piątek, 8 września 2017

Serce - i tak wie swoje cz.1- Niewypowiedziane słowa [Leonetta]

Cześć Wam!
Dzięki Anon, nabrałam weny na coś nowego. Na zupełnie inna historię Violetty.
Mam nadzieję, ze przypadnie wam do gustu :)))
Co do naszego "uśpionego" bloga...pozwólcie mu na wybudzenie się z wakacyjnego lenistwa

Siedząc na spotkaniu już kolejną godzinę biłem się z chęcią rzucenia się na swojego kontrahenta. Zmuszony byłem jednak ze stoickim spokojem i lekkim uśmiechem wpatrywać się w mężczyznę, który co chwila zadawał jakieś zbędne pytania.
Tu chodzi o pieniądze. Twój czas może okazać się wart miliony.
Powtarzałem w myślach i ukradkiem zerknąłem na zegarek. Miałem pół godziny do umówionej kolacji z Larą. Trzydzieści minut, a ja wciąż siedziałem w obracanym fotelu i wzrokiem błagałem, aby się pospieszył. Wiedziałem, że podpisany świstek będzie kolejnym powodem do świętowania, mimo to byłem w stanie rzucić to wszystko, tylko dlatego, aby po raz kolejny jej nie zawieść. Obiecałem, że będę o dwudziestej pierwszej i miałem zamiar dotrzeć do niej choćby łamiąc wszystkie możliwe przepisy.
Mężczyzna szeptał coś do ucha swojego prawnika, a ja bacznie ich obserwowałem zaciskając zęby.
Tik tak...tik tak...
Zegar na ścianie, głośne wędrowanie wskazówek po tarczy, głębokie oddechy ,napięte spojrzenia oraz jedno jedyne słowo.
-Podpisujemy- Miałem ochotę wyskoczyć z fotela i zacząć krzyczeć, a jednocześnie wygarnąć to jak bardzo mnie denerwowało mnie to uczucie niepewności.
Pozostałem jednak na miejscu, a na mojej twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Kiedy złożył parafkę w kilku miejscach i pożegnał się ze mną uściskiem dłoni, po czym opuścił mój gabinet- dopiero wtedy wydałem z siebie okrzyk radości i przyciągnąłem mojego asystenta do uścisku.
Jeden podpis zrobił ze mnie milionera. Jedna kartka ustawiła mnie na następne kolejne lata.
Miałem dwadzieścia minut na dotarcie do mojej ukochanej co w moim natłoku szczęścia było wykonalne wliczając w to zahaczenie o kwiaciarnie.
Wybiegłem wręcz z firmy, wsiadłem do auta i skierowałem się do mieszkania na Manhatanie, miejsca gdzie czuje się najlepiej na świecie.

W mieszkaniu unosił się zapach pieczonego mięsa. Światło było przyciemnione, a cicha muzyka uciekała z głośników w akompaniamencie cichych pomruków mojej dziewczyny.
Lara miała na sobie moją ulubiona czerwona sukienkę, która uwydatniała jej krągłe uda i większe piersi. Na stopach miała czarne szpilki z czerwona podeszwą, które idealnie eksponowały jej piękne nogi. Na szyi miała delikatny łańcuszek. Włosy upięte w luźnego koka.
Była idealna. W każdym calu, była tym co dawało mi poczucie ciepła. To idealna kandydatka na żonę i matkę . Odpowiedzialna i ułożona. Mimo wszystko zabawna i z pasją
Lara- ukochana, przyjaciółka. Moja.
Podszedłem bliżej dotykając jej plecy torsem. Położyłem kwiaty na blacie, a po drugiej stronie zaś butelkę szampana. Mogłem wyczuć, że się uśmiecha, ponieważ zawsze lekko wtedy unosiła ramiona
-Po kwiatach i szampanie śmiem stwierdzić, że nie udało ci się podpisać tego kontraktu- Odstawiła gorące naczynie i odwróciła się w moim kierunku. Jej oczy ociepliły moje wnętrze. Jej skóra drżała pod moimi palcami, a uśmiech na jej twarzy coraz bardziej ukazywał jej dołeczki. Odgarnąłem kosmyk włosów, który niedbale opadł jej na czoło i nos. Była taka urocza i krucha.
-Jesteśmy w posiadaniu trzech milionów na koncie- Mruknąłem cicho, aby potem zostać zagłuszonym przez pisk dziewczyny. Rzuciła mi się na szyję i mocno wtuliła.
-Wiedziałam, że ci się uda!- Krzyknęła odrywając się ode mnie i pobiegła do sypialni, aby ponownie do mnie wrócić z małym pakunkiem w dłoni. - Proszę, następny kontrakt zostanie podpisany tym- Otworzyłem pudełko, a w środku znajdowało się masywne, niebieskie pióro z wygrawerowanymi dwoma literkami L.
-Dziękuje- Przyciągnąłem ją do siebie i złożyłem pocałunek na jej czole.
-To było oczywiste. Podpis był tylko formalnością- Odparła dumnie kierując się do stołu niosąc ze sobą ciepłe danie. Pokręciłem jedynie głową. Była niemożliwa.
Nalałem nam szampana, zapaliłem świeczki kiedy Lara kroiła pieczeń.
To był idealny wieczór. Usiadłem na krześle i wpatrywałem się w kobietę, którą śmiało mogłem powiedzieć, że była moja bratnią duszą. Od sześciu lat tworzyliśmy związek, który miał swoje wady, ale dla takich chwil warto było zacisnąć zęby.
Czy był to odpowiedni czas, aby klęknąć na jedno kolano i prosić o wspólny czas do ostatniego tchnienia? Mimo wszytki -nie.
-Za twój sukces, kochanie- Uniosła kieliszek w górę i oboje wznieśliśmy toast.
Cicha melodia wypełniała ciszę, która wkradła się podczas gdy jedliśmy pyszne danie. Mówiłem o tym, że Lara była świetną kucharką? W kuchni czuła się jak ryba w wodzie. Mieszała, kombinowała, szukała nowych smaków. To robiła w wolnym czasie, kiedy wracała z agencji. Lara spełniała się też jako wspaniały fotograf, kiedy stawała za obiektywem i robiła coś zdecydowanie więcej niż wyostrzenie obrazu i uwiecznienie go. Wiele razy byłem przy niej, gdy pracowała. Jeszcze jako nastolatek pomagałem jej operować światłem, kiedy oboje zrywaliśmy się nad ranem, tylko po to, aby mogła uwiecznić wschód słońca.
-Przepyszne- Pochwaliłem jej danie, na co uśmiechnęła się szeroko.
-Zawsze tak mówisz, jeśli chodzi o zapiekankę z mięsem i tartą cukinią- Zaśmiała się.- Przecież, to twoje ulubione danie odkąd moja mama pierwszy raz ja przygotowała. Miałeś wtedy dwanaście lat- Mimowolnie uśmiechnąłem się na to wspomnienie, kiedy mnie i Larę dzielił jedynie płot. Od dzieciaka byliśmy sąsiadami i najlepszymi przyjaciółmi. Szczerze mówiąc nie pamiętam, aby kiedykolwiek był czas, w którym nie było Lary. Mam wrażenie, że jesteśmy razem od urodzenia- mimo że to ja jestem starszy o dwa miesiące. Chodziliśmy do tej samej szkoły, a na studiach mieszkaliśmy razem. Zawsze miałem na nią oko. Czasami zachowywałem się jak jej starszy brat- po prostu się o nią martwiłem. I nadal to robię.
Miewam myśli, że nasz związek to była jedna wielka pomyłka. Zazwyczaj wtedy, kiedy dochodziło między nami do kłótni. Nie ma trzaskania talerzami, wyrzucania sobie brudów, czy przypominania o byłych. Na talerze jesteśmy za starzy, wszystkie błędy w większości popełnialiśmy razem, a expartnerzy? Nic wartego kłótni. W takich chwilach rodził się konflikt między naszą miłością, kiedy uświadamiałem sobie, że oboje kochamy się strasznie mocno, ale tylko jedno z nas kocha w ten odpowiedni dla związku sposób.
Nigdy jednak nie myślałem o tym, co byłoby gdybym tej pamiętnej nocy, kiedy wróciła z fatalnej randki, wpadła mi w ramiona, a potem wypaplała szybko jak bardzo jest we mnie zakochana- odrzuciłbym ją. Zrobiłem to co uważałem za stosowne, i teraz też bym tak zrobił. Bo przecież była, jest i będzie dla mnie całym światem.
-Tak, twoja mama obudziła we mnie super fana zapiekanki z tartą cukinią- Odłożyłem sztućce na bok, i upiłem szampana.
-Chyba będę musiała jej powiedzieć, jak bardzo jej za to nienawidzę- Zażartowała. Skończyła jeść i tak jak ja chwyciła za zimny kieliszek i przyłożyła go sobie do ust.
-Co zamierzasz teraz zrobić z takim dorobkiem?
-Można by było je zainwestować, albo przynajmniej ich część, a resztę, co powiesz na nową parę butów, albo torebkę? Może nowy samochód?- Odstawiła naczynie i z uśmiechem podeszła do mnie i usiadła mi na kolanach. Dłonie ułożyła na moich barkach, a ja sprawnie objąłem ja w tali. Patrzała się chyba na swoje paznokcie, bo nie obdarowała mnie spojrzeniem, a jedynie zaczęła bawić się materiałem. Siedziała chicho, co zaczęło mnie nieco zastanawiać.
-Tak, samochód to dobra propozycja, torebka też, ale wolałabym buty..- Niepewnie uniosła wzrok.
-Ile tylko zechcesz, kochanie- Przerwałem jej i trąciłem jej nos swoim.
-...a raczej buciki. Dla naszego synka, lub córeczki- Przełknąłem gulę w gardle, a czas jakby się zatrzymał. Czułem narastające przerażenie. Byłem niemal pewny, że moje palce są, aż białe od zaciskania, a barki spięły się. Nie byłem gotowy. Nie mogłem mieć dziecka, nie mogłem mieć dziecka z Larą. Nasz związek nie był niczym zobowiązującym, a przynajmniej ja chciałem, aby taki był.
-Jesteś w ciąży?- Wydukałem niepewnie, ponieważ już nie wiedziałem, czy aby na pewno chciałem to słyszeć.
-Nie- Zaprzeczyła bezzwłocznie. Rozluźniłem się. Kamień spadł mi z serca.- Ale jesteśmy już ze sobą tyle czasu. Twoja firma jest już ustatkowana, mamy skończone studia, karierę i pieniądze. To odpowiedni czas na dziecko. Niedługo skończymy trzydzieści kat, a ja po prostu chce by ten mały człowieczek patrzał na ciebie i widział autorytet. Byłbyś cudownym ojcem, - Westchnąłem ciężko. Unikałem tego tematu jak ognia, niczym tchórz, ale nie mogłem się na to zgodzić. Nie w momencie, kiedy nie byłem pewien swoich uczuć w stu procentach, nie mogłem jej skrzywdzić.
-Lara, rozmawialiśmy na ten temat tyle razy...
-I za każdym razem powodem twojego „nie” była praca, a teraz? Co wymyślisz tym razem?- Uniosła głos i podniosła się. Czułem, że albo zgodzę się na dziecko, albo dzisiejszego wieczoru nie śpię w mieszkaniu. Lara działała cały czas jednym schematem, dlatego mentalnie przygotowałem się na nockę u kumpla.
-Nie mam już wymówek. Po prostu nie czuję się gotowy, aby być ojcem- Mruknąłem, chodź to zupełnie nie było prawdą. Nie chciałem tego dzieciaka przesadnie bardzo, ale nie mogłem ukrywać, że podświadomie pragnąłem tego, a mimo że nie ważne jak podle to brzmi- matką mojego dziecka nie mogła być Lara.
-Nigdy nie będziesz gotowy- Widziałem jak jej oczy zachodzą łzami. Karciłem się w myślach. Tak bardzo nie chciałem by płakała.- Nie będziesz, bo cały czas widzisz we mnie jedynie przyjaciółkę. Wiem, że mnie kochasz, ale cały czas bliżej mi do twojej siostry niż dziewczyny- Zmarszczyłem brwi- Myślisz, że tego nie widzę? Tego dystansu, który czasami przejawia się w naszych relacjach?- Zaczęła płakać. Tak bardzo tego nienawidziłem.- Próbowałam pokazać ci się z innej strony. Zrobić coś, abyś spojrzał na mnie jak na kobietę swojego życia, ale nie mogę zmusić cię do kochania mnie.
-Lara, to nie tak...- Jęknąłem podłamany całą sytuacją. Czułem, że ją tracę.
-Proszę cie Leon, nie zapychaj mnie kolejną dawką kłamstw. Mogę być dla ciebie wszystkim, ale nigdy nie będę kimś z kim będziesz chciał założyć rodzinę, ponieważ dla ciebie to ja nią jestem ..- Jej głos przycichł, a ona sama po prostu się do mnie przytuliła, co odebrałem jako pożegnanie.- A teraz wyjdź i zastanów się,czy po sześciu latach nadal chcesz dawać mi złudną nadzieję- Spojrzała na mnie i ucałowała w policzek- Kocham Cię- Wyszeptała i ocierając oczy skierowała się do naszej sypialni.
Nie byłem pewien, czy bardziej mi ulżyło, czy byłem przerażony i wściekły na siebie. Bałem się, że straciłem jedną z ważniejszych osób w moim życiu. Zawaliłem po całości, ale z drugiej strony jej usta wypowiedział dziś wszystko to, czego moje nie potrafiły tamtego wieczoru w obawie, że ją stracę. Przekonało mnie to o tym, że jeśli chodziło o nią to zawsze kierował mną strach. O nią, o nas, o naszą relację. Wybierałem zawsze to, co pozwoliło mi być zawsze blisko, być dla niej oparciem. Liczyłem na to, że granica między przyjacielem a kochankiem po czasie między nami się zatrze, a jednak myliłem się.
Wyszedłem z mieszkania wraz z marynarką, telefonem. Szedłem nadal tętniącymi życiem ulicami Nowego Jorku, zahaczając o sklep, aby spędzić ten wieczór jeszcze w towarzystwie paczki papierosów. Chciałem zadzwonić do Diego, ale chyba lepiej było, abym został sam ze swoimi myślami i podjął po raz pierwszy decyzję, która będzie dla mnie odpowiednia. Byłem gotowy ponieść tego konsekwencje, dla dobra mojego i Lary, którą zawsze i pomimo będę kochał.

Pchnąłem drzwi, które prowadziły do klubu. Głośna muzyka, migające światła w przeróżnych kolorach. Klimat, który miał mi pomóc.

Potem już tylko kilka drinków
Jedno spojrzeniem
Mocniejsze bicie serca

Abym zatracił się w jednym odcieniu do końca życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz