środa, 27 grudnia 2017

MAMY FANPAGA!

Troche na to sie naczekaliscie...ale chyba kazdy z was juz przywykł do tego że my dlugo sie do czegoś zbieramy xD
Ale juz jest.
NASZ FANPAGE HEHE
Lajkujcie i komentujcie...W sumie narazie nie wiem co mozecie tam komentowac ale...
Naposzcie tam czy oczekujecie czegos specjalnego w zwiazku z tym. Co byscie chcieli tam ogladac czy cos
https://www.facebook.com/Różne-Opowiadania-1824321644532342/

niedziela, 17 grudnia 2017

Ciekawy Pacjent cz. 30 - Gdy słońce zachodzi

Zna się ktoś na koreańskich imionach? Ekem, pytam dla kolegi. XD
Tak nie miałam pomysłu na tytuł, cii.
Jezu przepraszam że ja nic jeszcze nie skończyłam, ale chciałam najpierw napisać ten rozdział i on też nie jest skończony, ale jest 4:30 i zaraz szkoła i ja walę pomocy zabijcie mnie pls ja chce święta jak przyjdę do domu i nie padnę na ryj tak zwanie to do dokończę przysięgam 
***
- O czym ty mówisz? - Zapytał ostrożnie Damien, wyglądając jakby bał się, że każdy gwałtowniejszy ruch, każde ostrzej wypowiedziane słowo miałoby wywołać nagły alarm. Jednak mimo tego był pochylony do przodu, siedząc na samym brzegu kanapy, jak gdyby był na skraju wybuchu, z wzrokiem tak przenikliwym, że mógłby ciąć nim stal.
- Powiedziałem ci kiedyś, że nie wyjdziesz stąd dopóki nie będę pewien, że jesteś co najmniej przyzwoity.
- Ta, to nie żadna nowość. - Ta dziwna ostrożność powoli ustępowała miejsca przelewającej się przez jego głos irytacji... Jednak czy była to irytacja? Czy zwyczajna, dziecinna forma desperacji i upartości, jakiej w pewnym stopniu już spodziewał się po Damienie?
Toby'emu kręciło się już w głowie.
- Nowość jest taka, że ja nie mogę tego zrobić. - Zdążył tylko na sekundę zerknąć na twarz Damiena, wyraźnie wykrzywioną we wściekłości, zanim ten zerwał się z siedzenia i zaczął spacerować po pokoju, krokami zbyt szybkimi i zbyt długimi, żeby spacer po małym pokoiku mógł w jakikolwiek sposób na niego zadziałać.
W innej sytuacji może wyglądałoby to nawet głupkowato, ale teraz... Z ciemnymi oczami, wypełnionej czystą, zwierzęcą furią, szczęką i pięściami zaciśniętymi tak mocno, że po prostu musiało go to boleć. Toby widział to po sposobie w jakim jego ręce lekko drgały, żyły wyraźnie odznaczały się pod skórą. Słyszał jego oddech. Słyszał jego cholerny oddech stojąc dwa metry dalej, głośny, głęboki i szybki.
Toby poczuł ukłucie strachu gdzieś w dole swojego żołądka i to... To była nowość.
Z powrotem złożył ręce na piersi, delikatnie szczypiąc się w ramię, starając się uspokoić własne emocje. Tylko że to nie działało. Nie, tym razem ten dziwny lęk zaszczepił się głęboko w jego klatce piersiowej, ciało samo ustawione było na alarm, głos ostrzegający go raz po raz „uciekaj” nie dawał mu spokoju. Mimo że wiedział że to głupie. Że w przeciwieństwie do tego co zdawał się myśleć jego mózg, nie był zamknięty w klatce z tygrysem.
Prawda?
- Uspokój się. - Sam zaskoczony był brzmieniem swojego głosu. Dalej niezmożonym i szorstkim, jakby wyciekała z niego cała złość skotłowana w jego organizmie.
Toby wcale nie czuł złości, czuł strach i adrenalinę, pompującą w jego żyłach tak mocno, że prawie utrudniała mu oddychanie.
Ale był w tym dobry – w opanowaniu.
Za to Damien nie był.
Nagle stanął w miejscu, tak gwałtownie jakby ktoś nacisnął przycisk „stop”, i odwrócił się w jego stronę całym ciałem, na razie po prostu stojąc w miejscu, z szalejącym ogniem tuż pod powierzchnią skóry.
Jakby tylko cienka nić powstrzymywała potwora, bestię, od ataku.
I w tym momencie, w momencie w którym oboje mierzyli się tak kontrastujacymi spojrzeniami, Toby złapał się na uczuciu. Dziwnej, nie pasującej koncepcji myśli, emocji.
Był tak żywy.
W tym momencie, w tamtym pokoju, mierząc się naprzeciwko destrukcji, która przybrała formę człowieka. Nigdy nie czuł się bardziej sobą, bardziej żywym.
Z narastającym strachem, zamiast obrzydzenia, przychodziła ekscytacja. Ta dziwna, niezdrowa ekscytacja, którą czuł tylko i wyłącznie będąc z Damienem.
Narkotyk. Zupełnie jak narkotyk.
A Damien po prostu wgapiał się w niego, przypominając bardziej czarną chmurę czekającą na pogrzebanie czegoś na własny rachunek. Stał w miejscu i oddychał, wolniej, głębiej...
- Damien?

Bam.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Tydzień, który zmienił moje życie cz.9- Nie przekraczaj granic

Trochę mi przykro, że nie zdążyłam przed 00;00, ale cóż jest chwilę po



Jednym ruchem strącił z biurka walające się papiery, a słuchawkę odrzucił w bok. Nie mógł uwierzyć, ze tak łatwo dał się podejść. Stracił kontrolę nie tylko nad swoim życiem, ale i nad pracą. Jak bardzo mylił się, kiedy pod słowem „wróćmy do tego co wcześniej' nie zauważył ukrytych intencji mówiących „zrobię wszystko, aby być kimś więcej niż ty” Dlaczego tego nie przewidział? Czy to co się między nimi wydarzyło, naprawdę aż tak go zaślepiło? Jak bardzo naiwny był myśląc, ze uda im się wykonać ten projekt w zgodzie i owocnej współpracy.
Żałował, że nie udał się do Minato, że nie poprosił o zmianę partnera. Teraz nie tylko został bez zlecenia, to jeszcze cała chwała miała opaść na Uchihę, któremu nie zamierzał odpuścić tak łatwo. W planach jedynie miał mu udowodnić, jak bardzo źle postąpił posuwając się do takich czynów, ponieważ takie sytuacje jeszcze nigdy nie miały miejsca, a Obito nigdy nie przejmował jego klientów, prawdopodobnie łapówką.
Nie mógł wysiedzieć próbując się uspokoić, chodź jego zdrowe zmysły nakazywały mu właśnie tak postępować. Nigdy nie był nerwowym człowiekiem, ale i jego cierpliwość miała swoje granice, które zostały poważnie nadszarpnięte, o ile nie przerwane.
Porywczo zerwał się z krzesła i nie zwracając uwagi na podchodzącą w jego stronę Rin, szedł przed siebie, obierając sobie za główny cel te cholerne drzwi od jego gabinetu.
Nie interesowało go to, że przez szybę mógł zauważyć iż Obito właśnie prowadził zaciętą konwersację przez telefon. Normalnie by to uszanował i spokojnie poczekał, aż brunet zakończy rozmowę, jednak tego dnia był zbyt naładowany negatywnymi emocjami, aby jakkolwiek brać pod uwagę jego biznesowe sprawy. W tamtym momencie liczyło się tylko i wyłącznie to w jaki sposób zhańbił jego szanowane nazwisko, ponieważ wieść o wyrwanym wręcz mu zleceniu z pewnością roznosiła się już po firmę, gdyż Obito Uchiha słynął z wyjawiania takich informacji światu.
-Tym razem przegiąłeś!-Wparował do środka od razu krzycząc. Obito zdezorientowany przeniósł swoje spojrzenie na nieproszonego gościa, a na jego widok mimowolnie się uśmiechnął. Przeprosił klienta i odłożył telefon na bok. Dłonie splótł na wysokości swoich ust i nieco się o nie oparł będąc gotowym na kolejny atak ze strony współpracownika
-Mieliśmy to wykonać razem, tymczasem ty działaś sam- Warknął z pretensjami opierając się o biurko. Obito zadrwił.
-Czy Obito Uchiha, z którym współpracowałeś tydzień temu tak łatwo przyjąłby ofertę współpracy? Miało być jak dawniej, a więc proszę- znów wracamy do wyścigu szczurów, sam tego chciałeś- Bacznie obserwował Hatake, któremu szczęka nieznacznie się zacisnęła, a on zajął miejsce na fotelu naprzeciwko.
-Myślisz, że szef będzie zadowolony jeśli dojdą do niego słuchy, iż Obito Uchiha nie jest zdolny do współpracy i chwyta się nielegalnych sposobów, aby odnieść sukces samodzielnie?- Zapytał twardo. Naprawdę liczył na to, że wykonają tę robotę razem, we dwóch w swoim własnym towarzystwie. Ta nadzieja gdzieś tliła się w jego sercu, bo poniekąd mu go brakowało. Wypełniał do tej pory nieodczuwalna pustkę w jego życiu. Jego obecność można byłoby porównać do małego szczeniaczka. Niby na co dzień nie zdawał sobie sprawy, ze mógłby mieć psa, a jednak kiedy przygarnął go na jakiś czas- jego dom już nie był tym samym miejscem, ponieważ mimo, ze szkudził, hałasował i domagał się uwagi, to gdzieś w serc Kakashi cieszył się, ze jest z nim.
Obito przysunął się na tyle blisko, że jego twarz zatrzymała się centralnie przed oczami Kakashiego.
-Myślisz, że znajdziesz na tyle przekonywujące dowody, że dasz radę coś wskórać? - Uśmiechnął się przebiegle- Przecież wiesz, że nie działałem bezpośrednio- Kakashi wziął głęboki oddech. Dotarło do niego, że nie jest w stanie załatwić tej sprawy w ten sposób. Obito nie był idiotą i doskonale zdawał sobie sprawę z panującego w firmie regulaminu, gdzie punkt po punkcie były wypisane zasady i kary, z którymi się równały. Oczywistym było, że Uchiha nie ubrudzi sobie rączek. Według wszelkich dokumentów klient sam podjął taką decyzję, a Kakashi nie był w stanie tego udowodnić, zwłaszcza jeśli brały w tym udział osoby z zewnątrz.
-Czemu tak bardzo nie możesz znieść faktu naszej współpracy?- Zapytał po chwili przerwy Kakashi obserwując przechadzającego się po gabinecie Obito. Brunet zaśmiał się gardłowo zatrzymując się przy drzwiach, których klucz zgrabnie przekręcił, a rolety w całym gabinecie opadły na dół za sprawą jednego pociągnięcia za sznurek z jego strony. Powolnym krokiem zbliżył się do Hatake. który wciąż siedział do niego tyłem, ale przyciemniona atmosfera i zgrzyt zamka dał mu wiele do myślenia. Momentalnie poczuł dreszcz domyślając się jedynie co Obito ma zamiar zrobić. To było niedorzeczne, ta sytuacja byłą niedorzeczna.
Kakashi poczuł jak jego fotel gwałtownie odwraca się w drugą stronę, a masywne ręce Obito lądują na oparciach usilnie obezwładniając go niczym w klatce.
-Czemu?- Zaśmiał się- Próbuję ci pokazać, że nie dasz rady ze mną pracować na starych warunkach, poniekąd sam się o tym przekonałem. Zapomniałeś o tym jak bym postąpił licząc podświadomie na miłą współprace.- Mruknął wodząc nosem po jego szczęce- Udajesz wielce zaszokowanego, nie dopuszczając do siebie myśli, że normalnie nawet nie czułbyś się zawiedziony. Podświadomie liczył byś na to- Kakashi wpatrywał się na niego z nieodgadnionymi emocjami. Bał się przyznać sam przed sobą, że Obito faktycznie miał rację. W tym wszystkim przestało chodzić o uczucia, bo Kakashi ledwo, ale był w stanie nad nimi zapanować. Problem polegał na tym, że ten śmieszny, nieco perwersyjny mężczyzna, który pomieszkiwał z nim przez ostatni czas- w pracy w ogóle się nie pojawiał, a Kakashi jak naiwna dziewica dał sobie zamydlić oczy. Bo fascynacja to jedno, a zdrowy rozsądek, z którym kiedyś żył w zgodzie, to drugie.
-Masz racje- Odpowiedział pewnie wprawiając tym samym Obito w dezorientację. Wykorzystał ten fakt i odepchnął mężczyznę, ponieważ bądź co bądź ta bliskość nie działała dobrze na jego pewność siebie. -Dałem się nabrać, byłem naiwny przyznaję- Westchnął- Myślałem, że dam radę odzielić pracę od tego co zaszło między nami. Niestety nie wyszło mi- Mruknął posępnie, a serce Obito zaczęło walić na tyle szybko, że aż sprawiało mu to ból. Cieszył się, że zrozumiał, że w odpowiednim momencie przejrzał na oczy, że to co się wtedy zdarzyło nie było czymś co nie miało znaczenia. Teraz po prostu pragnął podnieść się z masywnego krzesła i korzystając z zasłoniętych okien, podejść do niego pocałować namiętnie i jak gdyby nigdy nic wrócić do pracy, nad ich wspólnym projektem.
Mimo, że Obito nie oczekiwał od niego jakichś wielkich uczuć, bo jak można mówić o miłości, kiedy tak naprawdę się nie znali, ale pragnął tylko otwartej furtki, bez żadnych ckliwych randek czy próbowania na siłę. Wszystko miało się toczyć własnym tempem i w odpowiednim kierunku, tyle, że Kakashi musiał uświadomić sobie, ze teraz oboje strzelają do tej samej bramki.
-Ale uświadomiłeś mi bardzo cenną rzecz, Obito- Szczęka Hatake jakby nieznacznie się zacisnęła, a Obito uniósł brew.- Bo jeśli nie umiesz czegoś rozgraniczyć, to po prostu trzeba się czegoś pozbyć, racja?- Obito błagał w myślach, aby chodziło mu o projekt. Przełknął gule w gardle.- W takim razie, puszczam w niepamięć to co zaszło między nami, a w zasadzie to do niczego nie doszło, prawda?-Kakashi miła już kompletnie gdzieś, to,z ę zachował się jak ostatni chuj. Nie mógł pogodzić się z faktem, że w tak bezczelny sposób go wykiwał. Dla niego praca była czymś ważnym, w co wkładał coś więcej nic czas. Dawał temu serce, lubił to, a on po prostu z dnia na dzień zabierał mu zlecenie, na którym w pewien sposób mu zależało. Nie umiał przełożyć Obito nad to, ponieważ to co czuł w tamtym momencie nie miało najmniejszego znaczenia, to i tak nie mgło się udać, a nawet jeśli- w ich firmie związki między pracownikami to jedynie sensacja, dokładając do tego romans odwiecznych wrogów...
Obito przyglądał się mu z lekkim przerażeniem, nie chodziło tylko o słowa, również o to w jakim stanie Hatake przed nim stał. Miał wrażenie, że jeden zły ruch a Kakashi wybuchł by i coś przeczuwał, że nie chciał by tego odczuć. Skinął delikatnie głową bacznie go obserwując.
-A więc skoro sobie wszystko wyjaśniliśmy- Opadł dłońmi ciężko na biurko- Wiedz, że to iż odebrałeś mi klienta nie znaczy, że nie mogę go odzyskać. Doskonale wiesz, że jestem od ciebie lepszy i nie poddam się bez walki. Na własnej skórze odczujesz, że tym razem przekroczyłeś granice- Warknął doniośle i skierował się do drzwi, które po otwarciu szybko otworzył i po prostu opuścił pomieszczenie trzaskając szklaną konstrukcją na odchodne.
Po gabinecie rozległo się głośne przekleństwo. To nie tak miało wyglądać. To po prostu miało się skończyć.
Jednak Obito był jeszcze gorszy od niego, a jego duma nie pozwalała odpuścić. Ta rywalizacja mogła nie tylko zniszczyć relacje między nimi, ale i ich samych, tyle, że w tamtym momencie żaden z nich nie myślał przyszłościowo. Kierowali się tylko gniewem, który zakrył im oczy. Oboje pragnęli tylko jednego- udowodnienia, który był lepszy.
Żaden z nich nie myślał o tym, że postępując w ten sposób łamią najważniejszą zasadę panującą w firmie.
Nie przekraczaj granic

Z dnia na dzień tak po prostu straciło na wartości.

środa, 6 grudnia 2017

Dwa Światy cz.12- Bańka złudnego szczęścia...

Ho ho ho!
Byliście grzeczni w tym roku? Mam nadzieję, że tak i Święty Mikołaj, (który oczywiście istnieje dostarczając prezenty po przez podróż saniami z Rudolfem na czele zatrzymując w nocy czas) was odwiedził, a ten magiczny dzień, który osobiście uważam jako ten otwierający świąteczny klimat, był dla was tak samo miły jak i dla mnie :D





Powrót do żywych, jak się okazało wcale nie był taki prosty. Mimo wielkiej pomocy ze strony moich przyjaciół, uczelnia nie patrzała na mnie przychylnym okiem. Już na drugi dzień zostałam zasypana projektami i terminami do zaliczenia kolokwium. Okazało się, że chodzenie na zajęcia nie wystarczyło, ponieważ z racji braku jakiejkolwiek chęci do życie, również nie tknęłam książek, co przyczyniło się do oblania dwóch testów.
Poniedziałkowy poranek nie okazał się taki entuzjastyczny, jakim zapowiadał się w niedzielę wieczorem. Zarwana noc nad prezentacją i przygotowywanie stosu notatek odbiło się na mnie rykoszetem. Budzik mógł dzwonić nieustannie, tymczasem ja pozostawałam głucha na ten zazwyczaj irytując dźwięk. Klikając w ekran na ślepo coraz bardziej oddalałam od siebie moment podniesienia się z łóżka, co nie okazało się najlepszym pomysłem na jaki wpadłam. Zerwałam się spod kołdry dopiero dwadzieścia minut przed rozpoczęciem zajęć w akompaniamencie głośnego przekleństwa, które opuściło moje usta. Zwykle nie malowałam się na uczelnię, ani zbytnio nie stroiłam, co w tym przypadku było udogodnieniem. Wbiegłam do łazienki chwytając kosmetyki do pielęgnacji, włosy upięłam dość szybko w pseudo koka. Na tyłek wciągnęłam legginsy, potem już tylko zwykły t-shirt i męską bluzę w których lubowałam chodzić. Na moja korzyść działał również fakt, że wszelakie potrzebne rzeczy do plecaka wcisnęłam w nocy.
Z racji tego, że pogoda nie rozpieszczała nas słońcem, a jedynie mroźnym powietrzem owinęłam się szalikiem, szczelnie obtuliłam się kurtką i wybiegłam z akademika. Musiałam zmusić się do szybkiego spaceru, ponieważ pogoda nie sprzyjała na tyle, abym mogła wsiąść na rower.
Dumna z siebie maszerowałam z słuchawkami w uszach ciesząc się z faktu iż na dotarcie na zajęcia miałam jeszcze dziesięć minut. Co prawda tego ranka musiałam odpuścić śniadanie i ciepłą kawę, ale po takiej nieobecności nie mogłam sobie pozwolić na spóźnienie, zważywszy na to, że poniedziałki otwierałam z przytupem, a mówiąc to przeważnie miałam na myśli zajęcia z szanowną Amandą, która zaczęła być wobec mnie podejrzliwa. Fakt, wparowanie do Leona, a raczej jego loftu z głupią wymówką jakiegoś zalania nie było mądrym wytłumaczeniem. Po pierwsze, jeśli faktycznie była kobietą, która spędzała tam spora część swojego życia i nigdy nie widziała mnie na oczy- nie dziwiłam się jej, sama nabrałabym podejrzeń, szczególnie kiedy zmachana nastolatka, której serce pękało wtedy na kawałki przychodziła do nich zgłaszając zalanie, co w tak drogich i ekskluzywnych miejscach nie miało racji bytu. Niemniej jednak nie czułam się z tym źle. Sama zostałamw pewien sposób oszukana, gdyby nie te cholerne kwiaty, ja nie miałabym złamanego serca, a ona nie musiałaby się mną przejmować. Cóż, Leon Verdas ponownie dał ciała, ale czy to naprawdę nadal mnie dziwiło?
Stałam na przejściu i w niecierpliwości przestępowałam z nogi na nogę w oczekiwaniu, aż światło zmieni swoją barwę, do czasu kiedy nie poczułam ciężkiej dłoni na swoim barku, a moje serce omal nie wyrwało mi się z piersi.
-Cholera jasna!-Krzyknęłam przerażona wyrywając słuchawki z uszu i odwracając się z w stronę dotyku. Marcel z zdezorientowaną mina przyglądał mi się i nerwowo poprawił futerał z gitarą, który zazwyczaj przewieszał na ramieniu.
-Przepraszam- Rzekł ze skruchą. Pokręciłam głowa i wzięłam głęboki oddech. Jego gwałtowne wybudzenie mnie z azylu, który zagłuszał codzienny szum, zmusił mnie aby wysłuchiwania poranne trąbień i przekrzykujących się kierowców- zalety dużych miast.
-Proszę, nie rób tak więcej- Mruknęłam błagalnie, w odpowiedzi otrzymując delikatny uśmiech i kiwnięcie głową.- Ty też dzisiaj zaspałeś?- Zapytałam widząc jego rozwichrzone włosy na głowie, co było nowym widokiem, ponieważ Marcel przeważnie nosił je spięte w koku. Jak widać, dzisiejszego poranka nasze role się odwróciły.
-Nie, wstąpiłem po kawę- Wyszczerzył się. Dopiero teraz zauważyłam, że w jednej dłoni trzyma tekturową tackę z dwoma kubkami karmelowej late. Oczy aż mi się zaświeciły na jej widok- Częstuj się- Przysunął bliżej kubeczek w moja stronę, a ja niepewna ręką chwyciłam i upiłam ciepła ciecz.- I tak była dla ciebie- Zaśmiał się dźwięcznie
-Boże, jesteś moim zbawieniem- Jęknęłam relaksując się gorzkawo słodkim smakiem napoju. Chłopak po raz kolejny zaśmiał się, lecz po chwili gwałtownie szarpnął mnie za łokieć i pociągnął za sobą, przez co prawie upuściłam kubek.
-Gdybyśmy czekali na kolejne światła, na pewno byśmy się spóźnili- Wytłumaczył, a ja jedynie przymknęłam oczy i skinęłam głową. Naprawdę nie uśmiechało mi się spóźniać na zajęcia Amandy, w ostateczności wolałam już w ogóle się na nich nie pojawiać, ponieważ spóźnienie się,tym bardziej przez moja osobę na jej zajęcia równało się z ścięciem głowy lub ogromnym, (ale mówiąc ogromnym mam na myśli tak ogromnym, że wykonanie go do przyszłego roku byłoby nie możliwe) projektem.
Szliśmy w ciszy, kiedy ja umilałam sobie tę przechadzkę kawą. Zdecydowanie to było moje zbawienie, a raczej coś co postawiło mnie na nogi.

-Rozumiem, że ta kawa to tylko jakiś pretekst- Zaśmiałam się wyrzucając kubek do kosza kiedy dotarliśmy już pod budynek. Miałam jeszcze chwile zauważając, że samochodu mojej pani profesor nie było na podjeździe.
Marcel uśmiechnął się delikatnie i podrapał po głowie.
-Musze napisać piosenkę na zajęcia- Wypalił nagle a ja słuchałam go z ciekawością- Nie mam totalnie pomysłu, ani motywu- Mruknął zrezygnowany- Normalnie zwróciłbym się do Francisa, zawsze to robię gdy trzeba odwalić coś na studia- Zaśmiał się- Ale jemu słoń przydepnął ucho, a świat pozbawił go jakiegokolwiek wyczucia rytmu- Zaśmiałam się. To prawda. Francis cierpiał na przypadłość podśpiewywania przy każdej możliwej czynności, którą wykonywał w domu. Istniała taka możliwość, że gdzieś potajemnie to to był główny motyw mojej przeprowadzki.
-Czemu uznałeś, że ja mogłabym ci jakkolwiek pomóc?- Zapytałam. Fakt, będąc w liceum śpiew był moja mała pasją i lubiłam to robić, jednak ludziom stąd nigdy o tym nie wspominałam, ponieważ wraz z wyjazdem tutaj kompletnie porzuciłam swoje hobby.
-Loretta się wygadała, że kiedy przesiadujesz w wannie i nie weźmiesz ze sobą telefonu to zaczynasz śpiewać- Uśmiechnęłam się na sama myśl. Faktycznie, robiłam tak nie będąc tego nawet do końca świadoma.
-Będę musiała pamiętać, aby przesiadywać w wannie kiedy jej nie ma w pobliżu- Pokręciłam głową- Może i śpiewałam sobie w liceum, ale o komponowaniu piosenek nie mam pojęcia.
-Potrzebuje tylko kogoś do pomocy. Wierzę, że razem damy radę- Skinęłam głową. Musiałam się zgodzić, z racji tego, że byłam mu to winna. Sam odwalił za nas projekt na zajęcia, kiedy ja po raz kolejny leczyłam swoje roztrzaskane serce, a komponowanie piosenki nie wydawało się czymś nie przyjemnym, w końcu kiedyś śpiew był moim drugim ja.
-Dziękuje- Odpowiedział zdecydowanie bardziej entuzjastycznie, niż się tego spodziewałam. Posłałam mu blady uśmiech i zwróciłam swój wzrok w podjeżdżający kawałek od nas samochód. Zdecydowanie zbyt dobrze znany mi samochód. Przymknęłam powieki, aby otworzyć je po chwili z nadzieją, że to co widziałam było jakąś pierdoloną halucynacją. Odwróciłam wzrok wbijając go w kilkoro ludzi , którzy kierowali się do szkoły tuż za plecami Marcela.
-No no no- Zamlaskał Marcel- Nie myślałem, że zołza zadaje się z takimi szychami- Mruknął prześmiewczo, a ja odruchowo spojrzałam w tamta stronę momentalnie tego żałując. Nie wiedziałam czemu to zrobiłam, ponieważ widok był oczywisty.
Wyglądała inaczej. Bardziej pewnie i zdecydowanie seksowniej. Nigdy nie pokazywała się w takim wydaniu na uczelni. Zazwyczaj jej opięte spódnice były w stłumionych kolorach, tego dnia natomiast była to ciasna czerwona sukienka, która pasowała do jej opadających kaskadami włosów. Niby dla mnie to nie nowy widok- dokładnie w podobnym wydaniu widziałam ja u Leona, a mimo to ta sytuacja poruszyła mnie na tyle, że wpatrywałam się w to wszystko z niedowierzaniem, kiedy kobieta owijała sobie krawat Leona na palcach, a jego dłonie spoczywały na jej biodrach. Ustami błądził po jej szyi, a ja czułam niepohamowaną złość. To ja tam kiedyś stałam. Dokładnie tak samo traktowana, a ta siksa nie powinna tam była zając mojego miejsca, ani go dotykać.
Taka właśnie byłam. Sama nie chciałam z nim być, ale każda lafirynda w jego otoczeniu była dla mnie czymś czego po prostu nie mogłam zaakceptować.
-Chodźmy stąd, proszę- Mruknęłam cicho wpatrując się w drzwi uczelni. Szybko zerwałam się w stronę wejścia, kiedy Marcel chwycił mnie za rękę.
-Nie chcesz popatrzeć, jak nasza Pani Mam Wiecznie Kija W Dupie Profesor się migdali? To będzie hit uniwersytetu- Zaśmiał się wyciągając telefon z kieszeni w zamiarze nagrania całej tej obrzydliwej sytuacji.
-Proszę- Błagałam, kiedy czułam, że moje oczy zachodzą mgłą. Nie mogłam się rozpłakać. Nie rozumiałam tego, że po takim czasie nie potrafiłam się pozbierać. W tamtym momencie plułam sobie w brodę, że zdecydowałam się pójść na studia do tego miasta licząc na to, że jest na tyle duże, że nie będę musiała go widywać. Jak się okazało, moje życie kocha sobie ze mnie kpić,
Marcel spojrzał na mnie niezrozumiale, ale chyba zauważył łzy w kącikach moich oczu, ponieważ jego twarz złagodniała przybierając troskliwy wyraz.
-Znasz go?- Zapytał delikatnie. Przytaknęłam.
-To Leon- Wyszeptałam czując jak głos łamie mi się w połowie. Nie zdążyłam usłyszeć, co Marcel chciał mi powiedzieć bo biorąc głęboki oddech wyswobodziłam rękę i wbiegłam do budynku od razu kierując się do auli. Zajęłam miejsce w samym rogu na górze, aby zachować swoją anonimowość przez całe zajęcia, bo kiedy studenci zaczęli się schodzić- mnie nikt nie zauważył
Zajęcia trwały w najlepsze, a ja tak jak przewidziałam- siedziałam tam, chodź myślami kierowałam się w zupełnie innym kierunku. Chciałam znów się ukryć przed światem, ale liczyłam się z tym, że nie mogę po raz kolejny zawieść moich przyjaciół. Problem polegał na tym, ze nie byłam w stanie zebrać swojego życia do kupy. Kiedy zaczynałam stawać na nogi- wystarczyło minąć mi go na ulicy, a bańka mojego złudnego szczęścia pękała, a mnie dosięgały koszmary z przeszłości. Dla mnie było to zbyt wiele, jako dziewiętnastoletnia dziewczyna nie byłam wstanie tyle unieść na swoich plecach. Ktoś z boku mógłby mnie nazwać niepoważną. Przecież nie wiedziałam, co to znaczy mieć prawdziwe problemy, kiedy mazgaiłam się z powodu jakiejś naiwnej miłości. Tyle, że dla mnie to nie było zauroczenie, gdzieś w środku miałam nadzieję, że będziemy ze sobą na zawsze. Bez niego czułam zupełnie nic nie warta, jakby cała moja osobowość została przy jego boku. Z drugiej strony była też moja cholerna duma, która nie pozwalała mi inaczej.
Cały wykład straciłam na rozmyślaniu co powinnam zrobić, i kiedy zajęcia się zakończyły jako pierwsza opuściłam aulę, wybiegłam na dwór i chwyciłam za telefon.

-Mamo, ja po prostu nie daję sobie rady...-Załkałam do słuchawki.

czwartek, 30 listopada 2017

Zimny jak Lód - Zimowo/Halloweenowy Specjal (Ciekawy Pacjent)

A tu coś co mi się podoba w sumie. 😏
Wiem, że to wszystko to same opisy, ale takie notatki... Co zrobić. ;-;

Siedział na tym pieprzonym mrozie już dobre trzy godziny i szczerze mówiąc, miał już serdecznie dosyć. Dosyć mokrego tyłka, odmrożonych członków, śniegu bezlitośnie tnącego mu w twarz i bezczynnego wgapiania sie w przestrzeń, jakby spodziewał się, że wśród ciemnicy i wirujących płatków odnajdzie cud.
Chociaż, według niektórych definicji właśnie w tej chwili to robił.
Ale miał dosyć, nieważne na jak dobrego strażnika wychowali go rodzice, nie był niezniszczalny, a nie spodziewał się, że martwym na prawde zależało będzie w który dzień odejdą.
Dlatego już miał się poddać, bez wahania ruszając (nareszcie!) na przód, ledwo opuszczając przecznicę, którą miał tego dnia patrolować, kiedy widok dosłownie pięć metrów przed nim, zmusił go do natychmiastowego zatrzymania się w miejscu. Z przejścia do którego właśnie miał zamiar wkroczyć, z mroku nieoświetlanej światłem latarni ulicy, chwiejnym krokiem wyszedł mężczyzna, ciężko opierając się o ścianę.
Jego aura była czarna jak smoła

Anioł Stróż - Kid!Destiel OneShot

- Miałaś rację mamo, anioły zawsze pilnują mnie gdy śpię. - Zapiszczał mały Dean, a wydawało się że pokłady ekscytacji i szczęścia, wypełniajace w tej chwili jego szeroko uśmiechniętą twarzyczkę, mogą nie zmieścić sie w jego małym ciele. Mimo to Mary poczuła drobne ukłucie niepokoju. Choć możliwe że wcale nie miała do tego podstaw. Właściwie, uczucie które teraz jej towarzyszyło można by było nazwać po prostu "matczynym przeczuciem", bo nagle wyczuwała, po prostu czuła, że coś było nie tak. Dean nigdy nie miał wymyślonych przyjaciół. Prawde mówiąc, prawdopodobnie zbyt mocno kochał rzeczywistość, żeby w ogóle wymyślonymi przyjaciółmi zawracać sobie głowę. A osiem lat to i tak dość późny wiek na takie rzeczy.
Ale to wszystko co miała. Dean'owi mogło się po prostu coś przyśnić, co przecież zdarzało się nie rzadko, a on "pomylił" to z światem realnym. Tyle i koniec.
Ale wlaśnie to przeczucie, podrażniane jej naturalną podejrzliwością, mówiło jej, że to nie jej widzimisię, że faktycznie coś było nie tak.
Dlatego, nie dając po sobie niczego poznać, postanowiła mimochodem zadać bardzo proste, niewinne...
- A czy teraz też ogląda? - Pytanie rozpoznawcze. Jesli Dean odpowiedziałby "tak" to Mary uznałaby po prostu, że jego nowy wymyślony przyjaciel jest wyjątkowo dziwaczny.
Ale Dean nie odpowiedział "tak".
Dean rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby za każdym rogiem czaił sie niebezpieczny szpieg, i stanął na palcach, mocno gestykulując, żeby Mary uważnie go posłuchała. Dlatego ona przykucła przy swoim synu, pozwalając mu odgarnąć jej blond kosmyki za ucho i teatralnie wrecz złożyć swoje własne małe rączki w tubę. Dean raz jeszcze rozejrzał sie po pokoju, po czym nachylił sie nad jej uchem, szeptając pełnym przejęcia głosem:
- Przychodzi tylko, kiedy myśli że śpię.
I w taki sposób siedziała w pokoju swojego syna o dwadzieścia po dziewiątej w nocy, czekając na pojawienie się... Czegoś

Anioł Stróż Kazał Mi Schować Fujare - Destiel OneShot (Crack)

Pls nie oceniajcie, miałam głupi humor. x'D
Cóż za cliffhanger. :')

Dean miał anioła stróża.
Cóż, niby dziwna rzecz do stwierdzenia, gdy jest się ateistą od dziesiątego roku życia, ale to nie mógł być kurwa przypadek.
Wszystko zaczęło się kiedy miał osiem lat. W teorii dziwny wiek na zablokowanie penisa, no ale stało się. Dwa lata przed tym wydarzeniem odkrył jak cudownym przeżyciem było, gdy twoje krocze poczuło wolność i od tamtej pory stało się to dla niego regularnym wydarzeniem, bo czemu nie? Przecież miał własne podwórko, odrodzone od reszty świata, a w letnia bryza wpływała wręcz leczniczo na jego skołatane sześcioletnie nerwy. Swoją drogą to właśnie wtedy odkrył, że jest zatwardziałym nudystą. Było to przyjemne zwłaszcza, gdy miał gorące towarzystwo, ale o tym później.
Otóż gdy miał osiem lat, a temperatura na dworze była na tyle wysoka, że pocił się w miejscach w których żadna osoba nigdy pocić się nie powinna, więc postanowił – w naprawę kilka sekund, właściwie gdy tylko dowiedział się, że jego rodzice z małym Sammym mieli zamiar tego dnia wspólnie udać się na plac zabaw. I Dean zazwyczaj poszedłby z nimi, ale ośmiolatki jego ligi zazwyczaj udawali się w swoje, specyficzne miejsca, żeby się spotykać. Na przykład na stary plac zabaw, bo tam już nigdy nie udawały się szkraby, a przecież właśnie ich chcieli uniknąć.
W każdym razie, kiedy jego rodzicie zabrali wózek i około dwóch skrzyń zabawek dla jego młodszego braciszka, upewnili się, że Dean da sobie radę w ciągu ich godzinnej nieobecności oczywiście porządnie ucałowali go na pożegnanie, jakby mieli zamiar wyjechać na Bahamy a nie przecznicę dalej, a potem wreszcie wyszli, Dean odczekał pięć minut po czym wyszedł na ogródek za domem, wdychając świeże i niezwykle gorące powietrze. Na wszelki wypadek przyjrzał się drewnianemu płotowi, czy aby na pewno nie ma tam żadnych specjalnie dużych szpar i zrzucił z siebie koszulkę. Natomiast gdy tylko zamierzał ściągnąć swoje spodnie razem z majtkami w strażaki w jednym płynnym ruchu, ogłaszającym światu jego boskość, coś go powstrzymało.

Dean, mamy tu pewną sytuację... - Destiel OneShot (Omegaverse)

Tak w ogóle to nie umiem dodawać postów z telefonu za bardzo, no ale później sie poprawi. xD

Obecna sytuacja była dla Deana bardzo prosta. Anioły upadły, Castiel upadł, Castiel był teraz człowiekiem. Nic prostszego, naprawdę. I właściwie, na początku nie widział zbyt wielu minusów tej sytuacji. Tak naprawdę jedynym minusem mógł być fakt, że Cas stracił możliwość unicestwiania demonów pojedynczym dotykiem, ale oprócz tego? Żadnych puszysto-skrzydłych aniołów grających wielkiego brata, Cas który został od-potworowany i Gadreel obiecujący wyleczyć Sama. Pierwszy raz sytuacja wydawała się być w porządku. Na tyle w porządku, że obiecał sobie i swojej małej dysfunkcyjnej rodzince małą przerwę od polowań, gdy tylko Cas wreszcie dotrze do ich bunkra...
A potem dotarł i parę rzeczy się zmieniło.
Bo Cas bezsprzecznie pachniał omegą. Nie żeby Dean wcześniej nie zastanawiał się jaki „status” będzie miał Cas po upadku, ale nie spodziewał się, że zmiana będzie taka ogromna. Poza tym, spodziewał się, że Cas będzie... No, na pewno nie omegą. Właściwie, myślał, że Cas okaże się betą, jedną z tych o bardo słabym, wręcz mdłym zapachu, do jakiego już się przyzwyczaił gdy Cas był aniołem

A może tumblr? + rant

A może by tak ten fanpage stworzyć na tumblerze bo jest bardzo miły w obsłudze? Ma ktoś tumblr apke?

Wiecie co? Jestem wkurzona. Bo miałam wrzucić te walone opka i raz w życiu dotrzymać obietnicy. A potem zepsuł mi się komputer. Miał być naprawiony dwa dni temu i zgadnijcie kto go jeszcze nie dostał.
*wydech*
Wrzucam coś co miałam w notatniku bo chce żeby mi się to wyświetlało w tym miesiącu, ale nie jest to kompletne, kompletne wrzuce JAK TO W KOŃCU PRZYJDZIE.


niedziela, 26 listopada 2017

Nadzieja Umiera Ostatnia #24 Podła prawda

Eloszka!
Dodaję nowy rozdzialik ;>
Hue hue hue...Drama time </3

Trzy dni. Dokładnie trzy dni temu Alicja dygotała ze strachu o siebie, o swoje dziecko i o Nikole, kiedy czarny pistolet mierzony był w jej głowę. Trzy dni minęły, a ona nadal mieszkała pod jednym dachem z Erickiem Bleykiem, któremu złośliwy uśmieszek błądził po ustach, widząc ich przerażone twarze. Alicja byłą przekonana, że tego obrazu już nigdy nie wyrzuci z głowy.
Starała się nie wychodzić z pokoju, zazwyczaj trzymając się tylko piętra. Bała się pojawiać w okolicach jego gabinetu, bała się spoglądać na niego, kiedy z tyłu głowy miała świadomość kim tak naprawdę jest.
W dniu, kiedy byłą gotowa spakować wszystko i po prostu uciec- dla dobra swojego i dziecka, Dawid zebrał się z nią na rozmowę. Opowiedział jej wszystko, co dotyczyło jego ojca. Wszystko co wiedział. Dla Alicji to był jak kolejny cios wymierzony w nią przez prawdę. Spodziewała się wszystkiego, zdrady jej matki, Ericka i jego mafii. To nie wstrząsnęło nią tak bardzo, przecież to teoretycznie już wiedziała, mimo wszystko, kiedy Dawid zaczął wspominać o jej ojcu i o tym, jak zakochany w Jasminne dał się wciągnąć w to bagno- coś w niej pękło. Nie płakała, bo nie było nad czym. Jej ojciec nie żył za sprawką Jasminne, co dopowiedziała sobie sama, ponieważ Dawid nie znał dokładnego powodu. Jednak gniew, który opanował całe jej ciało był nie do opisania. Jasminne w jednym momencie stała się jej wrogiem. Gdyby tylko mogła zaźgałaby ją pierwszym lepszym przedmiotem z ostrym zakończeniem, bo taka kobieta w jej oczach powinna płonąć w piekle. Była wszystkiemu winna. Zabrała jej dzieciństwo i jakiekolwiek możliwość na normalne życie. Alicja przestałą w jednym momencie widzieć w niej matkę. Dla niej byłą potworem.
W końcu jednak zebrała w sobie na tyle siły, aby stanąć z nią twarzą w twarz i wypowiedzieć tyle negatywnych myśli, dopóki jej gardło nie miałoby dość. Mimo to nie chciała się nakręcać, bo gdzieś z tyłu wciąż byłą świadoma, że to kobieta, która tchnęła w nią życie i nie ważne jaką suką by była- należy się jej gram szacunku.
Powoli opuściła swój azyl spodziewając się tego, co zazwyczaj. Głuchej ciszy, bądź jakiegoś szmeru dochodzącego z dołu. Jednak nie tym razem. Na dole rozbrzmiewała cicha muzyka, przyjemna dla uszu a w powietrzu unosił się zapach ciepłego, domowego obiadu. To było dezorientujące, ale Alicja nie zmieniła swych planów. Dumnie zeszłą ze schodów i udałą się do kuchni, licząc na to, że to właśnie tam znajdzie swoją matkę. Była w szoku, kiedy osobą gotującą nie była ani Jasminne, ani Nikola, tylko jakaś obca, młoda dziewczyna.
-Kim jesteś? Zapytała nieco zbyt oschle. Blondynka wystraszona obróciła się w jej stronę i obdarzyła ją swoim delikatnym spojrzeniem. Miała opuchniętą wargę, a siniak spod oka- mimo, że zaczynał schodzić, nadal był widoczny. Alicją aż potrząsnęło z przerażenia. -Kto ci to zrobił?- Zapytała z troską, kiedy podeszła nieco bliżej.
-T-to nic- Wydukała. Spoglądała na nią w taki sposób jakby każdy jej ruch w stosunku do niej miał ją skrzywdzić. Patrząc na jej reakcję Alicji zrobił się aż niedobrze, doskonale zdając sobie sprawę, kto był autorem tego siniaka.
-Jak to nic?- Zapytała oburzona- Boisz się- Skwitowała. Dziewczyna milczała spuszczając wzrok na podłogę.- Jak masz na imię?- Zapytała cicho.
-Wiera- Mruknęła slabo. Dziewczyna miała niecodzienny akcent. Alicja początkowo myślała, że dziewczyna jest z Polski, ponieważ niektóre z jej wypowiedzianych słów brzmiały podobnie, do tych, które za dzieciaka uczył je tata, lecz mimo to jej akcent był inny, wcześniej Alicji nie znany.
Alicja w ciszy z uwagą przyglądała się dziewczynie. Z pewnością była tu od niedawna, ponieważ nigdy nie miała okazji jej zobaczyć. Nie byłą zwykłą gosposia, patrząc na to w jaki sposób Erick ją traktował. Dla Alicji to był bezsprzeczny fakt, że autorem jej podbitego oka był właśnie on.
Dziewczyna chciała o coś zapytać, ale trzask wejściowych drzwi odwrócił jej uwagę. Z przerażeniem spoglądała w stronę salonu, a potem przeniosła zdenerwowany wzrok na Alicje.
-Nie powinnam z tobą rozmawiać- Wysapała szybko, zajmując się czymś co zmusiło ją od odwrócenia się do dziewczyny tyłem.
W salonie było słychać ciche śmiechy i zdawkowe zdania. Niski barytno Ericka obił się o jej uszy zatrzymując ją w półkroku. Od razu odechciało jej się jakichkolwiek pogaduszek z Jasminne. Chciała jedynie niezauważona przemknąć na górę, co akurat nie było możliwe, ponieważ droga do schodów prowadziła przez samo centrum salonu. Odwróciła się szukając jakiegokolwiek wsparcia w Wierze, lecz niestety dziewczyna nawet lekko nie odwróciła się w jej stronę. Wzrok tępo miała wbity w blat, jakby czekała tylko a to by Alicja opuściła pomieszczenie.
Nie uśmiechało jej się konfrontować z Erickiem, ale tu również nie była mile widziana. Wzięła głęboki oddech i dla rozluźnienia uniosła lekko ramiona. Powoli skierowała się ku wyjściu w akompaniamencie kolejnego trzasku drewnianej konstrukcji, tym razem w innej części domu, lecz nadal na parterze. Istniała szansa, że Erick zamknął się w swoim gabinecie, co Alicja zamierzała wykorzystać. Szybkim krokiem, wręcz wybiegając skierowała się do salonu, gdzie siedziała jej matka. Odziana w zwiewną, kremową koszule nocna otulona chusta do kompletu. Jej rude włosy ledwo trzymały się w spiętym koku, a usta wykrzywiały się w krzywym uśmiechem. Alicja otrząsnęła się na jej widok. Z szampanem w reku, w drugiej zaś trzymała tablet przesuwając po nim wzrokiem. Była nad wyraz zrelaksowana i spokojna, zupełnie jakby sprawa sprzed kilku dni była czymś naturalnym, lub po prostu nie miała miejsca. Alicji przemknęłam nawet przez głowę myśl, że to ona jedynie to roztrząsa. Wszyscy wrócili do swoich codziennych zajęć. Dawid nadal znikał na całe dnie, a Nikola szwendała się po mieszkaniu, lecz tym razem więcej czasu spędzając w pokoju. Może Alicja nie pragnęła, aby Nikola teraz popadała w paranoję, lecz jej zachowanie wprawiło ją w lekka niepewność. Była spokojna, jakby już kiedyś ktoś powiedział jej, że taka sytuacja będzie miała miejsce, mimo, że kiedy stała naprzeciw spluwy Alicja miała wrażenie, ze jeszcze chwila a dziewczyna upadnie na ziemie.
Mimo wszystko, Alicja nie potrafiła się powstrzymać i prychnęła na widok swojej rodzicielki. Ta zaś uniosła wzrok w jej kierunku i widząc ją odstawiła kieliszek na stolik i uśmiechnęła się lekko.
-Alicja- Powiedziała spokojnie, rozprostowując nogi i wkładając je w kapcie. - Usiądziesz, córeczko?- Zapytała. Delikatność, która opuściła jej usta doprowadziła Alicje do mdłości, które ostatnio ustały. Dziewczyna pokręciła głową śmiejąc się przy tym. Jasminne patrzała na nią sprawiając wrażenie zdziwionej jej zachowaniem.
-W co ty grasz?- Zapytała ostro. Nie mogła na nią patrzeć. Widziała w niej jedynie puszczalską dziwkę, która pozbawiła ja normalnego życia. Nie tak wyobrażała sobie swoją matkę.
-Nie rozumiem- Podniosła się z kanapy kierując w stronę swojej córki.
-Myślisz, że nie wiem?- Zaśmiała się cynicznie.- Myślisz, że nie wiem o tym jak pieprzysz się z Erickiem? O tym, jak przez ciebie tata nie żyje?- Warknęła ledwo powstrzymując swoje dłonie od uderzenia jej. - Po co wam jestem? Czego ode mnie chcesz? Nie wystarczy ci, że zabiłaś jedyną osobę, której w jakiś sposób na mnie zależało? Że zamknęłaś mnie w domu dziecka pozwalając żyć złudną nadzieją, że kiedy skończę osiemnaście lat znajdę cię i będę w końcu miała normalny dom?
- Prawie płakała. Miała już dość. Gdzie się nie obróciła czyhali na nią ludzie, którzy łaknęli jej śmierci bądź krzywy. Nie potrafiła pojąc jak bardzo jej rodzina była chora. Utknęła w jakimś psychicznym okręgu, gdzie mafia jest czymś zwykłym, a wymachiwanie bronią rozrywka.
-Twój ojciec sam się w to wkopał- Mruknęła pewnie.
-Bo cie kochał!- Krzyknęła.
-Alicja...-Westchnęła- Też go kochałam, ale nie samą miłością człowiek żyje- Uśmiechnęła się szyderczo- Dave dowiedział się interesie Ericka, o tym, że brałam w tym udział. Wiele rozmawialiśmy o tym. Tłumaczyłam mu, że jak raz się w to wejdzie to nie ma odwrotu, a ja naprawdę- gdybym tylko mogła chciałam się od tego odciąć, być z twoim ojcem...
-Kłamiesz!-Jęknęła zapłakana. Jasminne obdarzyła ja lekceważącym spojrzeniem.
-Mądra dziewczynka- Mruknęła popijając szampana.- Wracając. Twój tatuś był naiwny i szybko wkręcił się w interesy. Zapach łatwych pieniędzy stał się jego ulubioną wonią. W tym wszystkim się po prostu pogubił i cóż- Odłożyła kieliszek bacznie obserwując żałośnie zalaną łzami Alicję.- Skończył jak skończył. Może gdyby nie dowiedział się o ciąży, nadal by żył.
-Nie obwiniaj mnie o to- Warknęła podchodząc do Jasminne bliżej.
-Dave dowiedział się, że jestem w ciąży tego samego dnia, kiedy przyłapał mnie całująca się z Erickiem. Myślał, że to jego dzieckiem jesteś- Alicja przełknęła gulę, która pojawiła się w jej gardle. To nie mogła być prawda. Ona nie mogła być siostrą Dawida.
-Wpadł w furię i krzyczał, że wszystko sprzeda policji, że ma wystarczające dowody. I tak to się zaczęło. Potwierdziło się, ze jesteś córką Dave'a, a on już do końca życia był pod odstrzałem.- Uśmiechnęła się sama do siebie- Sześć lat, wytrzymał Sześć lat ciągłych gróźb. Powiem ci, że zaimponował mi tym, przecież w międzyczasie był jeszcze idealnym tatusiem- Zaśmiała się- No, ale niestety nawet jego ukochana córeczka nie była w stanie utrzymać go przy życiu, no i sobie strzelił biedaczek- Wzruszyła ramionami, jakby to co stało się z jej mężem nigdy tak naprawdę jej nie dotknęło- Zostawił mnie z tobą na dwa lata, ale potem było już tylko z górki. Pozbyłam się balastu, a Erick w końcu mógł poświęcić mi całkowita uwagę. Nie byłam już kochanka, a kobietą na pierwszym miejscu.
-Jesteś potworem- Szarpnęła ją- Zabiłaś mojego ojca, a Dawidowi odebrałaś matkę, tylko po to, aby tobie było wygodnie. Jesteś nic nie wartą szmatą- Pchnęła nieco kobietę, która z lekka się zatoczyła. Jednak wystarczyła chwila, aby z zamachem wycelowała w policzek Alicji z silnym plaskiem. Dziewczyna ugięła się w pół automatycznie chwytając się za obolałe miejsce. Oczy znów zaszył jej łzami, tym razem z bólu.
-Nienawidzę cie- Wysyczała i wybiegła z salonu.
Chciała jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Nakryć się kołdrą i uspokoić. Po prostu wziąć oddech i poczekać na Dawida, który od kilku godzin siedział w pokoju przy telefonie organizując wszystko, aby mogła w końcu się stąd wyrwać.
Chciała wbiec po schodach, jednak w połowie znieruchomiała. Minęła chwila a zwinęła się z bólu łapiąc się za dół brzucha. Ból był nie do opisania, jakby ktoś rozrywał ją od środka, na zmianę zaciskają wszystko w jej wnętrzu. Nie mogła się wyprostować. Ledwie stawiała kolejne kroki na schodach, a kiedy wspięła się już na górę ostatnimi siłami utrzymując się na nogach dopadła drzwi od pokoju Dawida. Uderzyła w nie całym swoim ciałem na ślepo odnajdując klamkę, która szybko nacisnęła. Drzwi po chwili odpuściły, a ona dostała kolejnego ataku bólu, który przeszył jej całe ciało. Otwierając drzwi runęła na podłogę w progu, a oczy jej zaszły mgłą.
-Kurwa mać!- Krzyknął Dawid podbiegając do dziewczyny.- Do szpitala- Warknął do kogoś, chyba do telefonu.
Alicji i tak był wszystko jedno. Chciała, żeby to już ją opuściło. Chciała poczuć ulgę.
Ból przybrał znów na sile, kiedy oderwała się od ziemi wskutek Dawida, który pospiesznie wziął ja na ręce.
Nim straciła świadomość słyszała jak brunet zbiega z nią po schodach, a potem w pośpiechu opuszcza dom.

Wtedy nie liczyło się już nic. Nic prócz myśli, ze właśnie mogła tracić swoje dziecko.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Omegaverse?

Dzień dobry czytelnicy~~
Jako iż mam jakieś 5 rozdziałów w trakcie pisania, ale 0 skończonych, a mam zamiar dodać te 5 jutro to... Muszę się zapytać zanim cokolwiek zrobię, bo w sumie to spora część jest związana z tematem.
Co myślicie o Omegaverse? Może być, mniam czy fuj? Znaczy ja na przykład nie jestem specjalną fanką mprega, także na przykład ten element nie będzie występował często, ale co myślicie o samym koncepcie? Powinnam pisać ostrzeżenia? *w kropce jestem*
Ah, ps, mimo wszystko Omegaverse nie wiążę z byciem wilkołakiem zawsze, także jak ktoś się o to martwi to już nie musi. XD

niedziela, 12 listopada 2017

Proszę Wszystkich o powstanie, Alex prosi o wysłuchanie!

Cziki Cziki taaaa...
Lalalala...
Ekhem...

Ostatnio wpadłam na pewien pomysł.
Mianowicie, pomyślałam o założenie naszego tak jakby fanpage'a? Na instagramie, albo facebooku (jakbyście woleli)
Wiem, zę nie jest nas tu dużo, ale wydaje mi się to wygodne. Mogłybyśmy tam dodawać nasze raki, czy też informować czemu umarłyśmy XDD Moglibyście wiedzieć mniej więcej na bieżąco co tam u nas i wgl... (taaa jeśli kogoś to interesuje XD)
Przyznam też, że jest to też nasza czysto egoistyczna inicjatywa, ponieważ zapewniłoby nam to chodź troszkę większą rozgłośnie :D
Ale decyzja należy do was, bo to z wami trzeba tworzyć społeczność.
Piszcie w komentarzach, co o tym sądzicie :))
A i gdzie byście chcieli, aby on istniał. Wolicie facebooka Czy instagrama? Albo macie jakieś inne propozycje?
Dajcie znać, błaaaaagam <3

Ps: Dziękuje Anon, to zmieniło moje życie </3





Tydzień, który zmienił moje życie cz.8- Okej

Eh...
W komentarzu napisałam, ze rozdział pojawi się w zeszłym tygodniu, jak możecie się spodziewać - nawaliłam.
Przepraszam, ale naprawdę mam usprawiedliwienie!
Całą niedzielę uczyłam się do sprawdzianu, a w tygodniu też nie miałam czasu, aby coś naskrobać. Teraz zapowiada się nieco luźniej w szkole, także mam nadzieję dodawać regularnie.
Ponadto bardzo, ale to bardzo chciałabym zacząć dodawać dwa razy w tygodni. Jak wiecie pisze aż 4 opowiadania, i kiedy one pojawiają się tylko w niedzielę to odstępy między nimi są strasznie duże. Tak sobie pomyślałam, aby środy zarezerwować dla Violetty, a niedziele na OBKK i moje autorskie opko. Uważam to za dość dobry plan, także będę się starał tego trzymać.
Póki co cieszcie się nowym rozdziałem!
PS: Za moje zaległości proszę tylko i wyłącznie winić polskie szkolnictwo, które nakazuje robienia 1 sprawdzianu w miesiącu i moich nauczycieli, którzy kochają zwalać wszystko na jeden tydzień </3

Wchodząc do firmy nie wyciągnął słuchawek z uszu, tak jak miał to w zwyczaju. Każdego ranka witał swoich kolegów z pracy sympatycznym uśmiechem, a nawet zamieniał z nimi kilka zdań, ale nie dziś, kiedy zupełnie nie był w nastroju do niczego. Po prostu szybko przemknął przez korytarz, omijając recepcję gdzie pracowała Ino i zamknął się w swoim gabinecie. To co wydarzyło się ostatniego tygodnia, było czymś co zbyt dużo dla niego w pewien sposób znaczyło. Wczorajszego dnia kiedy wrócił do domu, dla niego to już nie było to samo miejsce. Nie czuł się tam na tyle dobrze, jak w mieszkaniu Kakashiego i był niemal pewny, że nie chodziło tu wcale o ładniejszy wystrój wnętrz czy też porządek. Zdecydowanie chodziło tu o obecność siwowłosego. I niby wszystko wskazywało na to, że powinien być w wyśmienitym humorze, przecież jeśli tylko miałby ochotę z nim porozmawiać, wystarczyło, że pofatyguje się w drugą część firmy, jednak rozstali się w zupełnie innych stosunkach. Nie miało być teraz nic. Żadnych rozmów, miłych (lub też mniej) uśmieszków, czy tez wspólnego lunchu. Niby umawiali się, że kiedy wszystko się skończy ich relacja wróci do normy, ale Obito był pewien, że nie potrafi tak po prostu jak dawniej wparować do jego gabinetu i być tym samym złośliwym współpracownikiem. Nie był w stanie oddzielić swoich prywatnych myśli na tyle, aby wejść tam i nie wspomnieć o tym jakże dość ekscytującym dla niego tygodniu. I choćby się wydawało, że to dość krótki czas, to jednak wywrócił jego świat do góry nogami (niekoniecznie w pozytywny sposób). Ten tydzień mógł zdecydowanie nazwać tygodniem, który zmienił jego życie.


Natrętne pukanie w szklane drzwi zmusiło go, aby oderwać wzrok od rozciągającej się panoramy miasta i odwrócić się w kierunku gościa. Machnięciem ręki zaprosił Rin do środka, bo było wręcz oczywiste, że to ona. Nikt w tym miejscu nigdy cierpliwie nie czekał, tylko uprzedzając się krótkim wręcz niesłyszalnym pukaniem wparowywał do środka, co niezmiernie go irytowało.
Nie uniósł głowy znad komputera, by pozorować na wielce zapracowanego. Co jak co, ale nawet Rin nie była tą osobą, z którą mógłby się podzielić tym, co tak naprawdę zaprząta mu głowę. Recepta na to była tylko jedna. Sam musiał się z tym uporać poszukując odpowiedniego lekarstwa.
-Co dla mnie masz?- Wciąż profesjonalnie, nie wzbudzając żadnych podejrzeń zaczął interesować się teczką, którą kątem oka zauważył w dłoniach młodej kobiety.
-Nowe zlecenie- Mruknęła posępnie. Ton jej głosu zmusił Kakashiego, aby na chwilę się tym zainteresować. Jej mina mówiła zbyt wiele. Zawartość teczki, nie była zwykłym zleceniem. Był niemal pewien, że to co tam zobaczy- nie spodoba się mu.
-Pokaż mi to- Zażądał.
Rin dla własnego dobra zwlekała z wykonaniem polecenia. Może Kakashi nie był wybuchowy, i błahe rzeczy nie wyprowadzały go z równowagi, jednak miał swój czuły punkt, który właśnie znajdował się w tych papierach.
Spojrzeniem wymusił od niej ruch i gwałtownie przejął teczką otwierając ją szybko. Uważnie wertował każde strony marszcząc niekiedy brwi.
-Miesiąc to nieco mało czasu jak na rozpoczęcie projektu- Odparł spokojnie, na co Rin doznała niemałego szoku.
Niemożliwe, że nie zauważył- pomyślała.
-M-mało czasu?- Wyjąkała zdezorientowana. - Czy ty widzisz co tam pisze?- Zapytała z pretensjami. Kakashi oparł się o fotel nieznacznie odpychając się przy tym i poluzował krawat.
-Umiem czytać, Rin- Zapewnił- Więc jak się domyślasz, wiem jak ma to wszystko przebiegać. Racja, nie jestem z tego powodu jakoś szczególnie zadowolony, ale czystym nieprofesjonalizmem byłoby, gdybym pobiegł z tym do szefa domagając się zmiany partnera. Oboje wiem, że nawet jeśli, Minato nigdy na to nie pójdzie- Odparł zdegustowany. Można by było rzec, że Rin przez chwilę zamurowało. Liczyła na jakieś kąśliwe uwagi i pretensje, a to było miłym zaskoczeniem. Problem polegał na tym, ze od jej pamiętnych urodzin, relacja tej dwójki się zmieniła i wyglądała z lekka na podejrzaną.
-Co zamierzasz zrobić?- Zapytała. Kakashi wyciągnął srebrny długopis z futerału i złożył parafkę w odpowiednim miejscu, gdzie była mowa o zobowiązaniach dotyczących projektu.
-Jak to co? Wykonać to co zostało mi przydzielone. Zaniesiesz mu to, czy ja mam to zrobić- Ta nagła zmiana w tonie jego wypowiedzi wyprowadziła ją z równowagi. Kakashi nigdy jej się nie spowiadał jeśli chodzi o życie prywatne. Nigdy na tyle, aby wiedzieć o co mogłoby się rozchodzić w tej sprawie. Zawsze to ona wyzbywała się swoich problemów opowiadając o tym, jednak tym razem czułą, ze dołoży wszelkich starań, aby pociągnąć go za język, nawet kosztem uchlanego Hatake na jej kanapie.
-Jeślibyś mógł to zrobić, wiesz Minato przyniósł mi dzisiaj stertę papierów do wypełnienia i...- Zaczęła tłumaczyć.
-Okej- Przerwał
-Okej?- Teraz zdecydowanie pragnęła wyjaśnień. To ani trochę nie było normalne.
Kakashi spojrzał na nią marszcząc brwi. Chwile przypatrywali się sobie, ponieważ Rin nie byłą w stanie wyjść z podziwu. Ktoś podmienił jej współpracownika, takie rzeczy nie mogły się dziać naprawdę.
-Okej...-Wyszeptała pod nosem i skierowała się ku drzwi.
-Rin?- Zawołał nim kobieta zdążyła opuścić jego gabinet.
-Tak?- Odwróciła się w jego stronę przymykając lekko już otwarte drzwi.
-Może chciałabyś wyskoczyć gdzieś dzisiaj wieczorem?- Zapytał. Rin spojrzała na niego jak na kompletnego idiotę. Byłą świecie przekonana, że to jej się śni, przecież to nie miało prawa się wydarzyć. Tydzień temu musiała siłą wyciągać go z mieszkania, a teraz? Coś się zadziało i jej zadaniem było dowiedzieć się co takiego, bo obecny Kakashi, nie był sobą.
Skinęła lekko głową i wyszła z gabinetu pospiesznie kierując się do swojego biurka.
Hatake nie był do końca przekonany co do tego pomysłu. Nawet nie wiedział dlaczego taka propozycja opuściła jego usta. Miał wrażenie, że nie był do końca świadomy, tego co wygadywał. Tak przynajmniej się czuł, ale zawsze mógł powiedzieć, że coś mu wypadło, albo w jakikolwiek sposób się z tego wymigać, tyle że o ile strasznie nie lubił przebywać w barach  popijając piwo, jeszcze gorsza była wizja spędzenia samotnie wieczoru w pustym mieszkaniu.
Jeszcze raz spojrzał na dokumenty, które miał przed sobą i westchnął. Zapowiadał się ciekawy miesiąc w towarzystwie Uchihy, i sam już nie był pewien, czy bardziej jest zły, czy wdzięczny za obrót sytuacji.
Odszedł od biurka i skierował się do stolika, gdzie stałą karafka z zimną wodą. Zapełnił szklankę, by po chwili jednym cięgiem wyzbyć się zawartości. Zapiął guzik marynarki i poprawił krawat. Chwycił teczkę i włożywszy sobie ją pod rękę umieścił doń w kieszeń i dumnym krokiem opuścił gabinet, kierując się do działu reklamy.

Nie wysilając się na pukanie, tak jak robił to Uchiha kiedy zaszczycał go swoją obecnością wszedł do jego gabinet i rzucił na biurko biała teczkę. Nie zmienił postaw. Wciąż z dłonią w kieszeni, dość dumnie stał naprzeciwko intensywnie obserwując Obito, którego wzrok machinalnie przejechał po całym jego ciele, aby dopiero po chwili zatrzymać się na jego twarzy. Kakashi mógł się założyć, ze zauważył cień uśmiechu, który przemknął przez jego usta. On jednak stał niewzruszony z kamienną miną.
-Co to jest?- Zapytał niepewnie chwytając biała teczką.
-Zlecenie, podpisz i bierzemy się do roboty. Mamy mało czasu- Oznajmił wyniośle.
-My, razem, wspólne zlecenie?- Zapytał nie dowierzając.
-Tak, klient całkiem sporo płaci, ale domaga się stworzenia zupełnie czegoś od podstaw bez żadnych wytycznych. Nie damy rady na osobności- Wytłumaczył. Obito przytaknął i dla pewności przeczytał z grubsza dokumenty, które podpisał tuż pod widniejącą parafką Hatake.
-Proszę- Przysunął papiery w stronę Kakashiego, który zdążył usadowić się na krześle. Przechwycił to szybko upewniając się, ze podpis faktycznie tam widnieje i i zamknął teczkę.
-Kakashi- Zaczął zwracając jego uwagę. Hatake uniósł wzrok na Obito, który wyglądał na nieco zdenerwowanego. Omal powstrzymał uśmiech, który chciał wkraść mu się na usta, kiedy spojrzał w jego oczy. Otwarcie sam przed sobą musiał przyznać, że polubił tego skurczybyka. Chyba tylko polubił...
-Od kiedy mówisz do mnie po imieniu?- Zapytał chłodno. Ciężko było mu teraz tak z nim rozmawiać, kiedy przez ostatnie dni ich relacja wyglądała zupełnie inaczej. Nie chciał być wobec niego taki, ale jednak liczył się z tym, że z ich czystych relacji przyjacielskich nigdy nic nie wypali. Ponieważ jedno było pewne, ta relacja już dawno straciła szanse na przyjaźń.
Obito otworzył szerzej oczy i przełknął gulę w gardle. Jego wyobrażenia były złudne, licząc na to, że choć trochę ich relację ulegną zmianie. Naprawdę na to liczył. Chciał, aby ich relacja była chodź trochę bardziej przyjacielska, ale czy to było możliwe? Kiedy tylko na niego patrzał miał ochotę robić zakazane rzeczy, więc czy przyjaźń z nim naprawdę była możliwa?
-A więc to tak- Odsunął się od biurka i nieco bardziej rozłożył na fotelu. Diametralnie zmienił swoją postawę. Skoro Kakashi doszczętnie zniszczył w nim jakąkolwiek nadzieję na cieplejsze zachowanie wobec niego- Obito znów chciał być tym kto dominował. Inaczej nie mógł sobie tego wyobrazić. Obserwował Kakashiego z czystą ciekawością oglądając jego rekcje, albo bardziej posępną minę, która nie uległa zmianie odkąd pojawił się w jego gabinecie.- Nie mam co liczyć, prawda? Zapytał układając usta w złośliwym uśmiechu. Kakashi prychną.
-Myślałem, że to oczywiste, Uchiha- Dosadnie podkreślił jego nazwisko i zacisnął palce na teczce. Kiedy Obito lustrował go wzrokiem, on jakby zaczął się nieco dusić. W pomieszczeniu zrobiło się cieplej, a krawat uwierał go w szyję, dlatego czym prędzej zgrabnie palcami poluźnił go, będąc dalej pod intensywnym spojrzeniem Uchihy.
Obito zaśmiał się widząc to skrępowanie na jego twarzy i czerwieniące się policzki, zapewne od nagłego skoku temperatury. Nie mógł tak zwyczajnie z nim pracować. Sam z siebie tak na niego działał. Oni w jednym pomieszczeniu tworzyli napiętą atmosferę, która dla nich była jednoznaczna. To oczywiste, co przemykało im przez głowę, kiedy oboje mierzyli się pewnymi spojrzeniami. Jeden odczuwał to w kręgosłupie, drugi na policzkach, a mimo to nadal zachowywali tę profesjonalną postawę.
-Liczyłem, że żartowałeś- Posmutniał układając dłoń na biurku i powoli popukując w blat palcami. Kakashi szybko spojrzał na nią, ale zaraz potem odchrząknął i poprawił się na krześle.
-Słuchaj, tak jak się umawialiśmy- Wstał z krzesła poprawiając jedną ręką marynarkę.- To co się działo w moim mieszkaniu, tam pozostało. Między nami to nic nie zmienia. Chce, aby nasza relacja nie uległa zmianie. Myślę, że to fair dla nas obu- Obito jedynie kiwnął głową, pozwalając tym samym Kakashiemu na szybkie ulotnienie się z tego pomieszczenia.
Brunet został sam uśmiechając się diabolicznie, odwracając się w stronę okna. Po dzisiejszej wizycie był pewien, że musi go złamać. Nie była w stanie tak pracować, Kakashi zbytnio go rozpraszał, ale skoro pragnął dalszej rywalizacji, Obito wiedział, ze bez problemu mu ją zapewni.
Gwałtownie odwrócił się w stronę swojego telefonu i połączył się ze swoją sekretarką.
-Umów mnie z Nagato, na wczoraj- Zażądał.

środa, 1 listopada 2017

Miesiąc Halloween!

Witajcie w miesiącu Halloween!
Taki mały event na blogu, okazja, żeby coś zmienić. 
Co do opek, czy coś z tej okazji powstanie? Jeszcze nie wiem. XD
Myślałam o miesiącu Supernatural, ale szczerze to w praniu zobaczymy co z tego wyjdzie.
Tak jak mówiłam, w sumie to istnieje on tylko dlatego, bo tło nam się znudziło... No i kochamy Halloween :')
Oto nowe tło:
A cosplay'ują Damien i Toby!
Ah, chciałam to narysować, nie żartuje, od roku~~ 
PS. Jak ktoś ma jakieś zachcianki na miesiąc Halloween to ja jestem jak najbardziej otwarta. XD

poniedziałek, 30 października 2017

Nadzieja Umiera Ostatnia #23- Zawsze

Oł yeah wyrobiłam się przed 00:00



Deszcz z hukiem odbijał się od szyby w aucie, zmuszając tym samym wycieraczki do intensywnego ruchu. Nocne światła lamp odbijały się od kropli wody, nice rażąc go po oczach. Siedział w ciszy nasłuchując jedynie opadających kropel na szybę, paląc któregoś już z kolei papierosa.
Czekając na Issacka liczył tylko i wyłącznie na to, że lada dzień będzie mógł to wszystko odkręcić. Na tym mu zależało, aby Alicja i jego dziecko byli bezpieczni, aby zabić w sobie jakiekolwiek poczucie winy. Nie mógł od tak zaangażować się w jej życie. Powodów było wiele, ale pozostanie z dziewczyną wiązało się z ciągłym życiem w niepewności. Bo tak właśnie było. Kiedy chodź na trochę się uspokajało, cały czas z tyłu głowy myślał o tym, że Erick coś znów wywinie. Nigdy się do tego nie mylił, tak zawsze się działo. Cisza przed burzą. Burzą, która zawsze siała spustoszenie w jego życiu.
Dźwięk otwierających się drzwi od strony pasażera zmusił Dawida, aby spojrzeć w tamtą stronę. Kilka kropel deszczu wylądowało na jego spodniach, kiedy Isaack otrzepywał swoje włosy z nadmiaru wody. Jęknął zirytowany. Sparks spojrzał na niego z ukosa mierząc przy tym morderczym spojrzeniem.
-Nie patrz na mnie jak idiota, tylko mów po co chciałeś się spotkać- Przeszedł do rzeczy kierując w stronę kumpla paczkę papierosów i zapalniczkę. Ten z ochotą to przyjął i odpalił tytoniowy wyrób. Trzymając tlącego się szluga w ustach, spod jeansowej kurtki wyciągnął małą paczkę i podarował ją Dawidowi. Chłopak przyjął ją i spojrzał na niego, zbytnio nie rozumiejąc dlaczego tak właściwie trzymał to w dłoniach.
-Słuchaj, Emilia Orzechowska to młoda dziewczyna z Polski, która przypałętała się do Anglii do pracy. Jej rodzice zginęli w wypadku, a z dalszą rodziną nie ma kontaktu, rozumiesz?- Spytał jednocześnie opuszczając szybę samochodu, aby pozbyć się nadmiaru popiołu z papierosa.
-Nie do końca- Mruknął zdezorientowany przeglądając liczne kartki z dokumentami. Akt urodzenia, świadectwa ze szkoły, legitymacje, którym jedynie brakowało dokleić zdjęcia. Wszystkie dokumenty, które posiadał normalny obywatel, wraz z wnioskiem o dowód osobisty.
-To jest wszystko, co udało mi się skombinować, aby zapewnić jej nową tożsamość. Na ten moment nie jestem w stanie wymyślić nic innego, ale jeśli tylko jakichś dokumentów będzie brakować, zajmę się tym. Kwestia tego, czy jesteś jej w stanie załatwić lokum w Londynie
-Dlaczego akurat tam?- Zapytał lekko oburzony i schował dokumenty do schowka. Isaack westchnął i odgarnął mokre włosy z czoła.
-Wiem, że ci się to nie spodoba, ale powinieneś zwrócić się o pomoc do Xaviera
-Czy ciebie pojebało?- Zapytał nie dowierzając. -Mam prosić tę dziwkę o pomoc? Poradzę sobie sam- Mruknął odwracając wzrok.
-Tu nie chodzi o ciebie. Nie zapewnisz dziewczynie bezpieczeństwa będąc sto kilometrów dalej, a on tam będzie mógł mieć na nią oko. Zwłaszcza, że ktoś nieodpowiedzialny zrobił jej dziecko- Spojrzał na niego porozumiewawczo.
-Jeśli masz mnie oceniać, to lepiej zakończmy tę rozmowę- Ostrzegł.
-Schowaj dumę do kieszeni i idź się przed nim płaszcz, bo po ostatniej akcji omal nie skończył przez ciebie w pudle. Przykro mi, ale Xavier jest jedyną opcją-Warknął.
-On jest kurwa w zmowie z moim ojcem, myślisz, że jest odpowiednią osobą? Pierwszy ją wyda, jak tylko poczuje zapach hajsu. Łatwa suka.
-Był w zmowie. Teraz się lansuje w Londyńskim apartamencie i z tego co wiem nie miał kontaktów z twoim ojcem od siedmiu miesięcy. Nie masz innego wyjścia.-Zapewnił go.
Dawid nie do końca był przekonany, aby to robić. Nie uśmiechało mu się błagać o pomoc brata, z którym od pewnego czasu nie układało mu się najlepiej. Cóż, wszystkiemu jednak winien był Erick, ale Dawid nie mógł pogodzić się z myślą, jak bardzo zapatrzony w papierki z nominałami był jego młodszy brat.
-Ta, zadzwonię do niego- Mruknął niezadowolony.
-I umówisz się na spotkanie- Dokończył, na co Dawid gwałtownie odwrócił się w jego stronę.
-Chyba żartujesz?- Krzyknął.
-Spuść z tonu jak ze mną gadasz- Karcił- Mam cię uczyć, że takich spraw nie załatwia się przez telefon? Myślałem, że to już wiesz, ale jak widać myliłem się. Tak samo jak w kwestii używania prezerwatyw- Wzruszył ramionami.
-Pierdol się Sparks, pierdol się-Warknął i odpalając szybko samochód włączył się do ruchu.

-Co jest?- Zapytał Isaack, kiedy zaparkowali pod domem, a Dawid wydawał być jeszcze bardziej wkurzony niż wcześniej, a przecież się do niego nie odzywał.
-To samochód Roberta Zane'a- Chwycił szybko za klamkę chcą jak najszybciej wysiąść z auta.
-Nie możesz tak po prostu tam wparować- Powstrzymał go.
-Nie rozumiesz? Jeśli wie, że dziewczyny są w domu, nawet nie chce myśleć co tam się dzieje. On musi mieć jakieś porachunki z nimi związane, inaczej Erick nie trzymałby ich w domu po nic. Musimy tam iść- Wybiegł z samochodu, a tuż za nim Isaack. Oboje zatrzymali się przy wejściu, a zza szpary z niedociągniętej firanki chcieli coś zobaczyć.
-Nic nie widać- Mruknął Isaack
-Dobra, wchodzę tam- Oznajmił i po chwili oboje byli już w środku. Śmietanka towarzyska w składzie jego ojca i Jasminne ze spokojem popijała szampana, kiedy Robert wraz z bronią w dłoni szarpał się z Alicją.
-Puść ją, Robert- Zażądał na tyle głośno, aby mężczyzna odwrócił się w jego stronę. Popchnął Alicję, która nieco się zachwiała, ale zaraz po tym okryła swoim ciałem płaczącą już Nikole.
-Dawid, dawno się nie widzieliśmy. Można by powiedzieć, że nawet się za tobą stęskniłem- Zakpił i sięgnął ręką po whisky, która stała na szklanym stole w towarzystwie butelki od szampana i truskawek.
-Widzę, że urządziliście sobie miłe spotkanie towarzyskie. Dlaczego w takim razie ściągnąłeś tu dziewczyny?- Zapytał spokojnie, dając w międzyczasie znak Alicji, aby wraz z Nikolom poszły na górę. Dziewczyna niemal od razu zrozumiałą przekaz i chwilę później obie zniknęły mu z pola widzenia.
-Cóż, nie ukrywam świetnie nam się gawędziło, a dziewczynki jakoś tak same się napatoczyły. - Wyjaśnił sięgając tym razem bo truskawkę. - Poza tym, nie dziw mi się, że chciałem poznać moje przyszłe kobiety- Uśmiechnął się szyderczo.
-Co ty pieprzysz?- Zapytał zdenerwowany. Niemal od razu tuż obok pojawił się Isaack.
-Właśnie omawiałem z twoim tatusiem- Wskazał na Ercika, który jedynie pomachał mu ręką uśmiechając się przy tym w ten obrzydliwy dla Dawida sposób.- Oboje uzgodniliśmy, że jako spłatę długów, za ich ojców mogę sobie je wziąć. Nie ukrywam, bardzo podoba mi się ta opcja. Marzę o tym, aby odebrać tej rudej ślicznotce wianuszek- Rozmarzył się. Dawid zaśmiał się i podszedł do mężczyzny bliżej. Zaciągnął się tą mieszanką piżma i papierosów, przez co nie mal od razu zrobiło u się nie dobrze. Dokładnie tak pachniał każdy sukinsyn, którego spotkał na swojej drodze. Nie mówiąc już o jego ojcu, którego deski w gabinecie były przesiąknięte tym smrodem.
-Przykro mi, ale- Zniżył się nieco, aby być na idealnej wysokości. Oko w oko.- Byłem pierwszy- Mruknąwszy ugryzł owoc w dłoni Roberta i poklepał go pocieszająco w plecy- Nie martw się,było tylko lepiej niż zajebiście- Niemal usłyszał to złośliwe parsknięcie Isaacka. Robert mocniej zacisnął palce na szklance i powstrzymywał się od wybuchu złości. Jedynie odstawił naczynie na stolik i desperacko poprawił marynarkę.
-Na mnie już czas. Zadzwoń do mnie, kiedy dokończysz umowę- Zwrócił się do Ericka, który tylko skinął głową, a następnie spojrzał na Dawida, który uśmiechał się zwycięsko- A ty, naucz się trzymać na swoim placu zabaw- Dawid na odchodne posłał mu buziaczka, a potem w mieszkaniu rozległ się tylko huk trzaskających drzwi.
-A więc dlatego je tu ściągnąłeś?- Podszedł do Ericka. - Lubisz spłacać swoje długi ludzkim życiem?- Zapytał, kiedy to Erick pofatygował się, aby wstać.
-Ostrzegałem, że twoje decyzje będą miały konsekwencje w przyszłości. Nie chciałeś słuchać, bo nadal myślisz, że nic nie mogę ci zrobić, i może masz rację. Bo na ciebie nie mam nic, ale na twoich bliskich już tak- Zagroził- Wybacz, że nie przemawiają prze zemnie ojcowskie instynkty
-Mówisz, tak jakbyś kiedykolwiek je miał- Mrukną złośliwie. Zaraz potem poczuł jak jego ciało zderza się mocno ze ścianą uderzając przy tym głową. Jęknął z bólu. Isaack chciał interweniować, ale Jasminne powstrzymała go zaciskając dłoń na jego barku.
-Nie pierdol takich rzeczy. Myślisz, że gdybym nie miał krzty ojcowskich zapędów to byś tu był? To byś w ogóle wiedział kim jestem? Wywaliłbym twoją matkę na zbity pysk, a ta skończyła by pod mostem, bo nie miała nic prócz moich pieniędzy. Ty i twój brat jesteście na mnie skazani, bo nic nie znaczycie- Dawid splunął mu prosto w twarz i odepchnął z całej siły, przez co starszy mężczyzna zatoczył się upadając na na ziemię tłukąc przy okazji wazon.
-Uwierz, że wolałbym wychować się pod mostem, niż żyć z takim szują jak ty- Podszedł do niego chwytając go za krawat lekko podduszając go przy tym- To ty jesteś nikim. Prędzej czy później zgnijesz w pierdlu, gdzie twoje pieniądze nie mają znaczenia. Patrząc na twoje przekręty nie wykaraskasz się z tego szybko, o ile nie wcale. Nie znam się na prawie, ale za morderstwo, handel narkotykami i oszustwa podatkowe trochę posiedzisz- Pchnął go mocniej kopiąc jego nogi.
-Będę się zwijał, gdyby coś dzwoń- Pożegnał się Isaack. Dawid skinął głową, a chwilę potem został już sam z kalającym na ziemi ojcem i próbującą go uspokoić Jasmine. Nie chciał na to patrzeć, na tę żałosną scenę i po prostu udał się na górę, do pokoju Alicji.
Zapukał do drzwi, ale kiedy nie usłyszał odzewu po prostu wszedł do środka.
-Jeśli jesteś nago, zakryj się czymś- Ostrzegł chowając się jeszcze chwilę za drzwiami, po czym bez żadnej krępacji wszedł do środka. Dziewczyna nawet nie uraczyła go spojrzeniem, kiedy zajęta była szybkim upychaniem swoich rzeczy do plecaka.
-Co ty robisz?- Zapytał zdziwiony. Alicja puściła torbę na ziemię i powoli skierowała się w jego kierunku.
-Pakuję się, nie widać?- Zapytała z ironią.
-Nie możesz- Zabronił, na co Alicja jedynie prychnęła.
-Nie będę tu ani sekundy dłużej. Przed chwilą jakiś gnój celował do mnie bronią, omal nie umarłam, a ty każesz mi tu zostać?- Zaczęła krzyczeć, a kiedy Dawid próbował ją uciszyć odepchnęła jego dłonie- Pomyśl nie o mnie, tylko o swoim jeszcze nie narodzonym dziecku. Ten dom to jakieś pierdolone gówno, do którego z premedytacją mnie wprowadziłeś. Wiedziałam, że nie mogę ci ufać- Wróciła do pakowania ostatnich ciuchów.
-To nie tak...-Próbował wytłumaczyć.
-A jak?- Tym razem Alicja nie dość, że była zła to po prostu płakała. Wciąż przerażona tym co działo się kilka minut wcześniej. Miała wrażenie, że dokładnie przed chwilą brała udział w jakimś filmie. To nie było możliwe, aby jej życie było aż tak popieprzone.- Pojawiasz się nie wiadomo skąd z ofertą, że zaprowadzisz mnie do matki, która okazała się szmatą zdradzającą mojego tatę, z twoim ojcem. Do tego jakiś przychlast twierdzi, że muszę spłacić dług Dave'a, który sobie zaciągnął, abym mogła mieć w miarę dogodne życie, a gdyby tego było mało napomknął coś, że to moja matka byłą winna śmierci mojego taty. Co ja mam o tym wszystkim myśleć, jak nie to, że byłeś z nim w zmowie?- Darła się przez łzy. -Gdyby Dave żył nie byłoby mnie tutaj. Prawdopodobnie szykowałabym się na studia, nie byłabym w ciąży,wiodłabym normalne życie nastoletniej dziewczyny, ale to ona jest wszystkiemu winna- Zlana łzami bezsilności usiadła na łóżku żałośnie zanosząc się szlochem. Dawid przykucnął naprzeciwko niej łapiąc ją za dłonie. Czuł się odpowiedzialny za to co w ostatnim czasie ją spotkało. To prawda. Jego życie było popieprzone, ale nie musiał jej w to wciągać.
-Słuchaj, wyciągnę cie stąd, obiecuje, ale to nie jest takie proste- Zaczął spokojnie zmuszając Alicję tym samym, aby obdarzyła go zapłakanym spojrzeniem.- Nie możesz tak po prostu uciec, bo jeśli Erickowi naprawdę na tobie zależy to cie znajdzie, nawet na innym kontynencie. Isaack załatwił papiery Emilii Orzechowskiej, którą staniesz się po ucieczce. Musisz wyjechać, najlepiej do Londynu, bo tylko tam jestem w stanie zapewnić wam bezpieczeństwo. Zaczniesz tam z nową kartą, znajdziesz pracę, a ja co jakiś czas będę wysyłał wam kasę. Będziecie z dala od tego całego gówna, przysięgam- Odgarnął opadające kosmyki włosów z jej czoła i delikatnie musnął jej policzek.
-”Z dala od tego gówna” to znaczy z dala również od ciebie?- Zapytała niepewnie, kiedy Dawid milczał ponownie na niego spojrzała i wsunęła rękę w jego włosy lekko za nie ciągnąc- Podjąłeś już decyzję, prawda?
-Tak będzie lepiej- Zapewnił.- Będę wam wysyłał pieniądze. Poradzisz sobie- Alicja prychnęła i gwałtownie wstała.
-Nie chce twoich pieniędzy, rozumiesz? Nie chce cię do niczego zmuszać, przecież ci to już mówiłam, ale ja się cholernie boje Dawid- Załkała.
-Dasz sobie rade, a ja muszę zniknąć z waszego życia. Zbyt wiele byś ryzykowała. Musicie być bezpieczni- Zamknął ją w mocnym uścisku. Alicja wtuliła twarz w jego szyję, a palce zacisnęła na kurtce. Powoli gładził jej włosy w uspokajającym geście. Nie wiedział dlaczego, ale podświadomie czuł, że tak trzeba, że tego jej trzeba.
-Znajdziemy ci lokum w Londynie i...
-Aleks- Przerwała mu nagle odrywając się od niego. Spojrzał na nią z uniesioną brwią oczekując czego bardziej konkretnego.- Aleks mieszka w Londynie
-W takim razie zadzwoń do niego- Zaproponował. To byłoby idealne wyjście. Alicja miałaby kogoś na kim mogłaby polegać, to była wygodna opcja.
-Nie mogę- Westchnęła.
-Nie rozumiem- Alicja obeszła całe łóżko i stanęła przy oknie wyglądając przez nie. Śmiało mogła stwierdzić, że pogoda nieco się polepszyła, ponieważ wiatr ustał, a deszcz stracił na mocy.
-Pokłóciłam się z nim rano. Wątpię, aby odebrał- Mruknęła smutno. Dawid podszedł do niej i objął ją ramieniem.
-W takim razie napisz sms'a, który poruszy jego obrażone serduszko- Zakpił, na co Alicja gwałtownie go odepchnęła.
-Musisz być tak bardzo irytujący? Nawet w takich chwilach? Było tak romantycznie...- Jęknęła

-Zawsze

niedziela, 22 października 2017

Ciekawy Pacjent cz. 29 - Przed burzą.

Z dedykacją dla Alexandry, bo jest cudowną osobą, która zawsze nam tutaj komentuje i jest z nami nieważne jak długą blog ma przerwę. ;-;
Swoją drogą, to cię przepraszam, ale ten rozdział wywołuje u mnie taki żal, że nie mogę na niego patrzeć. XD
Jak przeczytasz to się dowiesz dlaczego... No i śpię bez przerwy, ale to szczegół.
Myślę co tu zrobić ze swoim życiem, bo trzeba pisać opka a mi wiecznie coś nie pasuje... Hm... Może spróbuje siedzieć na podłodze. Może to mnie zainspiruje. No nieważne, zapraszam do czytania. XD
A i przepraszam bo jestem chujem. Miałam zrobić coś fajnego w tym rozdziale, ale podczas pisania był idealny moment na zakończenie i... Cóż, skorzystałam z okazji. I tak rozdział byłby strasznie długi... Może to i dobrze? Ale tak to przynajmniej jest większe napięcie. Chyba. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
***
Dobra, Toby musiał przyznać, że ta rozmowa absolutnie nie poszła po jego myśli. Chociaż z drugiej strony, kiedy Damienowi udało się akurat wpasować w jego przewidzenia?
Chociaż ze strony trzeciej, tym razem przesadził. Definitywnie przesadził.
Myślał Toby, zarumieniony z wściekłości, jednak nie z samej wściekłości, starając się ignorować triumfalny uśmiech Damiena, który dalej stał za blisko jak na jego upodobania. Skoro nie wiedział czy gorąco panujące w pomieszczeniu promieniowało z jego własnego ciała, czy z ciała Damiena, to tak, stał zdecydowanie za blisko.
Ale po kolei.
Właściwie, to od początku nie mógł tego określić tego dnia „normalnym dniem”. Nie codziennie przyznawał się do porażki. No i nie codziennie decydował o takich rzeczach w stosunku do kogoś, na kim mu zależało.
Złośliwy głos w jego głowie podpowiedział mu, że od dawien dawna nie zdarzyło mu się w ogóle „decydować”, ale postanowił go zignorować. Przynajmniej na razie.
Damien był specjalnie ostatnim umówionym pacjentem na dzień, w wypadku gdyby coś poszło „nie tak”. Wolał samemu zostać po godzinach niż kazać innym czekać, zwłaszcza, że generalnie to chciał i lubił przebywać z Damienem.
Zwłaszcza, że nie wiedział jaki będzie rezultat przyniesie ich rozmowa.
Ale cóż musiał ją przeprowadzić prędzej czy później. I szczerze, osobiście wolał wcześniej. Nienawidził tajemnic, zwłaszcza tych, których nie miał prawa zatrzymywać.
Ale kiedy ochroniarze ponownie wprowadzili Damiena, znowu miał on ten leniwy uśmieszek. Nie wyglądał chłodno, nie miał tego zamglonego i odległego spojrzenia, jakby Toby nie próbował rozmawiać z człowiekiem z krwi i kości a woskowym odlewem. Teraz jednak był zupełnie na miejscu, mentalnie i fizycznie, znowu wyglądając jak ktoś żywy, gotowy do przeżycia następnego dnia, zamiast zwyczajnego w nim istnienia.
Toby poczuł nostalgiczne ukłucie, widząc się w takiej samej pozycji co kilka miesięcy temu, gdy zobaczył tą żywą osobistość po raz pierwszy.
Ale nie zamierzał odpuścić. Musiał z Damienem porozmawiać, skłonić go do chociaż rozważenia opcji przeniesienia. Przecież tak by było dla niego najlepiej, a po to Toby tam był. Dlatego w ogóle go poznał. Żeby coś zmienić, na lepsze. Ciągle nie był pewien, że w ciągu tych kilku miesięcy zdołał osiągnąć to chociaż w najmniejszym stopniu.
Jako lekarz miał swoją dumę, ale jego duma mówiła mu, że zrezygnowanie z pacjenta to wcale nie przyznanie się do porażki. Chociaż z drugiej strony, jego duma nie potrafiła określić czym dokładnie to było. Toby nazwałby to zmianą taktyki. Z resztą to rozwiązanie wydawało mu się bardziej sensowne niż wieczne ukrywanie się ze swoimi pociągami pod pretekstem pomocy. Im bardziej Toby o tym myślał, tym bardziej odpychające mu się to wydawało. Gdyby przepisał Damiena, gdyby Damien wtedy został wypisany z psychiatryka, a wszystkie oskarżenia wobec niego zostały porzucone to przestaliby być "pacjentem" i "lekarzem". Przynajmniej to w pewnym stopniu by ich unormalniło, choć byłoby to tylko i wyłącznie na pokaz, a randkowanie ze swoim byłym pacjentem i tak było dziwne. Ale przynajmniej nie nielegalne.
Jednak musieliby się rozstać, na parę miesięcy. Na parę długich, samotnych i zimnych miesięcy i szczerze powiedziawszy, wydawało się to bardzo przerażające. Bo teraz, gdy patrzył w rozświetloną życiem twarz Damiena, wreszcie mógł myśleć trzeźwo, bez tej dziwnej desperacji ściskającej jego gardło, stale krzyczącej mu do ucha „zrób coś. Zrób coś zanim go stracisz”.
I teraz nie widział już prostego rozwiązania.
Bo co jeśli Damien wtedy zdąży się nim znudzić, co jeśli źle zinterpretuje jego słowa.
Toby mógł go stracić. Nie ważne jaką decyzję by podjął, i tak mógł zburzyć tą ich małą, chwiejną relację.
Znowu, każda decyzja jaką podejmował wydawała mu się nie taka jaka powinna być. Finalny produkt jego rozumowania nie był wystarczająco przemyślany i to nie dlatego że coś przegapił, tylko bo w ogóle czegoś nie przemyślał. Myślał sercem, nie rozumem. Znowu i znowu. Chciał po prostu, żeby wszystko przestało być takie skomplikowane i gdy o tym myślał, miał ochotę z miejsca wypisać na karcie Damiena, dużymi drukowanymi literami „ZDATNY DO ŻYCIA W SPOŁECZEŃSTWIE”, mimo tego że wiedział, że to nieprawda, bo osoba zdatna do życia w społeczeństwie umiała używać technologii i zdawała sobie sprawę jak ważna ta umiejętność była w dwudziestym pierwszym wieku, nie zamykała się w sobie, przypuszczalnie, bez większego powodu i nie wybuchała złością gdy nie dostała tego, czego akurat chciała.
Ale Toby zrobiłby to, bardzo impulsywnie i bez żadnych podstaw medycznych. Zrobiłby to bez mrugnięcia okiem, mimo tego, że do tej pory na samą myśl o kłamaniu czasami bolała go głowa.
Ale nie zrobił. Nie miał zamiaru tego zrobić, bo za gdy tylko zaczął poważnie zastanawiać się nad tym rozwiązaniem, czuł się jakby ktoś nagle wrzucił go do lodowatej wody. Ten irracjonalny lęk już dawno zagnieździł się w jego mózgu i świetnie zdawał sobie z tego sprawę.
Był nieźle popieprzoną, złamaną podróbką człowieka.
I musiał zrobić właściwą rzecz. Nieważne, że ta wydawała się bezwzględnie wbijać swoje ostre pazury w jego serce.
Przecież to było w porządku. Zawsze było w porządku.
Toby zdał sobie sprawę, że drzwi od jego gabinetu już dawno zatrzasnęły się za wychodzącymi strażnikami, a sam już pewnie od dobrych paru minut bezceremonialnie wgapia się w Damiena, wygodnie rozpostartego na kanapie, i klika długopisem w spokojnym, powolnym rytmie. Niesamowita cisza przerywana tylko tykaniem zegara nagle wydawała mu się być strasznie nieręczna. Oczywiście, Damien nie wyglądał na poruszonego, ale Toby był niemal stuprocentowo pewien, że Damien należał do grupy tych osób, którzy byliby całkiem wyluzowani nawet jeśli ojciec akurat przyłapał ich na urządzaniu orgii w jego własnym gabinecie. Zupełnie bez wstydu.
Wstał, kręcąc głową, starając się pozbyć następnych dziwnych skojarzeń, rzucając długopis na biurko i wzdrygnął się, odkrywając, że nawet takie stuknięcie wydawało się być niemal wybuchem bomby w tak intensywnej ciszy.
- Myślę. - Powiedział, jakby się tłumacząc i oparł się o przód biurka, delikatnie pukając w jego powierzchnię. Damien tylko uniósł brew w pośrednim zainteresowaniu i pomachał dłonią w geście „kontynuuj”. Wydawał się być całkiem rozbawiony sytuacją.
I Toby miał zaraz to zniszczyć. Zmiażdżyć całe rozbawienie, wyluzowanie i zainteresowanie jednym prostym zdaniem.
Nie przedłużaj tego, wyszeptał ostro ten mały i bezimienny, jednak tak dobrze znajomy głos w jego głowie.
Toby nie miał zamiaru przedłużać.
- Będę bezpośredni. - Oh jak dobrze rozpoznawał ten stalowy ton głosu. Ten który dla jego własnych uszu nie brzmiał, jakby należał do niego. Tnący tak ostro i dotkliwie jakby był maszyną. - Myślę o twoim przepisaniu.
Wtedy nadeszła chwila ciszy. Mała zmiana, bo Toby nie mógł zmusić oczu do odważnego spojrzenia Damienowi w twarz, zamiast tego pusto wpatrywał się w ścianę. Czekał na cios.
Bo ten ton od początku był obusiecznym mieczem.
- Co? - Usłyszał czysto oszołomiony głos Damiena, jakby słowo zostało z niego bardziej wydarte niż wypowiedziane.
Toby mocno zacisnął dłonie na biurku, podświadomie oczekując ciągu dalszego.
To był tylko początek burzy.

czwartek, 19 października 2017

Dwa Świat cz.11- Prawdziwe Wartości

Cześć Wszystkim,
Przepraszam, że dodaję z kilku dniowym opóźnieniem, ale weekend jak i początek tygodnia umierałam sobie w towarzystwie Mike'a i Harveya z Suits, z gorączką w łóżku i nawet jeśli zebrałabym się na napisanie, nie sądzę aby było to coś dobrego.
Anyway...
Woow...Nie myślałam, że napisanie rozdziału kiedykolwiek wzbudzi we mnie tyle emocji. Zdażyło mi się płakać kiedy pisałam opko, ale nigdy nie czułąm się tak wstrząśnięta? Poruszona, tak to dobre słowo. Nigdy jakoś tak nie dotknęł mnie to jak ten rozdział i nie wiem dlaczego, co on ma takiego w sobie, ale chyba mogę nazwać go za coś ważnego?
Czuje się po prostu strasznie przejęta po napisaniu tego  ¯\_ツ_/¯
Więc, z chęcią poczytam, co wy sądzicie o tym rozdziale, także piszcie kemenciki, czekam z niecierpliwością ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Btw. Nie mam w zwyczaju tego robić, ale piosenka, którą znalazłam już jakiś czas temu bardzo kojarzy mi się z tym opowiadaniem, także zachęcam do przesłuchania, a przede wszystkim do przeczytania tekstu.
Być może, ze nawet pasuje mi do tego rozdziału : Link do pioseneczkiii *.*



Można powiedzieć, ze przez ostatnie kilka dni zupełnie wyłączyłam się z życia towarzyskiego. Każdy dzień wyglądał identycznie, jakby na złość mnie świat uaktywnił jakąś pętle czasową. Mimo wszystko, kiedy po raz kolejny znalazłam się w totalnym dołku emocjonalnym, a złamane serce i przelane łzy zamieniły się w maskę obojętności na mojej twarzy- wszystko mi było jedno.
Celowo unikałam mojej współlokatorki wymykając się z pokoju z samego rana, wracając dopiero w nocy, aby być pewnym, że Loretta, wielka miłośniczka snu, będzie już smacznie pochrapywać na prawym boku. Robiłam wszystko, aby nikt nie zadawał pytań. Przestałam odpierać telefony od Francisa, a kiedy fatygował się, by pojawić się u mnie przed uczelnią- zbywałam go dużą ilością „nauki” .Marcelowi odpowiadałam zdawkowo na zajęciach i unikałam wszelakich sytuacji, gdzie mógłby do mnie zagadać. Unikałam wszystkich i wszystkiego, włącznie z zajęciami u Amandy. Miałam gdzieś to, że coraz bardziej zbliżałam się do oblania jej przedmiotu. Po raz pierwszy zachowywałam się jak pieprzona egoistka i nie interesował mnie fakt, że przeze mnie Marcel mógł zawalić projekt, a Monica z Lorettą się o mnie martwiły.
I tak o to o siódmej rano, każdego dnia przemieszczałam się wdychając świeże powietrze ulicami Seattle i kierowałam się do kawiarenki, gdzie miałam już w zwyczaju gościć wiele razy. Codziennie zamawiałam duży kubek czarnej mocnej kawy i siadałam tu gdzie zawsze, czyli przy dużym oknie, które wychodziło na tylną część kafejki, ukazując mały ogródek osiedlowych wieżowców. Przesiadywałam tam w zależności od grafiku zajęć- pół godziny, dwie, a czasem pięć i nikt nie zadawał pytań. Nikt nie dosiadał się do stolika i morałami nie próbował uleczać mej skrzywdzonej duszy.
To miejsce, to był spokój dla mnie i mojego umysłu. Dopijałam kawę, czasem domawiając jakieś ciastko i mogłam w samotności delektować się cudzym szczęściem.
To miejsce było takim azylem, niczym mój własny pokój, tyle, że będąc sama wciąż otoczona ludźmi. Nie chciało mi się płakać, ani użalać nad swoim marnym losem. Tu po prostu mijało to, czego doznawałam za każdym razem kiedy wchodziłam na uczelnie, czy wracałam po cichu do ciemnego pokoju w akademiku. Mijał niepokój i lęk przed pozostanie sam na sam, z własnymi myślami.
Potem, kiedy wykłady dobiegły końca nie wracałam już do kawiarni. Kierowałam się wprost do parku. Wiosna była o tyle ułatwieniem, że bez problemu z słuchawkami na uszach mogłam swobodnie przechadzać się ścieżkami między cudowną zielenią, a kiedy dochodziłam do skromnej ławeczki na skraju parku, bez problemu zajmowałam na niej miejsce i wraz notesem w dłoniach spisując swoje udręki. Nie były to wiersze, nie opowiadanie, nie piosenki. To były mieszanki wszystkich myśl wylane na papier, niekoniecznie sensownie dobrane, potem targane i rozsypywane na trawę, aby następnego dnia robić to samo.
Było lepiej, moja osobista terapia działała, a kiedy umysł przestał wszystko analizować, chwytałam książkę i wczuwałam się w bohaterów, którzy mimo wielkich problemów radzili sobie zdecydowanie lepiej ode mnie.
Kiedy pogodziłam się z tym, że mój dzień wygląda tak samo, i przestałam nawet na to narzekać- pogoda diametralnie się zmieniła i ze słonecznego, ciepłego poranka w południe, kiedy siedziałam w parku musiało się ochłodzić. Do tego stopnia, że nie przygotowana do takich warunków, w skórzanej kurtce siedziałam i dygotałam zaciskając dłonie między udami, walcząc o to, aby wytrzymać do wieczora.
Poddałam się, kiedy nos odmarzał, tyłek przykleił się do drewnianych desek, a zęby bolały od notorycznego obijania się o siebie. I to był najgorszy z możliwych dni, który mogłam sobie wybrać na wcześniejszy powrót do domu.
Weszłam do środka i niemal od razu, kiedy nawet nie zdążyłam omieść całego pokoju wzrokiem, zostałam mocno szarpnięta za ramiona i pociągnięta do środka.
-Co ty do cholery wyprawiasz?- Dobiegł mnie krzyk, kiedy oniemiałą całą sytuacją zaczęłam dopiero kontaktować co się właśnie stało. Cała czwórka, włącznie z osobnikiem, który zaciskał palce na moich barkach znajdowała się w moim pokoju i wlepiała we mnie swoje pełne żalu, zmartwienia spojrzenia. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że oaza spokoju- Loretta, szarpała mną, a w jej oczach dostrzegłam swoje zaszklone odbicie.
-Puszczaj mnie- Szarpnęłam agresywnie, bo byłam na nich zła. Poczułam się, jakby każdy obnażył moje tajemnice, jakby one ujrzały światło dzienne, a prawda była taka, że nic się nie stało. Nic prócz tego, ze największy fiut w całym moim życiu, po raz kolejny dał mi nadzieję, a potem załamał moje serce. Po raz kolejny. I nikomu nie byłam w stanie przyznać, że czułam się jakbym odniosła największą porażkę w moim życiu. Czułam wstyd sama do siebie, za to jak bardzo po raz kolejny dałam się upokorzyć.
-Violetta, co się dzieje?- Znów zostałam złapana za bark, tym razem delikatniej i w czułym geście, tak jak najlepiej robił to Francis, jednak to nie zmieniało faktu, że ten cały komitet, który pragnął wytłumaczeń jedynie mnie wkurzył.
-Nic się nie dzieje- Mruknęłam wymijająco i odłożyłam swoje rzeczy.- Możecie już iść.
-Jak to nic się nie dzieje?- Niemal pisnęłam, kiedy znikąd przede mną pojawi się Marcel- Wychodzisz nad ranem, wracasz nocą. Przepadasz na całe dnie, nikt nie wie co robisz w tym czasie, a na zajęciach jak już się pojawiasz, to i tak nie ma z tobą kontaktu- Przeszywał mnie wzrokiem, w taki sposób, że po raz pierwszy poczułam się winna. Dotarło do mnie, ze w jakiś chodź by minimalny sposób przez ten czas zaprzątałam ich głowę, a tak nie powinno być. Z drugiej strony, nie kazałam im się mną przejmować.
-Dajcie. Mi. Święty. Spokój- Wycedziłam przez zęby powoli przyglądając się każdemu z nich, jakby wyszukując informacji, że na pewno zrozumieli mój przekaz, ponieważ jedyne czego pragnęłam, to, aby w najszybszym tempie opuścili to pomieszczenie, w którym powoli zaczynałam się dusić, pod taflą oskarżeń, która się nade mną budowała.
-Violetta...- Usłyszałam ten delikatny, spokojny głos, który wydobył się z ust Monici. Czułam, że byłam w stanie rozpłakać się w każdej chwili. Robiła dokładnie to co robiła moja mama. Cichym delikatnym głosem, próbowała przebić się przez barierę, i jej zawsze się to udawało.- Możesz nam powiedzieć, my chcemy pomóc. Nie ważne co zrobiłaś, lub ktoś ci coś zrobił, jesteśmy tu wszyscy po to aby cie wysłuchać...
-Odchrzańcie się! Przestańcie się mieszać w moje życie- Nie wiedzieć skąd, tak po prostu zaczęłam na nich krzyczeć, jak największa bezuczuciowa suka, jaka chodziła po tej planecie. Wszystkie emocje, które ucichły przez te kilka dni, z taką łatwością opuściły mój organizm- Nie chce żadnej pomoc, a szczególnie od ciebie- Odwróciłam się w kierunku Monici wytykając ją placem- Bo jesteś taka sama jak on, i jedyne co potraficie robić dobrze, to niszczyć innych!- Krzyczałam, a kiedy dotarło do mnie, jakie słowa opuściły moje usta momentalnie zamilkłam i bacznie obserwowałam brunetkę. Patrzyła na mnie przerażona, ale i złamana,a kiedy jej oczy zaszły łzami, poczułam się jeszcze gorzej, niż tej pamiętnej nocy, kiedy to znów straciłam grunt pod nogami.
-Może i Leon jest dupkiem, ale o mnie nie masz prawa tak mówić- Odezwała się w końcu, jej oczy wydawały się płonąć. Byłam niemal pewna, że mnie uderzy i zapewne by to zrobiła, gdyby nie Loretta.
-Wtrącamy ci się w życie?- Zwinna dłoń Loretty prześlizgnęła się przez mój policzek z głośnym plaśnięciem pozostawiając cholernie piekące uczucie. Patrzyłam na nią zaszokowana. Marcel przyglądał jej się wściekle, a Francis złapał jej dłonie z tyłu. Byłam pewna, że słyszałam, jak wypowiedział ciche „Co to kurwa było?” , ale nie zwróciłam na to uwagi, bo jedyne co robiłam to patrzałam na nią jednocześnie zła, ale i wystraszona.- Czy, to, że Marcel odwalił za ciebie projekt i oddał do zaliczenia, nazywasz się wtrącaniem? Czy to, że Francis wziął wolne, aby iść do dziekanatu, by usprawiedliwić twoje nieobecności wyjazdem do domu, nazywasz wtrącaniem? Wraz z Monicą poszłyśmy ci na rękę. Cierpliwie czekałyśmy, aż przetrwasz to wszystko i sama zechcesz nam coś powiedzieć, lub po prostu wszystko wróci do normy, ale dość. Dość tego, należą nam się jakieś wyjaśnienia!
Miała racje. Udawałam, że to co się ze mną działo to byłą tylko i wyłącznie moja sprawa. Prawda byłą taka, że dotyczyła każdego z osobna, bo sama ich w to wciągnęła. W jakąś gierkę, gdzie udawałam wielce pokrzywdzoną dziewczynkę. Było mi przykro, i to było normalne, ale to mi Verdas złamał serce, nie miałam prawa ich w to wciągać. To była tylko nasza sprawa.
Nie wiem jak to się stało, że nagle ryczałam zamknięta w szczelnym uścisku całej czwórki. Czwórki najwspanialszych ludzi, którzy okazali się być moim zbawieniem w tym piekielnym mieście.
-Przepraszam- Jęczałam żałośnie, pociągając nosem i rozmazując swój tusz rękawem swetra- Tak cholernie was przepraszam- Nie odezwali się, jedynie przytulali gładząc po plecach, a ja po raz pierwszy od kilku dni poczułam, że powinnam im powiedzieć od razu. To był błąd, bo skrzywdziłam ich- osoby, które tak wiele dla mnie zrobiły, a ja nawet nie byłam tego świadoma.

Siedzieliśmy wszyscy w naszym ciasnym pokoju. Każdy z kubkiem ciepłej herbaty, lub butelka piwa w dłoni rozmawiając kolejną godzinę, podczas której przepraszałam i dziękowałam im jeszcze tysiące razy, oraz opowiedziałam wszystko. To co się stało tamtego dnia i do tej pory, co robiłam i było lepiej. Poczułam taką ulgę, jakby cały ból, który towarzyszył mi dotychczas odszedł jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki.
-Może powinnaś wrócić na weekend do domu?- Zaproponowała Loretta, kiedy wylegiwała się na łóżku i paliła papierosa.
-Nie- Zaprzeczyłam i podniosłam głowę z kolan Monici, a nogi ułożyłam między chłopakami, którzy siedzieli na podłodze również co jakiś czas podbierając tytoń z paczki.
-Dlaczego? Sądzę, że takie wyłączenie umysłu, w środowisku, gdzie wiesz, że go nie ma, rozmowa z mamą. To mogłoby ci pomóc
-Ponieważ, jeśli teraz wyjadę, to już tu nie wrócę. Za bardzo nienawidzę tego miejsca, aby wrócić- Powiedziałam zgodnie z prawdą. Tak się teraz czułam. Przepełniona nienawiścią do tego miasta i wszystkiego co z nim związane.
-To chociaż zadzwoń jutro do mamy. To ci pomoże- Przytaknęłam głową. Mimo, że nie chciałam jej martwić, bo widziałam, jak przeżywała moje rozstanie z nim, kiedy dosłownie byłam wrakiem człowieka to mama zawsze dawała najlepsze rady i potrafiła podnieść mnie na duchu, jakby doskonale wiedziała co siedziało mi w głowie.
-Violetta, nie martw się- Poczułam delikatną dłoń Monici na swojej.- Jutro zaczniemy wszystko od nowa. My, cała nasza czwórka. Udamy się na start. Razem i razem dobiegniemy do mety- Zaczęłam płakać. To było, aż niemożliwe jak cudownych ludzi mam obok. Ile dla mnie zrobili i jak wyrozumiali są.
To było dla mnie zbawienie. Moje uleczenie skrzywdzonej duszy.
-A ja zacznę od tego, że skopie temu nieudacznikowi dupsko
Pierwszy raz tego wieczoru pokój rozbrzmiał głośnym śmiechem, a ja tego wieczoru poczułam, że złamane serce to nie koniec świata. Koniec świata jest wtedy, kiedy prócz ran nie pozostaje nikt inny, ale ja miałam to szczęście, że byli oni- cudowni przyjaciele, którzy mnie kochali, tak samo mocno, jak ja niegdyś myślałam, ze kocham Leona Verdasa.
Ludzi jest wielu, ale to przyjaciele są najważniejsi.