Spróbuję z tego zrobić komedię... Ciekawe jak wyjdzie...
***
Nudziło im się.
Tak bardzo im się nudziło.
Nie spodziewali się, że jest to w ogóle możliwe. Jakim cudem wrogowie, którzy do tej pory przy każdej okazji skakali sobie do gardeł, egzystowali spokojnie w jednym pokoju?
Mało tego, siedzieli na jednej kanapie, gapiąc się na siebie i stykając się nogami.
Cóż, trzydzieści ponad stopni w cieniu mogło być dobrym powodem do zachowania spokoju.
- Weź te giry, trupie. - warknął Mike, zadziwiająco lekko kopiąc swojego "przyjaciela" w piszczel. - Gorąco jest, nie czujesz?
- Trupy są zimne. - Odpowiedział wyjątkowo inteligentnie Vincent. Zapewne wiedział z doświadczenia, przecież nikt nie podejrzewałby u niego możliwości posiadania "wiedzy".
- Ty, wyjątkowo, nie. - Odparował równie mądrze Schmidt.
- Sugerujesz, że jestem gorący?
- Sugerujesz, że jestem ślepy? - Mike tracił cierpliwość (późno toć). Gdyby nie ten upał... Och, gdyby nie ten upał... Vincent już dawno zbierałby swoje szczątki (i szczęki) ze ściany.
Przynajmniej takie było jego zdanie w tej jakże zajmującej sprawie... Vincent zapewne miałby inne.
- Tak, tak. - mruknął (nie)zainteresowany, wyciągając się jeszcze bardziej i dobitnie pokazując, że ma niesamowicie gdzieś jakkiekolwiek słowa i groźby drugiego "kanapowca". Tamten natomiast nie miał najmniejszej siły i ochoty ruszyć swego zgrabnego zada, żeby coś z tym zrobić.
- Hej, Mikey~
- Co? - Jak nie trudno zgadnąć, pan "zgrabny zad" nie znosił tego zdrobnienia. I dlatego taki na przykład fioletowy go uwielbiał i tak często, i gęsto się do niego nim zwracał.
- Jak się tak zastanowię, to nie jesteś taki zły, wiesz? - No to się chyba za długo zastanawiał, bo to był ten moment...
Moment, w którym świat zatrzymał, zawalił i zwalił (niczym samotny nolife) się we wszystkim co robił.
Ptaszki przestały śpiewać, wiatr wiać, Ziemia obracać się, a Słoneczko spierdoliło do Niemiec na ogórki.
- Trupy są zimne. - Odpowiedział wyjątkowo inteligentnie Vincent. Zapewne wiedział z doświadczenia, przecież nikt nie podejrzewałby u niego możliwości posiadania "wiedzy".
- Ty, wyjątkowo, nie. - Odparował równie mądrze Schmidt.
- Sugerujesz, że jestem gorący?
- Sugerujesz, że jestem ślepy? - Mike tracił cierpliwość (późno toć). Gdyby nie ten upał... Och, gdyby nie ten upał... Vincent już dawno zbierałby swoje szczątki (i szczęki) ze ściany.
Przynajmniej takie było jego zdanie w tej jakże zajmującej sprawie... Vincent zapewne miałby inne.
- Tak, tak. - mruknął (nie)zainteresowany, wyciągając się jeszcze bardziej i dobitnie pokazując, że ma niesamowicie gdzieś jakkiekolwiek słowa i groźby drugiego "kanapowca". Tamten natomiast nie miał najmniejszej siły i ochoty ruszyć swego zgrabnego zada, żeby coś z tym zrobić.
- Hej, Mikey~
- Co? - Jak nie trudno zgadnąć, pan "zgrabny zad" nie znosił tego zdrobnienia. I dlatego taki na przykład fioletowy go uwielbiał i tak często, i gęsto się do niego nim zwracał.
- Jak się tak zastanowię, to nie jesteś taki zły, wiesz? - No to się chyba za długo zastanawiał, bo to był ten moment...
Moment, w którym świat zatrzymał, zawalił i zwalił (niczym samotny nolife) się we wszystkim co robił.
Ptaszki przestały śpiewać, wiatr wiać, Ziemia obracać się, a Słoneczko spierdoliło do Niemiec na ogórki.
