Wiecie pewnie, że blog ten istnieje od... Jakiegoś czasu. Sporego czasu. Patrząc na niego razem z Alex zastanawiamy się czasem...
CZY NIE ROZDZIELIĆ GO NA 3 INNE? :D
Tak, tytuł to click bait. Ale nie do końca. Bo zauważyłyśmy, że trwa na nim ogromny bałagan, co skłoniło nas do przemyśleń: A co gdyby rozdzielić go na kilka innych?
Na przykład, na jednym blogu pojawia się tylko homoza (hihi), na drugim tylko hetero. Albo powstałby jeszcze jeden do tamtych dwóch i byłby tylko z Violettą.
Co myślicie o tym pomyśle?
Załączam ankietę po prawej stronie bloga i proszę, bardzo proszę, głosujcie. Bo my nie mamy pojęcia co zrobić. Oczywiście można też napisać na ten temat komentarz pod tym postem.
W ankiecie na razie będą dwie opcje, jak wygra druga, to zorganizuję kolejną.
A no i, z tego co się orientuję, to jej nie widać na mobilnym, także proszę na sekundkę włączyć wersje na komputery.
Z góry dziękujemy za rady! <3
~~ Wasze leniwe bloggerki, Anonimek i Alex.
poniedziałek, 18 września 2017
niedziela, 17 września 2017
Ciekawy Pacjent cz. 28 - Koło.
NIE MAM POJĘCIA CO ROBIĘ.
Okej staram się. ;-;
Nowa szkoła i w ogóle... Przed nami parę ogłoszeń, które umieszczę już po edycji i zakończeniu tego rozdziału. (Bo oczywiście go nie dokończyłam na niedzielę.)
Dawno nie było CP i bardzo za to przepraszam. ;_; (Tęskniłam za tymi psycholami XD)
Co do rozdziału... Drama drama~~ Kolejna drama~~
A będzie tylko gorzej! (A może nie... A może tak... Kto wie.~~)
A, no i rozdział jest trochę w stylu tego co piszę w Wartość Wspomnień (którego też nie aktualizuje przez wieki bo za bardzo się staram i przejmuje ;-;). Tym razem znowu z perspektywy Toby'ego!
Zapraszam. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
***
Mroźne zimowe powietrze porwało
papiery leżące na stoliku w powietrze i rozrzuciło je po podłodze
w biurze, mocno dmuchnęło mu prosto w twarz, ale Toby nawet się
tym nie przejął. Nie zdjął płaszcza, nie zamknął okna, co
miało potem fatalne skutki, ale naprawdę w tamtym momencie zupełnie
go to nie obchodziło.
Myślał.
Bo niektóre rzeczy po prostu... Nie
pasowały. Damien był jedną wielką rzeczą która od jakiegoś
czasu nie pasowała.
Po pierwsze, wydarzenie sprzed
tygodnia. Co prawda Toby spodziewał się, że każdego normalnego
człowieka jego rodzice skutecznie by odstraszyli, a zachowanie
Toby'ego który nie za bardzo był skory do stawiania im granicy
jeśli chodziło o „nadzorowania” jego życia prywatnego, w
dodatku nie będąc chętnym do tłumaczenia dlaczego tak właśnie
żył, wbijało gwóźdź do trumny jaką zwano „jego życie
romantyczne”. Ale...
No właśnie, w tym wypadku występowało
więcej niż jedno „ale”.
„Ale tym razem coś z tym zrobił”
„Ale tym razem mu zależało”
„Ale tym razem było nawet całkiem
zabawnie”
I podążające za nimi, te trochę
inne:
„Ale Damien nie był do końca
normalny”
„Ale tym razem nie tylko Toby'emu
zależało”
Zakończone poprzez te najważniejsze:
„Ale Damien zachowywał się
normalnie (cóż, normalnie jak na Damiena) dopóki nie zostawił go
samemu sobie”
Oczywiście istniała szansa, że wtedy
sobie wszystko przemyślał i gdzieś po drodze stwierdził, że nie
warto. To nie musiała być nawet jakaś wielka decyzja, mogły być
to po prostu malutkie powody, kabelki dedukcyjne łączące się w
jeden obrazek główny mówiący „zastanów się nad sobą”.
Co nie tłumaczyło wcale jego
zachowania późniejszego i tego dziwnego wzroku, którym od tamtego
momentu na niego patrzył. Tego dziwnego, chłodnego wzroku,
zazwyczaj połączonego z obojętnym wyrazem twarzy i brakiem
skłonności do mówienia. Co prawda można było to przypisać
zaburzeniom afektywnym dwubiegunowym lub też zwyczajnym stanem
depresyjnym, ale mimo tego Toby się martwił. Nie to że nie martwił
się potencjalną chorobą psychiczną, ale na tym się znał. To
mógł leczyć. Po prostu wiedział co robić. Natomiast jeśli
chodziło o alternatywy...
Cóż, właśnie dlatego bliska ci
osoba nigdy nie powinna być również twoim lekarzem.
Czuł się zależny. W bardzo dziwny, w
pewien sposób bardzo znajomy i nieprzyjemny sposób. Życie na
czyjejś łasce.
Słyszał stłumione głosy,
prawdopodobnie dochodzące z kuchni. Ale nie ruszył się z miejsca,
dalej siedział na swoim krześle, w swoim pokoju, powoli i starannie
wpisując kolejne liczby w kratki zeszytu, starając się mocno, aby
ruchy drugiej ręki, którą agresywnie pocierał swoje blade
kościste udo nie wpłynęły na proste i czyste liczby. W tym był
dobry.
Nie wystarczający.
Dzwonek.
Dzwonek?
Toby
nagle wrócił do rzeczywistości, czując się nieco
zdezorientowanym. Zeskoczył z krzesła, przypominając sobie, że
powinien otworzyć drzwi, więc najpierw krzyknął „Chwila”,
prawie wzdrygając się na dźwięk własnego zachrypniętego głosu,
po czym szybko zamknął okno, dopiero wtedy czując jak bardzo
zdrewniałe i nieporadne stały się jego palce i jak mocno gęsia
skórka pokryła jego ramiona.
Głośny brzdęk poderwał jego
ciało do góry, a ołówek który mocno ściskał w prawej ręce
wyrył paskudną, wielką kreskę na kartce papieru, przekreślając
stworzoną już przez niego pracę.
Nigdy nie pisał długopisem. Nie
jeśli nie miał pewności czy czegoś nie spaprze.
Tak jak teraz. Zupełnie tak jak
teraz.
Nieudolny.
Bezużyteczny.
Mimo tego każdy
ruch wykonywał z wyuczoną sprawnością i już wkrótce stał przed
drzwiami wejściowymi swojego mieszkania, starając się uciec
melancholii, która zdążyła całkowicie przesiąknąć jego ciało.
Dopiero kiedy po
raz drugi zadzwonił dzwonek, zdał sobie sprawę, ze dalej ma na
sobie płaszcz. Zrzucił go więc z siebie, szybko zawieszając go na
ścianie i otworzył drzwi akurat w momencie, w którym wysoki
blondyn po drugiej stronie miał po raz kolejny nacisnąć na
klawisz.
Jayden, z czerwonym
plecakiem przerzuconym przez jedno ramię, którego mina po
zobaczeniu Toby'ego natychmiast zmieniła się na zmartwioną.
Toby potarł swoją
skroń, nieumyślnie się krzywiąc.
Może to wszystko
było złym pomysłem.
- Przyniosłem
piwo. - Wymamrotał nieśmiało mężczyzna, lekko stukając w swój
plecak, a Toby postarał się uśmiechnąć. Bo było to miłe, nie
Jaydena wina, że w tym momencie nie miał ochoty na nic oprócz
kilku godzin porządnego snu.
Przesunął się na
bok, wpuszczając go do środka, samemu zamykając za nim drzwi i od
razu zastanawiając się jak mógłby w ogóle zacząć temat, o
którym chciał porozmawiać.
Wybacz, musiałem
przysnąć. - Skłamał, mimo wszystko starając się brzmieć
wiarygodnie. Nie potrzebował zmartwienia, ani rozmowy o tym, czemu
ostatnio wydawał się być wiecznie zmęczony (lub raczej był). Na
szczęście Jayden zdawał się mu uwierzyć i tylko kiwnął na to
głową, odwzajemniając posłany mu wcześniej uśmiech.
Toby kciukiem
wskazał mu na salon, samemu idąc dobry metr za nim.
Spojrzał na wielką szarą szramę
brudzącą białą kartkę w szoku, dopiero po chwili porywał się
do akcji, trzęsącymi dłońmi wyjął z szuflady równie białą
gumkę i mocno szorował nią po szramie, trzymając kartkę drugą
ręką, uważając aby jej nie pognieść. Starał się wymazać z
egzystencji ślad kolejnej pomyłki.
Mrugnął
parokrotnie starając się wybudzić ze wspomnień do otaczającego
go życia.
Jayden otworzył
obydwa piwa w butelce akurat gdy mijał go aby samemu usiąść na
kanapie. Ostry zapach alkoholu, który zazwyczaj (czasami, bywały
takie czasy) lubił teraz sprawiał tylko, że miał ochotę
zwymiotować.
Jednak linia dalej widniała,
całkiem dosłownie, czarno na białym, nieważne jak długo i mocno
przesuwał gumką po jej powierzchni. Dalej tam była, dalej tam
była.
Nie ważne jak bardzo próbował.
Wtedy zaczęli krzyczeć.
Rzucił się na
siedzenia z większą siłą i zrezygnowaniem niż miał to w planie,
czym zresztą zwrócił uwagę Jaydena, ale zamiast spróbować się
tłumaczyć lub posłać mu kolejny sztuczny uśmiech, postanowił po
prostu zrzucić bombę:
- Myślę o
przekierowaniu Damiena.
Jayden natychmiast
odłożył obydwie butelki, patrząc na niego jakby zwariował. A
może po prostu był zdziwiony?
- Żartujesz?!
Toby nie miał siły
analizować. Ani się kłócić. Zamiast tego zdawał się jeszcze
bardziej zatopić się w kanapie, mrucząc ciche „Nie krzycz”.
Jayden przeprosił.
Obraz stawał się rozmyty.
Kartka poszarpała się, prawie
ukazując następną stronę.
- Po prostu nie
rozumiem czemu w ogóle miałbyś o tym myśleć. Ten... Typ. -
Jayden przełknął ślinę, wyraźnie uważając na słowa. -
Słyszałem plotki i zdajesz sobie sprawę ile psychologów,
psychiatrów próbowało z nim rozmawiać?
- Poniekąd.
- Na reszcie
zdecydował się współpracować zamiast wciskać kity lub omijać
tematy, a ty mówisz, że... - Znowu przełknął ślinę, kręcąc
głową. Toby czekał, bez słowa, bez wyrazu. - Nie rozumiem
dlaczego. - Powiedział w końcu, patrząc na Toby'ego wyczekująco,
jakby ten miał mu dać idealnie logiczną odpowiedź. Albo idealnie
irracjonalną. Toby sam nie był pewny czy tory jego myślenia mają
jakikolwiek sens.
- Bo go lubię. -
Po spojrzeniu jakie rzucił mu Jayden mógł się domyślić, że
zdecydowanie nie brzmiał sensownie.
- To chyba dobrze.
Ja lubię każdego mojego pacjenta.
- To co innego. -
Toby westchnął, nie mając zamiaru tłumaczyć mu głupoty jaką
właśnie popełnił. Mimo wszystko jego praca bardzo mu odpowiadała.
- Jeśli dzieci cię nie polubią, to nic ci nie powiedzą. Tobie to
nie sprawia problemów, ale ja...
Czuł się wściekły. Bezsilny.
Usłyszał szloch kobiety biegnącej
korytarzem tuż przed jego pokojem.
Przygryzł wargę. Mocno.
Pokręcił głową,
starając się dobrać odpowiednie słowa, w duchu prosząc aby
Jayden nie wyłapał oczywistego faktu, że Toby'emu wcześniej
zdarzało się lubić pacjentów. Wtedy musiałby się tłumaczyć
głębiej, wymyślać tłumaczenia, których nie był pewien czy
zdołałby wymyślić je wystarczająco racjonalne.
- ...Nie jestem
obiektywny. Nie, jeśli go lubię.
- Czy ty w ogóle
możesz być nie obiektywny?
- Mówię poważnie.
- Toby zmarszczył brwi, starając się posłać Jaydenowi karcące
spojrzenie, jednak był prawie pewien, że wygląda na
zdesperowanego. Był zdesperowany. Nie miał pojęcia co byłoby
dobrą decyzją. Wiedział, że od początku nie leczył Damiena, nie
skutecznie, jednak był niemalże pewien, że Damien w większości
dlatego tak bardzo lubił z nim rozmawiać. Teraz jednak...
Teraz nie chciał
czuć się wyjątkowy. Teraz chciał, żeby Damien poczuł się
normalny.
Wiedział również,
że nikt nie podejmie decyzji za niego.
Teraz to Jayden
westchnął głęboko, samemu zjeżdżając po kanapie, niemal
dorównując poziomowi Toby'ego.
- Toby, to twój
pacjent i twoja decyzja, ale nie spodoba mu się to. Tobie zresztą
też nie.
- Nie musi. Nie
robię tego, żeby nam się to podobało.
- Mówię tylko
że... - Jayden wzruszył ramionami, wznosząc wzrok ku sufitowi. -
Nie jesteś nawet pewien, czy będzie chciał rozmawiać z kimś
innym. Albo z tobą jeśli mu o tym powiesz. Gość ma porządne
problemy z zaufaniem i ty... - Jego wzrok mało subtelnie powędrował
ku Toby'emu, czego ten udawał nie zauważyć. - Może potrzebuje
kogoś kto go lubi. Może ty potrzebujesz kogoś kogo lubisz.
Przemyśl to.
Toby, zachowując
zupełnie neutralną twarz, bez słowa sięgnął po pilot,
nastawiając zupełnie losowy program telewizyjny, zmuszając się do
sięgnięcia po butelkę z piwem. Odchylił się na kanapie, dając
do zrozumienia, że uważa temat za skończony.
Wskazówka,
którą Jayden najwyraźniej załapał, bo zamiast go kontynuować,
już po chwili sięgnął po własną butelkę, nieobecnie
uśmiechając się do ekranu.
Wyprostował się w krześle za
wszelka cenę zachowując kamienną twarz.
Oczywiście, że
przemyślę – pomyślał Toby, nieobecnym wzrokiem wpatrując się
w jasnoszarą ścianę.
Jakby wszystko było jak najbardziej
w porządku.
poniedziałek, 11 września 2017
Ogłoszenia parafialne...Poradnik jak świadomie załatwić sobie skierowanie do onkologa :')
PORADNIK: JAK ŚWIADOMIE ZAŁATWIĆ SOBIE SKIEROWANIE DO ONKOLOGA:
1.Przeczytaj moją Violettę
2.Albo Sasunaru
3.Koniec.
Hej Haj Heloł :)))
Dawno dawno temu, za 150 postami i 20 komentarzami na tym blogu pojawiło się coś. Tak COŚ.
Nie mogę nazwać tego opowiadaniem, ani próbą opowiadania, ponieważ obraziłabym wszystkie opowiadania, ale jedno jest pewne- było to najpiękniejsze arcydzieło, które kiedyś stworzyłam.
Mianowicie mówię tutaj o moich początkach, a raczej...Moim nieświadomym raku, który pojawił się na tym jakże *ekhem* poważnym *ekhem* blogu.
Nie wiem co miałam w głowie, kiedy uznawałam to opko za coś super genialnego, za przejaw mojego pisarskiego natchnienia...nie umiem wytłumaczyć co siedziało mi w mózgu (albo raczej jego braku) kiedy tworzyłam coś co w treści zawierało pierlyriard wykrzykników, dialogi w stylu "V: Chujnia" i brakiem jakiejkolwiek składni zdań. Nie mówię o fabule, bo zgodnie z Anon stwierdziłam, że miałam zbyt mało czasu na wymyślenie fabuły, ponieważ ważniejsze dla mnie było w co ją ubrać, co tak na dobrą sprawę kogo obchodzi?
Generalnie to chciałam was przeprosić, każdego z osobna, kto natknął się na tą moja amebę umysłową i spaczył się, a jego mózg przestał normalnie funkcjonować, bo...no kocham to opko <3
Ale nie martwcie się...Użyłam środka rakobójczego zwanego koszem, i te piękne szkodliwe waszemu życiu i zdrowiu treści zostały usunięte z publicznego świata i zamknięte głęboko w moich folderach i podfolderach o stosownej nazwie :*
1.Przeczytaj moją Violettę
2.Albo Sasunaru
3.Koniec.
Hej Haj Heloł :)))
Dawno dawno temu, za 150 postami i 20 komentarzami na tym blogu pojawiło się coś. Tak COŚ.
