bucky, jakby czytając w jego myślach, wstał, trzymając go w górze tylko jedną ręką. Oderwali się od siebie, Tony nie krępował się ze składaniem pocałunków na jego szczęce i szyi, zaskakująco lubiąc nagle ciepło specyficznego superżołnierza.
Barnes wolną ręką pomachał paniom, rzucając im jakąś głupią odzywkę, której nawet nie usłyszał, po
czym, zupełnie bez słowa skierował się w stronę korytarza. Tony dopił alkohol, szklankę wypuszczając gdzieś po drodze, nie specjalnie dbając o jej los, po czym zaczął kolejny gorący pocałunek. Bucky'emu widocznie to nie przeszkadzało, poza faktem, że stracił na nim chwyt, dociskając go do ściany i zamiast tego postanowił rozerwać na Tony'm koszulkę, za którą i tak niespecjalnie by płakał.
Po tym jak wreszcie Barnes postanowił z powrotem wziąć go w swoje ramiona, weszli, albo raczej Bucky wszedł, na korytarz, tylko po to, by władować do losowego wolnego pomieszczenia z łóżkiem, na którym Tony wylądował chwilę później.
- Postanowiłem cię uratować od tłumaczenia się dwóm ładnych panienek.
- Mów mi więcej, gadanie mojego ojca zawsze mnie podniecało. - Tony sarknął, obracając się na brzuch w łóżku, które chyba mogłoby pomieścić trzy osoby, eksponując swoje nagie opalone plecy – na przodzie trzymały się jeszcze strzępki materiału.
- To znaczy, że ty naprawdę..?
- Ty też powinieneś. Wymyśliłem kiedyś kampanie reklamową, jeśli nie chcesz przelecieć Tonego Starka, to natychmiast zgłoś się do okulisty x. Oczywiście nigdy jej nie zrealizowałem, ale obmyślane całkiem nieźle, nie? - Bucky uśmiechnął się, ale nagle wydawał się spoważnieć. Przynajmniej bardziej niż wcześniej.
- Nie kuś mnie w ten sposób Tony. Może nie jestem z tych czasów, ale nie mam tych samych oporów co Steve.
- Zauważyłem, ale chyba nie żyjemy tym samym brakiem oporów, James. - Bucky drgnął, coś zabłysnęło w jego oczach... A Tony znał ten błysk.
Podniecenie.
Tony zazwyczaj uwielbiał go widzieć, mimo tego, że nie zawsze doświadczał go w dobry sposób, ale teraz, z Bucky'm, który niebezpiecznie pewnie zbliżał się do krawędzi łóżka, by potem zawisnąć nad nim, ssąc tył jego ramienia, nie był taki pewien. Bo w pewnym sensie nagle zdał sobie sprawę z tego kim był Bucky – przyjacielem Steve'a, Zimowym Żołnierzem, mieszkańcem tej wierzy. W momencie w którym zaczął myśleć, zaczynał mieć wątpliwości.
- Jeśli nie chcesz żebym robił takie rzeczy, nie wymawiaj mojego imienia w ten sposób. - Tony uwielbiał się zgrywać, ale w momencie zrozumiał gdzie kończyły się ich żarty.
- Dalej jesteś wgięty?
- Wgięty, nie pijany. - Bucky obrócił go, trzymając za biodra i zerwał przód koszulki, resztki zrzucając na podłogę, zajmując się teraz szyją zajętego myślami Tonego, który dopiero po chwili zorientował się, że robił mu malinki, kontynuując grę... To nie tak, że nie było to przyjemne, ale mimo wszystko wolał nie sypiać z kolegami z zawodu.
- Dobra, koniec zabawy. Mam ochotę się przespać.
- W jakim kontekście?
Tony prychnął, tym razem zaczynając się wyraźnie denerwować.
- Przestań się drażnić, na dzisiaj mam dosyć żartów.
Bucky wyprostował się, zerkając na niego znudzonym wzrokiem, po chwili milczenia ściągając z siebie koszulkę i zrzucając ją na ziemię. Był dobrze zbudowany, ale nie było to specjalnym zaskoczeniem.
- Potrzebujesz dowodów na to, że to co masz w spodniach nie robi mi specjalnej różnicy, proszę bardzo, mogę ci je dać.
- Może innym razem. Gdy już się wytrzeźwiejesz i przede wszystkim umyjesz. Aha, no i jak będę w humorze. - Tony uśmiechnął się z satysfakcją, gdy Bucky padł obok niego na łóżku z poddańczym jękiem. Z resztą, nie potrzebował dowodów, nie miał żadnych wątpliwości, że po pijaku byłby w stanie przespać się nawet z Mandarynem, chociaż nie był z tego powodu specjalnie dumny. - Jutro mi podziękujesz, słońce. I zejdź z kołdry.
Bucky nie odpowiedział, obracając się na plecy. Po chwili jednak wybuchł krótkim śmiechem i obrócił głowę w stronę Tonego.
- To trochę niedorzeczne.
- Brzmi jak każda sobota. - Bucky powtórzył śpiąco ostatnie dwa słowa, tylko utwierdzając Tonego w przekonaniu, że jeszcze nie wyparował z niego syf, którym poczęstował go Thor. W każdym razie, nie była to już jego sprawa, bo sam postanowił się przespać, postanawiając, że w laboratorium i tak nie odniesie niczego specjalnego, gdy praktycznie w całej wieży działa się jakaś demolka, a on zapadł w swego rodzaju leniwą depresję. Najwyżej później będzie się obwiniał za stracony na sen czas.
Zrzucił z siebie spodnie, ze zdumieniem zauważając, że po pierwsze, Bucky zdążył już usnąć, a po drugie, że nawet przez ściany słyszy przygłuszoną, ale jednak, muzykę. Miał tylko nadzieje, że na następny dzień będzie miał jeszcze dach nad głową.
Tony okrył się kołdrą i wcale nie dbając, że właśnie leży obok Zimowego Żołnierza, i że właściwie znowu czuje go na sobie, przymknął powieki i dał sobie odpłynąć.
Ostatkiem przytomności usłyszał, że drzwi do pokoju otworzyły się...
Ale pewnie tylko mu się zdawało...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz