czwartek, 26 stycznia 2017

Tydzień, który zmienił moje życie #5- Unikanie, to jedna z tych rzeczy, w których jestem dobry

Trochę kurzu zebrało się na mojej ostatniej aktywności...,ale wiecie jak to jest. Ferie, serial i tak o jakoś zleciało...nowy rozdział, nowy rak! Powodzenia w czytaniu i do następnego!


*~*~*~*

Kakashi zsunął swoje dłonie na barki bruneta i zacisnął na nim palce. Chwila nieuwagi, jedno bliższe posunięcie się co do ich relacji, a on już ponosił tego konsekwencje. Przez szok trwał w tym pocałunku kompletnie zapominając o tym jak się powinien zachować. Skoro jednak zakład był rzucony ze strony Obito musiał już z początku liczyć się z tym, że nie będzie żadnych taryf ulgowych. Szeroko otwarte oczy wytrząsnęły go z letargu, kiedy to lekko zaszły mgłą z braku regularnego poruszania powiekami. Odepchnął bruneta. Trzymając go na odległości wyprostowanych rąk i dalej nie mrugając spuścił głowę i przyglądał się swoim skarpetką. Błagał, aby Uchiha nie wypalił z jakim głupi tekstem, albo w ogóle by się nie odzywał. To było tak niespodziewane, że nawet nie mógł określić, czy był na niego wściekły, czy nie. Sam nie wiedział jaki był. Był wstrząśnięty, ale zdecydowanie pewny, że jeśli ten się odezwie z przyjemnością mógłby mu dać w pysk.
-Tak dobrze całuje?-Uchiha spoglądał na niego zdecydowanie nie kryjąc swojego diabolicznego uśmieszku.
-Ciii- Podniósł na niego swoje zaczerwienione oczy (bo przecież po co komu mruganie) i zbliżył palec do jego ust, ale nie dotknął ich. Obito instynktownie spojrzał na wyciągnięty tuż przed jego oczami palec wskazujący szarowłosego. Uniósł brew w geście zdziwienia, lecz jego współlokator to zignorował.-Mam dziurę- Wyparowął nagle. Jeszcze bardziej go to dobiło. Wcale nie brzmiało to co najmniej dziwnie, ale skoro Kakashi tak uniknął tematu to było, aż tak źle? Nie, to nie możliwe. -Lepiej zaszyję ją teraz- Kompletnie nie zwracając uwagi na swojego sublokatora. Wstał z sofy i powędrował szybko. Nim jednak zniknął za drzwiami sypialni odwrócił się do bruneta.
-Dobranoc-Uśmiechnął się wymuszenie i czym prędzej wszedł do środka i trzasnął drzwiami. Było to zachowanie zupełnie do niego nie podobne, ale doznał szoku po urazwoego i za nic nie umiał się uspokoić.
Wiadomo, że nie chodziło o żadną głupia skarpetkę, chodź takową dziurę tam znalazł. Użył tak bezsensownej wymówki, że gdyby mu jakkolwiek zależało na tym w jakim świetle widzi go Uchiha, to mógłby nawet czuć się zażenowany, ale wtedy jego jedynym celem było zaśniecie w swoim własnym towarzystwie,. Nie zadbało o to, czy ma na sobie piżamę. Ściągnął jedynie koszulkę i rzucił ja gdzieś w kąt. Wszedł pod kołdrę i otoczył się w niej niczym naleśnik i przymknął powieki. Sen przyszedł mu z łatwością, bo wyłączył całkowite myślanie o wcześniejszym incydencie. Całkowicie oddał się potrzebie snu.
Tymczasem Obito jeszcze przez długą chwile wpatrywał się w drzwi, które jeszcze nie tak dawno wydały głośny trzask. Po raz pierwszy w swojej miłosnej karierze spotkał się z taka reakcją na nie oczekiwane zbliżenie, co swoja drogą wysuwało Kakashiego przed szereg.
Mimo, że godzina nie była zbyt młoda to nie odczuwał zbytnio potrzeby, aby zakańczać już swój dzień. Jutro zaczynał się weekend (a w zasadzie to dzisiaj) więc, wczesny sen nie był konieczny. Mieszkając samemu normalnie wyszedł by gdzieś. Na miasto, może do jakiegoś kluby, albo zwyczajnie na piwo, ale nie był pewien, czy wypadałoby mu wyjść, a może po prostu nie chciał, bo mimo tego,że Kakashi już smacznie spał, ten ciągle ukradkiem spoglądał w stronę drzwi jakby licząc na to, że szarowłosy nadal tam będzie czekał i po raz kolejny obdarzy go tym miłym uśmiechem.
Po chwilowej medytacji nad swoim życiem dźwignął w końcu tyłek z kanapy, chwycił butelkę po piwie,z której dopił ostatni łyk i wraz z flaszka swojego kompana wyrzucił do śmieci. Zebrał jeszcze kilka kubków, które niedbale walały się po stoliku i machinalnie je zmył co nie zdarzało mu się często. Szczerze? To tylko w podbramkowych sytuacjach. Sam nie wiedział, dlaczego to robił, bo kiedy przystanął na chwilę to w podświadomość złapał się za głowę, jednak w chwili nudy próbował zająć się czymkolwiek, aby nie zaśmiecać swojego umysłu głupimi i zbędnymi na dobrą sprawę myślami.
Kiedyś jednak i największy burdel dobiega końca. Brunet nie odczuwając jeszcze oznak zmęczenia, chodź dochodziła już druga w nocy nie bardzo miał już się czym zająć. Wyjął z torby bokserki i wskoczył pod szybki prysznic. Nie siedział tam jednak zbyt długo. Kiedy wszedł z łazienki zmierzwił dłonią wilgotne włosy i położył się spać. Początkowo gapił się w sufit, ale nie za długo, bo nuda po raz kolejny go dopadała. Przymknął oczy, by zasnąć, jednak na próżno. Kręcił się w każdą stronę bez sensu. Ostatecznie dał sobie spokój z tym i wyciągnął telefon spod poduszki. Przeglądał listę kontaktów i szukał osoby, do której mógłby teraz napisać. Długo nie męczył się tym pytaniem. Kliknął na blond czuprynę, która widniała na awatarze. W międzyczasie zastrzegł sobie numer (bo przecież tak będzie zabawniej) i w pustym jeszcze oknie napisał:
Nieznany:No jak tam?
Naruto: Kto pisze?
Chwilę się zastanawiał w kogo mógłby się wcielić, ale uznał, że nic nie będzie bardziej zabawne od zwodzenia go.
Nieznany: A jak myślisz?
Kilka minut, a on nie dostał odpowiedzi. Był ciekaw, kogo podejrzewa. Liczył się z tym, że nie trudno będzie mu się domyślić kto akurat pisze. Można powiedzieć, ze się przyjaźnili, albo raczej Naruto był jego kompanem do picia w piątkowe wieczory. Pracowali w tym samym dziale, a nawet dzielili ze sobą gabinet, więc większość swojego dnia spędzali w swoim towarzystwie i Naruto powinien pogodzić się z tym, ze Uchiha jest bardzo dowcipną osobą i dzień bez jego jakichkolwiek żartów skierowanych w jego stronę byłby dniem straconym.
Kiedy Naruto dość długo nie odpisywał, ten pogodził się z tym, że pewnie poszedł już spać, albo nie chciał bawić się w takie gierki. Już odkładał telefon, kiedy on wydał dźwięk. Otworzył wiadomość od Uzumakiego i na jej widok zaśmiał się. Długi monolog skierowany w jego stronę, to był komiczne.
Naruto: Już wiem! Przepraszam, przepraszam, przepraaaaszam! Hinata wybacz mi. Poszedłem z tym kretynem na piwo. Przepraszam, ze zapomniałem o naszym wyjściu do twojej przyjaciółki. Wiesz, że bardzo cie kocham. Jesteś cudowna, idealna, piękna., najlepsza. Uwielbiam ciebie i poranki obok twojego boku. Wybacz mi, proszę.
Obito wybuchł głośnym śmiechem, ale uciszył się kiedy przypomniał sobie o Kakashim. Mimo, że nie wydawał z siebie dziwnych dźwięków, to na twarzy pozostał mu ten cwaniacki uśmiech.
Nieznany:Ojć! Nie wiedziałem, że aż tak na mnie lecisz. Mógłbyś tylko pamiętać o pisaniu z męskim rodzajnikiem
Naruto: ...Kim ty jesteś?
Nieznany:Zapewne nawet się nie spodziewasz
Naruto: To dość przerażające. Piszesz do mnie o trzeciej w nocy, a ja nawet nie wiem z kim rozmawiam
Nieznany:Póki nie piszę ci co robisz, to nie jest chyba, aż tak źle?
Naruto: A będziesz?
Nieznany: Jeśli leżysz właśnie w swoim łóżku, z nogą wywaloną na kołdrę, a po ziemi walają ci się twoje pisemka z wywalonymi na całą stronę cyckami, to sam oceń
Naruto:Jesteś porąbany
Nieznany: A przed chwilą byłem ideałem, aż tak niestały w uczuciach jesteś?
Naruto:To nie jest zabawne
Nieznany: Nie? Ja tam się świetnie bawię
Naruto:Weź się odczep zboczeńcu
Uchiha zakpił. Wydawało się to takie proste, jednak jak widać jego umysł nie pracował zbyt dobrze w tych godzinach. Mimo,że naprawdę miał z tego ubaw postanowił mu odpuścić.
Nieznany:Zluzuj stringi
Naruto:Dlaczego ja na to wcześniej nie wpadłem? Obito ty gnojku
Brunet ujawnił swój numer, ale nadal tkwił w dobrym humorze. Uwielbiał go wkręcać. Miał czasami wrażenie, ze tylko po to niekiedy zwlekał się z łóżka i chodził do pracy.
Obito:No co? Nudno mi było. A tak poza tym, jeden piątek a ty już się prowadzasz z innymi. Nie ładnie
Naruto: Jesteś głupi. No co? Ty wybrałeś okupywanie mieszkania Hatake, a ja nie zamierzałem z tego powodu siedzieć w domu i to jeszcze w piątek!
Obito: Zostawiłem cię tylko na jeden wieczór, a ty już się z Hinatą pokłóciłeś. Widać, że jeszcze potrzebujesz niańki
Naruto:A weź się bujaj. Trochę zabalowałem, okej? A teraz wybacz, ale idę spać. Idź zatruwaj życie komuś innemu.
Obito nie odpowiedział już na ostatnią wiadomość. Nie widział w tym sensu. Wcisnął komórkę pod poduszkę i przewrócił się na bok. Miał jeszcze myśli, aby wsunąć się tuz obok Hatakę, skoro mają zachowywać się niczym zakochani w sobie, darzący siebie zaufanie mężczyźni, ale odpuścił. Nie chciał, aby zabawa ta skończyła się już w tym momencie. Chwilę jeszcze męczył się, aby zasnąć, jednak ostatecznie odpłynął gdzieś po godzinie.
Kakashi przebudził się o ósmej, jak zwykle. Jednak tego poranka czuł się kompletnie inaczej. Jeszcze nigdy nie towarzyszyła mu taka niechęć wyślizgnięcia się z łóżka. Nie sypiał do późna, bo wolał przeznaczyć ten czas na coś bardziej pożytecznego, tego ranka czuł się jakby ktoś specjalnie przyciskał go do materaca. Wiedząc o tym, ze za ścianą na sofie śpi jeszcze Obito powodowała, że kompletnie nie chciał stamtąd wychodzić. Zmienił tylko pozycje i dalej przymknął powieki próbując zasnąć.
Kiedy obudził się ponownie było już po jedenastej, a w kuchni można było usłyszeć czyjeś krzątanie. Czuł się tak samo jak trzy godziny później, a nawet gorzej bo wiedział, że jak przekroczy tylko próg swojej sypialni będzie musiał zderzyć się ze wczorajszą sytuacją. Przecież Obito mu nigdy nie odpuści. Zwlekał jeszcze z tym kilka minut, ale ostatecznie już nie mógł wytrzymać ciągle wgapiając się się w drzwi i nasłuchując odgłosów z drugiej części mieszkania. Założył na siebie wczorajszy t-shirt i niepewnie nacisnął klamkę. Uchylił drzwi a wzrok
mimowolnie skierował na kanapę, w której ewidentnie nie było bruneta. Wziął głęboki oddech i jak gdyby nigdy nic wyszedł z sypialni czekając na spotkanie z Uchicha. Zawiódł się nieco, kiedy w kuchni mężczyzny również nie zastał. Było to mu na rękę. Obito najwyraźniej, nie było w domu, lub był w łazience co dawało mu chwile na oswojenie się z sytuacja. Zrobił to co robił każdego ranka zaraz po przebudzeniu. Zrobił sobie kawy. Upił jej lekki nadmiar i zajrzał do lodówki w celu zrobienia sobie śniadania. Wyobraźcie sobie jak wielkie zdziwienie zawitało na jego twarzy, kiedy na środkowej półce stał talerz z dwoma kanapkami i karteczką na, której było napisane „Smacznego” Powoli wyciągnął przygotowany przez bruneta posiłek i zabierając kubek kawy usiadł na kanapie. Odstawił ciepły napój, jednak kanapki pozostały mu w ręce. Przymrużył oczy i spoglądał na nie z bliska szukając czegoś, co mogłoby wywołać u niego lekki niepokój. Niby zwykłe kanapki z serem i pomidorem, ale nie mógł zaufać brunetowi.
Kiedy Uchiha wyszedł z łazienki, ten nadal dokonywał dokładnej analizy podnosząc poszczególne składniki, aby wyszukać czegoś co ewentualnie mógł mu dosypać,
-Modlisz się nad tym?-Zapytał siadając naprzeciw niego. Jednak był w stanie rozumieć jego wszelakie obawy. On sam sobie nie mógł ufać.
-Dosypałeś mi czegoś- Nie obdarzył go spojrzenie, bo wciąż rozkładał kanapkę na części pierwsze.
-Mógłbym się o to pokusić, ale jesteśmy „parą”, a oni chyba nie mordują się przy pierwszej lepszej okazji-Wlepił w niego wzrok próbując wymusić na nim kontakt wzrokowy.
-Nie wiem czego mogę się po tobie spodziewać- Odłożył talerz na stolik i spojrzał na bruneta.-Ale skoro nic tu nie ma, spróbuj- Kakashi wskazał ręką na posiłek. Obito zakpił.
-Serio podejrzewasz mnie o coś takiego?-Zapytał lekko oszołomiony. Szarowłosy nie odezwał się. Jego spojrzenie stało się bardziej natarczywe na co brunet westchnął. Chwycił jedną z kromek i nie oderwawszy od niego wzroku ugryzł ją i uśmiechnął się przebiegle.-Druga też mam ci kąsnąć?-Zapytał przez śmiech.
-Obejdzie się- Powoli wziął kanapkę i nim ją napoczął odezwał się-A tę, już sobie zostaw
Faktycznie, kanapki były dobre i o dziwo niczym nie otrute. Skończył jeść, kiedy Obito dosiadł obok i objął go ramieniem, prowokując go don tego, aby ten się oparł. Kakashi spiął się, kiedy Uchha nie szczędził na bliskość, jednak nie mógł się odezwać, bo przecież to właśnie był ich zakład, zakład, który wystawił Hatake na wielka próbę.




środa, 25 stycznia 2017

Dear You - Część Czwarta "Dear Love"

Polski tytuł - Drogi Ty - Część Czwarta "Droga Miłości"
Kolejne opko zakończone... Mam z nim pseudo love-hate i... Za długo to trwało. ;-;
Mam nadzieję, że podobała wam się ta mini seria i... Do zobaczenia w przyszłości, mam nadzieję x2.
Miłego czytania, zapraszam do komentowania... I anstowania razem ze mną. ;-;
Inspiracja - Hello/ How are you
***
Tony jest zasadniczo wkurzony. Nie do końca może stwierdzić czy na siebie, na Steve'a czy po prostu swoje podłe życie.
Cały dzień wysiadywał na spotkaniach, które przez ostatni tydzień olał i tylko coraz bardziej się na siebie wkurzał, bo cały czas nosił ten pieprzony Steve'owy telefon w prawej przedniej kieszeni spodni. Dlaczego? Nie ma pojęcia.
Kilka razy nawet wyjął go niechcący zamiast swojego własnego telefonu i raz przyłapał go na tym Rhodey, na co tylko gorzko mu wychrypiał, że „polubił antyki”.
Nigdy więcej już nie pytał.
Mimo wszystko ani podejrzanie na niego nie patrzył ani nie sprawiał wrażenia, jakby w ogóle miał ochotę o tym rozmawiać, więc chyba nie uznał go za wariata.
Oczywiście w przeciwieństwie do reszty ekipy, ale Tony nie do końca może ich winić, bo zamiast zachowywać się jak przywykł, czyli jak siedmiolatek sam w parku rozrywki, teraz szlaja się w nocy po wieży jak jakiś latynoski duch.
Sam nie do końca wie dlaczego.
Wie że nie może się już dłużej powstrzymywać i wchodzi do pokoju Steve'a, siada na krześle na którym siedział kiedyś Steve i wspomina przeszłość, patrząc na jego szkice.
„Żałosne.” obija mu się w myślach i nie może się z tym nie zgodzić.
Sam wywołał tą wojnę, nie miał prawa się teraz wycofać. I wtedy i teraz ma do tego dobre powody, a mimo tego... Jakoś nie chce mu się już dłużej.
Avengers się rozpadło i jednej połowy nie da się namierzyć od Ultrona, a druga nie chce go widzieć.
Zabawne, Tony znowu czuje się jakby stracił rodzinę. Obolały, wykończony.
Złamany.
W takich momentach zazdrości wierzącym, mającym dokąd pójść, do kogo się odezwać.
Ale Tony jest realistą.
Nie ma zamiaru, nigdy nie miał zamiaru czy powodu modlić się, wierzyć...
Nigdy nie błagał o przebaczenie.
Mimo to, teraz w jakiś sposób znalazł się w pokoju, Steve'a, na łóżku Steve'a, jeszcze w garniturze, trzymając w dłoni ten idiotycznie staromodny telefon, obok na szafce leżała cała butelka burbonu. Czując się jak zagubiony kundel. Nagle chcąc zadzwonić.
Nagle chcąc... Chcąc zadzwonić i błagać. Błagać o wybaczenie.
Chociaż prędzej wsadziłby sobie własny zasilacz w tyłek niż faktycznie to zrobił.
Brzydził się sobą. Tak okropnie się sobą brzydził, nie poznając własnych myśli...
Kiedy stał się takim desperatem? W którym momencie tak osłabł? Ojciec by się za niego wstydził, byłby rozczarowany wstrętną pokraką bez kręgosłupa jaką ma za syna...
Z drugiej strony, czy nie było to to co robił najlepiej?
Nagle telefon nie wydawał się takim złym pomysłem... Więc zrobił to. Wybrał numer, jedyny numer z kontaktów w starym gracie i zadzwonił, zwyczajnie nie obchodziła go godzina, miejsce.
Czuł palącą wściekłość, pewność siebie.
Pierwszy sygnał.
Tony planuje wszystko mu wygarnąć.
Drugi sygnał.
Ale przecież zrobił to już wcześniej. Jaki był w tym wszystkim cel?
Trzeci sygnał.
Tony powoli traci pewność siebie, więc przełyka chyba z połowę zawartości butelki, krzywiąc się.
Nie był to najlepszy pomysł w jego życiu.
Czwarty sygnał.
Kręci mu się w głowie. Niezbyt przyjemne uczucie przypominające gorąco przepływa mu przez ciało w dół. Mimo to...
Piąty sygnał.
Mimo to alkohol nie podziałał. Przynajmniej nie tak jak on tego chciał, bo dalej jest w stanie myśleć i trzęsą mu się ręce.
W słuchawce zapada cisza.
Tony czeka na uruchomienie się poczty głosowej, potem ma zamiar cisnąć tą brzydką cegłą przez cały pokój.
Ale poczta nie nadchodzi.
Zamiast tego słyszy głos Steve'a. Cichy i pełen szoku, ale to z pewnością głos Steve'a.
- Tony?
I nagle wszystkie myśli wyparowują mu z głowy. Ręce dalej się trzęsą, ale ciało drętwieje.
- Steve. - Mówi, ale jego głos nie brzmi wcale jak jego. Mówi przez zaciśnięte gardło, jakby sam trwał w szoku.
- Co się stało? - Steve źle interpretuje jego szok i przeskakuje do mocnego, prawie grożącego tonu. Nie jest już Steve'm, teraz jest Kapitanem Ameryką i Tony myśli, że tak jest zdecydowanie łatwiej, zwłaszcza że w tym czasie zdąża opróżnić butelkę do dna.
- Poważne przestępstwo, Kap. Kto zostawia tak wygodne łóżko podczas swojej podróży poślubnej? - Właściwie bełkocze, a słowa mieszają mu się w głowie, chociaż wie że jego głos brzmi jednocześnie gorzko i wesoło. Prawie próbuje to skontrolować.
- Jesteś pijany.
- Oczywiście, że jestem. Inaczej bym nie zadzwonił. - „I trudno złapać mnie na trzeźwo od kiedy cie tu nie ma” Tony dodaje w myślach, ale nie chce brzmieć żałośnie. Przynajmniej nie bardziej żałośnie niż do tej pory.
Ale to nie ważne.
Ważne jest to, że znowu wreszcie może poczuć tą palącą wściekłość, która kazała mu walczyć w tamtym bunkrze.
- Przepraszam. - Słyszy i to sprawia że krew gotuje mu się w żyłach. Gdyby widział teraz Steve'a, pewnie przywaliłby mu prosto w szczękę. I połamał sobie palce, ale nie obchodziłoby go to dopóki by nie wytrzeźwiał.
- Bądź ze mną szczery Steve, to obrzydliwe.
- Jestem!
- Oczywiście że jesteś! Dlatego powiedziałeś mi jak zginęli moi rodzice... A nie, chwila.
- Tony, posłuchaj...
- Nie Steve, ty posłuchaj. - Syczy wściekle, wstając z miejsca. - Słuchałem cię przez cały czas, słuchałem twojego idealistycznego pieprzenia i gdzie teraz jesteśmy? Przez cały ten czas byłem „częścią drużyny”, kuliłem dla ciebie ogon, a teraz jestem sam w Nowym Jorku, pijany i z jakiegoś powodu w twoim pokoju i czuję się jak ostatni śmieć, bo widocznie nawet nie zasługiwałem na prawdę!
- A co ty byś zrobił, Tony?! Sam wiesz, że nie miałem innego wyjścia!
- Powiedziałbym prawdę. - Głos mu się łamie, nagle wraca zmęczenie. Czuje, jakby tłumaczył to już po raz setny i ma dość. Steve w słuchawce wzdycha, powtarza „przepraszam”, chociaż doskonale słychać, że dalej jest wściekły. - Ta, cokolwiek, chyba nie chce mi się już kłócić. - Mruczy, sam nie do końca wierząc w swoje słowa. Rozpina kolejne dwa guziki koszuli i pada na łóżko bez specjalnego zastanowienia.
Pościel dalej pachnie jak Steve, jakby był z nim w tym pokoju, tylko nie mógł go zobaczyć. Tony już tęskni za tym zapachem, zdając sobie sprawę, że prędzej czy później wywietrzeje.
- Jak się trzymasz? - Pyta niepewnie, nie mogąc znieść ciszy w słuchawce. Nagle przypomina sobie, że Steve przecież również stracił połowę swojej drużyny, strefy komfortu. Tony sam nie wie, czy jest w stanie teraz wykrzesać z siebie współczucie.
- Szczerze, nie mam pojęcia. - Mówi Steve i nagle, dziwnym sposobem, przestawiają się na przyjacielskie stosunki. Tony'emu miło jest posłuchać jego głosu bez całych tych nerwów.
Miło mu po prostu porozmawiać, bo Steve to ważna osoba w jego życiu. Jedna z niewielu jaka kiedykolwiek miał i mimo całej tej wojny, naprawdę go obchodzi i nie może nic na to poradzić.
- Od kilku tygodni plątam się z miejsca na miejsce i nie wiem w co włożyć ręce... Nie wiem w co bym mógł. Nie podoba mi się to.
- Nie bądź pracoholikiem, Kap. Zrób sobie małe wakacje, wyśpij się...
- Spałem siedemdziesiąt lat, a teraz kiedy faktycznie chce coś zrobić, to nie mam na to szansy.
- Powinieneś przestać używać tego argumentu. Zestarzał się. - Śmieje się lekko, bardziej udawanie niż szczerze, ale wie Steve też uśmiecha się po drugiej stronie linii. W jakiś sposób wszystko robi się lżejsze... - Zazdroszczę ci. - Mówi w przypływie szczerości, której jeszcze dzisiaj nie żałuje. Może jutro, o ile będzie pamiętał. - Jakoś trudniej mi się sypia bez tego wiecznego hałasu w wieży.
- Nie wiesz co mówisz, Tony. Tutaj wszystko wiecznie żyje, tylko ja stoję w miejscu... Zupełnie jakbym...
- Był na to wszystko za stary. - Tym razem Steve się śmieje, podczas gdy Tony bezdźwięcznie ziewa, powieki same się zamykają, a ciało rozluźnia. Czuje się z tym prawie nieswojo, bo od przynajmniej dwóch tygodni nie miał wrażenia, że w każdej chwili faktycznie może usnąć. Nigdy nie na trzeźwo.
- Po prostu tutaj... Wszystko jest takie nowoczesne. Zupełnie tutaj nie pasuje. Za to założę się, że ty czułbyś się jak ryba w wodzie. - Tony wydaje z siebie dźwięk podobny do „może” i dziwnie mu słyszeć Kapitana w pełni sił, podczas gdy on powoli się wyłączał. Zazwyczaj to działało w drugą stronę. - Tony... - Wzdycha Steve, a ten próbuje się skupić na słowach, a nie na samym głosie. Teraz, kiedy nieprzyjemny ciężar opadł, jakoś ciężej mu to idzie. - Dużo myślałem o tym wszystkim. O naszej wojnie, o ukrywaniu Bucka i... Nie było warto. Nie było, bo gdybyśmy się słuchali Tony, naprawdę słuchali, to moglibyśmy wyjść z sytuacji zupełnie inaczej... Gdybym ja cię posłuchał to teraz tak bardzo by mi ciebie nie brakowało. - Słucha dziwnego potoku słów i nie wierzy własnym uszom. Wie, że Steve ma rację, ale jakoś nigdy nie był dobry w przepraszaniu
- Miło słyszeć, że jednak cię obchodzę. - Nie do końca żartuje, ale gdy słyszy w słuchawce ostrzegawcze „Tony”, prawie źle się z tym czuje. Nie chce być sarkastyczny, ale słowa same wypływają z jego ust. - Słuchaj, Steve... Od kiedy Pepper odeszła... I ciebie tu nie ma... Dziwnie jest siedzieć w laboratorium więcej niż piętnaście godzin bez kogoś kto niedelikatnie przypomina ci że to co robisz nie jest zdrowe. Nigdy nie myślałem, że to powiem, ale trochę mi tego brakuje... - Obraca się na drugi bok, patrząc w wielkie okno. Widzi tylko swoje samotne odbicie. - I dziwnie jest być w wieży. Za każdym razem, gdy wychodzę z pokoju wydaje mi się, że to wszystko to jakiś jeden wielki i durny sen, ale za każdym razem zdaje sobie sprawę, że naprawdę was już tu nie ma.
- Przepraszam. - Mówi już po raz trzeci Steve, a Tony tylko marszczy brwi, przymykając zmęczone oczy.
- Nie przepraszaj za wojnę Steve, na to naprawdę nie było dobrego rozwiązania.
- Ja... Nie wiem, Tony. Szczerze mówiąc, w tej chwili nie wiem co bym zrobił. Żadne wyjście nie wydaje się być... Wystarczającym.
- Witaj w świecie realistów, Kap. Tu codziennie podejmujemy za trudne decyzje.
- Nigdy nie myślałem, że to powiem, ale twojego humoru też mi tu brakuje. - Naśladuje go Steve, ale skromnym zdaniem Tony'ego, raczej marnie.
- Też bym za sobą tęsknił. - Mruczy do słuchawki, zdecydowanie zbyt śpiąco i zbyt słodko jak na niego. Już tego nie kontroluje. Zawsze chciało mu się spać, gdy Steve zaczynał mówić, ale wtedy było to na konferencjach i na bardzo nudzące go tematy. Nie przyznałby tego, ale poza pracą raczej przepadał za towarzystwem Steve'a... Nie musiał przyznawać.
Obydwoje zasadniczo jakoś podejrzanie dobrze dogadywali się poza pracą.
- Wygląda na to, że właśnie dostajesz to czego chciałeś, Tony. Dobranoc.
- Nie jestem jeszcze śpiący, mamo. - Jęczy udając dzieciaka, bo wcale nie chce iść spać. Nie chce się rozłączać. Nie wie czy jutro będzie miał podobną odwagę, czy jutro zadzwoni...
A co jeśli nie?
- Zadzwoń jutro Tony. Poważnie, umieram tutaj z nudów. - Steve kładzie wyraźny nacisk na słowo „jutro”, ale Tonego nie specjalnie to obchodzi i dalej nie ma zamiaru się rozłączyć. Czuje, że jeśli tylko to zrobi, to i tak cała jego ochota do snu uleci w niepamięć.
Dlatego nie ma zamiaru marnować szansy nawet na głupią rozmowę. Stracił już wystarczająco dużo życia unikając jej i nie ma zamiaru tracić go dalej medytując nad telefonem.
- Inaczej będę zmuszony opowiadać ci historie wojenne.
- Tylko nie to. - Żartuje. Oczywiście że żartuje. Tak naprawdę zawsze całkiem lubił historie wojenne ojca, był fanem Kapitana Ameryki, więc naturalnie że lubił je z ust samego Kapitana. Tylko naturalnie nie mówił o tym głośno. Na każdą historie reagował zazwyczaj przewracaniem oczu, mimo że sam z zainteresowaniem ich słuchał.
Zapadła głucha cisza podczas której Steve pewnie czekał na głuchy sygnał rozłączenia.
Który nigdy nie nadszedł.
Zamiast tego westchnął więc po chichu i zadał pytanie:
- Mówiłem już o tym jak dostałem się do armii?
- Nie. - Mówił. Tony słyszał tę historię przynajmniej trzy razy, raz, w wielkim skrócie, od samego Nicka Furego.
Mimo to, dalej słucha.
Nie mógłby usnąć, jeśli historia byłaby nowa.
Steve zawsze mówi z typowym dla siebie żarem i w tym stanie tym bardziej mu to nie przeszkadza.
Nie zauważa nawet, że Steve stopniowo przycisza głos, uspokaja się, umyślnie wprowadzając Tonego w sen.
Uśmiecha się pod nosem, wyobrażając sobie śpiącego Tony'ego. Wyobraża sobie, że jest tam, z nim i że nie jest zupełnie sam na wyspie Wakandy.
- Dobranoc. - Szepcze, słysząc spokojny, równy oddech i samemu teraz czuje się dziwnie spokojny. Po raz pierwszy od całkiem dawna ma ochotę szkicować i krótko później zaczyna to robić, zaczyna szkicować spokojną twarz Tony'ego, tak jak go pamięta, tak jak go sobie wyobraża.
Po drugiej stronie, w Nowym Jorku, Tony śpi głęboko z telefonem wciąż przyklejonym do ucha.
Uspokaja go cichy szum ołówka poruszającego się po kartce papieru.



środa, 11 stycznia 2017

Nadzieja Umiera Ostatnia #17-Nigdy na przeciw siebie

Miałam chęci wyrobić się przed 00:00, jednak coś poszło nie tak ;-; I nawet wiem co XDD
Mniejsza. Kolejny rozdział, kolejne problemy i rozterki i odwieczny problem z tytułem [*]

*~*~*~*~*
Krzątała się po kuchni otwierając wszystkie szafki po kolei szukając czegoś co mogło złagodzić, chodź trochę jej nie zbyt dobre samopoczucie. Wątpliwe było, że to nadal pozostałości po upojeniu alkoholowym (którego żałowała i będzie żałować), ale nie widziała innego powodu. Analizując wszelkie posiłki, które zjadła eliminowały zatrucie pokarmowe. Fakt był taki, że od kilku dni nie mogła przestać rzygać i musiała coś z tym zrobić.
Jednak starania skończyły się na wypiciu szklanki zimnej wody, bo nie miała bladego pojęcia, gdzie w tym domu może znajdować się coś takiego. Nie chciała też informować o tym Jasmine, bo chodź była jej matką, to przez ostatnie lata przywykła do tego, że musi radzić sobie sama z takimi problemami, więc jedyne co jej zostało to skulić się na sofie i wpatrywać się w okno, po którym spływały krople deszczu.
Za bardzo nie wiedziała co ze sobą zrobić i gdzie się podziać. Brakowało jej kogoś z kim mogła pogadać bez wszczynania niepotrzebnych kłótni. To jak bardzo wtedy jej się nudziło zdeterminowało ją do tego, aby zapukać do drzwi gabinetu Erica, który odezwał się gardłowo dając jej pozwolenie na wstęp, po czym patrząc na nią uśmiechnął się sztucznie.
-Potrzebujesz czegoś?-Zapytał.
Nie oderwał wzroku od jej osoby, przez co Alicja poczuła się niezręcznie i jakby to nie wypadało prosić o takie istotne w sumie jak dla nastolatki rzeczy. Przecież dali jej wszystko. Osobny pokój z wielkim łóżkiem, zapas jedzenia, nawet ciuchy (chodź początkowo kiczowate, to jednak był to naprawdę miły gest)
-Wiesz, chciałam tylko zapytać czy nie pożyczyłbyś mi laptopa, może?-Niepewnie podeszła do tematu.
Spojrzała na niego oczekując każdej reakcji. Jakiegoś nagłego wybuchu i wiązki słów jaka to ona bezczelna prosić go o coś takiego jednocześnie osobistego. On jednak tylko przyglądał jej się chwilę, posłał jej blady uśmiech i wstał od masywnego burka udając się za drzwi, które zamknięte były na klucz, tuż obok tych, którymi właśnie tam weszła. Szperał w jakichś kartonach, bo to zdołała usłyszeć po czym pojawił się obok z elektronicznym przedmiotem w dłoniach.
-Jest twój- I dał jej go po czym powrócił do swoich obowiązków, nawet nie wyczekując słowa podzięki.
-Dziękuje?-Szepnęła.
Wyszła z pomieszczenia nie mogąc uwierzyć, że ten mężczyzna wcisnął jej właśnie w dłonie nowy komputer. Przez myśl jej przeszło ile on tego musiał mieć, skoro rozdawał takie rzeczy na prawo i lewo, po czym wycofała się i wspięła na górę zamykając w pokoju.
Przykryła się kocem i odpaliła maszynę, która o dziwo okazała się nie używana. Wszystkie czynności, które towarzyszą odpaleniu nowego sprzętu należały do jej zadania. Nie czuła się już szczególnie zdziwiona. Wystarczyło spojrzeć w jakiej willi się znajdowała.
Nie była zbytnia fanką portali społecznościowych więc jedyne co zrobiła to weszła na netflix i obejrzała odcinek dość znanego serialu. Nie widziała nic ciekawszego do roboty. Zbytnio facebook nie był jej przydatny, bo jedyna osobą, z która utrzymywała kontakt był Aleks. Nie miała jakoś dużo znajomych chodź by tylko dlatego, że w domu dziecka ludzie byli inni i ich towarzystwo nieco nie przypadło jej do gustu. Miała czasami chwile gdzie sama zastanawiała się, czy może to z nią coś jest nie tak, kiedy to zachodziła na stołówkę i jako jedyna z Aleksem zajmowała stolik pod oknem. Nawet blondyn miał więcej znajomych od niej, co było dość dziwne, bo zasadniczo to ona była bardziej towarzyską osobą. Jednak za nic nie umiała się tam dogadać. Powoli oswoiła się z tym, że jest nieco inna i dobrze czuje się w swoim towarzystwie. Nigdy nie uważała, że taka „inność” wyszła jej na gorsze. Przynajmniej byłą pewna, kto jest jej prawdziwą bratnią duszą.
Tak o to kończąc oglądanie dość popularnego serialu jej telefon zadzwonił. Nie musiała sprawdzać kto to. Nie możliwym byłoby by był to ktoś inny niż Aleks.
-Hej-Powitała się.
Sam fakt, że zadzwonił poprawiło jej humor.
-No część. Dzwonię tylko po to, aby powiedzieć ci, że masz piętnaście minut dłużej nie będę czekał-Powstrzymywał śmiech, aby jego ton brzmiał poważnie.
-Nie rozumiem?
Rudowłosa wstała z łóżka, powoli przechadzając się w każdą stronę.
-Czekam przy skrzyżowaniu, tuż obok sklepu z pamiątkami- Oznajmił i nie czekając na odpowiedź rozłączył się.
Dziewczyna spojrzała na telefon nie ukrywając zdziwienia. Czuła, że ma problem z rozróżnieniem stresu od podekscytowania. Nie czekała zbyt długo, aby wyjść. Schował komórkę do kieszeni spodni, a kurtkę, która swobodnie walała się na ziemi założyła na ręce. Szybkim tempem wyszła z pokoju. Nie zwróciła szczególnej uwagi na migdalącego się Dawida z Nikolom tylko zbiegła ze schodów i po chwili byłą już na zewnątrz. Zimny wiatr wywołał u niej dreszcz. W myślach karciła się za to, że nie pomyślała o tym iż warunki pogodowe się wahają, a na dworze jest nieco zimniej niż ostatnim razem. Splotła ręce pod biustem i z głową wbita w chodnik szła przed siebie w umówione miejsce. Nie miała problemu, aby się tam dostać. Sklep z pamiątkami (co prawda nieczynny) znajdował się dokładnie na przeciwko monopolowego,. W którym ostatnim razem nieco zaszalała.
Kiedy dotarła samochód stał już na parkingu. Bardzo dobrze jej znany fiat cinquecento, który Aleks pożyczał od swojego kolegi. Obok samochodu, oparty o drzwi stał blondyn. Włosy zasłaniały mu lekko oczy pod wpływem wiatru, który swobodnie układał je w każdą stronę.
-Aleks- Zawołała rudowłosa.
Chłopak spojrzał na nią i momentalnie się uśmiechnął. Podszedł do niej,objął na tyle mocno, aby ta miała problem z wyswobodzeniem się.
-Martwiłem się o ciebie- Powiedział z ciszonym głosem tuż obok jej ucha.
-Nie miałeś o co
Alicja uniosła głowę w górę, aby dokładnie przyjrzeć się swojemu przyjacielowi. Tęskniła za nim, a wręcz miewała czasem myśli, że jednak mogłaby go posłuchać, ale szybko uwalniała się od tych myśli kiedy spoglądała na swoją matkę. Przecież mimo trudnych relacji z Dawidem osiągnęła swój cel, a on dotrzymał jej obietnicy.
-I nadal się martwię- Zignorował jej myśl.
-Ale naprawdę, nie masz o co- Zapewniła.