Nie mogę nazwać tego opowiadaniem, ani próbą opowiadania, ponieważ obraziłabym wszystkie opowiadania, ale jedno jest pewne- było to najpiękniejsze arcydzieło, które kiedyś stworzyłam.
Mianowicie mówię tutaj o moich początkach, a raczej...Moim nieświadomym raku, który pojawił się na tym jakże *ekhem* poważnym *ekhem* blogu.
Nie wiem co miałam w głowie, kiedy uznawałam to opko za coś super genialnego, za przejaw mojego pisarskiego natchnienia...nie umiem wytłumaczyć co siedziało mi w mózgu (albo raczej jego braku) kiedy tworzyłam coś co w treści zawierało pierlyriard wykrzykników, dialogi w stylu "V: Chujnia" i brakiem jakiejkolwiek składni zdań. Nie mówię o fabule, bo zgodnie z Anon stwierdziłam, że miałam zbyt mało czasu na wymyślenie fabuły, ponieważ ważniejsze dla mnie było w co ją ubrać, co tak na dobrą sprawę kogo obchodzi?
Generalnie to chciałam was przeprosić, każdego z osobna, kto natknął się na tą moja amebę umysłową i spaczył się, a jego mózg przestał normalnie funkcjonować, bo...no kocham to opko <3
Ale nie martwcie się...Użyłam środka rakobójczego zwanego koszem, i te piękne szkodliwe waszemu życiu i zdrowiu treści zostały usunięte z publicznego świata i zamknięte głęboko w moich folderach i podfolderach o stosownej nazwie :*
piątek, 8 września 2017
Serce - i tak wie swoje cz.1- Niewypowiedziane słowa [Leonetta]
Cześć Wam!
Dzięki Anon, nabrałam weny na coś nowego. Na zupełnie inna historię Violetty.
Mam nadzieję, ze przypadnie wam do gustu :)))
Co do naszego "uśpionego" bloga...pozwólcie mu na wybudzenie się z wakacyjnego lenistwa
Dzięki Anon, nabrałam weny na coś nowego. Na zupełnie inna historię Violetty.
Mam nadzieję, ze przypadnie wam do gustu :)))
Co do naszego "uśpionego" bloga...pozwólcie mu na wybudzenie się z wakacyjnego lenistwa
Siedząc na spotkaniu już kolejną
godzinę biłem się z chęcią rzucenia się na swojego
kontrahenta. Zmuszony byłem jednak ze stoickim spokojem i lekkim
uśmiechem wpatrywać się w mężczyznę, który co chwila zadawał
jakieś zbędne pytania.
Tu chodzi o pieniądze. Twój czas
może okazać się wart miliony.
Powtarzałem w
myślach i ukradkiem zerknąłem na zegarek. Miałem pół godziny do
umówionej kolacji z Larą. Trzydzieści minut, a ja wciąż
siedziałem w obracanym fotelu i wzrokiem błagałem, aby się
pospieszył. Wiedziałem, że podpisany świstek będzie kolejnym
powodem do świętowania, mimo to byłem w stanie rzucić to
wszystko, tylko dlatego, aby po raz kolejny jej nie zawieść.
Obiecałem, że będę o dwudziestej pierwszej i miałem zamiar
dotrzeć do niej choćby łamiąc wszystkie możliwe przepisy.
Mężczyzna szeptał
coś do ucha swojego prawnika, a ja bacznie ich obserwowałem
zaciskając zęby.
Tik tak...tik tak...
Zegar na ścianie,
głośne wędrowanie wskazówek po tarczy, głębokie oddechy
,napięte spojrzenia oraz jedno jedyne słowo.
-Podpisujemy-
Miałem ochotę wyskoczyć z fotela i zacząć krzyczeć, a
jednocześnie wygarnąć to jak bardzo mnie denerwowało mnie to
uczucie niepewności.
Pozostałem jednak
na miejscu, a na mojej twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu.
Kiedy złożył parafkę w kilku miejscach i pożegnał się ze mną
uściskiem dłoni, po czym opuścił mój gabinet- dopiero wtedy
wydałem z siebie okrzyk radości i przyciągnąłem mojego asystenta
do uścisku.
Jeden podpis zrobił
ze mnie milionera. Jedna kartka ustawiła mnie na następne kolejne
lata.
Miałem dwadzieścia
minut na dotarcie do mojej ukochanej co w moim natłoku szczęścia
było wykonalne wliczając w to zahaczenie o kwiaciarnie.
Wybiegłem wręcz z
firmy, wsiadłem do auta i skierowałem się do mieszkania na
Manhatanie, miejsca gdzie czuje się najlepiej na świecie.
W mieszkaniu unosił
się zapach pieczonego mięsa. Światło było przyciemnione, a cicha
muzyka uciekała z głośników w akompaniamencie cichych pomruków
mojej dziewczyny.
Lara miała na
sobie moją ulubiona czerwona sukienkę, która uwydatniała jej
krągłe uda i większe piersi. Na stopach miała czarne szpilki z
czerwona podeszwą, które idealnie eksponowały jej piękne nogi. Na
szyi miała delikatny łańcuszek. Włosy upięte w luźnego koka.
Była idealna. W
każdym calu, była tym co dawało mi poczucie ciepła. To idealna
kandydatka na żonę i matkę . Odpowiedzialna i ułożona. Mimo
wszystko zabawna i z pasją
Lara- ukochana,
przyjaciółka. Moja.
Podszedłem bliżej
dotykając jej plecy torsem. Położyłem kwiaty na blacie, a po
drugiej stronie zaś butelkę szampana. Mogłem wyczuć, że się
uśmiecha, ponieważ zawsze lekko wtedy unosiła ramiona
-Po kwiatach i
szampanie śmiem stwierdzić, że nie udało ci się podpisać tego
kontraktu- Odstawiła gorące naczynie i odwróciła się w moim
kierunku. Jej oczy ociepliły moje wnętrze. Jej skóra drżała pod
moimi palcami, a uśmiech na jej twarzy coraz bardziej ukazywał jej
dołeczki. Odgarnąłem kosmyk włosów, który niedbale opadł jej
na czoło i nos. Była taka urocza i krucha.
-Jesteśmy w
posiadaniu trzech milionów na koncie- Mruknąłem cicho, aby potem
zostać zagłuszonym przez pisk dziewczyny. Rzuciła mi się na szyję
i mocno wtuliła.
-Wiedziałam, że
ci się uda!- Krzyknęła odrywając się ode mnie i pobiegła do
sypialni, aby ponownie do mnie wrócić z małym pakunkiem w dłoni.
- Proszę, następny kontrakt zostanie podpisany tym- Otworzyłem
pudełko, a w środku znajdowało się masywne, niebieskie pióro z
wygrawerowanymi dwoma literkami L.
-Dziękuje-
Przyciągnąłem ją do siebie i złożyłem pocałunek na jej czole.
-To było
oczywiste. Podpis był tylko formalnością- Odparła dumnie kierując
się do stołu niosąc ze sobą ciepłe danie. Pokręciłem jedynie
głową. Była niemożliwa.
Nalałem nam
szampana, zapaliłem świeczki kiedy Lara kroiła pieczeń.
To był idealny
wieczór. Usiadłem na krześle i wpatrywałem się w kobietę, którą
śmiało mogłem powiedzieć, że była moja bratnią duszą. Od
sześciu lat tworzyliśmy związek, który miał swoje wady, ale dla
takich chwil warto było zacisnąć zęby.
Czy był to
odpowiedni czas, aby klęknąć na jedno kolano i prosić o wspólny
czas do ostatniego tchnienia? Mimo wszytki -nie.
-Za twój sukces,
kochanie- Uniosła kieliszek w górę i oboje wznieśliśmy toast.
Cicha melodia
wypełniała ciszę, która wkradła się podczas gdy jedliśmy
pyszne danie. Mówiłem o tym, że Lara była świetną kucharką? W
kuchni czuła się jak ryba w wodzie. Mieszała, kombinowała,
szukała nowych smaków. To robiła w wolnym czasie, kiedy wracała z
agencji. Lara spełniała się też jako wspaniały fotograf, kiedy
stawała za obiektywem i robiła coś zdecydowanie więcej niż
wyostrzenie obrazu i uwiecznienie go. Wiele razy byłem przy niej,
gdy pracowała. Jeszcze jako nastolatek pomagałem jej operować
światłem, kiedy oboje zrywaliśmy się nad ranem, tylko po to, aby
mogła uwiecznić wschód słońca.
-Przepyszne-
Pochwaliłem jej danie, na co uśmiechnęła się szeroko.
-Zawsze tak mówisz,
jeśli chodzi o zapiekankę z mięsem i tartą cukinią- Zaśmiała
się.- Przecież, to twoje ulubione danie odkąd moja mama pierwszy
raz ja przygotowała. Miałeś wtedy dwanaście lat- Mimowolnie
uśmiechnąłem się na to wspomnienie, kiedy mnie i Larę dzielił
jedynie płot. Od dzieciaka byliśmy sąsiadami i najlepszymi
przyjaciółmi. Szczerze mówiąc nie pamiętam, aby kiedykolwiek był
czas, w którym nie było Lary. Mam wrażenie, że jesteśmy razem od
urodzenia- mimo że to ja jestem starszy o dwa miesiące. Chodziliśmy
do tej samej szkoły, a na studiach mieszkaliśmy razem. Zawsze
miałem na nią oko. Czasami zachowywałem się jak jej starszy brat-
po prostu się o nią martwiłem. I nadal to robię.
Miewam myśli, że
nasz związek to była jedna wielka pomyłka. Zazwyczaj wtedy, kiedy
dochodziło między nami do kłótni. Nie ma trzaskania talerzami,
wyrzucania sobie brudów, czy przypominania o byłych. Na talerze
jesteśmy za starzy, wszystkie błędy w większości popełnialiśmy
razem, a expartnerzy? Nic wartego kłótni. W takich chwilach rodził
się konflikt między naszą miłością, kiedy uświadamiałem
sobie, że oboje kochamy się strasznie mocno, ale tylko jedno z nas
kocha w ten odpowiedni dla związku sposób.
Nigdy jednak nie
myślałem o tym, co byłoby gdybym tej pamiętnej nocy, kiedy
wróciła z fatalnej randki, wpadła mi w ramiona, a potem wypaplała
szybko jak bardzo jest we mnie zakochana- odrzuciłbym ją. Zrobiłem
to co uważałem za stosowne, i teraz też bym tak zrobił. Bo
przecież była, jest i będzie dla mnie całym światem.
-Tak, twoja mama
obudziła we mnie super fana zapiekanki z tartą cukinią- Odłożyłem
sztućce na bok, i upiłem szampana.
-Chyba będę
musiała jej powiedzieć, jak bardzo jej za to nienawidzę-
Zażartowała. Skończyła jeść i tak jak ja chwyciła za zimny
kieliszek i przyłożyła go sobie do ust.
-Co zamierzasz
teraz zrobić z takim dorobkiem?
-Można by było je
zainwestować, albo przynajmniej ich część, a resztę, co powiesz
na nową parę butów, albo torebkę? Może nowy samochód?-
Odstawiła naczynie i z uśmiechem podeszła do mnie i usiadła mi na
kolanach. Dłonie ułożyła na moich barkach, a ja sprawnie objąłem
ja w tali. Patrzała się chyba na swoje paznokcie, bo nie obdarowała
mnie spojrzeniem, a jedynie zaczęła bawić się materiałem.
Siedziała chicho, co zaczęło mnie nieco zastanawiać.
-Tak, samochód to
dobra propozycja, torebka też, ale wolałabym buty..- Niepewnie
uniosła wzrok.
-Ile tylko
zechcesz, kochanie- Przerwałem jej i trąciłem jej nos swoim.
-...a raczej
buciki. Dla naszego synka, lub córeczki- Przełknąłem gulę w
gardle, a czas jakby się zatrzymał. Czułem narastające
przerażenie. Byłem niemal pewny, że moje palce są, aż białe od
zaciskania, a barki spięły się. Nie byłem gotowy. Nie mogłem
mieć dziecka, nie mogłem mieć dziecka z Larą. Nasz związek nie
był niczym zobowiązującym, a przynajmniej ja chciałem, aby taki
był.
-Jesteś w ciąży?-
Wydukałem niepewnie, ponieważ już nie wiedziałem, czy aby na
pewno chciałem to słyszeć.
-Nie- Zaprzeczyła
bezzwłocznie. Rozluźniłem się. Kamień spadł mi z serca.- Ale
jesteśmy już ze sobą tyle czasu. Twoja firma jest już
ustatkowana, mamy skończone studia, karierę i pieniądze. To
odpowiedni czas na dziecko. Niedługo skończymy trzydzieści kat, a
ja po prostu chce by ten mały człowieczek patrzał na ciebie i
widział autorytet. Byłbyś cudownym ojcem, - Westchnąłem ciężko.
Unikałem tego tematu jak ognia, niczym tchórz, ale nie mogłem się
na to zgodzić. Nie w momencie, kiedy nie byłem pewien swoich uczuć
w stu procentach, nie mogłem jej skrzywdzić.
-Lara,
rozmawialiśmy na ten temat tyle razy...
-I za każdym razem
powodem twojego „nie” była praca, a teraz? Co wymyślisz tym
razem?- Uniosła głos i podniosła się. Czułem, że albo zgodzę
się na dziecko, albo dzisiejszego wieczoru nie śpię w mieszkaniu.
Lara działała cały czas jednym schematem, dlatego mentalnie
przygotowałem się na nockę u kumpla.
-Nie mam już
wymówek. Po prostu nie czuję się gotowy, aby być ojcem-
Mruknąłem, chodź to zupełnie nie było prawdą. Nie chciałem
tego dzieciaka przesadnie bardzo, ale nie mogłem ukrywać, że
podświadomie pragnąłem tego, a mimo że nie ważne jak podle to
brzmi- matką mojego dziecka nie mogła być Lara.
-Nigdy nie będziesz
gotowy- Widziałem jak jej oczy zachodzą łzami. Karciłem się w
myślach. Tak bardzo nie chciałem by płakała.- Nie będziesz, bo
cały czas widzisz we mnie jedynie przyjaciółkę. Wiem, że mnie
kochasz, ale cały czas bliżej mi do twojej siostry niż dziewczyny-
Zmarszczyłem brwi- Myślisz, że tego nie widzę? Tego dystansu,
który czasami przejawia się w naszych relacjach?- Zaczęła płakać.
Tak bardzo tego nienawidziłem.- Próbowałam pokazać ci się z
innej strony. Zrobić coś, abyś spojrzał na mnie jak na kobietę
swojego życia, ale nie mogę zmusić cię do kochania mnie.
-Lara, to nie
tak...- Jęknąłem podłamany całą sytuacją. Czułem, że ją
tracę.
-Proszę cie Leon,
nie zapychaj mnie kolejną dawką kłamstw. Mogę być dla ciebie
wszystkim, ale nigdy nie będę kimś z kim będziesz chciał założyć
rodzinę, ponieważ dla ciebie to ja nią jestem ..- Jej głos
przycichł, a ona sama po prostu się do mnie przytuliła, co
odebrałem jako pożegnanie.- A teraz wyjdź i zastanów się,czy po
sześciu latach nadal chcesz dawać mi złudną nadzieję- Spojrzała
na mnie i ucałowała w policzek- Kocham Cię- Wyszeptała i
ocierając oczy skierowała się do naszej sypialni.
Nie byłem pewien,
czy bardziej mi ulżyło, czy byłem przerażony i wściekły na
siebie. Bałem się, że straciłem jedną z ważniejszych osób w
moim życiu. Zawaliłem po całości, ale z drugiej strony jej usta
wypowiedział dziś wszystko to, czego moje nie potrafiły tamtego
wieczoru w obawie, że ją stracę. Przekonało mnie to o tym, że
jeśli chodziło o nią to zawsze kierował mną strach. O nią, o
nas, o naszą relację. Wybierałem zawsze to, co pozwoliło mi być
zawsze blisko, być dla niej oparciem. Liczyłem na to, że granica
między przyjacielem a kochankiem po czasie między nami się zatrze,
a jednak myliłem się.
Wyszedłem z
mieszkania wraz z marynarką, telefonem. Szedłem nadal tętniącymi
życiem ulicami Nowego Jorku, zahaczając o sklep, aby spędzić ten
wieczór jeszcze w towarzystwie paczki papierosów. Chciałem
zadzwonić do Diego, ale chyba lepiej było, abym został sam ze
swoimi myślami i podjął po raz pierwszy decyzję, która będzie
dla mnie odpowiednia. Byłem gotowy ponieść tego konsekwencje, dla
dobra mojego i Lary, którą zawsze i pomimo będę kochał.
Pchnąłem drzwi,
które prowadziły do klubu. Głośna muzyka, migające światła w
przeróżnych kolorach. Klimat, który miał mi pomóc.
Potem już tylko
kilka drinków
Jedno spojrzeniem
Mocniejsze bicie
serca
Abym zatracił się
w jednym odcieniu do końca życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

