Troche na to sie naczekaliscie...ale chyba kazdy z was juz przywykł do tego że my dlugo sie do czegoś zbieramy xD
Ale juz jest.
NASZ FANPAGE HEHE
Lajkujcie i komentujcie...W sumie narazie nie wiem co mozecie tam komentowac ale...
Naposzcie tam czy oczekujecie czegos specjalnego w zwiazku z tym. Co byscie chcieli tam ogladac czy cos
https://www.facebook.com/Różne-Opowiadania-1824321644532342/
środa, 27 grudnia 2017
niedziela, 17 grudnia 2017
Ciekawy Pacjent cz. 30 - Gdy słońce zachodzi
Zna się ktoś na koreańskich imionach? Ekem, pytam dla kolegi. XD
Tak nie miałam pomysłu na tytuł, cii.
Jezu przepraszam że ja nic jeszcze nie skończyłam, ale chciałam najpierw napisać ten rozdział i on też nie jest skończony, ale jest 4:30 i zaraz szkoła i ja walę pomocy zabijcie mnie pls ja chce święta jak przyjdę do domu i nie padnę na ryj tak zwanie to do dokończę przysięgam
***
- O czym ty mówisz? - Zapytał
ostrożnie Damien, wyglądając jakby bał się, że każdy
gwałtowniejszy ruch, każde ostrzej wypowiedziane słowo miałoby
wywołać nagły alarm. Jednak mimo tego był pochylony do przodu,
siedząc na samym brzegu kanapy, jak gdyby był na skraju wybuchu, z
wzrokiem tak przenikliwym, że mógłby ciąć nim stal.
- Powiedziałem ci kiedyś, że nie
wyjdziesz stąd dopóki nie będę pewien, że jesteś co najmniej
przyzwoity.
- Ta, to nie żadna nowość. - Ta
dziwna ostrożność powoli ustępowała miejsca przelewającej się
przez jego głos irytacji... Jednak czy była to irytacja? Czy
zwyczajna, dziecinna forma desperacji i upartości, jakiej w pewnym
stopniu już spodziewał się po Damienie?
Toby'emu kręciło się już w głowie.
- Nowość jest taka, że ja nie mogę
tego zrobić. - Zdążył tylko na sekundę zerknąć na twarz
Damiena, wyraźnie wykrzywioną we wściekłości, zanim ten zerwał
się z siedzenia i zaczął spacerować po pokoju, krokami zbyt
szybkimi i zbyt długimi, żeby spacer po małym pokoiku mógł w
jakikolwiek sposób na niego zadziałać.
W innej sytuacji może wyglądałoby to
nawet głupkowato, ale teraz... Z ciemnymi oczami, wypełnionej
czystą, zwierzęcą furią, szczęką i pięściami zaciśniętymi
tak mocno, że po prostu musiało go to boleć. Toby widział to po
sposobie w jakim jego ręce lekko drgały, żyły wyraźnie
odznaczały się pod skórą. Słyszał jego oddech. Słyszał jego
cholerny oddech stojąc dwa metry dalej, głośny, głęboki i
szybki.
Toby poczuł ukłucie strachu gdzieś w
dole swojego żołądka i to... To była nowość.
Z powrotem złożył ręce na piersi,
delikatnie szczypiąc się w ramię, starając się uspokoić własne
emocje. Tylko że to nie działało. Nie, tym razem ten dziwny lęk
zaszczepił się głęboko w jego klatce piersiowej, ciało samo
ustawione było na alarm, głos ostrzegający go raz po raz „uciekaj”
nie dawał mu spokoju. Mimo że wiedział że to głupie. Że w
przeciwieństwie do tego co zdawał się myśleć jego mózg, nie był
zamknięty w klatce z tygrysem.
Prawda?
- Uspokój
się. - Sam zaskoczony był brzmieniem swojego głosu. Dalej
niezmożonym i szorstkim, jakby wyciekała z niego cała złość
skotłowana w jego organizmie.
Toby wcale nie czuł złości, czuł
strach i adrenalinę, pompującą w jego żyłach tak mocno, że
prawie utrudniała mu oddychanie.
Ale był w tym dobry – w opanowaniu.
Za to Damien nie był.
Nagle stanął w miejscu, tak
gwałtownie jakby ktoś nacisnął przycisk „stop”, i odwrócił
się w jego stronę całym ciałem, na razie po prostu stojąc w
miejscu, z szalejącym ogniem tuż pod powierzchnią skóry.
Jakby tylko cienka nić powstrzymywała
potwora, bestię, od ataku.
I w tym momencie, w momencie w którym
oboje mierzyli się tak kontrastujacymi spojrzeniami, Toby złapał
się na uczuciu. Dziwnej, nie pasującej koncepcji myśli, emocji.
Był tak żywy.
W tym momencie, w tamtym pokoju,
mierząc się naprzeciwko destrukcji, która przybrała formę
człowieka. Nigdy nie czuł się bardziej sobą, bardziej żywym.
Z narastającym strachem, zamiast
obrzydzenia, przychodziła ekscytacja. Ta dziwna, niezdrowa
ekscytacja, którą czuł tylko i wyłącznie będąc z Damienem.
Narkotyk. Zupełnie jak narkotyk.
A Damien po prostu wgapiał się w
niego, przypominając bardziej czarną chmurę czekającą na
pogrzebanie czegoś na własny rachunek. Stał w miejscu i oddychał,
wolniej, głębiej...
- Damien?
Bam.
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Tydzień, który zmienił moje życie cz.9- Nie przekraczaj granic
Trochę mi przykro, że nie zdążyłam przed 00;00, ale cóż jest chwilę po
Jednym ruchem strącił z biurka
walające się papiery, a słuchawkę odrzucił w bok. Nie mógł
uwierzyć, ze tak łatwo dał się podejść. Stracił kontrolę nie
tylko nad swoim życiem, ale i nad pracą. Jak bardzo mylił się,
kiedy pod słowem „wróćmy do tego co wcześniej' nie zauważył
ukrytych intencji mówiących „zrobię wszystko, aby być kimś
więcej niż ty” Dlaczego tego nie przewidział? Czy to co się
między nimi wydarzyło, naprawdę aż tak go zaślepiło? Jak bardzo
naiwny był myśląc, ze uda im się wykonać ten projekt w zgodzie i
owocnej współpracy.
Żałował, że nie udał się do
Minato, że nie poprosił o zmianę partnera. Teraz nie tylko został
bez zlecenia, to jeszcze cała chwała miała opaść na Uchihę,
któremu nie zamierzał odpuścić tak łatwo. W planach jedynie miał
mu udowodnić, jak bardzo źle postąpił posuwając się do takich
czynów, ponieważ takie sytuacje jeszcze nigdy nie miały miejsca, a
Obito nigdy nie przejmował jego klientów, prawdopodobnie łapówką.
Nie mógł wysiedzieć próbując się
uspokoić, chodź jego zdrowe zmysły nakazywały mu właśnie tak
postępować. Nigdy nie był nerwowym człowiekiem, ale i jego
cierpliwość miała swoje granice, które zostały poważnie
nadszarpnięte, o ile nie przerwane.
Porywczo zerwał się z krzesła i nie
zwracając uwagi na podchodzącą w jego stronę Rin, szedł przed
siebie, obierając sobie za główny cel te cholerne drzwi od jego
gabinetu.
Nie interesowało go to, że przez
szybę mógł zauważyć iż Obito właśnie prowadził zaciętą
konwersację przez telefon. Normalnie by to uszanował i spokojnie
poczekał, aż brunet zakończy rozmowę, jednak tego dnia był zbyt
naładowany negatywnymi emocjami, aby jakkolwiek brać pod uwagę
jego biznesowe sprawy. W tamtym momencie liczyło się tylko i
wyłącznie to w jaki sposób zhańbił jego szanowane nazwisko,
ponieważ wieść o wyrwanym wręcz mu zleceniu z pewnością
roznosiła się już po firmę, gdyż Obito Uchiha słynął z
wyjawiania takich informacji światu.
-Tym razem przegiąłeś!-Wparował do
środka od razu krzycząc. Obito zdezorientowany przeniósł swoje
spojrzenie na nieproszonego gościa, a na jego widok mimowolnie się
uśmiechnął. Przeprosił klienta i odłożył telefon na bok.
Dłonie splótł na wysokości swoich ust i nieco się o nie oparł
będąc gotowym na kolejny atak ze strony współpracownika
-Mieliśmy to wykonać razem, tymczasem
ty działaś sam- Warknął z pretensjami opierając się o biurko.
Obito zadrwił.
-Czy Obito Uchiha, z którym
współpracowałeś tydzień temu tak łatwo przyjąłby ofertę
współpracy? Miało być jak dawniej, a więc proszę- znów wracamy
do wyścigu szczurów, sam tego chciałeś- Bacznie obserwował
Hatake, któremu szczęka nieznacznie się zacisnęła, a on zajął
miejsce na fotelu naprzeciwko.
-Myślisz, że szef będzie zadowolony
jeśli dojdą do niego słuchy, iż Obito Uchiha nie jest zdolny do
współpracy i chwyta się nielegalnych sposobów, aby odnieść
sukces samodzielnie?- Zapytał twardo. Naprawdę liczył na to, że
wykonają tę robotę razem, we dwóch w swoim własnym towarzystwie.
Ta nadzieja gdzieś tliła się w jego sercu, bo poniekąd mu go
brakowało. Wypełniał do tej pory nieodczuwalna pustkę w jego
życiu. Jego obecność można byłoby porównać do małego
szczeniaczka. Niby na co dzień nie zdawał sobie sprawy, ze mógłby
mieć psa, a jednak kiedy przygarnął go na jakiś czas- jego dom
już nie był tym samym miejscem, ponieważ mimo, ze szkudził,
hałasował i domagał się uwagi, to gdzieś w serc Kakashi cieszył
się, ze jest z nim.
Obito przysunął się na tyle blisko,
że jego twarz zatrzymała się centralnie przed oczami Kakashiego.
-Myślisz, że znajdziesz na tyle
przekonywujące dowody, że dasz radę coś wskórać? - Uśmiechnął
się przebiegle- Przecież wiesz, że nie działałem bezpośrednio-
Kakashi wziął głęboki oddech. Dotarło do niego, że nie jest w
stanie załatwić tej sprawy w ten sposób. Obito nie był idiotą i
doskonale zdawał sobie sprawę z panującego w firmie regulaminu,
gdzie punkt po punkcie były wypisane zasady i kary, z którymi się
równały. Oczywistym było, że Uchiha nie ubrudzi sobie rączek.
Według wszelkich dokumentów klient sam podjął taką decyzję, a
Kakashi nie był w stanie tego udowodnić, zwłaszcza jeśli brały w
tym udział osoby z zewnątrz.
-Czemu tak bardzo nie możesz znieść
faktu naszej współpracy?- Zapytał po chwili przerwy Kakashi
obserwując przechadzającego się po gabinecie Obito. Brunet zaśmiał
się gardłowo zatrzymując się przy drzwiach, których klucz
zgrabnie przekręcił, a rolety w całym gabinecie opadły na dół
za sprawą jednego pociągnięcia za sznurek z jego strony. Powolnym
krokiem zbliżył się do Hatake. który wciąż siedział do niego
tyłem, ale przyciemniona atmosfera i zgrzyt zamka dał mu wiele do
myślenia. Momentalnie poczuł dreszcz domyślając się jedynie co
Obito ma zamiar zrobić. To było niedorzeczne, ta sytuacja byłą
niedorzeczna.
Kakashi poczuł jak jego fotel
gwałtownie odwraca się w drugą stronę, a masywne ręce Obito
lądują na oparciach usilnie obezwładniając go niczym w klatce.
-Czemu?- Zaśmiał się- Próbuję ci
pokazać, że nie dasz rady ze mną pracować na starych warunkach,
poniekąd sam się o tym przekonałem. Zapomniałeś o tym jak bym
postąpił licząc podświadomie na miłą współprace.- Mruknął
wodząc nosem po jego szczęce- Udajesz wielce zaszokowanego, nie
dopuszczając do siebie myśli, że normalnie nawet nie czułbyś się
zawiedziony. Podświadomie liczył byś na to- Kakashi wpatrywał się
na niego z nieodgadnionymi emocjami. Bał się przyznać sam przed
sobą, że Obito faktycznie miał rację. W tym wszystkim przestało
chodzić o uczucia, bo Kakashi ledwo, ale był w stanie nad nimi
zapanować. Problem polegał na tym, że ten śmieszny, nieco
perwersyjny mężczyzna, który pomieszkiwał z nim przez ostatni
czas- w pracy w ogóle się nie pojawiał, a Kakashi jak naiwna
dziewica dał sobie zamydlić oczy. Bo fascynacja to jedno, a zdrowy
rozsądek, z którym kiedyś żył w zgodzie, to drugie.
-Masz racje- Odpowiedział pewnie
wprawiając tym samym Obito w dezorientację. Wykorzystał ten fakt i
odepchnął mężczyznę, ponieważ bądź co bądź ta bliskość
nie działała dobrze na jego pewność siebie. -Dałem się nabrać,
byłem naiwny przyznaję- Westchnął- Myślałem, że dam radę
odzielić pracę od tego co zaszło między nami. Niestety nie wyszło
mi- Mruknął posępnie, a serce Obito zaczęło walić na tyle
szybko, że aż sprawiało mu to ból. Cieszył się, że zrozumiał,
że w odpowiednim momencie przejrzał na oczy, że to co się wtedy
zdarzyło nie było czymś co nie miało znaczenia. Teraz po prostu
pragnął podnieść się z masywnego krzesła i korzystając z
zasłoniętych okien, podejść do niego pocałować namiętnie i jak
gdyby nigdy nic wrócić do pracy, nad ich wspólnym projektem.
Mimo, że Obito nie oczekiwał od niego
jakichś wielkich uczuć, bo jak można mówić o miłości, kiedy
tak naprawdę się nie znali, ale pragnął tylko otwartej furtki,
bez żadnych ckliwych randek czy próbowania na siłę. Wszystko
miało się toczyć własnym tempem i w odpowiednim kierunku, tyle,
że Kakashi musiał uświadomić sobie, ze teraz oboje strzelają do
tej samej bramki.
-Ale uświadomiłeś mi bardzo cenną
rzecz, Obito- Szczęka Hatake jakby nieznacznie się zacisnęła, a
Obito uniósł brew.- Bo jeśli nie umiesz czegoś rozgraniczyć, to
po prostu trzeba się czegoś pozbyć, racja?- Obito błagał w
myślach, aby chodziło mu o projekt. Przełknął gule w gardle.- W
takim razie, puszczam w niepamięć to co zaszło między nami, a w
zasadzie to do niczego nie doszło, prawda?-Kakashi miła już
kompletnie gdzieś, to,z ę zachował się jak ostatni chuj. Nie mógł
pogodzić się z faktem, że w tak bezczelny sposób go wykiwał. Dla
niego praca była czymś ważnym, w co wkładał coś więcej nic
czas. Dawał temu serce, lubił to, a on po prostu z dnia na dzień
zabierał mu zlecenie, na którym w pewien sposób mu zależało. Nie
umiał przełożyć Obito nad to, ponieważ to co czuł w tamtym
momencie nie miało najmniejszego znaczenia, to i tak nie mgło się
udać, a nawet jeśli- w ich firmie związki między pracownikami to
jedynie sensacja, dokładając do tego romans odwiecznych wrogów...
Obito przyglądał się mu z lekkim
przerażeniem, nie chodziło tylko o słowa, również o to w jakim
stanie Hatake przed nim stał. Miał wrażenie, że jeden zły ruch a
Kakashi wybuchł by i coś przeczuwał, że nie chciał by tego
odczuć. Skinął delikatnie głową bacznie go obserwując.
-A więc skoro sobie wszystko
wyjaśniliśmy- Opadł dłońmi ciężko na biurko- Wiedz, że to iż
odebrałeś mi klienta nie znaczy, że nie mogę go odzyskać.
Doskonale wiesz, że jestem od ciebie lepszy i nie poddam się bez
walki. Na własnej skórze odczujesz, że tym razem przekroczyłeś
granice- Warknął doniośle i skierował się do drzwi, które po
otwarciu szybko otworzył i po prostu opuścił pomieszczenie
trzaskając szklaną konstrukcją na odchodne.
Po gabinecie rozległo się głośne
przekleństwo. To nie tak miało wyglądać. To po prostu miało się
skończyć.
Jednak Obito był jeszcze gorszy od
niego, a jego duma nie pozwalała odpuścić. Ta rywalizacja mogła
nie tylko zniszczyć relacje między nimi, ale i ich samych, tyle, że
w tamtym momencie żaden z nich nie myślał przyszłościowo.
Kierowali się tylko gniewem, który zakrył im oczy. Oboje pragnęli
tylko jednego- udowodnienia, który był lepszy.
Żaden z nich nie myślał o tym, że
postępując w ten sposób łamią najważniejszą zasadę panującą
w firmie.
Nie przekraczaj granic
Z dnia na dzień tak po prostu straciło
na wartości.
środa, 6 grudnia 2017
Dwa Światy cz.12- Bańka złudnego szczęścia...
Ho ho ho!
Byliście grzeczni w tym roku? Mam nadzieję, że tak i Święty Mikołaj, (który oczywiście istnieje dostarczając prezenty po przez podróż saniami z Rudolfem na czele zatrzymując w nocy czas) was odwiedził, a ten magiczny dzień, który osobiście uważam jako ten otwierający świąteczny klimat, był dla was tak samo miły jak i dla mnie :D
Powrót do żywych, jak się okazało
wcale nie był taki prosty. Mimo wielkiej pomocy ze strony moich
przyjaciół, uczelnia nie patrzała na mnie przychylnym okiem. Już
na drugi dzień zostałam zasypana projektami i terminami do
zaliczenia kolokwium. Okazało się, że chodzenie na zajęcia nie
wystarczyło, ponieważ z racji braku jakiejkolwiek chęci do życie,
również nie tknęłam książek, co przyczyniło się do oblania
dwóch testów.
Poniedziałkowy poranek nie okazał się
taki entuzjastyczny, jakim zapowiadał się w niedzielę wieczorem.
Zarwana noc nad prezentacją i przygotowywanie stosu notatek odbiło
się na mnie rykoszetem. Budzik mógł dzwonić nieustannie,
tymczasem ja pozostawałam głucha na ten zazwyczaj irytując dźwięk.
Klikając w ekran na ślepo coraz bardziej oddalałam od siebie
moment podniesienia się z łóżka, co nie okazało się najlepszym
pomysłem na jaki wpadłam. Zerwałam się spod kołdry dopiero
dwadzieścia minut przed rozpoczęciem zajęć w akompaniamencie
głośnego przekleństwa, które opuściło moje usta. Zwykle nie
malowałam się na uczelnię, ani zbytnio nie stroiłam, co w tym
przypadku było udogodnieniem. Wbiegłam do łazienki chwytając
kosmetyki do pielęgnacji, włosy upięłam dość szybko w pseudo
koka. Na tyłek wciągnęłam legginsy, potem już tylko zwykły
t-shirt i męską bluzę w których lubowałam chodzić. Na moja
korzyść działał również fakt, że wszelakie potrzebne rzeczy do
plecaka wcisnęłam w nocy.
Z racji tego, że pogoda nie
rozpieszczała nas słońcem, a jedynie mroźnym powietrzem owinęłam
się szalikiem, szczelnie obtuliłam się kurtką i wybiegłam z
akademika. Musiałam zmusić się do szybkiego spaceru, ponieważ
pogoda nie sprzyjała na tyle, abym mogła wsiąść na rower.
Dumna z siebie maszerowałam z
słuchawkami w uszach ciesząc się z faktu iż na dotarcie na
zajęcia miałam jeszcze dziesięć minut. Co prawda tego ranka
musiałam odpuścić śniadanie i ciepłą kawę, ale po takiej
nieobecności nie mogłam sobie pozwolić na spóźnienie, zważywszy
na to, że poniedziałki otwierałam z przytupem, a mówiąc to
przeważnie miałam na myśli zajęcia z szanowną Amandą, która
zaczęła być wobec mnie podejrzliwa. Fakt, wparowanie do Leona, a
raczej jego loftu z głupią wymówką jakiegoś zalania nie było
mądrym wytłumaczeniem. Po pierwsze, jeśli faktycznie była
kobietą, która spędzała tam spora część swojego życia i nigdy
nie widziała mnie na oczy- nie dziwiłam się jej, sama nabrałabym
podejrzeń, szczególnie kiedy zmachana nastolatka, której serce
pękało wtedy na kawałki przychodziła do nich zgłaszając
zalanie, co w tak drogich i ekskluzywnych miejscach nie miało racji
bytu. Niemniej jednak nie czułam się z tym źle. Sama zostałamw
pewien sposób oszukana, gdyby nie te cholerne kwiaty, ja nie
miałabym złamanego serca, a ona nie musiałaby się mną
przejmować. Cóż, Leon Verdas ponownie dał ciała, ale czy to
naprawdę nadal mnie dziwiło?
Stałam na przejściu i w
niecierpliwości przestępowałam z nogi na nogę w oczekiwaniu, aż
światło zmieni swoją barwę, do czasu kiedy nie poczułam ciężkiej
dłoni na swoim barku, a moje serce omal nie wyrwało mi się z
piersi.
-Cholera jasna!-Krzyknęłam przerażona
wyrywając słuchawki z uszu i odwracając się z w stronę dotyku.
Marcel z zdezorientowaną mina przyglądał mi się i nerwowo
poprawił futerał z gitarą, który zazwyczaj przewieszał na
ramieniu.
-Przepraszam- Rzekł ze skruchą.
Pokręciłam głowa i wzięłam głęboki oddech. Jego gwałtowne
wybudzenie mnie z azylu, który zagłuszał codzienny szum, zmusił
mnie aby wysłuchiwania poranne trąbień i przekrzykujących się
kierowców- zalety dużych miast.
-Proszę, nie rób tak więcej-
Mruknęłam błagalnie, w odpowiedzi otrzymując delikatny uśmiech i
kiwnięcie głową.- Ty też dzisiaj zaspałeś?- Zapytałam widząc
jego rozwichrzone włosy na głowie, co było nowym widokiem,
ponieważ Marcel przeważnie nosił je spięte w koku. Jak widać,
dzisiejszego poranka nasze role się odwróciły.
-Nie, wstąpiłem po kawę- Wyszczerzył
się. Dopiero teraz zauważyłam, że w jednej dłoni trzyma
tekturową tackę z dwoma kubkami karmelowej late. Oczy aż mi się
zaświeciły na jej widok- Częstuj się- Przysunął bliżej
kubeczek w moja stronę, a ja niepewna ręką chwyciłam i upiłam
ciepła ciecz.- I tak była dla ciebie- Zaśmiał się dźwięcznie
-Boże, jesteś moim zbawieniem-
Jęknęłam relaksując się gorzkawo słodkim smakiem napoju.
Chłopak po raz kolejny zaśmiał się, lecz po chwili gwałtownie
szarpnął mnie za łokieć i pociągnął za sobą, przez co prawie
upuściłam kubek.
-Gdybyśmy czekali na kolejne światła,
na pewno byśmy się spóźnili- Wytłumaczył, a ja jedynie
przymknęłam oczy i skinęłam głową. Naprawdę nie uśmiechało
mi się spóźniać na zajęcia Amandy, w ostateczności wolałam już
w ogóle się na nich nie pojawiać, ponieważ spóźnienie się,tym
bardziej przez moja osobę na jej zajęcia równało się z ścięciem
głowy lub ogromnym, (ale mówiąc ogromnym mam na myśli tak
ogromnym, że wykonanie go do przyszłego roku byłoby nie możliwe)
projektem.
Szliśmy w ciszy, kiedy ja umilałam
sobie tę przechadzkę kawą. Zdecydowanie to było moje zbawienie, a
raczej coś co postawiło mnie na nogi.
-Rozumiem, że ta kawa to tylko jakiś
pretekst- Zaśmiałam się wyrzucając kubek do kosza kiedy
dotarliśmy już pod budynek. Miałam jeszcze chwile zauważając, że
samochodu mojej pani profesor nie było na podjeździe.
Marcel uśmiechnął się delikatnie i
podrapał po głowie.
-Musze napisać piosenkę na zajęcia-
Wypalił nagle a ja słuchałam go z ciekawością- Nie mam totalnie
pomysłu, ani motywu- Mruknął zrezygnowany- Normalnie zwróciłbym
się do Francisa, zawsze to robię gdy trzeba odwalić coś na
studia- Zaśmiał się- Ale jemu słoń przydepnął ucho, a świat
pozbawił go jakiegokolwiek wyczucia rytmu- Zaśmiałam się. To
prawda. Francis cierpiał na przypadłość podśpiewywania przy
każdej możliwej czynności, którą wykonywał w domu. Istniała
taka możliwość, że gdzieś potajemnie to to był główny motyw
mojej przeprowadzki.
-Czemu uznałeś, że ja mogłabym ci
jakkolwiek pomóc?- Zapytałam. Fakt, będąc w liceum śpiew był
moja mała pasją i lubiłam to robić, jednak ludziom stąd nigdy o
tym nie wspominałam, ponieważ wraz z wyjazdem tutaj kompletnie
porzuciłam swoje hobby.
-Loretta się wygadała, że kiedy
przesiadujesz w wannie i nie weźmiesz ze sobą telefonu to zaczynasz
śpiewać- Uśmiechnęłam się na sama myśl. Faktycznie, robiłam
tak nie będąc tego nawet do końca świadoma.
-Będę musiała pamiętać, aby
przesiadywać w wannie kiedy jej nie ma w pobliżu- Pokręciłam
głową- Może i śpiewałam sobie w liceum, ale o komponowaniu
piosenek nie mam pojęcia.
-Potrzebuje tylko kogoś do pomocy.
Wierzę, że razem damy radę- Skinęłam głową. Musiałam się
zgodzić, z racji tego, że byłam mu to winna. Sam odwalił za nas
projekt na zajęcia, kiedy ja po raz kolejny leczyłam swoje
roztrzaskane serce, a komponowanie piosenki nie wydawało się czymś
nie przyjemnym, w końcu kiedyś śpiew był moim drugim ja.
-Dziękuje- Odpowiedział zdecydowanie
bardziej entuzjastycznie, niż się tego spodziewałam. Posłałam mu
blady uśmiech i zwróciłam swój wzrok w podjeżdżający kawałek
od nas samochód. Zdecydowanie zbyt dobrze znany mi samochód.
Przymknęłam powieki, aby otworzyć je po chwili z nadzieją, że to
co widziałam było jakąś pierdoloną halucynacją. Odwróciłam
wzrok wbijając go w kilkoro ludzi , którzy kierowali się do szkoły
tuż za plecami Marcela.
-No no no- Zamlaskał Marcel- Nie
myślałem, że zołza zadaje się z takimi szychami- Mruknął
prześmiewczo, a ja odruchowo spojrzałam w tamta stronę momentalnie
tego żałując. Nie wiedziałam czemu to zrobiłam, ponieważ widok
był oczywisty.
Wyglądała inaczej. Bardziej pewnie i
zdecydowanie seksowniej. Nigdy nie pokazywała się w takim wydaniu
na uczelni. Zazwyczaj jej opięte spódnice były w stłumionych
kolorach, tego dnia natomiast była to ciasna czerwona sukienka,
która pasowała do jej opadających kaskadami włosów. Niby dla
mnie to nie nowy widok- dokładnie w podobnym wydaniu widziałam ja u
Leona, a mimo to ta sytuacja poruszyła mnie na tyle, że wpatrywałam
się w to wszystko z niedowierzaniem, kiedy kobieta owijała sobie
krawat Leona na palcach, a jego dłonie spoczywały na jej biodrach.
Ustami błądził po jej szyi, a ja czułam niepohamowaną złość.
To ja tam kiedyś stałam. Dokładnie tak samo traktowana, a ta siksa
nie powinna tam była zając mojego miejsca, ani go dotykać.
Taka właśnie byłam. Sama nie
chciałam z nim być, ale każda lafirynda w jego otoczeniu była dla
mnie czymś czego po prostu nie mogłam zaakceptować.
-Chodźmy stąd, proszę- Mruknęłam
cicho wpatrując się w drzwi uczelni. Szybko zerwałam się w stronę
wejścia, kiedy Marcel chwycił mnie za rękę.
-Nie chcesz popatrzeć, jak nasza Pani
Mam Wiecznie Kija W Dupie Profesor się migdali? To będzie hit
uniwersytetu- Zaśmiał się wyciągając telefon z kieszeni w
zamiarze nagrania całej tej obrzydliwej sytuacji.
-Proszę- Błagałam, kiedy czułam, że
moje oczy zachodzą mgłą. Nie mogłam się rozpłakać. Nie
rozumiałam tego, że po takim czasie nie potrafiłam się pozbierać.
W tamtym momencie plułam sobie w brodę, że zdecydowałam się
pójść na studia do tego miasta licząc na to, że jest na tyle
duże, że nie będę musiała go widywać. Jak się okazało, moje
życie kocha sobie ze mnie kpić,
Marcel spojrzał na mnie niezrozumiale,
ale chyba zauważył łzy w kącikach moich oczu, ponieważ jego
twarz złagodniała przybierając troskliwy wyraz.
-Znasz go?- Zapytał delikatnie.
Przytaknęłam.
-To Leon- Wyszeptałam czując jak głos
łamie mi się w połowie. Nie zdążyłam usłyszeć, co Marcel
chciał mi powiedzieć bo biorąc głęboki oddech wyswobodziłam
rękę i wbiegłam do budynku od razu kierując się do auli. Zajęłam
miejsce w samym rogu na górze, aby zachować swoją anonimowość
przez całe zajęcia, bo kiedy studenci zaczęli się schodzić- mnie
nikt nie zauważył
Zajęcia trwały w najlepsze, a ja tak
jak przewidziałam- siedziałam tam, chodź myślami kierowałam się
w zupełnie innym kierunku. Chciałam znów się ukryć przed
światem, ale liczyłam się z tym, że nie mogę po raz kolejny
zawieść moich przyjaciół. Problem polegał na tym, ze nie byłam
w stanie zebrać swojego życia do kupy. Kiedy zaczynałam stawać na
nogi- wystarczyło minąć mi go na ulicy, a bańka mojego złudnego
szczęścia pękała, a mnie dosięgały koszmary z przeszłości.
Dla mnie było to zbyt wiele, jako dziewiętnastoletnia dziewczyna
nie byłam wstanie tyle unieść na swoich plecach. Ktoś z boku
mógłby mnie nazwać niepoważną. Przecież nie wiedziałam, co to
znaczy mieć prawdziwe problemy, kiedy mazgaiłam się z powodu
jakiejś naiwnej miłości. Tyle, że dla mnie to nie było
zauroczenie, gdzieś w środku miałam nadzieję, że będziemy ze
sobą na zawsze. Bez niego czułam zupełnie nic nie warta, jakby
cała moja osobowość została przy jego boku. Z drugiej strony była
też moja cholerna duma, która nie pozwalała mi inaczej.
Cały wykład straciłam na rozmyślaniu
co powinnam zrobić, i kiedy zajęcia się zakończyły jako pierwsza
opuściłam aulę, wybiegłam na dwór i chwyciłam za telefon.
-Mamo, ja po prostu nie daję sobie
rady...-Załkałam do słuchawki.
czwartek, 30 listopada 2017
Zimny jak Lód - Zimowo/Halloweenowy Specjal (Ciekawy Pacjent)
A tu coś co mi się podoba w sumie. 😏
Wiem, że to wszystko to same opisy, ale takie notatki... Co zrobić. ;-;
Siedział na tym pieprzonym mrozie już dobre trzy godziny i szczerze mówiąc, miał już serdecznie dosyć. Dosyć mokrego tyłka, odmrożonych członków, śniegu bezlitośnie tnącego mu w twarz i bezczynnego wgapiania sie w przestrzeń, jakby spodziewał się, że wśród ciemnicy i wirujących płatków odnajdzie cud.
Chociaż, według niektórych definicji właśnie w tej chwili to robił.
Ale miał dosyć, nieważne na jak dobrego strażnika wychowali go rodzice, nie był niezniszczalny, a nie spodziewał się, że martwym na prawde zależało będzie w który dzień odejdą.
Dlatego już miał się poddać, bez wahania ruszając (nareszcie!) na przód, ledwo opuszczając przecznicę, którą miał tego dnia patrolować, kiedy widok dosłownie pięć metrów przed nim, zmusił go do natychmiastowego zatrzymania się w miejscu. Z przejścia do którego właśnie miał zamiar wkroczyć, z mroku nieoświetlanej światłem latarni ulicy, chwiejnym krokiem wyszedł mężczyzna, ciężko opierając się o ścianę.
Jego aura była czarna jak smoła
Anioł Stróż - Kid!Destiel OneShot
- Miałaś rację mamo, anioły zawsze pilnują mnie gdy śpię. - Zapiszczał mały Dean, a wydawało się że pokłady ekscytacji i szczęścia, wypełniajace w tej chwili jego szeroko uśmiechniętą twarzyczkę, mogą nie zmieścić sie w jego małym ciele. Mimo to Mary poczuła drobne ukłucie niepokoju. Choć możliwe że wcale nie miała do tego podstaw. Właściwie, uczucie które teraz jej towarzyszyło można by było nazwać po prostu "matczynym przeczuciem", bo nagle wyczuwała, po prostu czuła, że coś było nie tak. Dean nigdy nie miał wymyślonych przyjaciół. Prawde mówiąc, prawdopodobnie zbyt mocno kochał rzeczywistość, żeby w ogóle wymyślonymi przyjaciółmi zawracać sobie głowę. A osiem lat to i tak dość późny wiek na takie rzeczy.
Ale to wszystko co miała. Dean'owi mogło się po prostu coś przyśnić, co przecież zdarzało się nie rzadko, a on "pomylił" to z światem realnym. Tyle i koniec.
Ale wlaśnie to przeczucie, podrażniane jej naturalną podejrzliwością, mówiło jej, że to nie jej widzimisię, że faktycznie coś było nie tak.
Dlatego, nie dając po sobie niczego poznać, postanowiła mimochodem zadać bardzo proste, niewinne...
- A czy teraz też ogląda? - Pytanie rozpoznawcze. Jesli Dean odpowiedziałby "tak" to Mary uznałaby po prostu, że jego nowy wymyślony przyjaciel jest wyjątkowo dziwaczny.
Ale Dean nie odpowiedział "tak".
Dean rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby za każdym rogiem czaił sie niebezpieczny szpieg, i stanął na palcach, mocno gestykulując, żeby Mary uważnie go posłuchała. Dlatego ona przykucła przy swoim synu, pozwalając mu odgarnąć jej blond kosmyki za ucho i teatralnie wrecz złożyć swoje własne małe rączki w tubę. Dean raz jeszcze rozejrzał sie po pokoju, po czym nachylił sie nad jej uchem, szeptając pełnym przejęcia głosem:
- Przychodzi tylko, kiedy myśli że śpię.
I w taki sposób siedziała w pokoju swojego syna o dwadzieścia po dziewiątej w nocy, czekając na pojawienie się... Czegoś
Anioł Stróż Kazał Mi Schować Fujare - Destiel OneShot (Crack)
Pls nie oceniajcie, miałam głupi humor. x'D
Cóż za cliffhanger. :')
Cóż za cliffhanger. :')
Dean miał anioła stróża.
Cóż, niby dziwna rzecz do stwierdzenia, gdy jest się ateistą od dziesiątego roku życia, ale to nie mógł być kurwa przypadek.
Wszystko zaczęło się kiedy miał osiem lat. W teorii dziwny wiek na zablokowanie penisa, no ale stało się. Dwa lata przed tym wydarzeniem odkrył jak cudownym przeżyciem było, gdy twoje krocze poczuło wolność i od tamtej pory stało się to dla niego regularnym wydarzeniem, bo czemu nie? Przecież miał własne podwórko, odrodzone od reszty świata, a w letnia bryza wpływała wręcz leczniczo na jego skołatane sześcioletnie nerwy. Swoją drogą to właśnie wtedy odkrył, że jest zatwardziałym nudystą. Było to przyjemne zwłaszcza, gdy miał gorące towarzystwo, ale o tym później.
Otóż gdy miał osiem lat, a temperatura na dworze była na tyle wysoka, że pocił się w miejscach w których żadna osoba nigdy pocić się nie powinna, więc postanowił – w naprawę kilka sekund, właściwie gdy tylko dowiedział się, że jego rodzice z małym Sammym mieli zamiar tego dnia wspólnie udać się na plac zabaw. I Dean zazwyczaj poszedłby z nimi, ale ośmiolatki jego ligi zazwyczaj udawali się w swoje, specyficzne miejsca, żeby się spotykać. Na przykład na stary plac zabaw, bo tam już nigdy nie udawały się szkraby, a przecież właśnie ich chcieli uniknąć.
W każdym razie, kiedy jego rodzicie zabrali wózek i około dwóch skrzyń zabawek dla jego młodszego braciszka, upewnili się, że Dean da sobie radę w ciągu ich godzinnej nieobecności oczywiście porządnie ucałowali go na pożegnanie, jakby mieli zamiar wyjechać na Bahamy a nie przecznicę dalej, a potem wreszcie wyszli, Dean odczekał pięć minut po czym wyszedł na ogródek za domem, wdychając świeże i niezwykle gorące powietrze. Na wszelki wypadek przyjrzał się drewnianemu płotowi, czy aby na pewno nie ma tam żadnych specjalnie dużych szpar i zrzucił z siebie koszulkę. Natomiast gdy tylko zamierzał ściągnąć swoje spodnie razem z majtkami w strażaki w jednym płynnym ruchu, ogłaszającym światu jego boskość, coś go powstrzymało.
Dean, mamy tu pewną sytuację... - Destiel OneShot (Omegaverse)
Tak w ogóle to nie umiem dodawać postów z telefonu za bardzo, no ale później sie poprawi. xD
Obecna sytuacja była dla Deana bardzo prosta. Anioły upadły, Castiel upadł, Castiel był teraz człowiekiem. Nic prostszego, naprawdę. I właściwie, na początku nie widział zbyt wielu minusów tej sytuacji. Tak naprawdę jedynym minusem mógł być fakt, że Cas stracił możliwość unicestwiania demonów pojedynczym dotykiem, ale oprócz tego? Żadnych puszysto-skrzydłych aniołów grających wielkiego brata, Cas który został od-potworowany i Gadreel obiecujący wyleczyć Sama. Pierwszy raz sytuacja wydawała się być w porządku. Na tyle w porządku, że obiecał sobie i swojej małej dysfunkcyjnej rodzince małą przerwę od polowań, gdy tylko Cas wreszcie dotrze do ich bunkra...
A potem dotarł i parę rzeczy się zmieniło.
Bo Cas bezsprzecznie pachniał omegą. Nie żeby Dean wcześniej nie zastanawiał się jaki „status” będzie miał Cas po upadku, ale nie spodziewał się, że zmiana będzie taka ogromna. Poza tym, spodziewał się, że Cas będzie... No, na pewno nie omegą. Właściwie, myślał, że Cas okaże się betą, jedną z tych o bardo słabym, wręcz mdłym zapachu, do jakiego już się przyzwyczaił gdy Cas był aniołem
A może tumblr? + rant
A może by tak ten fanpage stworzyć na tumblerze bo jest bardzo miły w obsłudze? Ma ktoś tumblr apke?
Wiecie co? Jestem wkurzona. Bo miałam wrzucić te walone opka i raz w życiu dotrzymać obietnicy. A potem zepsuł mi się komputer. Miał być naprawiony dwa dni temu i zgadnijcie kto go jeszcze nie dostał.
*wydech*
Wrzucam coś co miałam w notatniku bo chce żeby mi się to wyświetlało w tym miesiącu, ale nie jest to kompletne, kompletne wrzuce JAK TO W KOŃCU PRZYJDZIE.
Wiecie co? Jestem wkurzona. Bo miałam wrzucić te walone opka i raz w życiu dotrzymać obietnicy. A potem zepsuł mi się komputer. Miał być naprawiony dwa dni temu i zgadnijcie kto go jeszcze nie dostał.
*wydech*
Wrzucam coś co miałam w notatniku bo chce żeby mi się to wyświetlało w tym miesiącu, ale nie jest to kompletne, kompletne wrzuce JAK TO W KOŃCU PRZYJDZIE.
niedziela, 26 listopada 2017
Nadzieja Umiera Ostatnia #24 Podła prawda
Eloszka!
Dodaję nowy rozdzialik ;>
Hue hue hue...Drama time </3
Dodaję nowy rozdzialik ;>
Hue hue hue...Drama time </3
Trzy dni. Dokładnie trzy dni temu
Alicja dygotała ze strachu o siebie, o swoje dziecko i o Nikole,
kiedy czarny pistolet mierzony był w jej głowę. Trzy dni minęły,
a ona nadal mieszkała pod jednym dachem z Erickiem Bleykiem, któremu
złośliwy uśmieszek błądził po ustach, widząc ich przerażone
twarze. Alicja byłą przekonana, że tego obrazu już nigdy nie
wyrzuci z głowy.
Starała się nie wychodzić z pokoju,
zazwyczaj trzymając się tylko piętra. Bała się pojawiać w
okolicach jego gabinetu, bała się spoglądać na niego, kiedy z
tyłu głowy miała świadomość kim tak naprawdę jest.
W dniu, kiedy byłą gotowa spakować
wszystko i po prostu uciec- dla dobra swojego i dziecka, Dawid zebrał
się z nią na rozmowę. Opowiedział jej wszystko, co dotyczyło
jego ojca. Wszystko co wiedział. Dla Alicji to był jak kolejny cios
wymierzony w nią przez prawdę. Spodziewała się wszystkiego,
zdrady jej matki, Ericka i jego mafii. To nie wstrząsnęło nią
tak bardzo, przecież to teoretycznie już wiedziała, mimo wszystko,
kiedy Dawid zaczął wspominać o jej ojcu i o tym, jak zakochany w
Jasminne dał się wciągnąć w to bagno- coś w niej pękło. Nie
płakała, bo nie było nad czym. Jej ojciec nie żył za sprawką
Jasminne, co dopowiedziała sobie sama, ponieważ Dawid nie znał
dokładnego powodu. Jednak gniew, który opanował całe jej ciało
był nie do opisania. Jasminne w jednym momencie stała się jej
wrogiem. Gdyby tylko mogła zaźgałaby ją pierwszym lepszym
przedmiotem z ostrym zakończeniem, bo taka kobieta w jej oczach
powinna płonąć w piekle. Była wszystkiemu winna. Zabrała jej
dzieciństwo i jakiekolwiek możliwość na normalne życie. Alicja
przestałą w jednym momencie widzieć w niej matkę. Dla niej byłą
potworem.
W końcu jednak zebrała w sobie na
tyle siły, aby stanąć z nią twarzą w twarz i wypowiedzieć tyle
negatywnych myśli, dopóki jej gardło nie miałoby dość. Mimo to
nie chciała się nakręcać, bo gdzieś z tyłu wciąż byłą
świadoma, że to kobieta, która tchnęła w nią życie i nie ważne
jaką suką by była- należy się jej gram szacunku.
Powoli opuściła swój azyl
spodziewając się tego, co zazwyczaj. Głuchej ciszy, bądź
jakiegoś szmeru dochodzącego z dołu. Jednak nie tym razem. Na dole
rozbrzmiewała cicha muzyka, przyjemna dla uszu a w powietrzu unosił
się zapach ciepłego, domowego obiadu. To było dezorientujące, ale
Alicja nie zmieniła swych planów. Dumnie zeszłą ze schodów i
udałą się do kuchni, licząc na to, że to właśnie tam znajdzie
swoją matkę. Była w szoku, kiedy osobą gotującą nie była ani
Jasminne, ani Nikola, tylko jakaś obca, młoda dziewczyna.
-Kim jesteś? Zapytała nieco zbyt
oschle. Blondynka wystraszona obróciła się w jej stronę i
obdarzyła ją swoim delikatnym spojrzeniem. Miała opuchniętą
wargę, a siniak spod oka- mimo, że zaczynał schodzić, nadal był
widoczny. Alicją aż potrząsnęło z przerażenia. -Kto ci to
zrobił?- Zapytała z troską, kiedy podeszła nieco bliżej.
-T-to nic- Wydukała. Spoglądała na
nią w taki sposób jakby każdy jej ruch w stosunku do niej miał ją
skrzywdzić. Patrząc na jej reakcję Alicji zrobił się aż
niedobrze, doskonale zdając sobie sprawę, kto był autorem tego
siniaka.
-Jak to nic?- Zapytała oburzona- Boisz
się- Skwitowała. Dziewczyna milczała spuszczając wzrok na
podłogę.- Jak masz na imię?- Zapytała cicho.
-Wiera- Mruknęła slabo. Dziewczyna
miała niecodzienny akcent. Alicja początkowo myślała, że
dziewczyna jest z Polski, ponieważ niektóre z jej wypowiedzianych
słów brzmiały podobnie, do tych, które za dzieciaka uczył je
tata, lecz mimo to jej akcent był inny, wcześniej Alicji nie znany.
Alicja w ciszy z uwagą przyglądała
się dziewczynie. Z pewnością była tu od niedawna, ponieważ nigdy
nie miała okazji jej zobaczyć. Nie byłą zwykłą gosposia,
patrząc na to w jaki sposób Erick ją traktował. Dla Alicji to był
bezsprzeczny fakt, że autorem jej podbitego oka był właśnie on.
Dziewczyna chciała o coś zapytać,
ale trzask wejściowych drzwi odwrócił jej uwagę. Z przerażeniem
spoglądała w stronę salonu, a potem przeniosła zdenerwowany wzrok
na Alicje.
-Nie powinnam z tobą rozmawiać-
Wysapała szybko, zajmując się czymś co zmusiło ją od odwrócenia
się do dziewczyny tyłem.
W salonie było słychać ciche śmiechy
i zdawkowe zdania. Niski barytno Ericka obił się o jej uszy
zatrzymując ją w półkroku. Od razu odechciało jej się
jakichkolwiek pogaduszek z Jasminne. Chciała jedynie niezauważona
przemknąć na górę, co akurat nie było możliwe, ponieważ droga
do schodów prowadziła przez samo centrum salonu. Odwróciła się
szukając jakiegokolwiek wsparcia w Wierze, lecz niestety dziewczyna
nawet lekko nie odwróciła się w jej stronę. Wzrok tępo miała
wbity w blat, jakby czekała tylko a to by Alicja opuściła
pomieszczenie.
Nie uśmiechało jej się konfrontować
z Erickiem, ale tu również nie była mile widziana. Wzięła
głęboki oddech i dla rozluźnienia uniosła lekko ramiona. Powoli
skierowała się ku wyjściu w akompaniamencie kolejnego trzasku
drewnianej konstrukcji, tym razem w innej części domu, lecz nadal
na parterze. Istniała szansa, że Erick zamknął się w swoim
gabinecie, co Alicja zamierzała wykorzystać. Szybkim krokiem, wręcz
wybiegając skierowała się do salonu, gdzie siedziała jej matka.
Odziana w zwiewną, kremową koszule nocna otulona chusta do
kompletu. Jej rude włosy ledwo trzymały się w spiętym koku, a
usta wykrzywiały się w krzywym uśmiechem. Alicja otrząsnęła się
na jej widok. Z szampanem w reku, w drugiej zaś trzymała tablet
przesuwając po nim wzrokiem. Była nad wyraz zrelaksowana i
spokojna, zupełnie jakby sprawa sprzed kilku dni była czymś
naturalnym, lub po prostu nie miała miejsca. Alicji przemknęłam
nawet przez głowę myśl, że to ona jedynie to roztrząsa. Wszyscy
wrócili do swoich codziennych zajęć. Dawid nadal znikał na całe
dnie, a Nikola szwendała się po mieszkaniu, lecz tym razem więcej
czasu spędzając w pokoju. Może Alicja nie pragnęła, aby Nikola
teraz popadała w paranoję, lecz jej zachowanie wprawiło ją w
lekka niepewność. Była spokojna, jakby już kiedyś ktoś
powiedział jej, że taka sytuacja będzie miała miejsce, mimo, że
kiedy stała naprzeciw spluwy Alicja miała wrażenie, ze jeszcze
chwila a dziewczyna upadnie na ziemie.
Mimo wszystko, Alicja nie potrafiła
się powstrzymać i prychnęła na widok swojej rodzicielki. Ta zaś
uniosła wzrok w jej kierunku i widząc ją odstawiła kieliszek na
stolik i uśmiechnęła się lekko.
-Alicja- Powiedziała spokojnie,
rozprostowując nogi i wkładając je w kapcie. - Usiądziesz,
córeczko?- Zapytała. Delikatność, która opuściła jej usta
doprowadziła Alicje do mdłości, które ostatnio ustały.
Dziewczyna pokręciła głową śmiejąc się przy tym. Jasminne
patrzała na nią sprawiając wrażenie zdziwionej jej zachowaniem.
-W co ty grasz?- Zapytała ostro. Nie
mogła na nią patrzeć. Widziała w niej jedynie puszczalską
dziwkę, która pozbawiła ja normalnego życia. Nie tak wyobrażała
sobie swoją matkę.
-Nie rozumiem- Podniosła się z kanapy
kierując w stronę swojej córki.
-Myślisz, że nie wiem?- Zaśmiała
się cynicznie.- Myślisz, że nie wiem o tym jak pieprzysz się z
Erickiem? O tym, jak przez ciebie tata nie żyje?- Warknęła ledwo
powstrzymując swoje dłonie od uderzenia jej. - Po co wam jestem?
Czego ode mnie chcesz? Nie wystarczy ci, że zabiłaś jedyną osobę,
której w jakiś sposób na mnie zależało? Że zamknęłaś mnie w
domu dziecka pozwalając żyć złudną nadzieją, że kiedy skończę
osiemnaście lat znajdę cię i będę w końcu miała normalny dom?
- Prawie płakała. Miała już dość.
Gdzie się nie obróciła czyhali na nią ludzie, którzy łaknęli
jej śmierci bądź krzywy. Nie potrafiła pojąc jak bardzo jej
rodzina była chora. Utknęła w jakimś psychicznym okręgu, gdzie
mafia jest czymś zwykłym, a wymachiwanie bronią rozrywka.
-Twój ojciec sam się w to wkopał-
Mruknęła pewnie.
-Bo cie kochał!- Krzyknęła.
-Alicja...-Westchnęła- Też go
kochałam, ale nie samą miłością człowiek żyje- Uśmiechnęła
się szyderczo- Dave dowiedział się interesie Ericka, o tym, że
brałam w tym udział. Wiele rozmawialiśmy o tym. Tłumaczyłam mu,
że jak raz się w to wejdzie to nie ma odwrotu, a ja naprawdę-
gdybym tylko mogła chciałam się od tego odciąć, być z twoim
ojcem...
-Kłamiesz!-Jęknęła zapłakana.
Jasminne obdarzyła ja lekceważącym spojrzeniem.
-Mądra dziewczynka- Mruknęła
popijając szampana.- Wracając. Twój tatuś był naiwny i szybko
wkręcił się w interesy. Zapach łatwych pieniędzy stał się jego
ulubioną wonią. W tym wszystkim się po prostu pogubił i cóż-
Odłożyła kieliszek bacznie obserwując żałośnie zalaną łzami
Alicję.- Skończył jak skończył. Może gdyby nie dowiedział się
o ciąży, nadal by żył.
-Nie obwiniaj mnie o to- Warknęła
podchodząc do Jasminne bliżej.
-Dave dowiedział się, że jestem w
ciąży tego samego dnia, kiedy przyłapał mnie całująca się z
Erickiem. Myślał, że to jego dzieckiem jesteś- Alicja przełknęła
gulę, która pojawiła się w jej gardle. To nie mogła być prawda.
Ona nie mogła być siostrą Dawida.
-Wpadł w furię i krzyczał, że
wszystko sprzeda policji, że ma wystarczające dowody. I tak to się
zaczęło. Potwierdziło się, ze jesteś córką Dave'a, a on już
do końca życia był pod odstrzałem.- Uśmiechnęła się sama do
siebie- Sześć lat, wytrzymał Sześć lat ciągłych gróźb.
Powiem ci, że zaimponował mi tym, przecież w międzyczasie był
jeszcze idealnym tatusiem- Zaśmiała się- No, ale niestety nawet
jego ukochana córeczka nie była w stanie utrzymać go przy życiu,
no i sobie strzelił biedaczek- Wzruszyła ramionami, jakby to co
stało się z jej mężem nigdy tak naprawdę jej nie dotknęło-
Zostawił mnie z tobą na dwa lata, ale potem było już tylko z
górki. Pozbyłam się balastu, a Erick w końcu mógł poświęcić
mi całkowita uwagę. Nie byłam już kochanka, a kobietą na
pierwszym miejscu.
-Jesteś potworem- Szarpnęła ją-
Zabiłaś mojego ojca, a Dawidowi odebrałaś matkę, tylko po to,
aby tobie było wygodnie. Jesteś nic nie wartą szmatą- Pchnęła
nieco kobietę, która z lekka się zatoczyła. Jednak wystarczyła
chwila, aby z zamachem wycelowała w policzek Alicji z silnym
plaskiem. Dziewczyna ugięła się w pół automatycznie chwytając
się za obolałe miejsce. Oczy znów zaszył jej łzami, tym razem z
bólu.
-Nienawidzę cie- Wysyczała i wybiegła
z salonu.
Chciała jak najszybciej znaleźć się
w swoim pokoju. Nakryć się kołdrą i uspokoić. Po prostu wziąć
oddech i poczekać na Dawida, który od kilku godzin siedział w
pokoju przy telefonie organizując wszystko, aby mogła w końcu się
stąd wyrwać.
Chciała wbiec po schodach, jednak w
połowie znieruchomiała. Minęła chwila a zwinęła się z bólu
łapiąc się za dół brzucha. Ból był nie do opisania, jakby ktoś
rozrywał ją od środka, na zmianę zaciskają wszystko w jej
wnętrzu. Nie mogła się wyprostować. Ledwie stawiała kolejne
kroki na schodach, a kiedy wspięła się już na górę ostatnimi
siłami utrzymując się na nogach dopadła drzwi od pokoju Dawida.
Uderzyła w nie całym swoim ciałem na ślepo odnajdując klamkę,
która szybko nacisnęła. Drzwi po chwili odpuściły, a ona dostała
kolejnego ataku bólu, który przeszył jej całe ciało. Otwierając
drzwi runęła na podłogę w progu, a oczy jej zaszły mgłą.
-Kurwa mać!- Krzyknął Dawid
podbiegając do dziewczyny.- Do szpitala- Warknął do kogoś, chyba
do telefonu.
Alicji i tak był wszystko jedno.
Chciała, żeby to już ją opuściło. Chciała poczuć ulgę.
Ból przybrał znów na sile, kiedy
oderwała się od ziemi wskutek Dawida, który pospiesznie wziął ja
na ręce.
Nim straciła świadomość słyszała
jak brunet zbiega z nią po schodach, a potem w pośpiechu opuszcza
dom.
Wtedy nie liczyło się już nic. Nic
prócz myśli, ze właśnie mogła tracić swoje dziecko.
poniedziałek, 20 listopada 2017
Omegaverse?
Dzień dobry czytelnicy~~
Jako iż mam jakieś 5 rozdziałów w trakcie pisania, ale 0 skończonych, a mam zamiar dodać te 5 jutro to... Muszę się zapytać zanim cokolwiek zrobię, bo w sumie to spora część jest związana z tematem.
Co myślicie o Omegaverse? Może być, mniam czy fuj? Znaczy ja na przykład nie jestem specjalną fanką mprega, także na przykład ten element nie będzie występował często, ale co myślicie o samym koncepcie? Powinnam pisać ostrzeżenia? *w kropce jestem*
Ah, ps, mimo wszystko Omegaverse nie wiążę z byciem wilkołakiem zawsze, także jak ktoś się o to martwi to już nie musi. XD
Jako iż mam jakieś 5 rozdziałów w trakcie pisania, ale 0 skończonych, a mam zamiar dodać te 5 jutro to... Muszę się zapytać zanim cokolwiek zrobię, bo w sumie to spora część jest związana z tematem.
Co myślicie o Omegaverse? Może być, mniam czy fuj? Znaczy ja na przykład nie jestem specjalną fanką mprega, także na przykład ten element nie będzie występował często, ale co myślicie o samym koncepcie? Powinnam pisać ostrzeżenia? *w kropce jestem*
Ah, ps, mimo wszystko Omegaverse nie wiążę z byciem wilkołakiem zawsze, także jak ktoś się o to martwi to już nie musi. XD
niedziela, 12 listopada 2017
Proszę Wszystkich o powstanie, Alex prosi o wysłuchanie!
Cziki Cziki taaaa...
Lalalala...
Ekhem...
Ostatnio wpadłam na pewien pomysł.
Mianowicie, pomyślałam o założenie naszego tak jakby fanpage'a? Na instagramie, albo facebooku (jakbyście woleli)
Wiem, zę nie jest nas tu dużo, ale wydaje mi się to wygodne. Mogłybyśmy tam dodawać nasze raki, czy też informować czemu umarłyśmy XDD Moglibyście wiedzieć mniej więcej na bieżąco co tam u nas i wgl... (taaa jeśli kogoś to interesuje XD)
Przyznam też, że jest to też nasza czysto egoistyczna inicjatywa, ponieważ zapewniłoby nam to chodź troszkę większą rozgłośnie :D
Ale decyzja należy do was, bo to z wami trzeba tworzyć społeczność.
Piszcie w komentarzach, co o tym sądzicie :))
A i gdzie byście chcieli, aby on istniał. Wolicie facebooka Czy instagrama? Albo macie jakieś inne propozycje?
Dajcie znać, błaaaaagam <3
Ps: Dziękuje Anon, to zmieniło moje życie </3
Lalalala...
Ekhem...
Ostatnio wpadłam na pewien pomysł.
Mianowicie, pomyślałam o założenie naszego tak jakby fanpage'a? Na instagramie, albo facebooku (jakbyście woleli)
Wiem, zę nie jest nas tu dużo, ale wydaje mi się to wygodne. Mogłybyśmy tam dodawać nasze raki, czy też informować czemu umarłyśmy XDD Moglibyście wiedzieć mniej więcej na bieżąco co tam u nas i wgl... (taaa jeśli kogoś to interesuje XD)
Przyznam też, że jest to też nasza czysto egoistyczna inicjatywa, ponieważ zapewniłoby nam to chodź troszkę większą rozgłośnie :D
Ale decyzja należy do was, bo to z wami trzeba tworzyć społeczność.
Piszcie w komentarzach, co o tym sądzicie :))
A i gdzie byście chcieli, aby on istniał. Wolicie facebooka Czy instagrama? Albo macie jakieś inne propozycje?
Dajcie znać, błaaaaagam <3
Ps: Dziękuje Anon, to zmieniło moje życie </3
Tydzień, który zmienił moje życie cz.8- Okej
Eh...
W komentarzu napisałam, ze rozdział pojawi się w zeszłym tygodniu, jak możecie się spodziewać - nawaliłam.
Przepraszam, ale naprawdę mam usprawiedliwienie!
Całą niedzielę uczyłam się do sprawdzianu, a w tygodniu też nie miałam czasu, aby coś naskrobać. Teraz zapowiada się nieco luźniej w szkole, także mam nadzieję dodawać regularnie.
Ponadto bardzo, ale to bardzo chciałabym zacząć dodawać dwa razy w tygodni. Jak wiecie pisze aż 4 opowiadania, i kiedy one pojawiają się tylko w niedzielę to odstępy między nimi są strasznie duże. Tak sobie pomyślałam, aby środy zarezerwować dla Violetty, a niedziele na OBKK i moje autorskie opko. Uważam to za dość dobry plan, także będę się starał tego trzymać.
Póki co cieszcie się nowym rozdziałem!
PS: Za moje zaległości proszę tylko i wyłącznie winić polskie szkolnictwo, które nakazuje robienia 1 sprawdzianu w miesiącu i moich nauczycieli, którzy kochają zwalać wszystko na jeden tydzień </3
W komentarzu napisałam, ze rozdział pojawi się w zeszłym tygodniu, jak możecie się spodziewać - nawaliłam.
Przepraszam, ale naprawdę mam usprawiedliwienie!
Całą niedzielę uczyłam się do sprawdzianu, a w tygodniu też nie miałam czasu, aby coś naskrobać. Teraz zapowiada się nieco luźniej w szkole, także mam nadzieję dodawać regularnie.
Ponadto bardzo, ale to bardzo chciałabym zacząć dodawać dwa razy w tygodni. Jak wiecie pisze aż 4 opowiadania, i kiedy one pojawiają się tylko w niedzielę to odstępy między nimi są strasznie duże. Tak sobie pomyślałam, aby środy zarezerwować dla Violetty, a niedziele na OBKK i moje autorskie opko. Uważam to za dość dobry plan, także będę się starał tego trzymać.