Blondyn westchnął ciężko. Rzadko mylił się co do obaw o swoją przyjaciółkę. Z wiekiem zamiast mądrzeć, ta zaczynała podejmować coraz to bardziej pochopne decyzje.
-Czyżby?-Odsunął się lekko, aby spojrzeć na nią z góry.-Jak na razie dajesz mi tylko powody do tego, aby to robić-Spojrzał na nią srogo. Rudowłosa nie odezwała się kiedy ten wlepił w nią swój wzrok. Zrozumiała, że jej wszelakie tłumaczenia i tak nie zmienią jego nastawienia, bo sama nie była pewna, do tego czy wszystko jest w porządku.-Tak myślałem-Parsknął.
-A co z tobą?-Zmieniła temat.
Nie znała chłopaka od dziś. W jego stylu było ciągłe zamartwianie się o jej los i ingerencja w jej życie.
Oparła się plecami o czarny samochód, chowając ręce w kieszeniach spodni. Aleks dając sobie chwilę do namysłu zrobił to samo, a wzrok uniósł ku niebu.
-A co ze mną-Powtórzył- Zaczynam samodzielne życie-Uśmiechnął się triumfalnie.
-Serio?-Spojrzała na niego podejrzliwie.
To brzmiało niczym abstrakcja. Nie tak dawno jeszcze tkwili w martwym punkcie, a tymczasem oboje zaczęli zupełnie nowy etap w życiu. Obserwowała go chwilę, aby upewnić się, że to co mówi nie było kompletną ściemą.
-Tak.
-A co z mieszkaniem, no i pracą- Wypytywała. Role chwilowo zmieniły się, kiedy dziewczyna stała się pełna obaw. Przecież zdawała sobie sprawę jak ciężko pewnie mu będzie zacząć nowe życie, bez żadnych środków na start.
-Na razie będę mieszkał z Leo, a praca cóż. Łapię co mogę. Od kilku dni pracuję na zmywaku-Obrócił się w stronę przyjaciółki czekając na jej reakcję.. Czekał na słowa, które spowodują, że wszystko nabierze większego sensu, tymczasem było na odwrót.
-Żartujesz.
-Nie-Zaprzeczył.
-Ale przecież chciałeś być architektem- Zaczęła z pretensjami- Mówiłeś, że stać cię na coś więcej niż zmywak. Zawsze tak mówiłeś-Warknęła.
-Alicja-Spokojnym tonem zaczął chwytając ją za drobne ramiona.-Nim stanę się tym architektem minie jeszcze kilka lat, a do tego czasu muszę porzucić moje szczeniackie teorie i zacząć zarabiać na życie.
-Przecież mówiłeś, że ojciec Leo załatwi ci pracę- Skrzyżowała dłonie na klatce piersiowej.
-Jeszcze nie zrozumiałaś?-Odszczekał- Do wszystkiego chce dojąć sam. Poznać jak to jest być dorosłym, a nie iść na łatwiznę. Dostałem pozwolenie na opuszczenie domu dziecka, bo udowodniłem, że dam sobie radę. Tymczasem ty uciekłaś a policja wypytuje wszystkich o twoje tajemnicze zniknięcie.-Zacisnął mocniej palce na jej ramionach. Od pewnego czasu doszedł do wniosku, że jedyną osobą, która umie wyprowadzić go z równowagi była właśnie ona, przez swoją upartość i idiotyczne pomysły.
-Masz mi za złe, że „poszłam na łatwiznę” szukając kontaktu z matką?-Podniosła głos.
Ich rozmowie towarzyszyła coraz to bardziej napięta atmosfera.
-Nie, tylko jestem ciekaw kiedy zrozumiesz, że nie każdy kto oferuje ci pomoc ma dobre intencje. Ten cały typ. Myślisz, że pojawił się jako twój anioł stróż?
-Przyjechałeś tu prawić mi kazania?-Zapytała ostro.
-Kazania są ci nie potrzebne. Przecież wiesz co robisz. Jesteś taka odpowiedzialna- Ironizował.
Odwrócił się gwałtownie i splótł ręce na karku.
-Do czego zmierzasz?
-Kurwa mać, jak to do czego- Przepełniony złością uderzył otwartą dłonią w maskę samochodu- Ledwo poczułaś wolność i już się puś...- Naskoczył na nią, ale w ostatniej chwili opamiętał się kiedy oczy rudowłosej zaszkliły się ze złości.
-Dokończ- Zaczęła wrzeszczeć.
Blondyn przyglądał jej się chwilę nieco zaniepokojony jej zachowaniem.
-Dokończ do jasnej cholery!
-Uspokój się- Sapnął. Dziewczyna spojrzała na niego kpiącą, a po chwili zaczęła się śmiać.
-To nie ja oskarżyłam cię o to, że się puszczasz -Zaśmiała się, co było dziwne patrząc na to, że przed chwilą Aleks miał wrażenie, że rzuci się na niego z pięściami.
-Boje się po prostu, że on cię wykorzysta-Westchnął. Alicja przytuliła się do niego a palce zacisnęła na jego kurtce. Przymknęła mocno powieki. Miała ochotę się rozpłakać, chodź wydawałoby się przed chwilą, że była w całkiem dobrym humorze. Wspomnienie o Dawidzie i o tym jak bardzo ją zranił wywoływały u niej sprzeczne, albo w sumie właściwe emocje. Były tak samo popieprzone jak on sam.
-Już to zrobił- Przełknęła gulę w gardle i oderwała się od chłopaka. Ponownie oparła się o auto. Blondyn zrobił to samo. Objął ją swoim ramieniem i lekko przyciągnął. Ta oparła głowę na jego barku patrząc na swoje buty.
-Trudno. Stało się, ale obiecaj mi, że weźmiesz z tego jakąś lekcje-Ucałował ją w czubek głowy próbując chodź trochę pocieszyć.
-Obiecuje- Wydukała.
Potem już tylko milczeli. Oboje przyswoili informacje, które musieli poukładać sobie na spokojnie. Przerwał im telefon, który był dość zadziwiający dla Alicji. Nikt oprócz jej przyjaciela nie dzwonił do niej, a jednak tym razem było inaczej. Spojrzała na wyświetlacz komórki.
-Nieznany numer- Wybełkotała, jakby sama do siebie, ale chłopak usłyszał co powiedziała.
-Odbierz- Poradził
Ta spojrzała to na niego, to na ekran. Chwila zawahania, lecz jednak przeciągnęła palcem wzdłuż zielonego znaczka i przyłożyła go do ucha.
-Halo?-Zapytała podejrzliwie.
-Alicja, wróć natychmiast do domu-W telefonie rozbrzmiał rozhisteryzowany głos jej rodzicielki.
Rudowłosa spojrzała z lekkim szokiem w kierunku blondyna.
-Mamo, co się stało?
-Po prostu wracaj- Błagała a po chwili dziewczyna usłyszała tylko dźwięk urwanego połączenia.
-Musze wracać-Sapnęła ciągle jakby przestraszona tym telefonem.
-Stało się coś?- Chłopak zapytał, a ta nic nie mówiła. Zastanawiała się o co chodziło, bo z pewnością nie był to zwykły telefon spowodowany matczyną troską.
-Nie wiem, ale muszę już iść
-Podwieźć cię?-
-Nie, obawiam się, że nie będzie to zbyt dobry pomysł. Mam niedaleko. Pójdę- Uśmiechnęła się do niego blado i ucałowała w policzek na pożegnanie- Zobaczymy się niedługo?-Zapytała na odchodne?
-Tak- Odwzajemnił miły gest.
Dziewczyna żwawym krokiem ruszyła przed siebie. Po chwili zniknęła za winklem.
W domu była po mniej niż dziesięciu minutach. Im bliżej była drzwi tym bardziej dopadał ją stres. Nie wiedziała co mogło się stać. Niepewnie otworzyła je. Jasmine rzuciła się jej na szyję lekko szlochając. Alicja rozejrzała się po pomieszczeni i wtuliła w siebie matkę. Nie miała pojęcia o co chodziło.
-Wróciła?!-Usłyszała krzyki dochodzące z gabinetu Erica, a już po chwili mężczyzna znalazł się obok niej i wyszarpał ją za nadgarstek z objęć matki.
-Co ty sobie kurwa wyobrażasz?!



poniedziałek, 9 stycznia 2017

Ciekawy Pacjent cz. 25 - Wszyscy błądzą...

Jestem okropna... Serio. XD
Ale zawsze mam zastój po +18... Bo to okropnie... Okropne. ;-;
No i jeszcze Alex stwierdziła, że Damien jej przypomina Adama Lamberta... No nie wiem co powiedzieć. XD
Przynajmniej mi klawiatura zaczęła działać...
No i rozdział ma tylko trzy strony, bo tak trochę przerywnik... ;-;
Zapraszam do czytania i komentowania! *Płaczące serce*

***

Jest ciemniej niż w salonie.
Była to pierwsza myśl jaka uderzyła Toby'ego po tym jak w pół przytomnie otworzył oczy, żeby po chwili znowu je zamknąć, chcąc po prostu dalej spać. Może nie taka powinna być...
Ale co zrobić, gdy faktycznie było ciemniej? Na tyle ciemniej, że przez chwile myślał, że obudził się jeszcze przed wschodem słońca. Ciemniej i chłodniej.
Druga myśl była bardziej na miejscu, bo pomyślał o obolałym ciele. Chociaż bardziej trafnym sformułowaniem byłoby „nadwyrężonym”. Jednak nie specjalnie myślał w momencie nad słowotwórstwem. Jednocześnie czuł, że jeszcze by pospał i że i tak spał już wystarczająco długo. Jedno było pewne, nie chciało mu się nawet otworzyć oczu.
- Obudziłeś się? - Zapytał podejrzanie wesoły głos gdzieś nad nim, gdzieś obok niego. Co prawda doskonale zdawał sobie sprawę, że skoro Damien już wstał to on również powinien, ale... Jakoś mu się nie spieszyło.
- Nie jestem pewien. - Wymruczał gdzieś w poduszkę, nagle zdając sobie sprawę z czegoś całkiem niepokojącego, co zmusiło go do leniwego obrócenia głowy i spojrzenia na Damiena, który siedział na ziemi i opierał się o jego łóżko. - Gdzie rodzice?
- Powiedziałem im, że w nocy pracowałeś nad bardzo ważnym przypadkiem zanim zdążyli cię obudzić i gdzieś wyszli. Czyli nie kłamałem.
- Nie do końca kłamałeś, a wyobraź sobie że to nie jednoznaczne. - Toby zmusił obolałe mięśnie do pracy i podniósł się, prawie siadając. Prawie, bo nie miał ochoty siadać, więc tylko oparł się łokciami o materac, chociaż trochę pobudzić swój mózg. - No co? - Zapytał zauważając, że Damien nieudolnie próbuje hamować swój głupawy uśmieszek.
- Nic. - I jakby samemu zaprzeczając swoich słów nachylił się nad nieogarniętym i rozkopanym Toby'm, i pocałował go w policzek. - Nie wiedziałem, że wszędzie masz piegi.
- Wyjdź.
- Hej, tylko żartowałem... - Zaczął Damien, ale Toby przerwał mu, odpychając go od siebie i machając dłonią w stronę drzwi.
- Ale ja nie. Teraz ty robisz śniadanie, jesteś mi coś winien.
- Jestem, ale nie ufał bym sobie przy garach...
- Jestem dobrym człowiekiem. - Chłodno skomentował Toby, niewzruszenie wgapiając się w Damiena dopóki ten z westchnięciem nie wstał i nie wyszedł z pokoju, wyglądając może nie do końca na zmartwionego, a bardziej na zamyślonego. - Gdybyś potrzebował pomocy, to w moim telefonie jest wifi! - Wykrzyknął za nim w rozbawieniu, uzyskując za odpowiedź tylko „nie przesadzaj mały”, zanim uśmiechnął się dumnie pod nosem, wreszcie podnosząc się z miejsca. Tak, nawet jeśli Damien zostałby międzynarodowym mistrzem hakerstwa, będzie mu to wypominał do końca życia.
Toby podniósł się, prawie machinalnie wybierając ubrania z szafki, udając się do łazienki, wchodząc pod prysznic.
Jego codzienna rutyna, mimo wszystko coś było nie takie jak zwykle...
Pozwolił trochę zbyt gorącej wodzie opadać na jego ciało, niespecjalnie mu to przeszkadzało. Lubił gorące temperatury. Jednak teraz, każde przesunięcie palcami po swojej własnej nagiej skórze zdawało się budzić w nim wspomnienia z poprzedniego wieczora. Przyjemne, ale niechciane, gdy miał trzymać się na wodzy. Musiał wytrzymać.
I wytrzymał.
Wytrzymał mycie, szorowanie, wycieranie... Ale nie patrzenie w lustro...
Nie był tak blady jak Damien, którego skóra przypominała kartkę papieru, a mimo to na jego skórze odznaczały się wyraźne czerwonawe punkciki, od szyi w dół, na ramieniu natomiast widniał siny ślad po ugryzieniu.
Wystarczyło, żeby stracił opanowanie, żeby do końca przyswoić sobie, że to co się stało nie było tylko sennym majakiem. Szybko narzucił na siebie ubranie, zwykłą szarą koszulkę i ciemniejsze o ton dresy, chociaż szczerze najchętniej chodziłby bez ubrań. Tylko że nie specjalnie miał na to odwagę.
Znowu zerknął na siebie w dalej zaparowanym lustrze. Zwykła bluzka z krótkim rękawem nie zasłaniała wcale jego... Śladów powojennych i świetnie zdawał sobie sprawę, że musi coś z tym zrobić. Przynajmniej ogólne spowolnienie mógł wytłumaczyć pracą do późna... No albo nie tłumaczyć wcale.
Odgarnął włosy z czoła i pchnął drzwi zanim zdążyłby się rozmyślić. I w tym momencie minęła mu odwaga. Kompletnie nie miał pojęcia jak z nim rozmawiać, o czym rozmawiać, jak zachowywać się naturalnie...
Zignorował lekkie drżenie rąk, wkładając je do kieszeni spodni i udawanie obojętnym krokiem wszedł do małej sypialni, gdzie usłyszał ruch.
- Coś mi wyszło. - Mruknął Damien, który siedział na łóżku, opierając się o ścianę, grzebiąc w swoim talerzu. Poklepał miejsce obok siebie. - Pomyślałem że łóżko jest wygodniejsze.
Toby kiwnął głową siadając obok, kładąc własny talerz na udach. Milczeli, jedząc.
- Nie jest złe... Korzystałeś z wifi. - Uśmiech szybko zszedł mu z twarzy, gdy na początku ponury wzrok Damiena zmienił się w uważny, przypatrywał się mu zbyt wnikliwie, żeby Toby po prostu nie zwrócił na to uwagi. W dodatku znowu poczuł nieznośne gorąco wpływające mu na twarz. - No co?
- Nieźle.
- Co?
- To. - Damien wskazał na jego szyję, szczerząc się przy tym jak rekin. Ręka Tobyego sama drgnęła do zasłonięcia tego miejsca, jednak zamiast tego westchnął, uspokajając nerwy i odwzajemnił spojrzenie Damiena.
- Pieprz się. - Warknął wyzywająco, chwilę później wracając do jedzenia. Zaniepokojony jednak ciągłą ciszą, tak niepasującą do wygadanego psychopaty zerknął na niego ukradkiem, by zaraz znowu wgapiać się w jego sztucznie zszokowaną minę.
Damien bywał niemożliwy...
- Nie wierzę. Takie okrutne słowa w moją stronę... Mam na ciebie zły wpływ. - Dramatycznie sapnął, zasłużenie dostając kuksańca w bok. - Pierwszy seks zmienia ludzi.
- Bardzo bardzo zabawne. Ciekawe jakbyś się z tego wytłumaczył.
- Coś bym wymyślił. - Wzruszył ramionami, obserwując jak Toby z uroczo skrzywioną miną zajada się jedzeniem, które dumnie zrobił.
I przyłapał się na myślach o których nigdy by się nie podejrzewał... Nie od dłuższego czasu...
A gdyby tak tu został? Gdyby tak do końca życia mógł użerać się z codziennymi problemami, widzieć uśmiech Tobyego, rozmawiać z nim... Być normalnym.
Nigdy się tego po sobie nie spodziewał, ale... Ale teraz czuł, że nawet za jedną dekadę takiego życia mógłby oddać wszystko. Dosłownie wszystko co ma i kiedykolwiek miał.
Jednak wiedział że nie mógł... Że na dłuższą metę i tak by nie zadziałało.
W jego sercu zaczęło kiełkować dziwne uczucie, którego jeszcze nie do końca mógł określić. Kuło go, jakby ktoś wbijał w nie drobną jeszcze igiełkę, żołądek ściskał się nieprzyjemny sposób.
- Wszystko w porządku? - Nie zwrócił wcale że Toby zdążył zauważyć jego pustego spojrzenie. I to również nie było do niego podobne. Przed poznaniem Tobyego, albo raczej przed poważniejszą rozmową z nim, nigdy nie zdarzyło mu się nawet na chwilę spuścić gardy. Zawsze był w pełni czujny, a teraz... Czuł się udomowiony... I najgorsze było to, że nie był pewny czy chciał tego uniknąć.
Zanim zdążył odpowiedzieć usłyszeli stukanie do drzwi i Toby zerwał się z łóżka, rzucając mu tylko przepraszające spojrzenie na które wydukał tylko „Jak zawsze”, grzebiąc w szafce, a Damien znowu postanowił w pewnym sensie uratować mu skórę i otworzyć drzwi.
- Och nie mów że dalej śpi. - Od progu odezwała się Sophia, brzmiąc na nieco oburzoną.
- Nie, je śniadanie. - Odmruknął Damien, dalej czując otaczającą go czarną chmurę.
Zabawne, przez chwilę poczuł się nawet mile widziany...
Nie musiał ich nawet zatrzymywać przed wejściem do sypialni, bo sami z siebie weszli do salonu, widocznie w pewien sposób, tak jak Toby, szanując cudzą prywatność. Zaraz za nimi z sypialni wyszedł Toby z pustymi talerzami w dłoni, mówiąc krótkie „dzień dobry”.
I nagle Damien poczuł się niemal wdzięczny za swój słaby humor, bo w innym wypadku prawie na pewno nie powstrzymałby uśmiechu na widok Tobyego w czarnym polarku zasłaniającym właściwie całą szyję.
- W pokoju mam biurko. - Toby wytłumaczył szybko pani Reus, która jakoś dziwnie na niego patrzała i widocznie nie chcąc zaczynać kolejnego dialogu, zaczął zmywać naczynia.
Cole stanął przy nim w kuchni, znowu nie do końca wiedząc gdzie się podziać.
- Szybko myślisz.
- Ktoś tu musi. - Odszeptał mu Toby, zanim chyba zdał sobie sprawę z tego co powiedział i pokręcił głową z gorzką miną, jakby bezsłownie go przepraszając. Damien zmarszczył brwi i oparł się plecami o blat, patrząc się na rodziców Tobyego, którzy zwyczajnie ze sobą rozmawiali. Jak rodzina.
- Nie musisz mnie oszczędzać tylko dlatego, że mam gorszy humorek.
- To nie wygląda tylko jak gorszy humorek...
- A jak co? - Toby w tym czasie przerwał zmywanie i wycierał dłonie, utrzymując kontakt wzrokowy. Milczał. - Nie martw się o to. Przynajmniej nie teraz. - I najlepiej nigdy, dodał w myślach Damien, podbródkiem wskazując na krzątających się po salonie wyjątkowo żywiołowych Reusów.
Nie chciało mu się o tym rozmawiać. Poza tym, sam nie wiedział co o tym myśleć, a co dopiero ubrać to w słowa.
- Nie zostaną na długo. - W głosie Tobyego brzmiała obietnica, która ani trochę nie była pocieszająca. Samemu też wgapiał się w swoją rodzinę, nie zbyt zadowolony z ich obecności. Przynajmniej nie tego dnia.
- Nie panikuj, przed nami cała wieczność. - Odezwał się wreszcie nieco żartobliwie, wywołując karcący wzrok jak i delikatny uśmiech u Tobyego. Z resztą dosłownie sekundy przed tym jak państwo Reus zawołało go do siebie i zaproponowali mu kolejną rozmowę przy stole, z której Damien wolał się ”dyskretnie” ewakuować. Na szczęście jako nieoficjalny partner Tobyego, miał do tego pełne prawo.
Chwilę przed wyjściem jednak zatrzymał się, gwałtownie obracając, doznając nagłego olśnienia.
Może nie był to najlepszy pomysł w jego życiu, a jednak czuł, że w tym momencie bez tego nie wytrzyma...
- Mogę pożyczyć telefon? - Zapytał Tobyego, z przyzwyczajenia do wiecznych przyzwoleń, wyciągając od razu dłoń.
- Jasne. - Odpowiedział od razu najmłodszy Reus, jednak chwilę zawahał się przed położeniem go w wyciągniętej ręce, patrząc na niego pytająco.
Mimo tego maska Damiena pozostała niewzruszona, zupełnie bez wyrazu, więc po prostu poddał się, nie mając teraz okazji do polemizowania.
- Tylko trochę się nim pobawię. Nic nie zepsuję. - Mówił pusto, ale grzecznie. Tak jak go już sobie wyobrażali Sophia i Barney, jak już pewnie do takiego tonu przywykli w swoim własnym domu. Toby natomiast dalej był podejrzliwy, chociaż nic nie mógł nic z tym zrobić...
I słusznie.
Damien pogwizdując, samotnie usiadł na łóżku w małej sypialni, bez problemu odblokowując telefon, wystukując krótki tekst.
Dopiero wtedy przystanął, namyślając się się...
Jednak doskonale wiedział, że decyzja już dawno została podjęta, czy mu się to podobało czy nie...

Bez zastanowienia kliknął „wyślij”...