W skrócie, kurwa no nie, Boże czy ty to widzisz? Czy był to jakiś PRZEPIĘKNY i równie walnięty sen?
- Vincent, zjebie, majaczysz. - jęknął Mike, odchylając głowę do tyłu, czym wprawił wspomnianego o głupkowaty chichot.
- Ty już przy mówieniu zaczynasz jęczeć? - I dostał z kopa. Miał jednak farta , że strzał minął bramkę, bo by do końca życia nie zabawił w ciekawe i zajmujące gierki.
Zaległa cisza, podczas której Mike kontemplował nad sensem życia i powodem, dlaczego Vincent jest psychicznym idiotą, a Vincent... Cóż, powiedzmy, że cieszył się obszernością swej wyobraźni z zaprawdę filozoficzną miną.
Chwilę spróbował pomyśleć nad czymś nie związanym z ptaszkami i arbuzami, i...
- Ej, Mike, co byś powiedział na to, żebym na tej cudnej kanapie przeleciał Scotta? - No i mu nie wyszło.
Schmidt wzniósł oczy ku niebu (czyżby dziura w suficie?) i poczuł się dziwie urażony pytaniem.
- A co mnie to? To twój przyjaciel i twoje idiotyczno-wkurzające zagrywki. - Chwila momencik, minutka, sekundka... Urażony? Czym? Przecież fioletowy ta sama zboczona świnia co zawsze.
- A Fritza? - Mike przygryzł wargę, czując specyficzną falę ulgo-urażenia.
- Jak lecisz na rudych piegusów...
- A Jeremy'ego?
- Ej! - I tym razem się nie powstrzymywał, na twarzy Schmidta wykwitł wielki, wypielęgnowany bulwers. - Od niego to się odwal, dobra?! - I strzelił i... Nie goal.
Cóż, niech się jeszcze Vincent pocieszy.
- Nie dobra... - westchnął fioletowy, łapiąc go za łydkę. Pomyślał chwilę intensywnie. Nad jego głową prawie można było dostrzec malutki znaczek buforowania. - A ciebie?
- Hej hej hej! - Mike z niesamowitą agresją się wyrwał. Się chciał wyrwać... - Puszczaj! Nie mam zamiaru zostawać w tym miejscu ani chwili dłużej! - Szarpnął znowu, ale Vincent tylko wzmocnił uścisk, widocznie doznawszy swojej sadystyczno-zboczonej supermocy, ani myślał puścić takiej seksownej pychotki.
- Coś się taki żywiołowy zrobił? Nie gorąco ci? - Zachichotał, zawisając nad poddenerwowanym Schmidtem. - Bo się zaraz zroobi~~ - Mike mógł poczuć na twarzy ciepły oddech i kolano zdecydowanie za blisko swojego krocza. Wniosek? Przestrzeń osobista dawno poszła się chędożyć z Vincentem.
Stop, to idzie w złą stronę.
- Bo wyprowadzasz mnie z równowagi. - Się szlachta znalazła. Mike, nawet jako "pozycja dolna", nie miał zamiaru się poddawać i rozwalił się niczym ukraiński alfons.
- Ty mnie prowokujesz, co?
- Tak. Bo marzę o tym, by być przerżniętym przez fioletowego jebakę na małej kanapie, przy cholernych czterdziestu stopniach. - Zironizował.
Ale doszedł do wniosku, że chyba jednak nie powinien, a z Vincentem nigdy nic nie wiadomo, bo tamten bezwstydnie położył łeb na jego klacie, wkładając mu ręce pod plecy. No, sytuacja za ciekawa nie była. Co on, prywatna poduszka? Zdecydowanie nie.
Zazwyczaj...
Więc szarpnął oponenta za włosy, zwracając na siebie znikomą uwagę. - Wali ci?
- Jeszcze nie. - "Fioletowy zbok" zdecydowanie za bardzo wmruczał się w jego ciało.
I co teraz, walka z kretesem?
Mimo wszystko, Mike poczuł niesamowitą irytację. Najpierw będzie gadał o rżnięciu połowy populacji jego znajomych, a teraz będzie się do niego kleił?
- Mówiłem, żebyś mnie puścił. Nie słyszałeś, kretynie? - Poczuł się jak ostatnia ciota. Nie dość, że się dawał, to jeszcze teraz miał ochotę się rozryczeć.
Nie przez animatroniki, nie przez śmierć najbliższych, tylko przez zwykłą, pedalską szumowinę.
Vincent podniósł wzrok z niedowierzaniem i zadziwiająco delikatnie go pocałował.
Mike w tej chwili naprawdę potrzebował ewakuacji. Czuł, że jest na krawędzi, a przecież nie będzie się rozklejał przy Vincentcie. Szczególnie nie przy nim.
- Nie płacz głupku, przecież żartowałem z tą kanapą. Nie spałem z nikim od kiedy zacząłem to coś z tobą. - Pocałował go w szyję. - Mój mały potworek, jeśli ja bym cię nie pokochał, to kto by miał tą szansę, hm? - I się poryczał. To było nie fair.
- Dupek. Cholerny, niewyżyty dupek. Nienawidzę cię.
- Mike, ja wiem, że...
- Kocham cię, kurwa. Nienawidzę, cię tak mocno, cholerny dupku, że... Się zakochałem się. - Zaczął się śmiać. Oddychał mocniej, próbując się uspokoić, przy okazji wdychał mocny zapach Vincenta.
Nienawidził go.
Kochał go.
I zdecydowanie miał ochotę mu przyłożyć.
Zmierzwił długie kosmyki i przymknął oczy.
- Nie żartuję, zabiję cię. - Powiedział zupełnie spokojnie. - Ale do tego czasu... Nie ruszaj się. Nie ruszaj cię, bo wtedy zupełnie cię zmasakruję. - Vincent pokręcił głową, nie do końca jeszcze rozumiejąc zachowania Mike'a, ale... Przecież tak było ciekawiej.
- Jak wolisz, panie Schmidt. - mruknął, przymykając oczy.
I nie potrzebowali nawet dwóch minut, żeby pogrążyć się w głębokim śnie.
Anyway, mam nadzieję, że jakoś się spodobało, to moje dziwne OTP.
- Vincent, zjebie, majaczysz. - jęknął Mike, odchylając głowę do tyłu, czym wprawił wspomnianego o głupkowaty chichot.
- Ty już przy mówieniu zaczynasz jęczeć? - I dostał z kopa. Miał jednak farta , że strzał minął bramkę, bo by do końca życia nie zabawił w ciekawe i zajmujące gierki.
Zaległa cisza, podczas której Mike kontemplował nad sensem życia i powodem, dlaczego Vincent jest psychicznym idiotą, a Vincent... Cóż, powiedzmy, że cieszył się obszernością swej wyobraźni z zaprawdę filozoficzną miną.
Chwilę spróbował pomyśleć nad czymś nie związanym z ptaszkami i arbuzami, i...
- Ej, Mike, co byś powiedział na to, żebym na tej cudnej kanapie przeleciał Scotta? - No i mu nie wyszło.
Schmidt wzniósł oczy ku niebu (czyżby dziura w suficie?) i poczuł się dziwie urażony pytaniem.
- A co mnie to? To twój przyjaciel i twoje idiotyczno-wkurzające zagrywki. - Chwila momencik, minutka, sekundka... Urażony? Czym? Przecież fioletowy ta sama zboczona świnia co zawsze.
- A Fritza? - Mike przygryzł wargę, czując specyficzną falę ulgo-urażenia.
- Jak lecisz na rudych piegusów...
- A Jeremy'ego?
- Ej! - I tym razem się nie powstrzymywał, na twarzy Schmidta wykwitł wielki, wypielęgnowany bulwers. - Od niego to się odwal, dobra?! - I strzelił i... Nie goal.
Cóż, niech się jeszcze Vincent pocieszy.
- Nie dobra... - westchnął fioletowy, łapiąc go za łydkę. Pomyślał chwilę intensywnie. Nad jego głową prawie można było dostrzec malutki znaczek buforowania. - A ciebie?
- Hej hej hej! - Mike z niesamowitą agresją się wyrwał. Się chciał wyrwać... - Puszczaj! Nie mam zamiaru zostawać w tym miejscu ani chwili dłużej! - Szarpnął znowu, ale Vincent tylko wzmocnił uścisk, widocznie doznawszy swojej sadystyczno-zboczonej supermocy, ani myślał puścić takiej seksownej pychotki.
- Coś się taki żywiołowy zrobił? Nie gorąco ci? - Zachichotał, zawisając nad poddenerwowanym Schmidtem. - Bo się zaraz zroobi~~ - Mike mógł poczuć na twarzy ciepły oddech i kolano zdecydowanie za blisko swojego krocza. Wniosek? Przestrzeń osobista dawno poszła się chędożyć z Vincentem.
Stop, to idzie w złą stronę.
- Bo wyprowadzasz mnie z równowagi. - Się szlachta znalazła. Mike, nawet jako "pozycja dolna", nie miał zamiaru się poddawać i rozwalił się niczym ukraiński alfons.
- Ty mnie prowokujesz, co?
- Tak. Bo marzę o tym, by być przerżniętym przez fioletowego jebakę na małej kanapie, przy cholernych czterdziestu stopniach. - Zironizował.
Ale doszedł do wniosku, że chyba jednak nie powinien, a z Vincentem nigdy nic nie wiadomo, bo tamten bezwstydnie położył łeb na jego klacie, wkładając mu ręce pod plecy. No, sytuacja za ciekawa nie była. Co on, prywatna poduszka? Zdecydowanie nie.
Zazwyczaj...
Więc szarpnął oponenta za włosy, zwracając na siebie znikomą uwagę. - Wali ci?
- Jeszcze nie. - "Fioletowy zbok" zdecydowanie za bardzo wmruczał się w jego ciało.
I co teraz, walka z kretesem?
Mimo wszystko, Mike poczuł niesamowitą irytację. Najpierw będzie gadał o rżnięciu połowy populacji jego znajomych, a teraz będzie się do niego kleił?
- Mówiłem, żebyś mnie puścił. Nie słyszałeś, kretynie? - Poczuł się jak ostatnia ciota. Nie dość, że się dawał, to jeszcze teraz miał ochotę się rozryczeć.
Nie przez animatroniki, nie przez śmierć najbliższych, tylko przez zwykłą, pedalską szumowinę.
Vincent podniósł wzrok z niedowierzaniem i zadziwiająco delikatnie go pocałował.
Mike w tej chwili naprawdę potrzebował ewakuacji. Czuł, że jest na krawędzi, a przecież nie będzie się rozklejał przy Vincentcie. Szczególnie nie przy nim.
- Nie płacz głupku, przecież żartowałem z tą kanapą. Nie spałem z nikim od kiedy zacząłem to coś z tobą. - Pocałował go w szyję. - Mój mały potworek, jeśli ja bym cię nie pokochał, to kto by miał tą szansę, hm? - I się poryczał. To było nie fair.
- Dupek. Cholerny, niewyżyty dupek. Nienawidzę cię.
- Mike, ja wiem, że...
- Kocham cię, kurwa. Nienawidzę, cię tak mocno, cholerny dupku, że... Się zakochałem się. - Zaczął się śmiać. Oddychał mocniej, próbując się uspokoić, przy okazji wdychał mocny zapach Vincenta.
Nienawidził go.
Kochał go.
I zdecydowanie miał ochotę mu przyłożyć.
Zmierzwił długie kosmyki i przymknął oczy.
- Nie żartuję, zabiję cię. - Powiedział zupełnie spokojnie. - Ale do tego czasu... Nie ruszaj się. Nie ruszaj cię, bo wtedy zupełnie cię zmasakruję. - Vincent pokręcił głową, nie do końca jeszcze rozumiejąc zachowania Mike'a, ale... Przecież tak było ciekawiej.
- Jak wolisz, panie Schmidt. - mruknął, przymykając oczy.
I nie potrzebowali nawet dwóch minut, żeby pogrążyć się w głębokim śnie.
***
Wyszło coś dziwno-słodko-gorzkiego... No cóż, nie miałam pojęcia co z tym zrobić i... Chyba to widać. [*]Anyway, mam nadzieję, że jakoś się spodobało, to moje dziwne OTP.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz