Mam już napisane opo z Creepypasty i Pacjenta i Shiki... Ale mi się nie chce przepisywać. XD
Także długo nie poczekacie, ale chwila jednak zejdzie. ^^"
W każdym razie... Komentować kurna!
***
Kakashi Hatake siedział w swoim biurze, luźno odchylając się
na czarnym, skórzanym krześle obrotowym, czytając ulubioną serię jego książek
„Icha Icha”, tak jak miał w zwyczaju, jednak tym razem nie mógł się skupić na
żadnym zdaniu, czy też słowie, a jego myśli cały czas uciekały w nieco
nieporządanym kierunku, przez co, mimo że zazwyczaj wręcz nadnaturalny sposób
potrafił zachować swój spokój i dystans, zaczynał się irytować. Niemoc czytania
akurat tej książki była dla niego wyjątkowo dotkliwym ciosem.
I wszystko przez Akatsuki, albo
idąc jeszcze dalej, przez głupią władzę. Kakashi nigdy nie pisał się na bycie
czymś więcej niż”ręką wymierzającą sprawiedliwość”, ale jego kwalifikacje i,
nawiasem mówiąc, wysoka inteligencja tym razem nieźle go przyskrzyniła. Wiele
osób również uważało go za „naturalnego władcę” i przez to wszystko, dostał to
czego nigdy nie chciał, toteż inni słuchali go nawet bez specjalnego wysiłku.
Tyle, że dalej twierdził, że to absolutnie nie dla niego.
Za jednym odchyleniem fotela odleciał
wzrokiem wszystko po prawej stronie; od śniadych półek na książki, czarnej
kanapy, dziwnych obrazów na bordowej ścianie aż po dywan w kolorze
ciemnoszarym, a przy powrocie do poprzedniej pozycji zdążył przyjrzeć się
wszystkiemu po lewej; równie śniade komody, pliki z dokumentami, ozdoby w
postaci zwierzęcych, głównie psowatych figurek i kilkudziesięcio calowy
telewizor, którego Kakashi nigdy nie użył. Właściwie, będąc ze sobą w stu
procentach szczerym, to rzadko używał czegokolwiek znajdującego się w pokoju,
bo i po co? Jedynym czego potrzebował do szczęścia były jego książki, laptop i
zdjęcia, wszystko prywatne i wszystko szczelnie zamknięte w jego biurku. Nie
żeby miał coś specjalnie do ukrycia, po prostu nie lubił się dzielić swoim
życiem osobistym z przypadkowymi ludźmi, jeśli w ogóle z kimkolwiek.
Jednak, wracając nieco na ziemię,
był, a właściwie byli, bo cała Konoha była, w niejakim niebezpieczeństwie.
Ponieważ doszły ich słuchy, że pewna organizacja, Akatsuki niebezpiecznie dla
niech się rozrosła. Byli silni, nawet bardzo, dlatego Kakashi w ogóle się nimi
przejmował. Do tej pory w głowie nieprzyjemnie odbijało się przypomnienie
rozmowy sprzed kilku dni;
- KURWA! - Usłyszał
nagle, a drzwi pokoju z całą swoją mocą uderzyły o ścianę. Kakashi wzdrygnął się,
bo przekleństwo połączone z tą hiperakrywnością i hukiem drzwi mogło znaczyć
tylko jedno – właśnie zawitał u niego jego podopieczny, Naruto, w dodatku z
niezbyt miłymi wieściami. - Tak nie może być, zrozumiano?! - Patrzał jak
jego rozkopane blond włosy podskakują energicznie, a on sam gestykuluje agresywnie. Tak, Naruto zdecydowanie zbytnio dawał się ponieść. Kakashi nawet nie
próbował go uspokajać, czy też wyciągnąć z niego informacji, tylko czekał. Bo
zaraz za chłopakiem wbiegła Sakura, jego druga podopieczna i właściwie chyba
automatycznie trzepnęła go w to blond gniazdo.
- Szacunku trochę,
idioto! - Jeszcze nie krzyczała, ale była tego bliska, a jej różowe kosmyki
unosiły się niebezpiecznie, niczym za sprawą jakiejś dziwnej magii. Ona też
wyraźnie była zdenerwowana, ale dwójka zajęła się swoimi małymi przegadankami i
Kakashi tylko z pożałowaniem przejechał dłonią po twarzy.
Nigdy się nie nauczą, pomyślał i
dopiero wtedy przez biedne, wyważone drzwi szybkim krokiem wszedł brunet,
Sasuke, zachowując pokerową twarz i mimo że był w wieku tamtej dwójki, to od
niego emanowała aura dojrzałości i to ona nie raz zmrażała ludzi do szpiku
kości.
- Akatsuki znowu się
panoszy. - Powiedział, zanim Kakashi jeszcze zdążył zapytać i to dało mu pewną chwilę,
zanim Naruto znowu zaklął, oczywiście nie szczędząc głosu, a Sakura tym razem
nie zdołała opanować emocji. Naruto pierwszy zapytał co mają zrobić i pierwszy wyraził chęć „wbicia trochę rozumu do tych pustych, Akatsukowych głów”, Sakura poinformowała go, że jest to nazwa nieodmienna, a Sasuke dalej wpatrywał się w
Kakashiego zimnymi oczami i twarzą zupełnie wypraną z emocji, chociaż jego
postawa ewidentnie mówiła „Ja też mam ochotę im dokopać”. Kakashi westchnął ostentacyjnie, najbardziej w stronę Naruto, bo mimo tego, że chciał on kiedyś
zastąpić Kakashiego i niewątpliwie miał umiejętności w boju, to brakowało mu rozumu
i opanowania. Sasuke natomiast zbyt łatwo dawał wygrać nienawiści, więc
najrozważniejsza wydawała się tu Sakura, jednak jej również brakowało dystansu. Przez głowę Kakashi'emu tylko przez chwilę przeleciała myśl „Shikamaru”, po czym stwierdził, ku
zaskoczeniu całej trójki, że Konoha musi spotkać się z Akatsuki, tym razem
oficjalnie. Zaskoczenie było dla Kakashiego zupełnie niezrozumiałe, bo przecież
wybór był aż nadto oczywisty, ale nie skomentował tego, bo wiedział do czego
zmierzają.
- Ale po co?! - Pierwszy
znowu wybuchł Naruto i Kakashi pomyślał, że może i dobrze, że jest taki
ekspresyjny, bo to zawsze pomaga myśleć i miło było mu czasem zobaczyć twarz
bez żadnych masek stworzonych z pozornego opanowania, ale z pewnością nie była
to dobra cecha dla przywódcy. - Próbowaliśmy już pokoju, jednak nie wydają się
być zainteresowani. - Dodał i przybrał obrażoną minę, dotykając ciągle
bolącego ramienia, w które został postrzelony. Rana na szczęście nie była
groźna, ale faktycznie dawała do myślenia, co do zamiarów Akatsuki. Kakashi
wziął to pod uwagę, tyle że posiadanie w nich wroga mogło być śmiertelną,
powolną trucizną, a lepiej już było przyjąć spodziewany cios mieczem i
przynajmniej przygotować defensywę, niż potajemne niszczenie od środka. Chciał już się odezwać, jednak Sakura zrobiła to za niego.
- Akatsuki nie było
zainteresowane współpracą z żadną organizacją.
- Nie wiemy co im
proponowali. - Zauważył Sasuke, wreszcie na nią patrząc, a ona zarumieniła się lekko, nagle poprawiając włosy i wymruczała coś w stylu „Oczywiście...”. Kakashi wiedział, że od kiedy poznał ich
trójkę, to tworzyli ten dziwaczny miłosny trójkąt podsycany przyjaźnią, ale
nigdy nie uważał tego za coś złego, czy wartego negatywnej uwagi. Nie dopóki
stali po tej samej stronie.
- Nigdy nie zaszkodzi
spróbować. - Wreszcie zabrał głos i w ten sposób zgodził się ze zdaniem Sasuke.
- To nas nie zabije, a może i nas wzmocnić.
- Lepiej mieć węża w
domu niż w ogrodzie? - Naruto zjeżył się i krzywił, wyrażając dezaprobatę.
Wyraźnie widać było, że zupełnie nie jest zainteresowany współpracą, ale Kakashi
wiedział, że to raczej ze względu na honor i fakt, że paru jego ludzi już straciło
życie przez Akatsuki. Kakashi, jako lider, musiał brać to pod uwagę, ale również
nie mógł kierować się emocjami. Przecież jak dotąd lider tamtejszej grupy nie
wydał mu oficjalnej wojny, to były tylko małe przepychanki.
- Dokładnie. Wtedy wąż
jest pod naszą obserwacją i będziemy w stanie zauważyć, czy chce nas zjeść czy
też po prostu się u nas osiąść. - Powiedział i uśmiechnął się, chociaż jego twarz zasłaniała maska. Usłyszał docinek ze strony Sasuke „Czybyś w polu znalazł trochę mózgu?” i
ponowną irytację Naruto, bo była ona skierowana do niego, ale tym razem jego głowę zaprzątało tylko Akatsuki i to,
jak zmusić, czy też raczej przekonać ich do sojuszu.
I teraz, właśnie po kilku naprawdę
długich dniach, dalej nie przychodziła odpowiedź. Akatsuki była stosunkowo
świeżą „organizacją” i nikt tak naprawdę zbyt dużo o niej nie wiedział. Pewne
były tylko informacje, że rozprowadzają oni narkotyki nazywane „Nieskończone Tsukuiomi” i że, jak już wcześniej wspomniała Sakura, jak dotąd po
spotkaniach odrzucali wszelkie sojusze ze stwierdzeniem, że jednak nie są
zainteresowani. Dalej były tylko domysły. Domysły, że chcą wyeliminować
wszystkich innych i doszczętnie zniszczyć cały opór, jak i domysły, że tak
zwaną „Szlachtą” (dziwna nazwa, ale tak ich właśnie nazywano) byli tam naprawdę
niebezpieczni ludzie, kolejno wymieniając;
- Deidara – niszczyciel,
potrafiący właściwie z wszystkiego uczynić bombę. Lubował się właśnie w
wysadzaniu i nazywał to „sztuką”. Był dość agresywny i zdolny do
samodestrukcji, ale uważał, że sztuką jest przemijanie i dlatego nigdy nie
uciekał się do zbytniego okrucieństwa.
- Lalkarz.- Główny
partner Deidary, nazywany „lalkarzem” z powodu tego, co robił z ludźmi. Był on
zdecydowanie bardziej cierpliwy od swojego towarzysza, uciekając się do
powolnego wdzierania się w ludzki umysł i niszczenia ich własnego „ja”. Po jego
praniu mózgu, ludzie stawali się zupełnie bez woli. Zupełnie jak lalki. Z
resztą, słuchali się tylko jego rozkazów, więc miał pewnego rodzaju
zabezpieczenie przed własnymi towarzyszami.
- Tobi. - Wydający się
być niezwykle dziecinny i niezdarny, co za tym idzie, bezużyteczny, jednak w
rzeczywistości, człowiek również z nikłym sumieniem i nie dający się dotknąć,
nikomu nigdy nie udało się go zranić, mimo tego, że zazwyczaj używany jest jako
przynęta.
- Hidan. - Religijnie
pokręcony szaleniec, lubujący się zarówno i w skrajnym sadyźmie jak i masochiźmie.
Uważał się za nieśmiertelnego, a jego ciało faktycznie potrafiło wytrzymać
prawie nieludzko wiele.
- Kakuzu – Człowiek
zupełnie bez sumienia, obdarzony wysoką inteligencją i silnym ciałem, które
również wydawało się być nieśmiertelne. Jedyne na czym mu zależało, to pieniądze,
a jego celem mógł stać się każdy, kogo głowa byłaby choć trochę warta.
- Kisame. - Typowy
wychowany socjopata, ponoć przypominający rekina, z zupełnie martwym oczami i
uśmiechem pełnym ostrych zębów. Strasznie lojalny swemu „panu”, prawdopodobnie
sam nie miał zbytniego celu w przebywaniu w organizacji.
- Anioł. - Kobieta załatwiająca
głównie pokojowe sprawunki, w dodatku oddająca się pomocy innym, stąd (jak
domyślał się Kakashi) jej przezwisko. Tak jak poprzednik, niezwykle oddana
rozkazom i wydająca się żyć tylko dla organizacji.
- Pain. - I tutaj
Kakashi nie znał szczegółów, bo informatorzy podawali opis tego samego
charakteru, zachowania, czy osądów, lecz różnego wyglądu. Zawsze był to chłodny
mężczyzna ze średnim optymizmem, czy czasami nawet prawie obrzydzeniem wykonujący swoją pracę i ochraniający swoich towarzyszy,
jednak pierwszy opis brzmiał „rudowłosy mężczyzna o brązowych oczach i silnej
postawie”, a drugi „czerwonosłosy mężczyzna o fioletowych włosach i chudym
ciele”. Mogły być to oczywiście dwie osoby, jednak, z tego co było Kakashiemu
wiadomo, nigdy nie pojawiali się naraz w tym samym miejscu i obydwoje
przedstawiali się imieniem „Pain”.
I największa zagadka – który z nich
jest przywódcą? Bo któryś był na pewno. Co prawda używali oni często imienia
„Madara Uchiha”, wzbudzając niewyobrażalny lęk, jednak wątpliwym było, że w
rzeczywistości tak było, bo tamten powinien już dawno nie żyć. A nawet jeśli
żył, to zapewne nie był on w stanie prowadzić (lub też zakładać) nowej i tak
silnej organizacji. Wykluczając Madarę, wybór padał na Paina, jako
najsilniejszego z nich, jednak z tamtym znowu wiązały się kolejne tajemnice.
Więc Kakashi mógł tylko siedzieć
przy swoim biurku i myśleć na temat tych nijakich informacji, nie mogąc znaleźć
rozwiązania jak tu by ich zachęcić do siebie. Nie winił się, w końcu było to
właściwie niemożliwe, nie znając nawet ich celu. W dodatku, odpowiedź nie
przychodziła, ale przynajmniej nie było już ataków. Ogromy zastój sprawił, że
zawisła nad nimi czarna chmura napięcia, bo teraz kiedy każdy spodziewał się, że to
tylko cisza przed burzą, potęgowało to zdenerwowanie, błędne decyzje i zupełną
niemożliwość czytania dla Kakashiego. Dlaczego jeszcze nie przychodziła
odpowiedź? Czyżby ich ignorowali? Albo po prostu poszanowali ich zdanie i
zostawili w spokoju? Czy też zwyczajnie myślą nad rozwiązaniem...
Tylko dla
Kakashiego nie było w tym nic trudnego, bo jeszcze o nic trudnego nie pytał.
Poprosił tylko o spotkanie, bo mimo wszystko wolał od razu porozmawiać w cztery
oczy niż bawić się, możliwe że nawet kilka miesięcy, z debatami w listach.
Odpowiedzi były proste jak drut – tak albo nie, nic innego. A może po prostu to
planowali? Osłabić ich nerwy poprzez oczekiwanie i dopiero wtedy zobaczyć do
czego są zdolni?
Kakashi nie wiedział i mimo
zwyczajowej cierpliwości, jego uczucia powoli zaczęły umykać spod jego wodzy i
odczuwał słabe zniecierpliwienie, a nawet to sprawiało, że nie mógł czytać.
Zamknął książkę akurat w idealnym momencie, by usłyszeć zbliżające się głośne kroki. Bardzo szybkie, będąc dokładnym. Kakashi zdążył domyśleć się kto do
niego biegnie, zanim jeszcze otworzyły się drzwi, jak i również co to za pilne
wieści.
- Kakashi sensei! - Głośne
nawoływania Naruto uderzyły go tylko chwileczkę wcześniej niż te biedne drzwi
znowu ryjące w ścianę. Będę musiał je wymienić, pomyślał tylko Kakashi, zanim
zobaczył zwiniętą kartkę papieru tak energicznie wymachiwaną nad głową Naruto.
- Kakashi sensei, mamy odpowiedź!