Hm... Dalej żyję. ;-;
Nie mam jak wytłumaczyć się z tej przerwy... Po prostu byłam leniem i za każdym razem, gdy siadałam przed komputerem żeby coś napisać, znajdywałam sobie milion innych zajęć... Ale już jestem, powoli nadrabiam.
Co do opowiadania... W sumie to jest cliché, ale to jest takie moje małe oderwanie. ;-;
Czemu Shizaya? A czemu nie. XD
Z bloga usuwam Destiel, bo jest dosłownie do napisania od nowa. W sumie to uważam, że Ciekawy Pacjent powinnam napisać zupełnie od nowa, ale już sobie daruję. ;-;
Ps. Postanowiłam napisać Stony i jestem w trakcie pierwszego rozdziału, ale troszkę utknęłam, więc najpierw dodaję to...
Proszę nie zabijajcie mnie! | 冫、)ジー
***
Ludzie spokojnie przechodzili w oddali,
na zewnątrz. Nikt się nie odwrócił.
Nikt go nie usłyszał.
***
Mały odskok w prawo – kosz na śmieci
uniknął jego ramienia jedynie o milimetry i zamiast tego uderzył w
ziemię – potem do góry – pod jego nogami upadł ogromny słup.
Izaya zaśmiał się maniakalnie.
Cóż, w przeciwieństwie do tego co
myślał blondyn, skłamałby, nie pierwszy i nie ostatni raz w
życiu, jeśli powiedziałby, że przydreptał do Ikebukuro tylko i
wyłącznie po to, żeby zdenerwować Shizusia. Miał własne sprawy
do załatwienia, własnych ludzi do obserwowania, a Shizuś, jak
zwykle, znalazł się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim
czasie.
Ale, skłamałby kolejny raz, jeśli
nie przyznałby się do niesamowitej radości jaką czerpał z
wyścigu... Bo było to tak zabawne!
Zabawne! Zabawne! Zabawne!
Kolejny unik, całe ciało w
dół, przewrotka, nad głową przeleciał mu kolejny kosz, a on
wstał i odskoczył w lewo, obracając się o całe trzysta
sześćdziesiąt stopni, zerkając z szerokim uśmiechem na Shizusia
– maksymalnie wkurzony, z obnażonymi zębami, zupełnie jak
wściekłe zwierze. Od razu skorzystał z oczywistego faktu, że
Izaya spowolnił się dosłownie o sekundę i doskoczył do przodu,
niemal łapiąc jego kaptur. Teraz, zamiast sięgania po przeszkody,
po prostu gnał przed siebie z wyciągniętymi do przodu rękami, a
Izaya biegł i śmiał się wniebogłosy z nieporadności potwora, bo
był zdecydowanie szybszy.
Niektórzy przychodnie
ignorowali ich w strachu, inni przyglądali się z zaciekawieniem
temu groteskowym spektaklu.
Żaden nie próbował ich
zatrzymywać. Wszyscy za bardzo bali się konsekwencji.
Po kilku minutach szaleńczej
pogoni Izaya przestał czuć na swoim karku oddech potwora, więc
zgrabnie odskoczył w bok, obracając się...
Ale potwór dalej tam był.
Dalej równie blisko.
Izaya wiedział, że
popełnił błąd.
Oczy miał mgliste z furii,
pewnie już dawno stracił samego siebie. Nie zdawał sobie sprawy z
tego co robi.
Lecz zamiast wymierzyć mu
potężny cios, czego spodziewał się Izaya, Shizuś pchnął go do
tyłu.
Mocno.
Poleciał jak szmaciana
lalka, od razu przygotowując się do przewrotu w tył, widząc że
Shizuś zamierza rzucić się na niego i przygwoździć do ziemi jak
zdziczały pies.
Jednak w momencie, w którym
jego stopy znowu dotknęły podłoża, on po raz kolejny dzisiejszego
dnia odskoczył do tyłu, dając sobie trochę czasu na obrót i
rozpoczęcie ucieczki.
Brązowe oczy potwora nagle
rozszerzyły się w szoku, a dzika mgiełka rozproszyła się. Ręce
wyciągnął do przodu, jakby oczekiwał, że mimo dzielącego ich
dystansu jeszcze uda mu się do złapać. Palce zakrzywił niczym
szpony dzikiego ptaka, gotowe do natychmiastowego uchwytu.
Jednak wyglądało na to, że
i ten dzień nie był szczęśliwym dniem Shizusia. Przecież jak
zawsze skazany był na porażkę.
Huczało mu w uszach, bolało
go ciało, a mimo tego głośno się śmiał.
Aż w końcu jedynym co
dzwoniło mu w uszach był jego własny, szaleńczy śmiech.
***
Wbiegł w boczną alejkę,
zdając sobie sprawę, że nawet jego ciało ma swoje limity. Poza
tym, jaki miał mieć cel w bieganiu po mieście, jeśli od jakiegoś
czasu nie usłyszał już głośnego, przepełnionego furią ryku
Shizusia?
Przyległ do ściany za
kontenerem, nasłuchując – w razie gdyby Shizuś plątał się
gdzieś jeszcze w okolicy albo, co mało prawdopodobne, ale z tym
potworem nigdy nic nie wiadomo, przyjął nową taktykę ataku.
Izaya nie usłyszał jednak
nic poza szumem miasta, które powoli zapadało w swój własny
rodzaj snu.
Dopiero wtedy pozwolił
sobie na wzięcie paru głębszych oddechów. Adrenalina zaczęła
opadać, a Izaya starał się uspokoić własny oddech, czując w
płucach kwaśne pieczenie, mówiące mu „widzisz, nawet ty
możesz złapać zadyszkę?”.
A może po prostu już się
starzał?
Nie, jeszcze nie było aż
tak źle.
Wyprostował się,
strzelając z obolałych kości, czując na twarzy krople zimnego
deszczu. Byłoby to prawie odświeżające, gdyby nie fakt, że jego
ubrania nie były specjalnie wodoodporne. Na szczęście nie padało
podczas jego pogoni z Shizusiem, bo wtedy nie miałby absolutnie
żadnej szansy na skrycie się przed chłodem powoli oplatającym
jego ciało.
Przetarł twarz i narzucił
na siebie kaptur, szybkim krokiem wychodząc z alejki, mieszając się
w tłumie pośpiesznie uciekającym przed nadchodzącą ulewą.
Izaya wziął głęboki
oddech, jego płuca wypełnił zapach miasta. Jedynym skojarzeniem
przychodzącym mu do głowy był kwas. Ikebukuro wżerało się
głęboko w twoją skórę, mięśnie i kości, pozostawiając za
sobą swoją własną ścieżkę zniszczenia.
Izaya uwielbiał ten zapach.
Manewrował sprawnie między
przechodniami, nie mając na celu żadnego konkretnego miejsca. Teraz
chciał po prostu schronić się przed deszczem i przejrzeć
najnowsze wiadomości. Spodziewał się, że jego wieści o jego
walce z Shizusiem już rozeszły się po internecie, co komplikowało
mu pracę. W dodatku ulewa upewniała go w fakcie, że dnia
dzisiejszego żaden z jego wyznaczonych celi raczej nie ruszy się z
domu.
Westchnął. Ten dzień był
wyjątkowo nieszczęśliwy. Być może czat Dollarów zdołałby
chociaż trochę poprawić jego końcową produktywność?
Wślizgnął się do
kafejki, mimo tego że godzina jej zamknięcie wybijała za niecałą
godzinę. Obsługa zdawała się go nie zauważyć, co zresztą było
mu bardzo na rękę, bo nie miał zamiaru nic zamawiać.
W środku było niewiele
ludzi, choć była to i tak zdecydowanie większa liczba niż
standardowa ich ilość o tak krótko przed zamknięciem. Większość
patrzyło w telefony lub gazety i nawet nie zwróciło na niego
uwagi, jednak parę osób uniosło wzrok na niego, lub raczej na
zatrzaśnięte za nim drzwi, wyrażając albo politowanie albo
zmartwienie, by po chwili wrócić do swoich zajęć. Izaya wymknął
się w głąb pomieszczenia, siadając w samym rogu, od razu
wyciągając z kieszeni telefon. Szybko rzucił okiem na osoby w
pomieszczeniu – większość uczniów lub młodzików, parę
starszych osób, dwóch mężczyzn w średnim wieku i jedna kobieta.
Ci siedzący bliżej wyjścia, a co za tym szło, bliżej dużych
okien na zewnętrzny świat, w większości wyglądali na wyraźnie
zmartwionych. Zapewne również nie mieli parasola.
Jakiś student stolik dalej,
pewnie nieświadomie, tupał w podłogę, jednocześnie stukając w
klawiaturą, tworząc dość irytujący jednoosobowy koncert. Jednak
skoro nikt do tej pory nie zwrócił mu uwagi to Izaya nie miał
zamiaru być pierwszym.
Zauważając, że żadna z
osób siedząca w kawiarni nie jest ani jego znacznikiem, ani
specjalnie interesującą osobą, Izaya zalogował się na stronę
Dollarów, wchodząc w najnowsze wiadomości. Nie spodziewał się
znaleźć niczego interesującego, skoro sprawdzał je mniej więcej
dwie godziny temu (właśnie w takim momencie przyuważył go
Shizuś), ale z drugiej strony nie tylko twórcy Dollarów zdarzało
się dostarczać mu rozrywki.
I tym razem się nie
zawiódł, bo na forum wrzało wręcz od najnowszych tematów.
Czy to prawda?
Ktoś wie co się stało?
SHIZUO TO MORDERCA!!!
Wypadek!!
Czyżby
Shizusiowi udało się w coś wpakować i bez jego ingerencji?
Zabawne, pewnie ta bestia zapadłaby się pod ziemię jeśli to
wszystko okazałoby się prawdą.
Izaya
zignorował dziwne uczucie zaniepokojenie rozlewające się po jego
klatce piersiowej.
Cóż,
pewnie to i tak nic poważnego. Pewnie ktoś oberwał znakiem
drogowym czy koszem na śmieci, a Dollary wszystko rozdmuchują. To
nawet nie był pierwszy raz. Shizuś to przecież szczęściarz, bo
skoro do tej pory nie gnił już w więzieniu na dożywocie, to Izaya
wątpił, że kiedykolwiek do niego trafi.
Raczej.
Shizuś lubił go zaskakiwać.
Izaya
przygryzł wargi, ledwo powstrzymując śmiech, wyobrażając sobie
siebie obserwującego Shizusia na sali sądowej.
Opanowując
mimikę twarzy, wreszcie nacisnął na pierwszy temat.
Dźwięki
kropel uderzających o szybę zdawały się przybrać na sile.
!!! Bardzo mi sie podoba!
OdpowiedzUsuń