Wybaczcie, jeżeli pod koniec opowiadanie nie ma sensu, ale proszę spójrzcie na godzinę dodania. ;-;
Teraz dodaję, przeczytam to jeszcze jutro i jakby co to poprawię, a teraz... Idę spać, dziękuję za uwagę. ;^;
Jej, długie~~
***
Zobaczył wiadomość.
Bo jakby inaczej.
Skontaktował się ze mną.
Bo jakby inaczej.
Tyle że, jakby inaczej, musiał być
oschły i zniechęcający. Znaczy, mogłem się tego spodziewać, bo
od początku Oliver wyraźnie nie chciał mnie widzieć, ale, o
dziwo, nie napisał tego na kartce, tylko wyperswadował mi w
słowach, co świadczyło o niejakim poszanowaniu tego, że
przyjechałem tylko dla niego, jednak wyraźnie dał mi do
zrozumienia, że nie chce go na miejscu.
Chyba pierwszy raz poczułem jak pęka
mi serce. Mimo tego, że w gimnazjum traktowali mnie jak śmiecia,
nigdy nie czułem się tak okropnie.
W dodatku, jego też było mi szkoda,
bo wydaje mi się, że mimo wszystko cierpiał. Pierwszy raz to ja w
nim widziałem zagubionego dzieciaka, a jednak dalej nie chciał mnie
„angażować”.
Tylko, że ja już dawno byłem.
A on pierwszy raz nie zauważył, choć
bardziej prawdopodobne, nie chciał zauważyć i odwrócił się,
zostawiając mnie, nawet nie wiedząc do czego może to doprowadzić.
Ale ja już wiem.
Mojej śmierci.
Ale od początku, wróćmy się do
chwili, gdy jeszcze oddychałem, czułem i żyłem, a dokładniej, do
momentu gdy przeczytałem kolejną wiadomość zostawioną dla mnie
przez Olivera (chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałem czy na pewno
była to jego wiadomość). Nie wiem czy to on zostawił ją kiedy
jeszcze spałem (Tak jak mówiłem, poświęciłem się sprawie i na
noc do domu nie wróciłem), czy poprosił kogoś by to zrobił. Była
to zwykła kartka, zapisana czerwonym długopisem, z adresem, datą
i godziną. Niczym więcej.
Cóż, byłem pewien przynajmniej, że
nie jest za późno, bo data wskazywała na tamtejszy dzień, a
godzina późny wieczór, właściwie już noc, bo dwudziestą drugą,
a gdy wstałem musiało być koło dziewiątej, albo i nawet ósmej
rano. Problemem był adres, ale byłem pewien, że z działającym
telefonem komórkowym i wifi jakoś sobie poradzę. Gdy wpisałem go
w internet, okazało się, że był to bardzo stary, opuszczony
szpital dla dzieci znajdujący się kilkadziesiąt kilometrów za
miastem w którym aktualnie byłem. Mimo to byłem pewien, że zdążę
tam dotrzeć do godziny opisanej na kartce i nie zamierzałem czekać
ani chwili dłużej, by szanse te zdążyły zmaleć. Przy okazji
zauważyłem nieodebrane połączenia od obojga moich rodziców i
nawet parę od kolegów z klasy. To mną niemało wstrząsnęło. Nie
powiem, że nie sądziłem, że będą niezaintereswowani moją nagłą
ucieczką, ale nagle... Nagle dotarła do mnie realność sytuacji.
Wtedy pierwszy raz zwątpiłem w swoje działania. Czy naprawdę
chciałem narażać moje szczęście dla poszukiwania kogoś, kto z
własnej woli mnie porzucił? Czy w ogóle było warto?
Jest, wyszeptał cichy głosik, a ja
zacisnąłem mocno powieki, w których zbierały się łzy,
przygryzłem wargę i ruszyłem dalej, bo bałem się, że jeżeli
teraz bym się zawahał, to od razu wróciłbym się do domu i już
nigdy nie dotarłbym tak daleko, nie mówiąc już o spotkaniu twarzą
w twarz z tą osobliwą postacią.
Nie wiedziałem tylko, że w tym
momencie spaliłem za sobą ostatni most łączący normalność z
surrealizmem, a moją przeszłość wyraźnie odcięła się od
przyszłości.
Teraz już to wiem.
Pod szpital dojechałem koło
dwudziestej, gdy robiło się już ciemno i chociaż widziałem go
już z daleka, to dopiero gdy przyjrzałem mu się z bliska, to
przeszły mnie dreszcze. Wybite okna, nagie ściany, śmieci,
graffiti i ogólna aura, cóż, miejsca przyprawiającego o gęsią
skórkę.
No dla w każdym razie, byłem na
miejscu i miałem nadzieję na nie spotkanie żadnego menela. Albo
dilera.
Po prostu wrąbałem się w sam środek
piekła zwanego życiem i szczerze, czerpałem z tego faktu całymi
garściami, wreszcie działo się coś innego od mojej rutyny,
wreszcie szedłem tuż po śladach Olivera.
Cóż, nie mogłem się już zatrzymać,
więc pchnąłem drzwi szpitala, które jakimś cudem trzymały się
jeszcze na miejscu... Po czym z głośnym hukiem upadły na ziemię.
Przysięgam, w całym swoim życiu nie wydałem z siebie bardziej
dziewczęcego pisku. Ale nie zwróciłem na to zbędnej uwagi, bo
przede mną, na ścianie rozprzestrzeniały się czerwone napisy, ku
mojej uldze napisane jakimś markerem. Były jak drogowskazy, bo
opisywały tylko szpital i jego pomieszczenia, jednym z tych
pomieszczeń musiało być miejsce przyszłego spotkania, mojego i
Olivera. Zatrzymałem się by bliżej przyjrzeć się tym rysunkom i
nieco się zdziwiłem, bo ich dokładność była niesamowita, ale
jeśli faktycznie wykonał to Oliver, to w sumie było to naturalne –
przecież mógł poszczycić się doskonałą pamięcią. Miejsce w
którym się znajdowałem zaznaczone było średniej wielkości
kropką, ale moją uwagę przykuło bardziej drugie piętro, bo
właśnie tam, w północnej części szpitala znajdowała się sala
oznaczona wielkim „x”. Cóż, subtelne to to nie było. Na chwilę
jeszcze wyszedłem poza szpital, by zjeść kanapkę i nacieszyć się
świeżym powietrzem, i tak zostało mi sporo czasu, a podejrzewałem,
że sterczenie tam tyle przed „umówioną” godziną nic by nie
pomogło. Jednakże znowu złapało mnie to przeklęte wyrzuty;
Czy nie wpędzam Olivera w kłopoty na
siłę chcąc się z nim spotkać?
W dodatku, tak długo go nie
widziałem...
Myśli nieprzyjemnie plątały się w
mojej głowie tworząc czarną mieszaninę, najgorsze scenariusze
mogące spotkać mojego przyjaciela. Podniosłem się z miejsca,
ponuro wpakowując śmieci z powrotem do plecaka. Na wszelki wypadek
zrobiłem zdjęcie mapie na ścianie i ruszyłem w plątaninę
korytarzy.
Dobra, „plątanina” to spora
przesada, ale moja orientacja w terenie pozostawiała wiele do
życzenia, a Oliver nie trudził się z rysowaniem jakiś znaków,
czegoś innego niż mapki przy głównym wejściu, osobiście nie
byłem zbyt dobry w odczytywaniu takich rzeczy.
Nie musiałem jednak zbyt długo
chodzić, żeby je znaleźć zaznaczone pomieszczenie, którego
oznaczenia zapomniałem lub właściwie nie chciałem nawet czytać.
W sumie miałem wrażenie, że zeszło mi na to mniej niż dziesięć
minut. W środku, na ziemi leżało mnóstwo potłuczonego szkła i
śmieci. Szczerze, nie było to zbyt przyjemne miejsce, ale co
zrobić, w końcu było „opuszczone”.
Rozejrzałem się wkoło, marszcząc
brwi i szukając miejsca gdzie mógłbym przysiąść, miałem czekać
w końcu mniej więcej dwóch godzin. W końcu wybrałem jakiś
kamień wyglądający na nieostry i w miarę wygodny, i luźno
obserwowałem otoczenie. Nie wytrzymałem jednak zbyt długo i
radośnie zacząłem grać na telefonie, jednak bateria też nie
zamierzała zostać moim przyjacielem i zdechła po mniej półtorej
godzinie. Z drugiej strony, i tak już dużo przeszła.
Resztę czasu spędziłem na oglądaniu
swoich butów, bo kiedy podniosłem wzrok, po raz drugi w tym samym
dniu, o mało nie zszedłem na zawał, na szczęście jednak tym
razem nie brzmiałem przy tym jak sprawna zabawka dla psa.
Na środku pokoju, w milczeniu, stał
Oliver i obojętnie mi się przyglądał.
Ten sam Oliver, którego kiedyś
widywałem na korytarzu szkoły.
No, prawie ten sam.
Teraz jego włosy były nieco dłuższe,
a on sam wyglądał na jeszcze chudszego i bardziej chorego. Grzywka
całkowicie zasłaniała jego prawe oko i bardzo wyraźnie opadała
na prawe. O dziwo, nie wyglądało na to, żeby urósł chociażby i
centymetr, dalej pozostawał tym knypkiem jakim go zapamiętałem.
- Ja cię wcale nie... - Zacząłem się
tłumaczyć, nie wiem czy z przyzwyczajenia czy też z chęci
zrobienia „dobrego pierwszego wrażenia” czy też zwyczajnie
dlatego, że kompletnie zidiociałem i nie mogłem oderwać od niego
wzroku, podczas gdy mój umysł wypełniła pustka. Przerwałem
jednak, a do moich oczu samoistnie napłynęły łzy. - Boże, tak
dawno cię nie widziałem. - Wydukałem w końcu, ruszając do
przodu, ale on wyciągnął do przodu dłonie, pokazując mi „stop”
i spuścił głowę, próbując ukryć ten drobny ślad uśmiechu
powstały na jego twarzy.
On też się cieszył!
- Nie powinno cię tu być... Nie
powinieneś tego robić.- Powiedział cicho, a ja z pewną dozą
zdziwienia zanotowałem, że obniżył mu się głos. W sumie dobrze,
miałem pewność, że Oliver stojący tutaj to nie moja wyobraźnia
czy inne wspomnienie z przeszłości.
- Nie pieprz. - Warknąłem tak, że
natychmiast spojrzał mi w oczy. Miałem dosyć tej bajki i
wymigiwania się, chciałem, żeby przestał uciekać przede mną i
przed swoim strachem. Przecież nie był tchórzem.
- Nie robię tego, uwierz. Uwierz, że
gdyby nie ja to pozostałbyś normalny i nie musiał latać po całym
kraju w poszukiwaniu mordercy, nie musiał byś być w tym miejscu
i...
I mógłbym zginąć przez zabawy jakiś
gimbusów, wiem. - Przerwałem mu ostro, a on uciekł wzrokiem na
ścianę, milcząc. Mimo to wcale nie wyglądał na przekonanego,
bardziej na zrezygnowanego, trochę jakby był w żałobie.
- Dałbyś sobie radę. Poza tym,
spójrz na siebie teraz... Nie, spójrz na nas. Kim jesteśmy, jakimi
się staliśmy... Jak bardzo się różnimy. - Cofnął się jeszcze
o krok a ja zauważyłem dziwną łunę, cień dzielący teraz pokój
idealnie pomiędzy nas. Moja część była jasno oświetlona
promieniami księżyca natomiast część Olivera skąpała się w
mroku, szczelnie osłonięta ścianami budynku.
- Co to ma znaczyć, hę? - Zapytałem,
bojąc się trochę nadchodzącej odpowiedzi. Postąpiłem krok do
przodu, przybliżając się do tej nieubłaganej ciemności. Oliver
dalej stał w tym samym miejscu.
- Dobrze wiesz, Emil. Trzymaj się ode
mnie z daleka. - Znowu krok do tyłu, zmarszczone brwi. - Zostaw mnie
już w spokoju! - Krzyknął, sprawiając że całe moje ciało
przeszedł kłujący ból. - - Odpuść sobie. - Dodał łamiącym
się, ochrypłym głosem, jakby krzyk sprawił, że zaczął tracić
głos. Zachwiał się, stawiając kolejny krok do tyłu i drugi raz
podczas naszego spotkania spojrzał mi w oczy, a ja byłem pewny, że
w tamtym momencie wyrażają to samo.
Ból.
Odwrócił się gwałtownie, wybiegając
z pomieszczenia, zapewne przez tajne miejsce, którego ja wcześniej
nie zauważyłem. Wcześniej to wszystko jakby nie miało znaczenia.
A teraz... Teraz byłem zbyt zszokowany, żeby w ogóle się ruszyć.
Stałem jak ten kołek słuchając kroków powoli cichnących w
oddali... I wtedy się ruszyłem. Jeśli bym się nie ruszył, to
przecież straciłbym go już na zawsze. Zacisnąłem pięści i bez
namysłu rzuciłem się w coś, co wydawało się być bezkresną
czernią, zostawiając każde z przedmiotów wcześniej mi
towarzyszących, na ziemi. Tylko by mnie spowolniały. Biegłem
szaleńczo, z przerażeniem zauważając, że całkowicie nie mogę
już usłyszeć kroków.
Jednak wiedziałem gdzie uciekł, do
lasu, nie miał innego wyboru. Ponownie więc wbiegłen w las, tym
razem jednak słysząc jedynie szeleszczące liście wpadające na
mnie po drodze.
To było niepokojące.
Pędziłem jednak dalej, nie zważając
nawet na czerwone lampki zapalające się po kolei w moim umyśle.
Nie myliły się.
Niedługo później natrafiłem na
podmoknięty grunt, samo w sobie nie byłoby to zbyt dużym
problemem, lecz towarzyszył mu prawie pionowy spadek i moja zerowa
przyczepność, sprawiając zwyczajnie, że ześliznąłem się w
dół,spadając kilka metrów po błocie i brudzie, lądując na dole
z uczuciem totalnego przygnębienia. Szczerze, nie chciałem już
wstawać, nie miałem siły.
Czy moje wysiłki poszły na mare?
Zasłoniłem oczy ramieniem, leżąc
tak na podmokłym gruncie, półprzytomnie rejestrując płynącą
gdzieś obok mnie wodę. Nie wiem ile leżałem, ile się nie
ruszałem i ile po prostu ryczałem jak idiota, zaciskając mocno
wargi, dając temu wszystkiemu odejść. Czułem się, jakbym umierał
i szczerze, nie wiedziałem czy nie była to by czasem najlepsza
opcja. Miałem tego wszystkiego dosyć, po prostu wrosnąć w ziemię
i zniknąć.
- Ojoj, a co to? - Dlatego nie
zareagowałem, gdy usłyszałem ten dziwny ni to niski ni to wysoki
głos. Bo dlaczego miałbym? Żeby ktoś litościwie zebrał mnie z
ziemi? Postanowiłem po prostu to wszystko przemilczeć i poczekać
aż odejdzie, udając że śpię, jednak następne słowa postawiły
mnie do siadu, nie dbając o to jak okropnie musiałem wyglądać. -
Jednak nie pozwolił ci pójść, chociaż spodziewałem się tego.
Tak, spodziewałem się. Oliver to uparta bestia, co? Bardzo uparta.
- natychmiast zlustrowałem tą dziwną postać wzrokiem i wcale nie
wyglądała nadzwyczajnie. Albo raczej, nie wyglądałaby, gdybym nie
spotkał jej w środku lasu, nad rzeką. Otóż stał przede mną
prawdopodobnie młody mężczyzna w czarnym, zwykłym garniturze.
Jego niesamowicie długie, czerwone niczym krew włosy zasłaniały
mu oczy, ale on uśmiechał się złośliwie. Krew we mnie zawrzała.
- Kim ty..?
- A nie raczej „Skąd ty?”. Och,
czy to istotne? Nie, nie istotne. Ważne że wiem, mój drogi. Ważne,
że dosłownie prawie czuję twoje lodowate myśli stojąc nawet z
tej odległości. - Szczerze nie miałem pojęcia o czym on gada, ale
jedno było pewne. Wiedział o Oliverze. Wiedział i skoro z nim
rozmawiał to najprawdopodobniej czegoś od niego chciał. - Nie
możliwe, jednak coś łapiesz! Niemożliwe! - Zaklaskał w dłonie z
zadowoleniem, sprawiając, że trochę zwątpiłem w swoją ocenę
sytuacji, ale szybko powróciły mi nerwy.
- Skąd wiesz o Oliverze? Skąd to
wszystko wiesz? - Zapytałem spokojnie. Czułem, że mój głos zieje
czystą pustką i chłodem, ale to nie miało znaczenia. Dlaczego w
ogóle miało mnie to obchodzić?
- Bo tak się składa, że mogę ci
pomóc. Spotkasz się znowu z Oliverem i nawet jeśli znowu spróbuje
ci uciec, to tym razem nie będzie miał szans.
- O czym ty mówisz? - Zapytałem,
marszcząc brwi, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Szczebiotał
jak przekupka na targu i jakoś średnio mi się to podobało.
- Mam dla ciebie umowę. - Zaczął,
wskazując na mnie palcem z długim, zaostrzonym, czarnym paznokciem.
To mnie nieco zmartwiło i zaskoczyło. O jaką umowę może chodzić?
Jaka umowa pomogłaby mi w taki sposób? W dodatku, akurat w tym
momencie dotarła do mnie dziwaczność tego gościa. Cała sytuacja
była co najmniej... Beznadziejna. Ale kiwnąłem mu głową, aby
kontynuował. - Dam ci możliwość do wiecznego bycia przy boku
Olivera... Ha, ucieszylibyście się obydwoje, więc cena jest
podwójnie korzystna, hm? - Ta, miałem przeczucie, że koleś w
ogóle nie posiadał rozumu, ale był całkiem sympatyczny... Jak się
tak uprzeć.
- A w zamian co zamierzać dostać? -
Czerwonowłosy wyszczerzył się szeroki i przerażający uśmich nie
zwiastujacy niczego dobrego.
- Jedną, małą, prościutką rzecz o
którą zawsze proszę w takich momentach. - Powiedział,
przekrzywiając głowę, obserwując moje reakcję, ale ja traciłem
już cierpliwość i warknąłem proste „czyli?”. - Twojej duszy,
mój drogi.- Zaśmiał się, a ja zdębiałem. Mojej... Duszy? Czy
istniało w ogóle coś w stylu duszy? Wątpiłem w to od paru
ładnych, ale skoro koleś o tym wspominał... - Jeśli jestem
szalony, jeszcze lepiej dla ciebie, bo twojej duszyczce nic nie
zagrozi. - Zatrzymałem się, myśląc o tym. Co mogło pójść nie
tak?
- A co jest tymi super umiejętnościami?
- Będziesz miał zmysły na tyle
ustrojone, że w życiu ci nie ucieknie. Uwierz, lata testów. To
jak, zgoda? - Popatrzyłem na gwiazdy, myśląc o Oliverze.. Super
zmysły, co? Byle nie był to jakiś pic na wodę. Przewróciłem
oczami, powoli przytakując. - W takim razie wyciągnij rękę. -
Powiedział poważnie, a ja bez słowa wykonałem polecenie. Nabrał
krwi z rany cięcia przez krzaka i narysował prostą linię i na
mojej i na swojej ręce. Nagle jego uśmiech poszerzył się do wręcz
nienaturalnych rozmiarów, sprawiając, że od razu przeleciał mnie
strach... Co to miało być do cholery? - W takim razie, umowa
przyjęta. - Wyciągnął dłoń do mojej szyi obejmując ją, a mnie
sparaliżował strach... Nie, nie strach, zwyczajnie nie mogłem się
ruszać!
Zęby wyostrzyły się tak, że
wyglądały na rekinie, a on z radością dziecka zacisnął z całej
siły dłoń, wyduszając z moich płuc powietrze. - Umowa przyjęta,
umowa przyjęta, umowa przyjęta, umowa przyjęta, umowa
przyjęta! - Krzyczał, śmiejąc się i zaciskając mocno ręce.
Przechylił mnie do tyłu z powrotem wywracając mnie na brudny
grunt, ale nie przejmowałem się niczym, oprócz tego duszącego
uczucia. Powoli wszystko mi drętwiało i robiło się coraz dalsze i
dalsze... Postać otrzepała włosy z twarzy, odsłaniając czarne
oczy z krwistoczerwonymi tęczówki i źrenicami wąskimi jak u
węża. Nachylił się tak mocno, że poczułem te czerwone włosy na
swojej twarzy, a mimo to ledwo to zauważyłem. Jedyne co teraz
widziałem to te czerwone tęczówki.
- Umowa przyjęta. - Wyszeptał prosto
w moją twarz, szybkim ruchem prostując rękę i wbijając ją z, o
dziwo, ogromną siłą w jego klatce piersiową. Bolało. Tak bardzo
bolało. W odrętwieniu czułem jak długie paznokcie na wylot
wbijają się w moją skórę. I nagle, zupełnie niespodziewanie
poczułem palący ból w każdej komórce mojego ciała, zupełnie
właśnie jakby palił mną żywy ogień.
Umierałem. Wiedziałem to. Wiedziałem
to, bo wszystko robiło się jakieś mniej istotne, bardziej obojętne
i po prostu chciałem się poddać.
Ale ostatnia myśl ciągle kołatała
mi się po głowie i zdążyła w niej zostać za nim straciłem
przytomność i zupełnie przestałem oddychać.
Oliver, przecież obiecałem że cię
znajdę...