Póki co cieszcie się nowym rozdziałem!
PS: Za moje zaległości proszę tylko i wyłącznie winić polskie szkolnictwo, które nakazuje robienia 1 sprawdzianu w miesiącu i moich nauczycieli, którzy kochają zwalać wszystko na jeden tydzień </3
Wchodząc do firmy nie wyciągnął
słuchawek z uszu, tak jak miał to w zwyczaju. Każdego ranka witał
swoich kolegów z pracy sympatycznym uśmiechem, a nawet zamieniał z
nimi kilka zdań, ale nie dziś, kiedy zupełnie nie był w nastroju
do niczego. Po prostu szybko przemknął przez korytarz, omijając
recepcję gdzie pracowała Ino i zamknął się w swoim gabinecie. To
co wydarzyło się ostatniego tygodnia, było czymś co zbyt dużo
dla niego w pewien sposób znaczyło. Wczorajszego dnia kiedy wrócił
do domu, dla niego to już nie było to samo miejsce. Nie czuł się
tam na tyle dobrze, jak w mieszkaniu Kakashiego i był niemal pewny,
że nie chodziło tu wcale o ładniejszy wystrój wnętrz czy też
porządek. Zdecydowanie chodziło tu o obecność siwowłosego. I
niby wszystko wskazywało na to, że powinien być w wyśmienitym
humorze, przecież jeśli tylko miałby ochotę z nim porozmawiać,
wystarczyło, że pofatyguje się w drugą część firmy, jednak
rozstali się w zupełnie innych stosunkach. Nie miało być teraz
nic. Żadnych rozmów, miłych (lub też mniej) uśmieszków, czy tez
wspólnego lunchu. Niby umawiali się, że kiedy wszystko się
skończy ich relacja wróci do normy, ale Obito był pewien, że nie
potrafi tak po prostu jak dawniej wparować do jego gabinetu i być
tym samym złośliwym współpracownikiem. Nie był w stanie
oddzielić swoich prywatnych myśli na tyle, aby wejść tam i nie
wspomnieć o tym jakże dość ekscytującym dla niego tygodniu. I
choćby się wydawało, że to dość krótki czas, to jednak
wywrócił jego świat do góry nogami (niekoniecznie w pozytywny
sposób). Ten tydzień mógł zdecydowanie nazwać tygodniem, który
zmienił jego życie.
Natrętne pukanie w szklane drzwi
zmusiło go, aby oderwać wzrok od rozciągającej się panoramy
miasta i odwrócić się w kierunku gościa. Machnięciem ręki
zaprosił Rin do środka, bo było wręcz oczywiste, że to ona. Nikt
w tym miejscu nigdy cierpliwie nie czekał, tylko uprzedzając się
krótkim wręcz niesłyszalnym pukaniem wparowywał do środka, co
niezmiernie go irytowało.
Nie uniósł głowy znad komputera, by
pozorować na wielce zapracowanego. Co jak co, ale nawet Rin nie była
tą osobą, z którą mógłby się podzielić tym, co tak naprawdę
zaprząta mu głowę. Recepta na to była tylko jedna. Sam musiał
się z tym uporać poszukując odpowiedniego lekarstwa.
-Co dla mnie masz?- Wciąż
profesjonalnie, nie wzbudzając żadnych podejrzeń zaczął
interesować się teczką, którą kątem oka zauważył w dłoniach
młodej kobiety.
-Nowe zlecenie- Mruknęła posępnie.
Ton jej głosu zmusił Kakashiego, aby na chwilę się tym
zainteresować. Jej mina mówiła zbyt wiele. Zawartość teczki, nie
była zwykłym zleceniem. Był niemal pewien, że to co tam zobaczy-
nie spodoba się mu.
-Pokaż mi to- Zażądał.
Rin dla własnego dobra zwlekała z
wykonaniem polecenia. Może Kakashi nie był wybuchowy, i błahe
rzeczy nie wyprowadzały go z równowagi, jednak miał swój czuły
punkt, który właśnie znajdował się w tych papierach.
Spojrzeniem wymusił od niej ruch i
gwałtownie przejął teczką otwierając ją szybko. Uważnie wertował
każde strony marszcząc niekiedy brwi.
-Miesiąc to nieco mało czasu jak na
rozpoczęcie projektu- Odparł spokojnie, na co Rin doznała
niemałego szoku.
Niemożliwe, że nie zauważył-
pomyślała.
-M-mało czasu?- Wyjąkała
zdezorientowana. - Czy ty widzisz co tam pisze?- Zapytała z
pretensjami. Kakashi oparł się o fotel nieznacznie odpychając się
przy tym i poluzował krawat.
-Umiem czytać, Rin- Zapewnił- Więc
jak się domyślasz, wiem jak ma to wszystko przebiegać. Racja, nie
jestem z tego powodu jakoś szczególnie zadowolony, ale czystym
nieprofesjonalizmem byłoby, gdybym pobiegł z tym do szefa domagając
się zmiany partnera. Oboje wiem, że nawet jeśli, Minato nigdy na
to nie pójdzie- Odparł zdegustowany. Można by było rzec, że Rin
przez chwilę zamurowało. Liczyła na jakieś kąśliwe uwagi i
pretensje, a to było miłym zaskoczeniem. Problem polegał na tym,
ze od jej pamiętnych urodzin, relacja tej dwójki się zmieniła i
wyglądała z lekka na podejrzaną.
-Co zamierzasz zrobić?- Zapytała.
Kakashi wyciągnął srebrny długopis z futerału i złożył
parafkę w odpowiednim miejscu, gdzie była mowa o zobowiązaniach
dotyczących projektu.
-Jak to co? Wykonać to co zostało mi
przydzielone. Zaniesiesz mu to, czy ja mam to zrobić- Ta nagła
zmiana w tonie jego wypowiedzi wyprowadziła ją z równowagi.
Kakashi nigdy jej się nie spowiadał jeśli chodzi o życie
prywatne. Nigdy na tyle, aby wiedzieć o co mogłoby się rozchodzić
w tej sprawie. Zawsze to ona wyzbywała się swoich problemów
opowiadając o tym, jednak tym razem czułą, ze dołoży wszelkich
starań, aby pociągnąć go za język, nawet kosztem uchlanego
Hatake na jej kanapie.
-Jeślibyś mógł to zrobić, wiesz
Minato przyniósł mi dzisiaj stertę papierów do wypełnienia i...-
Zaczęła tłumaczyć.
-Okej- Przerwał
-Okej?- Teraz zdecydowanie pragnęła
wyjaśnień. To ani trochę nie było normalne.
Kakashi spojrzał na nią marszcząc
brwi. Chwile przypatrywali się sobie, ponieważ Rin nie byłą w
stanie wyjść z podziwu. Ktoś podmienił jej współpracownika,
takie rzeczy nie mogły się dziać naprawdę.
-Okej...-Wyszeptała pod nosem i
skierowała się ku drzwi.
-Rin?- Zawołał nim kobieta zdążyła
opuścić jego gabinet.
-Tak?- Odwróciła się w jego stronę
przymykając lekko już otwarte drzwi.
-Może chciałabyś wyskoczyć gdzieś
dzisiaj wieczorem?- Zapytał. Rin spojrzała na niego jak na
kompletnego idiotę. Byłą świecie przekonana, że to jej się śni,
przecież to nie miało prawa się wydarzyć. Tydzień temu musiała
siłą wyciągać go z mieszkania, a teraz? Coś się zadziało i jej
zadaniem było dowiedzieć się co takiego, bo obecny Kakashi, nie
był sobą.
Skinęła lekko głową i wyszła z gabinetu pospiesznie kierując się do swojego biurka.
Skinęła lekko głową i wyszła z gabinetu pospiesznie kierując się do swojego biurka.
Hatake nie był do końca przekonany co
do tego pomysłu. Nawet nie wiedział dlaczego taka propozycja
opuściła jego usta. Miał wrażenie, że nie był do końca
świadomy, tego co wygadywał. Tak przynajmniej się czuł, ale
zawsze mógł powiedzieć, że coś mu wypadło, albo w jakikolwiek
sposób się z tego wymigać, tyle że o ile strasznie nie lubił
przebywać w barach popijając piwo, jeszcze gorsza była wizja
spędzenia samotnie wieczoru w pustym mieszkaniu.
Jeszcze raz spojrzał na dokumenty,
które miał przed sobą i westchnął. Zapowiadał się ciekawy
miesiąc w towarzystwie Uchihy, i sam już nie był pewien, czy
bardziej jest zły, czy wdzięczny za obrót sytuacji.
Odszedł od biurka i skierował się do
stolika, gdzie stałą karafka z zimną wodą. Zapełnił szklankę,
by po chwili jednym cięgiem wyzbyć się zawartości. Zapiął guzik
marynarki i poprawił krawat. Chwycił teczkę i włożywszy sobie ją
pod rękę umieścił doń w kieszeń i dumnym krokiem opuścił
gabinet, kierując się do działu reklamy.
Nie wysilając się na pukanie, tak jak
robił to Uchiha kiedy zaszczycał go swoją obecnością wszedł do
jego gabinet i rzucił na biurko biała teczkę. Nie zmienił postaw.
Wciąż z dłonią w kieszeni, dość dumnie stał naprzeciwko
intensywnie obserwując Obito, którego wzrok machinalnie przejechał
po całym jego ciele, aby dopiero po chwili zatrzymać się na jego
twarzy. Kakashi mógł się założyć, ze zauważył cień uśmiechu,
który przemknął przez jego usta. On jednak stał niewzruszony z
kamienną miną.
-Co to jest?- Zapytał niepewnie
chwytając biała teczką.
-Zlecenie, podpisz i bierzemy się do
roboty. Mamy mało czasu- Oznajmił wyniośle.
-My, razem, wspólne zlecenie?- Zapytał
nie dowierzając.
-Tak, klient całkiem sporo płaci, ale
domaga się stworzenia zupełnie czegoś od podstaw bez żadnych
wytycznych. Nie damy rady na osobności- Wytłumaczył. Obito
przytaknął i dla pewności przeczytał z grubsza dokumenty, które
podpisał tuż pod widniejącą parafką Hatake.
-Proszę- Przysunął papiery w stronę
Kakashiego, który zdążył usadowić się na krześle. Przechwycił
to szybko upewniając się, ze podpis faktycznie tam widnieje i i
zamknął teczkę.
-Kakashi- Zaczął zwracając jego
uwagę. Hatake uniósł wzrok na Obito, który wyglądał na nieco
zdenerwowanego. Omal powstrzymał uśmiech, który chciał wkraść
mu się na usta, kiedy spojrzał w jego oczy. Otwarcie sam przed sobą
musiał przyznać, że polubił tego skurczybyka. Chyba tylko
polubił...
-Od kiedy mówisz do mnie po imieniu?-
Zapytał chłodno. Ciężko było mu teraz tak z nim rozmawiać,
kiedy przez ostatnie dni ich relacja wyglądała zupełnie inaczej.
Nie chciał być wobec niego taki, ale jednak liczył się z tym, że
z ich czystych relacji przyjacielskich nigdy nic nie wypali. Ponieważ
jedno było pewne, ta relacja już dawno straciła szanse na
przyjaźń.
Obito otworzył szerzej oczy i
przełknął gulę w gardle. Jego wyobrażenia były złudne, licząc
na to, że choć trochę ich relację ulegną zmianie. Naprawdę na
to liczył. Chciał, aby ich relacja była chodź trochę bardziej
przyjacielska, ale czy to było możliwe? Kiedy tylko na niego
patrzał miał ochotę robić zakazane rzeczy, więc czy przyjaźń z
nim naprawdę była możliwa?
-A więc to tak- Odsunął się od
biurka i nieco bardziej rozłożył na fotelu. Diametralnie zmienił
swoją postawę. Skoro Kakashi doszczętnie zniszczył w nim
jakąkolwiek nadzieję na cieplejsze zachowanie wobec niego- Obito
znów chciał być tym kto dominował. Inaczej nie mógł sobie tego
wyobrazić. Obserwował Kakashiego z czystą ciekawością oglądając
jego rekcje, albo bardziej posępną minę, która nie uległa
zmianie odkąd pojawił się w jego gabinecie.- Nie mam co liczyć,
prawda? Zapytał układając usta w złośliwym uśmiechu. Kakashi
prychną.
-Myślałem, że to oczywiste, Uchiha-
Dosadnie podkreślił jego nazwisko i zacisnął palce na teczce.
Kiedy Obito lustrował go wzrokiem, on jakby zaczął się nieco
dusić. W pomieszczeniu zrobiło się cieplej, a krawat uwierał go w
szyję, dlatego czym prędzej zgrabnie palcami poluźnił go, będąc
dalej pod intensywnym spojrzeniem Uchihy.
Obito zaśmiał się widząc to
skrępowanie na jego twarzy i czerwieniące się policzki, zapewne od
nagłego skoku temperatury. Nie mógł tak zwyczajnie z nim pracować.
Sam z siebie tak na niego działał. Oni w jednym pomieszczeniu
tworzyli napiętą atmosferę, która dla nich była jednoznaczna. To
oczywiste, co przemykało im przez głowę, kiedy oboje mierzyli się
pewnymi spojrzeniami. Jeden odczuwał to w kręgosłupie, drugi na
policzkach, a mimo to nadal zachowywali tę profesjonalną postawę.
-Liczyłem, że żartowałeś-
Posmutniał układając dłoń na biurku i powoli popukując w blat
palcami. Kakashi szybko spojrzał na nią, ale zaraz potem
odchrząknął i poprawił się na krześle.
-Słuchaj, tak jak się umawialiśmy-
Wstał z krzesła poprawiając jedną ręką marynarkę.- To co się
działo w moim mieszkaniu, tam pozostało. Między nami to nic nie
zmienia. Chce, aby nasza relacja nie uległa zmianie. Myślę, że to
fair dla nas obu- Obito jedynie kiwnął głową, pozwalając tym
samym Kakashiemu na szybkie ulotnienie się z tego pomieszczenia.
Brunet został sam uśmiechając się
diabolicznie, odwracając się w stronę okna. Po dzisiejszej wizycie
był pewien, że musi go złamać. Nie była w stanie tak pracować,
Kakashi zbytnio go rozpraszał, ale skoro pragnął dalszej
rywalizacji, Obito wiedział, ze bez problemu mu ją zapewni.
Gwałtownie odwrócił się w stronę
swojego telefonu i połączył się ze swoją sekretarką.
-Umów mnie z Nagato, na wczoraj-
Zażądał.
środa, 1 listopada 2017
Miesiąc Halloween!
Witajcie w miesiącu Halloween!
Taki mały event na blogu, okazja, żeby coś zmienić.
Co do opek, czy coś z tej okazji powstanie? Jeszcze nie wiem. XD
Myślałam o miesiącu Supernatural, ale szczerze to w praniu zobaczymy co z tego wyjdzie.
Tak jak mówiłam, w sumie to istnieje on tylko dlatego, bo tło nam się znudziło... No i kochamy Halloween :')
Oto nowe tło:
A cosplay'ują Damien i Toby!
Ah, chciałam to narysować, nie żartuje, od roku~~
PS. Jak ktoś ma jakieś zachcianki na miesiąc Halloween to ja jestem jak najbardziej otwarta. XD
Taki mały event na blogu, okazja, żeby coś zmienić.
Co do opek, czy coś z tej okazji powstanie? Jeszcze nie wiem. XD
Myślałam o miesiącu Supernatural, ale szczerze to w praniu zobaczymy co z tego wyjdzie.
Tak jak mówiłam, w sumie to istnieje on tylko dlatego, bo tło nam się znudziło... No i kochamy Halloween :')
Oto nowe tło:
A cosplay'ują Damien i Toby!
Ah, chciałam to narysować, nie żartuje, od roku~~
PS. Jak ktoś ma jakieś zachcianki na miesiąc Halloween to ja jestem jak najbardziej otwarta. XD
poniedziałek, 30 października 2017
Nadzieja Umiera Ostatnia #23- Zawsze
Oł yeah wyrobiłam się przed 00:00
Deszcz z hukiem odbijał się od szyby
w aucie, zmuszając tym samym wycieraczki do intensywnego ruchu.
Nocne światła lamp odbijały się od kropli wody, nice rażąc go
po oczach. Siedział w ciszy nasłuchując jedynie opadających
kropel na szybę, paląc któregoś już z kolei papierosa.
Czekając na Issacka liczył tylko i
wyłącznie na to, że lada dzień będzie mógł to wszystko
odkręcić. Na tym mu zależało, aby Alicja i jego dziecko byli
bezpieczni, aby zabić w sobie jakiekolwiek poczucie winy. Nie mógł
od tak zaangażować się w jej życie. Powodów było wiele, ale
pozostanie z dziewczyną wiązało się z ciągłym życiem w
niepewności. Bo tak właśnie było. Kiedy chodź na trochę się
uspokajało, cały czas z tyłu głowy myślał o tym, że Erick coś
znów wywinie. Nigdy się do tego nie mylił, tak zawsze się działo.
Cisza przed burzą. Burzą, która zawsze siała spustoszenie w jego
życiu.
Dźwięk otwierających się drzwi od
strony pasażera zmusił Dawida, aby spojrzeć w tamtą stronę.
Kilka kropel deszczu wylądowało na jego spodniach, kiedy Isaack
otrzepywał swoje włosy z nadmiaru wody. Jęknął zirytowany.
Sparks spojrzał na niego z ukosa mierząc przy tym morderczym
spojrzeniem.
-Nie patrz na mnie jak idiota, tylko
mów po co chciałeś się spotkać- Przeszedł do rzeczy kierując w
stronę kumpla paczkę papierosów i zapalniczkę. Ten z ochotą to
przyjął i odpalił tytoniowy wyrób. Trzymając tlącego się
szluga w ustach, spod jeansowej kurtki wyciągnął małą paczkę i
podarował ją Dawidowi. Chłopak przyjął ją i spojrzał na niego,
zbytnio nie rozumiejąc dlaczego tak właściwie trzymał to w
dłoniach.
-Słuchaj, Emilia Orzechowska to młoda
dziewczyna z Polski, która przypałętała się do Anglii do pracy.
Jej rodzice zginęli w wypadku, a z dalszą rodziną nie ma kontaktu,
rozumiesz?- Spytał jednocześnie opuszczając szybę samochodu, aby
pozbyć się nadmiaru popiołu z papierosa.
-Nie do końca- Mruknął
zdezorientowany przeglądając liczne kartki z dokumentami. Akt
urodzenia, świadectwa ze szkoły, legitymacje, którym jedynie
brakowało dokleić zdjęcia. Wszystkie dokumenty, które posiadał
normalny obywatel, wraz z wnioskiem o dowód osobisty.
-To jest wszystko, co udało mi się
skombinować, aby zapewnić jej nową tożsamość. Na ten moment nie
jestem w stanie wymyślić nic innego, ale jeśli tylko jakichś
dokumentów będzie brakować, zajmę się tym. Kwestia tego, czy
jesteś jej w stanie załatwić lokum w Londynie
-Dlaczego akurat tam?- Zapytał lekko
oburzony i schował dokumenty do schowka. Isaack westchnął i
odgarnął mokre włosy z czoła.
-Wiem, że ci się to nie spodoba, ale
powinieneś zwrócić się o pomoc do Xaviera
-Czy ciebie pojebało?- Zapytał nie
dowierzając. -Mam prosić tę dziwkę o pomoc? Poradzę sobie sam-
Mruknął odwracając wzrok.
-Tu nie chodzi o ciebie. Nie zapewnisz
dziewczynie bezpieczeństwa będąc sto kilometrów dalej, a on tam
będzie mógł mieć na nią oko. Zwłaszcza, że ktoś
nieodpowiedzialny zrobił jej dziecko- Spojrzał na niego
porozumiewawczo.
-Jeśli masz mnie oceniać, to lepiej
zakończmy tę rozmowę- Ostrzegł.
-Schowaj dumę do kieszeni i idź się
przed nim płaszcz, bo po ostatniej akcji omal nie skończył przez
ciebie w pudle. Przykro mi, ale Xavier jest jedyną opcją-Warknął.
-On jest kurwa w zmowie z moim ojcem,
myślisz, że jest odpowiednią osobą? Pierwszy ją wyda, jak tylko
poczuje zapach hajsu. Łatwa suka.
-Był w zmowie. Teraz się lansuje w
Londyńskim apartamencie i z tego co wiem nie miał kontaktów z
twoim ojcem od siedmiu miesięcy. Nie masz innego wyjścia.-Zapewnił
go.
Dawid nie do końca był przekonany,
aby to robić. Nie uśmiechało mu się błagać o pomoc brata, z
którym od pewnego czasu nie układało mu się najlepiej. Cóż,
wszystkiemu jednak winien był Erick, ale Dawid nie mógł pogodzić
się z myślą, jak bardzo zapatrzony w papierki z nominałami był
jego młodszy brat.
-Ta, zadzwonię do niego- Mruknął
niezadowolony.
-I umówisz się na spotkanie-
Dokończył, na co Dawid gwałtownie odwrócił się w jego stronę.
-Chyba żartujesz?- Krzyknął.
-Spuść z tonu jak ze mną gadasz-
Karcił- Mam cię uczyć, że takich spraw nie załatwia się przez
telefon? Myślałem, że to już wiesz, ale jak widać myliłem się.
Tak samo jak w kwestii używania prezerwatyw- Wzruszył ramionami.
-Pierdol się Sparks, pierdol
się-Warknął i odpalając szybko samochód włączył się do
ruchu.
-Co jest?- Zapytał Isaack, kiedy
zaparkowali pod domem, a Dawid wydawał być jeszcze bardziej
wkurzony niż wcześniej, a przecież się do niego nie odzywał.
-To samochód Roberta Zane'a- Chwycił
szybko za klamkę chcą jak najszybciej wysiąść z auta.
-Nie możesz tak po prostu tam
wparować- Powstrzymał go.
-Nie rozumiesz? Jeśli wie, że
dziewczyny są w domu, nawet nie chce myśleć co tam się dzieje. On
musi mieć jakieś porachunki z nimi związane, inaczej Erick nie
trzymałby ich w domu po nic. Musimy tam iść- Wybiegł z samochodu,
a tuż za nim Isaack. Oboje zatrzymali się przy wejściu, a zza
szpary z niedociągniętej firanki chcieli coś zobaczyć.
-Nic nie widać- Mruknął Isaack
-Dobra, wchodzę tam- Oznajmił i po
chwili oboje byli już w środku. Śmietanka towarzyska w składzie
jego ojca i Jasminne ze spokojem popijała szampana, kiedy Robert
wraz z bronią w dłoni szarpał się z Alicją.
-Puść ją, Robert- Zażądał na tyle
głośno, aby mężczyzna odwrócił się w jego stronę. Popchnął
Alicję, która nieco się zachwiała, ale zaraz po tym okryła swoim
ciałem płaczącą już Nikole.
-Dawid, dawno się nie widzieliśmy.
Można by powiedzieć, że nawet się za tobą stęskniłem- Zakpił
i sięgnął ręką po whisky, która stała na szklanym stole w
towarzystwie butelki od szampana i truskawek.
-Widzę, że urządziliście sobie miłe
spotkanie towarzyskie. Dlaczego w takim razie ściągnąłeś tu
dziewczyny?- Zapytał spokojnie, dając w międzyczasie znak Alicji,
aby wraz z Nikolom poszły na górę. Dziewczyna niemal od razu
zrozumiałą przekaz i chwilę później obie zniknęły mu z pola
widzenia.
-Cóż, nie ukrywam świetnie nam się
gawędziło, a dziewczynki jakoś tak same się napatoczyły. -
Wyjaśnił sięgając tym razem bo truskawkę. - Poza tym, nie dziw
mi się, że chciałem poznać moje przyszłe kobiety- Uśmiechnął
się szyderczo.
-Co ty pieprzysz?- Zapytał
zdenerwowany. Niemal od razu tuż obok pojawił się Isaack.
-Właśnie omawiałem z twoim tatusiem-
Wskazał na Ercika, który jedynie pomachał mu ręką uśmiechając
się przy tym w ten obrzydliwy dla Dawida sposób.- Oboje
uzgodniliśmy, że jako spłatę długów, za ich ojców mogę sobie
je wziąć. Nie ukrywam, bardzo podoba mi się ta opcja. Marzę o
tym, aby odebrać tej rudej ślicznotce wianuszek- Rozmarzył się.
Dawid zaśmiał się i podszedł do mężczyzny bliżej. Zaciągnął
się tą mieszanką piżma i papierosów, przez co nie mal od razu
zrobiło u się nie dobrze. Dokładnie tak pachniał każdy sukinsyn,
którego spotkał na swojej drodze. Nie mówiąc już o jego ojcu,
którego deski w gabinecie były przesiąknięte tym smrodem.
-Przykro mi, ale- Zniżył się nieco,
aby być na idealnej wysokości. Oko w oko.- Byłem pierwszy-
Mruknąwszy ugryzł owoc w dłoni Roberta i poklepał go pocieszająco
w plecy- Nie martw się,było tylko lepiej niż zajebiście- Niemal
usłyszał to złośliwe parsknięcie Isaacka. Robert mocniej
zacisnął palce na szklance i powstrzymywał się od wybuchu złości.
Jedynie odstawił naczynie na stolik i desperacko poprawił
marynarkę.
-Na mnie już czas. Zadzwoń do mnie,
kiedy dokończysz umowę- Zwrócił się do Ericka, który tylko
skinął głową, a następnie spojrzał na Dawida, który uśmiechał
się zwycięsko- A ty, naucz się trzymać na swoim placu zabaw-
Dawid na odchodne posłał mu buziaczka, a potem w mieszkaniu rozległ
się tylko huk trzaskających drzwi.
-A więc dlatego je tu ściągnąłeś?-
Podszedł do Ericka. - Lubisz spłacać swoje długi ludzkim życiem?-
Zapytał, kiedy to Erick pofatygował się, aby wstać.
-Ostrzegałem, że twoje decyzje będą
miały konsekwencje w przyszłości. Nie chciałeś słuchać, bo
nadal myślisz, że nic nie mogę ci zrobić, i może masz rację. Bo
na ciebie nie mam nic, ale na twoich bliskich już tak- Zagroził-
Wybacz, że nie przemawiają prze zemnie ojcowskie instynkty
-Mówisz, tak jakbyś kiedykolwiek je
miał- Mrukną złośliwie. Zaraz potem poczuł jak jego ciało
zderza się mocno ze ścianą uderzając przy tym głową. Jęknął
z bólu. Isaack chciał interweniować, ale Jasminne powstrzymała go
zaciskając dłoń na jego barku.
-Nie pierdol takich rzeczy. Myślisz,
że gdybym nie miał krzty ojcowskich zapędów to byś tu był? To
byś w ogóle wiedział kim jestem? Wywaliłbym twoją matkę na
zbity pysk, a ta skończyła by pod mostem, bo nie miała nic prócz
moich pieniędzy. Ty i twój brat jesteście na mnie skazani, bo nic
nie znaczycie- Dawid splunął mu prosto w twarz i odepchnął z
całej siły, przez co starszy mężczyzna zatoczył się upadając
na na ziemię tłukąc przy okazji wazon.
-Uwierz, że wolałbym wychować się
pod mostem, niż żyć z takim szują jak ty- Podszedł do niego
chwytając go za krawat lekko podduszając go przy tym- To ty jesteś
nikim. Prędzej czy później zgnijesz w pierdlu, gdzie twoje
pieniądze nie mają znaczenia. Patrząc na twoje przekręty nie
wykaraskasz się z tego szybko, o ile nie wcale. Nie znam się na
prawie, ale za morderstwo, handel narkotykami i oszustwa podatkowe
trochę posiedzisz- Pchnął go mocniej kopiąc jego nogi.
-Będę się zwijał, gdyby coś dzwoń-
Pożegnał się Isaack. Dawid skinął głową, a chwilę potem
został już sam z kalającym na ziemi ojcem i próbującą go
uspokoić Jasmine. Nie chciał na to patrzeć, na tę żałosną
scenę i po prostu udał się na górę, do pokoju Alicji.
Zapukał do drzwi, ale kiedy nie
usłyszał odzewu po prostu wszedł do środka.
-Jeśli jesteś nago, zakryj się
czymś- Ostrzegł chowając się jeszcze chwilę za drzwiami, po czym
bez żadnej krępacji wszedł do środka. Dziewczyna nawet nie
uraczyła go spojrzeniem, kiedy zajęta była szybkim upychaniem
swoich rzeczy do plecaka.
-Co ty robisz?- Zapytał zdziwiony.
Alicja puściła torbę na ziemię i powoli skierowała się w jego
kierunku.
-Pakuję się, nie widać?- Zapytała z
ironią.
-Nie możesz- Zabronił, na co Alicja
jedynie prychnęła.
-Nie będę tu ani sekundy dłużej.
Przed chwilą jakiś gnój celował do mnie bronią, omal nie
umarłam, a ty każesz mi tu zostać?- Zaczęła krzyczeć, a kiedy
Dawid próbował ją uciszyć odepchnęła jego dłonie- Pomyśl nie
o mnie, tylko o swoim jeszcze nie narodzonym dziecku. Ten dom to
jakieś pierdolone gówno, do którego z premedytacją mnie
wprowadziłeś. Wiedziałam, że nie mogę ci ufać- Wróciła do
pakowania ostatnich ciuchów.
-To nie tak...-Próbował wytłumaczyć.
-A jak?- Tym razem Alicja nie dość,
że była zła to po prostu płakała. Wciąż przerażona tym co
działo się kilka minut wcześniej. Miała wrażenie, że dokładnie
przed chwilą brała udział w jakimś filmie. To nie było możliwe,
aby jej życie było aż tak popieprzone.- Pojawiasz się nie wiadomo
skąd z ofertą, że zaprowadzisz mnie do matki, która okazała się
szmatą zdradzającą mojego tatę, z twoim ojcem. Do tego jakiś
przychlast twierdzi, że muszę spłacić dług Dave'a, który sobie
zaciągnął, abym mogła mieć w miarę dogodne życie, a gdyby tego
było mało napomknął coś, że to moja matka byłą winna śmierci
mojego taty. Co ja mam o tym wszystkim myśleć, jak nie to, że
byłeś z nim w zmowie?- Darła się przez łzy. -Gdyby Dave żył
nie byłoby mnie tutaj. Prawdopodobnie szykowałabym się na studia,
nie byłabym w ciąży,wiodłabym normalne życie nastoletniej
dziewczyny, ale to ona jest wszystkiemu winna- Zlana łzami
bezsilności usiadła na łóżku żałośnie zanosząc się
szlochem. Dawid przykucnął naprzeciwko niej łapiąc ją za dłonie.
Czuł się odpowiedzialny za to co w ostatnim czasie ją spotkało.
To prawda. Jego życie było popieprzone, ale nie musiał jej w to
wciągać.
-Słuchaj, wyciągnę cie stąd,
obiecuje, ale to nie jest takie proste- Zaczął spokojnie zmuszając
Alicję tym samym, aby obdarzyła go zapłakanym spojrzeniem.- Nie
możesz tak po prostu uciec, bo jeśli Erickowi naprawdę na tobie
zależy to cie znajdzie, nawet na innym kontynencie. Isaack załatwił
papiery Emilii Orzechowskiej, którą staniesz się po ucieczce.
Musisz wyjechać, najlepiej do Londynu, bo tylko tam jestem w stanie
zapewnić wam bezpieczeństwo. Zaczniesz tam z nową kartą,
znajdziesz pracę, a ja co jakiś czas będę wysyłał wam kasę.
Będziecie z dala od tego całego gówna, przysięgam- Odgarnął
opadające kosmyki włosów z jej czoła i delikatnie musnął jej
policzek.
-”Z dala od tego gówna” to znaczy
z dala również od ciebie?- Zapytała niepewnie, kiedy Dawid milczał
ponownie na niego spojrzała i wsunęła rękę w jego włosy lekko
za nie ciągnąc- Podjąłeś już decyzję, prawda?
-Tak będzie lepiej- Zapewnił.- Będę
wam wysyłał pieniądze. Poradzisz sobie- Alicja prychnęła i
gwałtownie wstała.
-Nie chce twoich pieniędzy, rozumiesz?
Nie chce cię do niczego zmuszać, przecież ci to już mówiłam,
ale ja się cholernie boje Dawid- Załkała.
-Dasz sobie rade, a ja muszę zniknąć
z waszego życia. Zbyt wiele byś ryzykowała. Musicie być
bezpieczni- Zamknął ją w mocnym uścisku. Alicja wtuliła twarz w
jego szyję, a palce zacisnęła na kurtce. Powoli gładził jej
włosy w uspokajającym geście. Nie wiedział dlaczego, ale
podświadomie czuł, że tak trzeba, że tego jej trzeba.
-Znajdziemy ci lokum w Londynie i...
-Aleks- Przerwała mu nagle odrywając
się od niego. Spojrzał na nią z uniesioną brwią oczekując czego
bardziej konkretnego.- Aleks mieszka w Londynie
-W takim razie zadzwoń do niego-
Zaproponował. To byłoby idealne wyjście. Alicja miałaby kogoś na
kim mogłaby polegać, to była wygodna opcja.
-Nie mogę- Westchnęła.
-Nie rozumiem- Alicja obeszła całe
łóżko i stanęła przy oknie wyglądając przez nie. Śmiało
mogła stwierdzić, że pogoda nieco się polepszyła, ponieważ
wiatr ustał, a deszcz stracił na mocy.
-Pokłóciłam się z nim rano. Wątpię,
aby odebrał- Mruknęła smutno. Dawid podszedł do niej i objął ją
ramieniem.
-W takim razie napisz sms'a, który
poruszy jego obrażone serduszko- Zakpił, na co Alicja gwałtownie
go odepchnęła.
-Musisz być tak bardzo irytujący?
Nawet w takich chwilach? Było tak romantycznie...- Jęknęła
-Zawsze
niedziela, 22 października 2017
Ciekawy Pacjent cz. 29 - Przed burzą.
Z dedykacją dla Alexandry, bo jest cudowną osobą, która zawsze nam tutaj komentuje i jest z nami nieważne jak długą blog ma przerwę. ;-;
Swoją drogą, to cię przepraszam, ale ten rozdział wywołuje u mnie taki żal, że nie mogę na niego patrzeć. XD
Jak przeczytasz to się dowiesz dlaczego... No i śpię bez przerwy, ale to szczegół.
Myślę co tu zrobić ze swoim życiem, bo trzeba pisać opka a mi wiecznie coś nie pasuje... Hm... Może spróbuje siedzieć na podłodze. Może to mnie zainspiruje. No nieważne, zapraszam do czytania. XD
A i przepraszam bo jestem chujem. Miałam zrobić coś fajnego w tym rozdziale, ale podczas pisania był idealny moment na zakończenie i... Cóż, skorzystałam z okazji. I tak rozdział byłby strasznie długi... Może to i dobrze? Ale tak to przynajmniej jest większe napięcie. Chyba. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
A i przepraszam bo jestem chujem. Miałam zrobić coś fajnego w tym rozdziale, ale podczas pisania był idealny moment na zakończenie i... Cóż, skorzystałam z okazji. I tak rozdział byłby strasznie długi... Może to i dobrze? Ale tak to przynajmniej jest większe napięcie. Chyba. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
***
Dobra, Toby musiał przyznać, że ta rozmowa absolutnie nie poszła po jego myśli. Chociaż z drugiej strony, kiedy Damienowi udało się akurat wpasować w jego przewidzenia?Chociaż ze strony trzeciej, tym razem przesadził. Definitywnie przesadził.
Myślał Toby, zarumieniony z wściekłości, jednak nie z samej wściekłości, starając się ignorować triumfalny uśmiech Damiena, który dalej stał za blisko jak na jego upodobania. Skoro nie wiedział czy gorąco panujące w pomieszczeniu promieniowało z jego własnego ciała, czy z ciała Damiena, to tak, stał zdecydowanie za blisko.
Ale po kolei.
Właściwie, to od początku nie mógł tego określić tego dnia „normalnym dniem”. Nie codziennie przyznawał się do porażki. No i nie codziennie decydował o takich rzeczach w stosunku do kogoś, na kim mu zależało.
Złośliwy głos w jego głowie podpowiedział mu, że od dawien dawna nie zdarzyło mu się w ogóle „decydować”, ale postanowił go zignorować. Przynajmniej na razie.
Damien był specjalnie ostatnim umówionym pacjentem na dzień, w wypadku gdyby coś poszło „nie tak”. Wolał samemu zostać po godzinach niż kazać innym czekać, zwłaszcza, że generalnie to chciał i lubił przebywać z Damienem.
Zwłaszcza, że nie wiedział jaki będzie rezultat przyniesie ich rozmowa.
Ale cóż musiał ją przeprowadzić prędzej czy później. I szczerze, osobiście wolał wcześniej. Nienawidził tajemnic, zwłaszcza tych, których nie miał prawa zatrzymywać.
Ale kiedy ochroniarze ponownie wprowadzili Damiena, znowu miał on ten leniwy uśmieszek. Nie wyglądał chłodno, nie miał tego zamglonego i odległego spojrzenia, jakby Toby nie próbował rozmawiać z człowiekiem z krwi i kości a woskowym odlewem. Teraz jednak był zupełnie na miejscu, mentalnie i fizycznie, znowu wyglądając jak ktoś żywy, gotowy do przeżycia następnego dnia, zamiast zwyczajnego w nim istnienia.
Toby poczuł nostalgiczne ukłucie, widząc się w takiej samej pozycji co kilka miesięcy temu, gdy zobaczył tą żywą osobistość po raz pierwszy.
Ale nie zamierzał odpuścić. Musiał z Damienem porozmawiać, skłonić go do chociaż rozważenia opcji przeniesienia. Przecież tak by było dla niego najlepiej, a po to Toby tam był. Dlatego w ogóle go poznał. Żeby coś zmienić, na lepsze. Ciągle nie był pewien, że w ciągu tych kilku miesięcy zdołał osiągnąć to chociaż w najmniejszym stopniu.
Jako lekarz miał swoją dumę, ale jego duma mówiła mu, że zrezygnowanie z pacjenta to wcale nie przyznanie się do porażki. Chociaż z drugiej strony, jego duma nie potrafiła określić czym dokładnie to było. Toby nazwałby to zmianą taktyki. Z resztą to rozwiązanie wydawało mu się bardziej sensowne niż wieczne ukrywanie się ze swoimi pociągami pod pretekstem pomocy. Im bardziej Toby o tym myślał, tym bardziej odpychające mu się to wydawało. Gdyby przepisał Damiena, gdyby Damien wtedy został wypisany z psychiatryka, a wszystkie oskarżenia wobec niego zostały porzucone to przestaliby być "pacjentem" i "lekarzem". Przynajmniej to w pewnym stopniu by ich unormalniło, choć byłoby to tylko i wyłącznie na pokaz, a randkowanie ze swoim byłym pacjentem i tak było dziwne. Ale przynajmniej nie nielegalne.
Jednak musieliby się rozstać, na parę miesięcy. Na parę długich, samotnych i zimnych miesięcy i szczerze powiedziawszy, wydawało się to bardzo przerażające. Bo teraz, gdy patrzył w rozświetloną życiem twarz Damiena, wreszcie mógł myśleć trzeźwo, bez tej dziwnej desperacji ściskającej jego gardło, stale krzyczącej mu do ucha „zrób coś. Zrób coś zanim go stracisz”.
I teraz nie widział już prostego rozwiązania.
Bo co jeśli Damien wtedy zdąży się nim znudzić, co jeśli źle zinterpretuje jego słowa.
Toby mógł go stracić. Nie ważne jaką decyzję by podjął, i tak mógł zburzyć tą ich małą, chwiejną relację.
Znowu, każda decyzja jaką podejmował wydawała mu się nie taka jaka powinna być. Finalny produkt jego rozumowania nie był wystarczająco przemyślany i to nie dlatego że coś przegapił, tylko bo w ogóle czegoś nie przemyślał. Myślał sercem, nie rozumem. Znowu i znowu. Chciał po prostu, żeby wszystko przestało być takie skomplikowane i gdy o tym myślał, miał ochotę z miejsca wypisać na karcie Damiena, dużymi drukowanymi literami „ZDATNY DO ŻYCIA W SPOŁECZEŃSTWIE”, mimo tego że wiedział, że to nieprawda, bo osoba zdatna do życia w społeczeństwie umiała używać technologii i zdawała sobie sprawę jak ważna ta umiejętność była w dwudziestym pierwszym wieku, nie zamykała się w sobie, przypuszczalnie, bez większego powodu i nie wybuchała złością gdy nie dostała tego, czego akurat chciała.
Ale Toby zrobiłby to, bardzo impulsywnie i bez żadnych podstaw medycznych. Zrobiłby to bez mrugnięcia okiem, mimo tego, że do tej pory na samą myśl o kłamaniu czasami bolała go głowa.
Ale nie zrobił. Nie miał zamiaru tego zrobić, bo za gdy tylko zaczął poważnie zastanawiać się nad tym rozwiązaniem, czuł się jakby ktoś nagle wrzucił go do lodowatej wody. Ten irracjonalny lęk już dawno zagnieździł się w jego mózgu i świetnie zdawał sobie z tego sprawę.
Był nieźle popieprzoną, złamaną podróbką człowieka.
I musiał zrobić właściwą rzecz. Nieważne, że ta wydawała się bezwzględnie wbijać swoje ostre pazury w jego serce.
Przecież to było w porządku. Zawsze było w porządku.
Toby zdał sobie sprawę, że drzwi od jego gabinetu już dawno zatrzasnęły się za wychodzącymi strażnikami, a sam już pewnie od dobrych paru minut bezceremonialnie wgapia się w Damiena, wygodnie rozpostartego na kanapie, i klika długopisem w spokojnym, powolnym rytmie. Niesamowita cisza przerywana tylko tykaniem zegara nagle wydawała mu się być strasznie nieręczna. Oczywiście, Damien nie wyglądał na poruszonego, ale Toby był niemal stuprocentowo pewien, że Damien należał do grupy tych osób, którzy byliby całkiem wyluzowani nawet jeśli ojciec akurat przyłapał ich na urządzaniu orgii w jego własnym gabinecie. Zupełnie bez wstydu.
Wstał, kręcąc głową, starając się pozbyć następnych dziwnych skojarzeń, rzucając długopis na biurko i wzdrygnął się, odkrywając, że nawet takie stuknięcie wydawało się być niemal wybuchem bomby w tak intensywnej ciszy.
- Myślę. - Powiedział, jakby się tłumacząc i oparł się o przód biurka, delikatnie pukając w jego powierzchnię. Damien tylko uniósł brew w pośrednim zainteresowaniu i pomachał dłonią w geście „kontynuuj”. Wydawał się być całkiem rozbawiony sytuacją.
I Toby miał zaraz to zniszczyć. Zmiażdżyć całe rozbawienie, wyluzowanie i zainteresowanie jednym prostym zdaniem.
Nie przedłużaj tego, wyszeptał ostro ten mały i bezimienny, jednak tak dobrze znajomy głos w jego głowie.
Toby nie miał zamiaru przedłużać.
- Będę bezpośredni. - Oh jak dobrze rozpoznawał ten stalowy ton głosu. Ten który dla jego własnych uszu nie brzmiał, jakby należał do niego. Tnący tak ostro i dotkliwie jakby był maszyną. - Myślę o twoim przepisaniu.
Wtedy nadeszła chwila ciszy. Mała zmiana, bo Toby nie mógł zmusić oczu do odważnego spojrzenia Damienowi w twarz, zamiast tego pusto wpatrywał się w ścianę. Czekał na cios.
Bo ten ton od początku był obusiecznym mieczem.
- Co? - Usłyszał czysto oszołomiony głos Damiena, jakby słowo zostało z niego bardziej wydarte niż wypowiedziane.
Toby mocno zacisnął dłonie na biurku, podświadomie oczekując ciągu dalszego.
To był tylko początek burzy.
czwartek, 19 października 2017
Dwa Świat cz.11- Prawdziwe Wartości
Cześć Wszystkim,
Przepraszam, że dodaję z kilku dniowym opóźnieniem, ale weekend jak i początek tygodnia umierałam sobie w towarzystwie Mike'a i Harveya z Suits, z gorączką w łóżku i nawet jeśli zebrałabym się na napisanie, nie sądzę aby było to coś dobrego.
Anyway...
Woow...Nie myślałam, że napisanie rozdziału kiedykolwiek wzbudzi we mnie tyle emocji. Zdażyło mi się płakać kiedy pisałam opko, ale nigdy nie czułąm się tak wstrząśnięta? Poruszona, tak to dobre słowo. Nigdy jakoś tak nie dotknęł mnie to jak ten rozdział i nie wiem dlaczego, co on ma takiego w sobie, ale chyba mogę nazwać go za coś ważnego?
Czuje się po prostu strasznie przejęta po napisaniu tego ¯\_ツ_/¯
Więc, z chęcią poczytam, co wy sądzicie o tym rozdziale, także piszcie kemenciki, czekam z niecierpliwością ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Btw. Nie mam w zwyczaju tego robić, ale piosenka, którą znalazłam już jakiś czas temu bardzo kojarzy mi się z tym opowiadaniem, także zachęcam do przesłuchania, a przede wszystkim do przeczytania tekstu.
Być może, ze nawet pasuje mi do tego rozdziału : Link do pioseneczkiii *.*
Przepraszam, że dodaję z kilku dniowym opóźnieniem, ale weekend jak i początek tygodnia umierałam sobie w towarzystwie Mike'a i Harveya z Suits, z gorączką w łóżku i nawet jeśli zebrałabym się na napisanie, nie sądzę aby było to coś dobrego.
Anyway...
Woow...Nie myślałam, że napisanie rozdziału kiedykolwiek wzbudzi we mnie tyle emocji. Zdażyło mi się płakać kiedy pisałam opko, ale nigdy nie czułąm się tak wstrząśnięta? Poruszona, tak to dobre słowo. Nigdy jakoś tak nie dotknęł mnie to jak ten rozdział i nie wiem dlaczego, co on ma takiego w sobie, ale chyba mogę nazwać go za coś ważnego?
Czuje się po prostu strasznie przejęta po napisaniu tego ¯\_ツ_/¯
Więc, z chęcią poczytam, co wy sądzicie o tym rozdziale, także piszcie kemenciki, czekam z niecierpliwością ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Btw. Nie mam w zwyczaju tego robić, ale piosenka, którą znalazłam już jakiś czas temu bardzo kojarzy mi się z tym opowiadaniem, także zachęcam do przesłuchania, a przede wszystkim do przeczytania tekstu.
Być może, ze nawet pasuje mi do tego rozdziału : Link do pioseneczkiii *.*
Można powiedzieć, ze przez ostatnie
kilka dni zupełnie wyłączyłam się z życia towarzyskiego. Każdy
dzień wyglądał identycznie, jakby na złość mnie świat
uaktywnił jakąś pętle czasową. Mimo wszystko, kiedy po raz
kolejny znalazłam się w totalnym dołku emocjonalnym, a złamane
serce i przelane łzy zamieniły się w maskę obojętności na mojej
twarzy- wszystko mi było jedno.
Celowo unikałam mojej współlokatorki
wymykając się z pokoju z samego rana, wracając dopiero w nocy, aby
być pewnym, że Loretta, wielka miłośniczka snu, będzie już
smacznie pochrapywać na prawym boku. Robiłam wszystko, aby nikt nie
zadawał pytań. Przestałam odpierać telefony od Francisa, a kiedy
fatygował się, by pojawić się u mnie przed uczelnią- zbywałam
go dużą ilością „nauki” .Marcelowi odpowiadałam zdawkowo na
zajęciach i unikałam wszelakich sytuacji, gdzie mógłby do mnie
zagadać. Unikałam wszystkich i wszystkiego, włącznie z zajęciami
u Amandy. Miałam gdzieś to, że coraz bardziej zbliżałam się do
oblania jej przedmiotu. Po raz pierwszy zachowywałam się jak
pieprzona egoistka i nie interesował mnie fakt, że przeze mnie
Marcel mógł zawalić projekt, a Monica z Lorettą się o mnie
martwiły.
I tak o to o siódmej rano, każdego
dnia przemieszczałam się wdychając świeże powietrze ulicami
Seattle i kierowałam się do kawiarenki, gdzie miałam już w
zwyczaju gościć wiele razy. Codziennie zamawiałam duży kubek
czarnej mocnej kawy i siadałam tu gdzie zawsze, czyli przy dużym
oknie, które wychodziło na tylną część kafejki, ukazując mały
ogródek osiedlowych wieżowców. Przesiadywałam tam w zależności
od grafiku zajęć- pół godziny, dwie, a czasem pięć i nikt nie
zadawał pytań. Nikt nie dosiadał się do stolika i morałami nie
próbował uleczać mej skrzywdzonej duszy.
To miejsce, to był spokój dla mnie i
mojego umysłu. Dopijałam kawę, czasem domawiając jakieś ciastko
i mogłam w samotności delektować się cudzym szczęściem.
To miejsce było takim azylem, niczym
mój własny pokój, tyle, że będąc sama wciąż otoczona ludźmi.
Nie chciało mi się płakać, ani użalać nad swoim marnym losem.
Tu po prostu mijało to, czego doznawałam za każdym razem kiedy
wchodziłam na uczelnie, czy wracałam po cichu do ciemnego pokoju w
akademiku. Mijał niepokój i lęk przed pozostanie sam na sam, z
własnymi myślami.
Potem, kiedy wykłady dobiegły końca
nie wracałam już do kawiarni. Kierowałam się wprost do parku.
Wiosna była o tyle ułatwieniem, że bez problemu z słuchawkami na
uszach mogłam swobodnie przechadzać się ścieżkami między
cudowną zielenią, a kiedy dochodziłam do skromnej ławeczki na
skraju parku, bez problemu zajmowałam na niej miejsce i wraz
notesem w dłoniach spisując swoje udręki. Nie były to wiersze,
nie opowiadanie, nie piosenki. To były mieszanki wszystkich myśl
wylane na papier, niekoniecznie sensownie dobrane, potem targane i
rozsypywane na trawę, aby następnego dnia robić to samo.
Było lepiej, moja osobista terapia
działała, a kiedy umysł przestał wszystko analizować, chwytałam
książkę i wczuwałam się w bohaterów, którzy mimo wielkich
problemów radzili sobie zdecydowanie lepiej ode mnie.
Kiedy pogodziłam się z tym, że mój
dzień wygląda tak samo, i przestałam nawet na to narzekać- pogoda
diametralnie się zmieniła i ze słonecznego, ciepłego poranka w
południe, kiedy siedziałam w parku musiało się ochłodzić. Do
tego stopnia, że nie przygotowana do takich warunków, w skórzanej
kurtce siedziałam i dygotałam zaciskając dłonie między udami,
walcząc o to, aby wytrzymać do wieczora.
Poddałam się, kiedy nos odmarzał,
tyłek przykleił się do drewnianych desek, a zęby bolały od
notorycznego obijania się o siebie. I to był najgorszy z możliwych
dni, który mogłam sobie wybrać na wcześniejszy powrót do domu.
Weszłam do środka i niemal od razu,
kiedy nawet nie zdążyłam omieść całego pokoju wzrokiem,
zostałam mocno szarpnięta za ramiona i pociągnięta do środka.
-Co ty do cholery wyprawiasz?- Dobiegł
mnie krzyk, kiedy oniemiałą całą sytuacją zaczęłam dopiero
kontaktować co się właśnie stało. Cała czwórka, włącznie z
osobnikiem, który zaciskał palce na moich barkach znajdowała się
w moim pokoju i wlepiała we mnie swoje pełne żalu, zmartwienia
spojrzenia. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że oaza spokoju-
Loretta, szarpała mną, a w jej oczach dostrzegłam swoje zaszklone
odbicie.
-Puszczaj mnie- Szarpnęłam
agresywnie, bo byłam na nich zła. Poczułam się, jakby każdy
obnażył moje tajemnice, jakby one ujrzały światło dzienne, a
prawda była taka, że nic się nie stało. Nic prócz tego, ze
największy fiut w całym moim życiu, po raz kolejny dał mi
nadzieję, a potem załamał moje serce. Po raz kolejny. I nikomu nie
byłam w stanie przyznać, że czułam się jakbym odniosła
największą porażkę w moim życiu. Czułam wstyd sama do siebie,
za to jak bardzo po raz kolejny dałam się upokorzyć.
-Violetta, co się dzieje?- Znów
zostałam złapana za bark, tym razem delikatniej i w czułym geście,
tak jak najlepiej robił to Francis, jednak to nie zmieniało faktu,
że ten cały komitet, który pragnął wytłumaczeń jedynie mnie
wkurzył.
-Nic się nie dzieje- Mruknęłam
wymijająco i odłożyłam swoje rzeczy.- Możecie już iść.
-Jak to nic się nie dzieje?- Niemal
pisnęłam, kiedy znikąd przede mną pojawi się Marcel- Wychodzisz
nad ranem, wracasz nocą. Przepadasz na całe dnie, nikt nie wie co
robisz w tym czasie, a na zajęciach jak już się pojawiasz, to i
tak nie ma z tobą kontaktu- Przeszywał mnie wzrokiem, w taki
sposób, że po raz pierwszy poczułam się winna. Dotarło do mnie,
ze w jakiś chodź by minimalny sposób przez ten czas zaprzątałam
ich głowę, a tak nie powinno być. Z drugiej strony, nie kazałam
im się mną przejmować.
-Dajcie. Mi. Święty. Spokój-
Wycedziłam przez zęby powoli przyglądając się każdemu z nich,
jakby wyszukując informacji, że na pewno zrozumieli mój przekaz,
ponieważ jedyne czego pragnęłam, to, aby w najszybszym tempie
opuścili to pomieszczenie, w którym powoli zaczynałam się dusić,
pod taflą oskarżeń, która się nade mną budowała.
-Violetta...- Usłyszałam ten
delikatny, spokojny głos, który wydobył się z ust Monici. Czułam,
że byłam w stanie rozpłakać się w każdej chwili. Robiła
dokładnie to co robiła moja mama. Cichym delikatnym głosem,
próbowała przebić się przez barierę, i jej zawsze się to
udawało.- Możesz nam powiedzieć, my chcemy pomóc. Nie ważne co
zrobiłaś, lub ktoś ci coś zrobił, jesteśmy tu wszyscy po to aby
cie wysłuchać...
-Odchrzańcie się! Przestańcie się
mieszać w moje życie- Nie wiedzieć skąd, tak po prostu zaczęłam
na nich krzyczeć, jak największa bezuczuciowa suka, jaka chodziła
po tej planecie. Wszystkie emocje, które ucichły przez te kilka
dni, z taką łatwością opuściły mój organizm- Nie chce żadnej
pomoc, a szczególnie od ciebie- Odwróciłam się w kierunku Monici
wytykając ją placem- Bo jesteś taka sama jak on, i jedyne co
potraficie robić dobrze, to niszczyć innych!- Krzyczałam, a kiedy
dotarło do mnie, jakie słowa opuściły moje usta momentalnie
zamilkłam i bacznie obserwowałam brunetkę. Patrzyła na mnie
przerażona, ale i złamana,a kiedy jej oczy zaszły łzami, poczułam
się jeszcze gorzej, niż tej pamiętnej nocy, kiedy to znów
straciłam grunt pod nogami.
-Może i Leon jest dupkiem, ale o mnie
nie masz prawa tak mówić- Odezwała się w końcu, jej oczy
wydawały się płonąć. Byłam niemal pewna, że mnie uderzy i
zapewne by to zrobiła, gdyby nie Loretta.
-Wtrącamy ci się w życie?- Zwinna
dłoń Loretty prześlizgnęła się przez mój policzek z głośnym
plaśnięciem pozostawiając cholernie piekące uczucie. Patrzyłam
na nią zaszokowana. Marcel przyglądał jej się wściekle, a
Francis złapał jej dłonie z tyłu. Byłam pewna, że słyszałam,
jak wypowiedział ciche „Co to kurwa było?” , ale nie zwróciłam
na to uwagi, bo jedyne co robiłam to patrzałam na nią jednocześnie
zła, ale i wystraszona.- Czy, to, że Marcel odwalił za ciebie
projekt i oddał do zaliczenia, nazywasz się wtrącaniem? Czy to, że
Francis wziął wolne, aby iść do dziekanatu, by usprawiedliwić
twoje nieobecności wyjazdem do domu, nazywasz wtrącaniem? Wraz z
Monicą poszłyśmy ci na rękę. Cierpliwie czekałyśmy, aż
przetrwasz to wszystko i sama zechcesz nam coś powiedzieć, lub po
prostu wszystko wróci do normy, ale dość. Dość tego, należą
nam się jakieś wyjaśnienia!
Miała racje. Udawałam, że to co się
ze mną działo to byłą tylko i wyłącznie moja sprawa. Prawda
byłą taka, że dotyczyła każdego z osobna, bo sama ich w to
wciągnęła. W jakąś gierkę, gdzie udawałam wielce pokrzywdzoną
dziewczynkę. Było mi przykro, i to było normalne, ale to mi Verdas
złamał serce, nie miałam prawa ich w to wciągać. To była tylko
nasza sprawa.
Nie wiem jak to się stało, że nagle
ryczałam zamknięta w szczelnym uścisku całej czwórki. Czwórki
najwspanialszych ludzi, którzy okazali się być moim zbawieniem w
tym piekielnym mieście.
-Przepraszam- Jęczałam żałośnie,
pociągając nosem i rozmazując swój tusz rękawem swetra- Tak
cholernie was przepraszam- Nie odezwali się, jedynie przytulali
gładząc po plecach, a ja po raz pierwszy od kilku dni poczułam, że
powinnam im powiedzieć od razu. To był błąd, bo skrzywdziłam
ich- osoby, które tak wiele dla mnie zrobiły, a ja nawet nie byłam
tego świadoma.
Siedzieliśmy wszyscy w naszym ciasnym
pokoju. Każdy z kubkiem ciepłej herbaty, lub butelka piwa w dłoni
rozmawiając kolejną godzinę, podczas której przepraszałam i
dziękowałam im jeszcze tysiące razy, oraz opowiedziałam wszystko.
To co się stało tamtego dnia i do tej pory, co robiłam i było
lepiej. Poczułam taką ulgę, jakby cały ból, który towarzyszył
mi dotychczas odszedł jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki.
-Może powinnaś wrócić na weekend do
domu?- Zaproponowała Loretta, kiedy wylegiwała się na łóżku i
paliła papierosa.
-Nie- Zaprzeczyłam i podniosłam głowę
z kolan Monici, a nogi ułożyłam między chłopakami, którzy
siedzieli na podłodze również co jakiś czas podbierając tytoń z
paczki.
-Dlaczego? Sądzę, że takie
wyłączenie umysłu, w środowisku, gdzie wiesz, że go nie ma,
rozmowa z mamą. To mogłoby ci pomóc
-Ponieważ, jeśli teraz wyjadę, to
już tu nie wrócę. Za bardzo nienawidzę tego miejsca, aby wrócić-
Powiedziałam zgodnie z prawdą. Tak się teraz czułam. Przepełniona
nienawiścią do tego miasta i wszystkiego co z nim związane.
-To chociaż zadzwoń jutro do mamy. To
ci pomoże- Przytaknęłam głową. Mimo, że nie chciałam jej
martwić, bo widziałam, jak przeżywała moje rozstanie z nim, kiedy
dosłownie byłam wrakiem człowieka to mama zawsze dawała najlepsze
rady i potrafiła podnieść mnie na duchu, jakby doskonale wiedziała
co siedziało mi w głowie.
-Violetta, nie martw się- Poczułam
delikatną dłoń Monici na swojej.- Jutro zaczniemy wszystko od
nowa. My, cała nasza czwórka. Udamy się na start. Razem i razem
dobiegniemy do mety- Zaczęłam płakać. To było, aż niemożliwe
jak cudownych ludzi mam obok. Ile dla mnie zrobili i jak wyrozumiali
są.
To było dla mnie zbawienie. Moje
uleczenie skrzywdzonej duszy.
-A ja zacznę od tego, że skopie temu
nieudacznikowi dupsko
Pierwszy raz tego wieczoru pokój
rozbrzmiał głośnym śmiechem, a ja tego wieczoru poczułam, że
złamane serce to nie koniec świata. Koniec świata jest wtedy,
kiedy prócz ran nie pozostaje nikt inny, ale ja miałam to
szczęście, że byli oni- cudowni przyjaciele, którzy mnie kochali,
tak samo mocno, jak ja niegdyś myślałam, ze kocham Leona Verdasa.
Ludzi jest wielu, ale to przyjaciele są
najważniejsi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






