piątek, 29 lipca 2016

Nadzieja Umiera Ostatnia #11- Serce nie sługa

Alicja obudziła się przed chłopakiem. Przetarła oczy i spojrzała na zegarek. Była szósta rano. Westchnęła ciężko i spojrzała na bruneta, który cicho pochrapywał, a jego włosy były w kompletnym nieładzie. Wzrokiem zjechała nieco niżej, a jej oczom ukazała się jego dość ładnie zbudowana klatka piersiowa. To do czego się wczoraj posunęła było szalone, ale zakochała się w tym typie. Delikatnie wstała z łóżka i udała się do łazienki, aby się ubrać. Stanęła przed lustrem, a palcami przejechała po kilku czerwonych plamkach, które pozostawił jej Dawid na pamiątkę. Przez głowę przemknęło jej wspomnienie wczorajszej nocy i to jak było jej dobrze. Tylko pojawia się pytanie, czy oni są parą? Kim w ogóle są, przyjaciółmi, znajomymi? Znała go bardzo krótko, ale już zdążyła go pokochać. Chłopak miał wiele wad, ale kiedy tylko był blisko zapominała o nich. Ubrała się w lekko za duża bluzę i czarne jensy. Włosy związała w wysokiego kucyka i wyszła z pomieszczenia. Dawid już nie spał, ale wciąż leżał na łóżku. Alicja usiadła na drugim brzegu, a chłopak podniósł się na prawą rękę i przytulił ją od tył całując przy tym ją w policzek. Alicja zadrżała. Siedziała nieruchomo, a Dawid się jej przyglądał.
-Co jest, kochanie?- Zapytał patrząc na nią i usilnie próbując złapać z nią kontakt wzrokowy. Dziewczyna kiedy to usłyszała lekko skierowała głowę w jego stronę.
-Nic- Odpowiedziała uśmiechając się do niego. Dawid chwycił jej podbródek i delikatnie pocałował. Alicja była zaskoczona. Czy to miało oznaczać, że to nie była przygoda na jedną noc? Fakt wyznała mu wczoraj, że go kocha, ale nie myślała, że chłopak weźmie to do siebie, nie wyglądał na takiego. Nie oddała pocałunku. Była zdezorientowana. Bała się co chłopak zrobi po tym wszystkim, był taki skryty. Praktycznie nic o nim nie wiedziała, poza tym, że był kurewsko przystojny, a jego tajemniczość przyciągała ją do niego jeszcze bardziej. Poza tym jednak wciąż nie była pewna swoich uczuć. Kochała go, ale była pełna wątpliwości jeśli chodzi o chłopaka Spojrzała na niego zamyślonym wzrokiem.
-Hej, mała co jest?- Zapytał lekko skruszony, dziewczyna była pełna obaw. Wyczytał to z jej oczu. Nie było to trudne. Widział, że gdzieś w środku zmaga się z czymś bardzo ważnym.
-To- wypowiedziała to zachrypniętym głosem, jakby miała się rozpłakać. Była na skraju.- Nie powinno się wydarzyć. Oboje ponieśliśmy się pod wpływem emocji. To nie powinno mieć miejsca- Wypowiedziała na jednym tchu. Dawid patrzał na nią skupiony a jednocześnie poczuł coś dziwnego w sercu, nie tego się spodziewał. Nic nie powiedział, bo w sumie on nie miał sobie nic do zarzucenia, nic prócz małego szczegółu, że to dla niego nic nie znaczyło.-Zapomnijmy o tym-Odwróciła wzrok i patrzała się przed siebie, ale oczy jakby zaszły jej mgłą.- Zapomnijmy o tej nocy, o pocałunkach ,o wszystkim.- Powiedziała to ledwo słyszalnie, po czym spuściła głowę i nerwowo bawiła się palcami. Była kulką wątpliwości i sprzecznych emocji, To było dla niej zbyt wiele. Te uczucia, ten brak bliskości, którego nie mogła doświadczyć przez większość swojego życia doświadczyła tego teraz. To wszytko spowodowało, że pragnęła go jeszcze bardziej, ale jednocześnie chciała go trzymacz na dystans. Bała się od niego uzależnić. Bała się, że ją zostawi. Dawid nic nie mówił, jej słowa i czyny kompletnie ze sobą rywalizowały.
-Nic, z tego nie rozumiem- Wypowiedział to dość cicho.- Wczoraj mówisz, że mnie kochasz, a dzisiaj chcesz o wszystkim zapomnieć?- Podciągnął się wyżej na ręce, aby obserwować jej twarz. Nie mógł być teraz tym zimnym dupkiem, którym jest na co dzień. Kurde, on też miał chodź trochę ludzkich zachowań w sobie, a poza tym ona go pokochała, chyba. Takich słów nie rzuca się na wiatr. Alicja zaczęła płakać, ale i zaciskać pięść ze złości. Co miała mu powiedzieć? Że go kocha, ale nie kocha, że po prostu sama nie wie co czuje? Nie, ona doskonale wiedziała co czuje, tylko bała się co chłopak z tym zrobi.
-Tak, kocham cię- Odwróciła się w jego stronę i przyglądała się jego twarzy. Za szybko się zakochała i miała o to wyrzuty sama do siebie, ale czy to teraz miało znaczenie? Liczyło się to co zrobi z tym Dawid- Pojawia się pytanie, czy ty czujesz to samo?- Łzy nadal spływały po jej policzkach. Była bardzo wrażliwa i krucha w środku, łatwo dawała upust emocją, ale rzadko okazywała to przy kimś. Tego nauczyła ją matka, aby przy innych grać twardą, by nie wkopali się do twojego życia z chęcią pomocy, tacy ludzie najczęściej zawodzą- powtarzała jej od dziecka. Teraz nie wiedziała co się z nią działo. Nie pierwszy raz przy nim ryczała, ale to on ma na nią taki wpływ, że wywołuje w niej tyle emocji, których nad zwyczajniej na świecie nie umie z tłumić.
Chłopak obrócił się na plecy i położył głowę na dłoniach, które ułożył na poduszce. Nic nie mówił tylko leżał i patrzał się w sufit, podczas gdy Alicja doskonale lustrowała go wzrokiem. Serce biło jej jakby zaraz miało rozerwać jej klatkę piersiową, ta cisza była jej odpowiedzą. Powstrzymała płacz, wstała z łózka i poszła do łazienki, a brunet tuż za nią. Staną tuż przed zamkniętymi drzwiami, kiedy to Alicja opierała się o umywalkę i patrzała w lustro.
-Nie kocham cię, okej? Ta noc nie miała dla mnie znaczenia. Zaliczyłem cię, tylko tyle, rozumiesz? Nie licz na żadne uczucia z mojej strony- Warknął i uderzając pięścią w drzwi odszedł od nich. Alicja zacisnęła mocno powieki i gwałtownie otworzyła drzwi. Podeszła szybkim krokiem do brunet i pociągnęła go za ramie. Chłopak nim zrozumiał o co chodzi dostał w twarz.
-Ty pieprzony dupku!- Wykrzyczała mu wprost w twarz. Jej oczy z ciemniały, a oddech przyspieszył. Ledwo hamowała się, aby nie uderzyć go po raz kolejny i kolejny- Nawet nie jestem w stanie określić, jak bardzo cie nienawidzę. - Warknęła ledwo słyszalnie, ponieważ wciąż miała zaciśnięte zęby.- Uwodzisz, manipulujesz. Po jaką cholerę ja z tobą uciekłam?
Dawid nie mógł słuchać tego wszystkiego i gwałtownie chwycił jej nadgarstek lekko wyginając jej rękę. Alicja się skrzywiła.- Puść mnie, i zniknij z mojego życia. - Chciała się wyrwać, ale umocnił uścisk.
-Słuchaj, obiecałem komuś, że spotkasz się z mamusią jeszcze w tym tygodni, także jeśli będę musiał zaciągnąć cię tam siła zrobię to- Był bardzo poważny, oraz wkurzony gdy to mówił.- Chcesz się z nią zobaczyć, prawda? Więc na twoim miejscu nie byłbym tak odważny w stosunku do mnie i trzymał łapy przy sobie, księżniczko- Uśmiechnął się ironicznie i puścił jej nadgarstek, a ona odruchowo go złapała. Nie była w stanie nic powiedzieć. Chciała uciec i jak najszybciej spotkać się z Aleksem.
-Dlaczego, tak bardzo ci na tym zależy?- Zapytała po chwili niezręcznej ciszy, która tam panowała.
-Tego dowiesz się na miejscu- Warknął.- Chce jak najszybciej mieć cię z głowy. Pospiesz się, zaraz wyjeżdżamy- Odpowiedział, kiedy robił coś na telefonie. Alicja nie wiedząc co ma robić zaczęła zbierać wszystkie swoje rzeczy, a Dawid w tym czasie wyszedł z pokoju.
Kiedy odszedł na bezpieczną odległość odebrał telefon.
-Człowieku, jakiś ty niezdecydowany- Warknął do komórki- To w końcu kiedy mam być?
-Najlepiej dzisiaj, stara nie chce gadać. Nie da się ją zmusić. Twarda babka- Zaśmiał się pogardliwie.
Rozmowę przerwała Alicja, która z wszystkim rzeczami wyszła na korytarz w celu pokazania, że jest już gotowa. Chłopak szybko rozłączył się i zamknął drzwi. Odebrał plecak od Alicji i oboje ruszyli do recepcji. Alicja trzymała się dalej, i myślała nad tym, aby jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od tego dupka. Przyglądała się podejrzanej rozmowie recepcjonistki i Dawida. Szeptali coś, po czym kobieta podała mu tajemniczy pakunek. Chłopak odwrócił się w jej stronę.
-Rusz się- Warknął i szybkim krokiem wyszedł z pensjonatu. Skierowali się na tyły, gdzie był parking. Pełno było na nim aut. Alicja czuła się trochę skołowana. Po co mieli iść na parking,czym była ta tajemnicza paczka. Co w ogóle ma znaczyć to wszytko.? Chłopak zbliżył się do jednego z aut i otworzył je, schował plecak do bagażnika i wzrokiem wskazał,aby szatynka zrobiła to samo. Alicja uniosła brwi w geście zdziwienia.
-Nie pytaj, tylko chowaj to- Powiedział mało przyjemnym tonem. Zrobiła to. Nie miała się gdzie podziać, więc pojechanie z nim to jedyna opcja. Nawet jeśli udałoby jej się jakimś sposobem uciec,to nie ma gdzie. Do domu dziecka nie wróci, ale cholernie chciałaby zobaczyć się z Aleksem. Powoli zaczynała żałować, że go nie posłuchała. Miał racje, jak zwykle, zresztą. Zamknęła bagażnik i usiadła na miejscu pasażera. Chłopak zasiadł za kierownicą i odpalił silnik. I chodź wszystko dla Alicji wydawało się takie dziwne, i podejrzane,nie chciała się pytać, bo wiedziała, że chłopak opowie jej czymś chamskim, bądź w ogóle ją zignoruje. Strasznie przeżywała to co powiedział jej chłopak. Potraktował ją jak szmatę, a ona nadal siedzi w jego samochodzie i daje się wywieźć sama nie wie gdzie. I chodź powiedział jej dzisiaj tyle rzeczy, po, których mogłaby go nienawidzić nie zrobiła tego. Dlaczego? Bo była w nim zakochana. Do tego stopnia, że nie potrafiła wyrzucić go od tak z głowy. Ryzykowała tak dużo. Od momentu, kiedy zgodziła się na tą całą ucieczkę. Już wtedy jej na nim zaczęło zależeć. Od momentu, kiedy to przyszedł do jej pokoju i zaproponował seans. Już wtedy widziała w nim coś więcej niż tą twardą skorupę, jaką pokazywał dotychczas, ale dziś stracił w jej oczach. Potraktował ją karygodnie. Nie myślała, że Dawid może od tak ją wykorzystać. Była naiwna. Serce nie sługa, tylko dlaczego wybrało takiego dupka.


środa, 27 lipca 2016

Gra Flirtu - Część Pierwsza - "Jestem tak podekscytowany" [WinterIron]

Uwaga, jest to jakieś dziwne, alternatywne uniwersum, w którym nie wystąpiło Civil War, ale Bucky i tak jakimś cudem (powiedzmy) wylądował w wieży.
Zabawnie było to pisać. Tak serio, zupełnie luźno, bez myślenia właściwie... Liek it. XD
Btw, mam nadzieję, że nikt nie dostanie jakiegoś raka z przerzutami ani nic... Bo ja dostałam. Miał być to one shot, ale coś mi nie pykło i chyba będą trzy rozdziały...
Btw2, ZGADNIJCIE KTO MA DZISIAJ URODZINKI. Tak jest, mua, debil mua. Cieszę się niezmiernie, a na urodziny dostałam plakat z Civil War. Wybaczcie, ale mam podjarkę. 
A skoro mam wyśmienity humor, to życzę wszystkim wszystkiego najlepszego jeśli mają dzisiaj jakieś urodziny/imieniny, a jeśli nie to po prostu najlepszego humorku. <3
Nie przedłużając, oto WinterIron i moje osobiste "guilty pleasure", mam nadzieję, że nic za bardzo nie zrąbałam i że się spodoba. :P I że ktoś załapie moje dzikie aluzje *śmiech dziwaka*
Więc, zapraszam do komentowania i jeszcze raz miłego dnio-nocy!
Btw3, chyba zacznę/zaczniemy w nawiasach dopisywać paringi do tych fanficków...
Btw4 (i już koniec tych ogłoszeń!) opowiadanie powstało dzięki tej i podczas tej piosenki  [link]podtytuły to jej tekst, polecam. XD

***
Nie ukrywając, Tony na początku nie znosił Bucky'ego. Tak po prostu, bez wyraźnego powodu. No może i był troszeczkę... Zaniepokojony pozytywną uwagą jaką otrzymywał żołnierz, podczas gdy Tony dostawał tylko zdegustowane spojrzenia od mieszkańców jego własnej wieży. Zwłaszcza Steve skakał wokół niego niczym podekscytowany szczeniak, a to już było całkiem irytujące. Nie żeby był zazdrosny. Niby o co miał być zazdrosny? O parę zdziwaczałych kretynów udających wielkich przyjaciół? Nie ma mowy.
No dobra, może i był troszeczkę zaniepokojony tym, że najwyraźniej według nich był mniej interesujący niż jakiś tam byczek z metalową łapą, ale cóż mógł na to poradzić? Od dzieciaka miał wyjątkowe szczęście dzielenia życia z ludźmi, którzy go nie doceniają lub, co gorsza, porównują do Howarda.
Mimo to, że nie znosił Jamesa Buck'ego Barnesa i umyślnie mówił do niego „Barnes”, żeby zwyczajnie go do siebie zdystansować (Chociaż więcej niż połowa, a właściwie prawie wszyscy Avengersi uważali, że to strasznie dziecinne, ale od kiedy ci sami Avengersi mieli go co najmniej gdzieś przed ostatnie kilka tygodni, w dodatku w najlepsze delektując się urokami jego wieży, to za bardzo o to nie dbał), to nie mógł nie docenić kunsztu działania mu na nerwy lub też parodiowania jego stylu mówienia i równie zamierzonego zwracania się do niego per „Tony” lub, ponadto, „Anthony”, co było już poważną przesadą. Nieznosił tego i, ku rozbawieniu Zimowego Żołnierza, wzdrygał się na samą krótką wzmiankę.
Cóż, ta runda należała do niego, jednak Tony nie zamierzał się tak łatwo zniechęcić. Nie byłby Tonym Starkiem, gdyby to zrobił i mimo coraz bardziej zniesmaczonych spojrzeń (może poza Natashą, która uważała całe zajście za nieistniejące lub względnie bardzo zabawne), kontynuował to co sam zaczął i, na reszcie, po wielu, wielu długich dniach przygotowań (serio), był w stanie to zrobić i bez choćby chwili skrzywienia, pewnego poranka wszedł w pół udawanym wyśmienitym humorze, i o dziwo w pełnym ubiorze składającym się z gładkiej czarnej koszulki z długim rękawem i czarnych dresów – niedbale, ale jak zawsze seksownie – i uśmiechnął się lekko, prawie niewinnie (o ile po tylu latach stąpania na ziemi potrafił być jeszcze niewinny), przemawiając w konkretnie jednym kierunku i w tym samym kierunku skierował swoje bursztynowe oczy:
Dzień dobry wszystkim. Bosko wyglądasz Jam Jam. Nie żeby to nie było codziennością. - Zrobił to niby to ukradkiem i niby to ukradkiem kradł spojrzenia wszystkich wokół, w pomieszczeniu zrobiło się zupełnie cicho, zamiast tego powietrze wypełniło się niewypowiedzianymi pytaniami i nerwowym napięciem. I Tony miał to co chciał osiągnąć. Znaczy, prawie.
Bo spodziewał się, że wyjęty z czasów Barnes spanikuje skierowanymi do niego słowami, wypowiedzianymi przez faceta. Jednak, ku jego irytacji, ten najwyraźniej ulepiony był z nieco innej gliny niż Steve, który w chwili kończonego przez Tonego zdania, zakrztusił się swoją herbatą i do tej pory nie mógł przełknąć tego, co właśnie się stało.
Jednak Barnes, cholernie dziwnie stoicki Barnes, pozostał w kompletnym bezruchu, intensywnie lustrując swoimi lodowo niebieskimi oczami całą sylwetkę Tonego – od palców stóp po czubek głowy, szczególnie jakby skupiając się na jego bardziej prywatnych partiach ciała, a jego usta rozszerzyły się lekko w leniwym, aczkolwiek bardzo chytrym uśmieszku, w pół ukrytym zza kubka czarnej kawy.
Nie żeby Tony był zupełnie zdziwiony, bo w końcu był pełnokrwistym, totalnie atrakcyjnym Starkiem, ale... Czuł się z tym dziwnie. Prawie źle.
Nagi.
Czuł się zupełnie nagi pod tym niczym nie wzruszonym, lodowatym spojrzeniem. Nie tak jakby jego wszystkie tajemnice zostały odkryte, bo takim wzrokiem często obdarzali go Furry, Natasha i czasem nawet Steve.
Nie...
Tak jakby Bucky właśnie rozbierał go wzrokiem.
Poczuł jak czerwienieją mu uszy i aż cofnął się o krok, na ślepo sięgając po swój kubek, specjalnie nie odwracając się tyłem, bo wtedy podstępny wzrok Barnesa bez oporów prześliznąłby się po jego pośladkach, ładnie opiętych noszonymi spodniami, a jakoś niespecjalnie podobał mu się ten pomysł. Nie specjalnie przeszkadzało mu spojrzenie tych wszystkich fantazyjnych kobiet czy wyszukanych mężczyzn na przyjęciach, ale z Buckym spokojnie siedzącym przy stole i tym całym napiętym zespole Avengersów, Tony Stark pierwszy raz w życiu zapragnął nie być w centrum uwagi.
Wyprowadziło go to z równowagi do tego stopnia, że prawie zapomniał o swojej miło-i-przyjacielsko-uśmiechniętej roli. Zdecydowanie prawie, bo był zbyt dobry w przegadywaniu i niby flirtach, i jeśli Barnes myślał, że mógł odegrać swoją część po cichu, zgarniając część wygranej, to grubo się mylił.
- Pochlebia mi twój wzrok, Jam, ale owszem, te spodnie są nowe, możesz przestać się tak w nie wgapiać. No chyba, że chcesz zobaczyć co jest pod nimi...
- Chyba, że chcę. - Tony wzdrygnął z wściekłości. Że też jakiś koleś w jego wieży może posunąć się do takiej bezczelności jak on.
Godne podziwu.
Może jednak nie powinni aż tak bardzo się zapędzać? Biedaczek Steve wyglądał jakby był na skraju zawału i uduszenia, a to z pewnością nie było coś co obydwoje chcieli osiągnąć, w końcu byli „przyjaciółmi”. Znaczy, Tony czasami czuł się mniej przyjacielem, ale mimo to Steve był jedną z osób najbliższych Tonemu do przyjaciół, czyli tak czy siak mu na nim zależało. Zależało po Starkowemu, ale zawsze. W każdym razie, nie powinni go dusić ani w gruncie rzeczy w ogóle zabijać.
Chociaż mały, troszeczkę wyzywający kontakt wzrokowy z Barnesem nikomu jeszcze nie zaszkodził. Jednak Natasha nie podzielała chyba ich zdania, bo przerwała im tą chwilę boskiej rywalizacji tylko wstając od stołu i nieznacznie poklepała Rogersa po plecach. Niby niepozorny gest, ale w jej wykonaniu naprawdę zwracał uwagę.
- W porządku chłopcy, opuścić gardę, nasza skamielina ma dosyć wrażeń. - Dziwne, ale nagle im przeszło. Znaczy, nie do końca dziwne, bo kto by chciał denerwować drugiego,w dodatku rudego rosyjskiego mordercę, ale dziwne, że atmosfera również od razu prysła, a każdy zajął się swoimi sprawami w nie krępującej ciszy. Co prawda Tony co jakiś czas zerkał na pana metalowa rączka i czasami łapali nawet krótki kontakt wzrokowy, ale Bucky przerywał go po paru sekundach, ironicznie unosząc brwi.
Czyżby się poddał?
Znowu, nie żeby Tony był zaskoczony, bo przecież był Starkiem, a Starki zawsze wygrywali (dlatego powstawał problem, gdy byli skłóceni ze sobą, ale to już inna historia), ale nie spodziewał się, że Barnes tak łatwo odpuści. Wydawał się twardszym zawodnikiem, ale cóż, trudno.
Przybrał samozadowolony uśmiech, który chętnie posłał Bucky'emu, obecnie siedzącemu po drugiej strony stołu, jednak ten wydawał się nawet tego nie zauważyć.
No cóż, na końcu okazało się to całkiem łatwe. I nudne. Ale co poradzić, przywykł do tego, że raczej niewiele osób lubi z nim konkurować. Lub jakkolwiek to nazwać. Właściwie, to zazwyczaj go od tego odciągali, ale nie mógł narzekać, bez tych słodkich zewnętrznych głosów rozsądku już dawno skończyłby w trumnie, bo już od dawna wiedział, że jego instynkt samozachowawczy jest niemało uszkodzony.
Coś delikatnie smyrnęło go po nodze, czego szczerze nawet na początku nie zauważył, bo to często się zdarzało od kiedy w jego wieży mieszkała więcej niż jedna osoba. Cóż, na początku, dopóki podstępny dotyk nie subtelnie nie przeniósł się nieco wyżej i delikatnie rozchylił mu kolana.
To już zdecydowanie nie było normalne.
Leniwie podniósł wzrok na Barnesa, starając się nie zwrócić na siebie zbędnej uwagi. Czyżby?
Tak, z całą pewnością.
Metalowy żołnierzyk znowu się na niego gapił, uśmiechnął się po czym jakby nigdy nic odwrócił wzrok, znowu wyglądając na znudzonego, a noga, a noga prześlizgnęła się w dół i zaplątała o jego.
A to szczwana cholera, pomyślał Tony z triumfem, samemu przesuwając swoją stopą po nagiej łydce Barnesa. Niestety, szczwana cholera miała od niego dłuższe nogi, przy czym większe pole do popisu i większe możliwości do wykonywania śmiałych ruchów. Widocznie musiał poradzić sobie w inny sposób.
Uchylił usta wypuszczając głębszy oddech, gdy podstępny dotyk znowu przesunął się po jego wewnętrznym udzie. Dobra, to było nieco... Pobudzające.
Delikatnie przygryzł kciuka przyłożonego do rozchylonych ust, starając się uspokoić płytki oddech i powoli ogarniającą gorączkę. Rozejrzał się po grupie, ale wydawało się, że nikt nie zauważył powstającej „akcji”. Wydawało się, co wcale nie znaczy, że tak było. W końcu pracowali dla
S.H.I.E.L.D., a z takimi to nigdy nic nie wiadomo.
Przymrużył oczy, drugą ręką przeczesując niesfornie opadające na czoło kosmyki. Mimo wszystko, to trochę za dużo jak na jeden poranek.
Umyślnie przesunął się do przodu, pozwalając Barnesowi przesunąć się po wypukłości powoli powstającej w jego spodniach i pozwolił sobie sapnąć głośniej, obserwując z aroganckim zadowoleniem jak Barnes traci swój spokój i cofa się z niepewnością, a jego twarz wyraża słodkie zaskoczenie, jednak nie patrzy na niego, w przeciwieństwie do Natashy, która wyglądała jakby mentalnie przewracała oczami i zmartwionego Steva. Tony z rozbawieniem wystawił do nich język i korzystając z ich krótkotrwałego braku zainteresowania, wstał od stołu i podszedł do blatu, nalewając sobie kolejny kubek pachnącej czarnej kawy, praktycznie nucąc pod nosem i słuchając jak kolejne krzesła odsuwają się i kolejne osoby wychodzą z jego kuchnio-jadalni. Kiedy ostatnie krzesło odsunęło się, sam zamierzał wyjść do swojego warsztatu, jednak został zatrzymany przez wyższą, ciemnowłosą figurę, stojącą bezpośrednio za nim. Prawie podskoczył, po czym wyszczerzył się, teatralnie łapiąc za reaktor na jego piersi.
- Tu mnie masz Jam, prawie zszedłem na zawał. - Poklepał go po ramieniu i wyminął z ignorancją zanim ten nie złapał go za prawe ramię i znowu zbliżył się na odległość paru centymetrów, nachylając się nad jego uchem i zniżając głos tak, że mimo tego, że praktycznie nie mogli się do siebie zbliżyć, ledwo go usłyszał.
- Następnym razem... - Zaczął, palcem odchylając gumkę od jego spodni i bokserek jednocześnie, przejeżdżając po nagiej skórze biodra. - … Usiądę obok ciebie, An. - Szybko naciągnął materiał i puścił zanim Tony zdążył choćby wzdrygnąć się na dźwięk nowego, fatalnego, podłego przezwiska. Znowu, zdążył tylko poczuć niemrawe uszczypnięcie bólu i że Barnes wyciąga mu coś z ręki, zanim został sam.
Szczwana cholera nazwała go „An”.
Szczwana cholera ukradła mu kawę w jego ulubionym kubku.
Prychnął wściekle, szybko podążając za możliwym szlakiem Bucky'ego, szybko wydając komendy:
- Jarvis, zablokuj drzwi w kiblach i sypialni w całej wieży dla tego dupka. Sprawdź monitoring. Jak trzeba, wykurz go ogniem.
- Sir...
- Zrób to. - Warknął, zdając sobie sprawę, że pogoń ma się na nic, bo zuchwały fiut najwyraźniej rozpłynął się w powietrzu
Och, zdecydowanie nie puści tego płazem, sprawi, że Barnes pożałuje,
I w taki oto sposób Bucky nie do końca świadomie rozpętał trzecią wojnę światową...

środa, 20 lipca 2016

One Shot Yaoi "Egoista"

Wyszedłem ze szkoły. Poczekałem chwilę, aż wszyscy udają się do domu, a potem skręciłem w prawo. To tam byłem z nim umówiony. Na tyłach szkoły, obok garaży. Okazało się, że on już tam był. Inny niż zwykle. Widać było, że zmienił styl. Zamienił jeansy na dresy, przez co z wyglądu przypominał mi starego mnie. Wulgarnego i niczym się nie przejmującego nastolatka, który non stop jebał wóda i szlugami. Podszedłem do niego i lekko zachrypniętym głosem przywitałem się. Widok go w takim stanie wywołał u mnie lekki wstrząs. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak bardzo nawaliłem kierując się swoim egoistycznym tokiem myślenia. Nie spojrzał na mnie. Nie wiem czemu. Nie miał odwagi? Bał się? Szczerze to sam się bałem. Bałem się spojrzeć mu w oczy. Bałem się tego co w nich zobaczę. Jednak po czasie sam uniósł głowę. Twarz miał poharataną, niczym od gwałtownego spotkania się z asfaltem, a oczy nienaturalnie podkrążone i czerwone jak u narkomana.
-Co ci się stało?- zapytałem przerywając tą bez sensowną ciszę.
-Nie przyszedłem tutaj gadać o mnie- powiedział z przekąsem. Podniósł się i przypomniałem sobie ile centymetrów nas różni. Przeważnie nabijał się ze mnie, ze jestem niski, ale jakoś nie przeszkadzało mi to. Był jedna z niewielu osób, którym pozwalałem na wiele, czasem na zbyt wiele.
Wyjął dwa papierosy z kieszeni. Zapalniczką odpalił szluga a drugiego skierował w moją stronę. Pokręciłem przecząco głową, na co on parsknął.- Zmieniłeś się- z kwitował, a wzrokiem z lustrował mnie od góry do dołu.- O czym chciałeś pogadać?- zapytał, kiedy to wypuszczał z ust szary śmierdzący dym.
-Chciałem cie przeprosić- zacząłem niepewnie. Nie wiedziałem czy zechce wracać do tematu, lub czy będzie miał ochotę słuchać mojego monologu, ale zawsze warto był spróbować.-Zachowałem się jak egoista.
-Przestań!- nie pozwolił mi dokończyć. Widać było, ze spiął się.- Wybrałeś drogę, którą uważałeś za odpowiednią, nie widzę sensu, abyś mnie przepraszał.- Uważał, że sprawa jest zakończona. Może dla niego, ale ja nadal obwiniam się, że to moja wina i mam 100% rację. Całe to „towarzystwo”, alkohol, papierosy i narkotyki. To wszystko wina mojego egoistycznego zachowania. Oboje zdajemy sobie z tego sprawę, ale on uważa, że wszystko skończone
-Właśnie mam cię za co przepraszać. To moja wina, że się stoczyłeś, że uzależniłeś się od narkotyków, bo gdyby nie ja i Oliwia...
-Przestań pieprzyć! To są moje decyzje, ja chciałem tak żyć.- nerwy mną kołatały. Zacisnąłem pięść, aby nie dać upustu emocją. Chciałem mu pomóc i nadal chce. Potrzebuje go.
-Daj mi naprawić błąd. Potrzebuje cie.- Złapałem go za ramię. Był chudy. Łatwo był wyczuć jego kości, a tuż obok widać było wystający obojczyk, który za każdym razem miałem ochotę musnąć palcem. Szatyn odszedł krok w tył, a wzrok wbił w ziemię. Miałem wrażenie, ze jego oczy zaszkliły się, ale sadziłem, ze to tylko złudzenie.
-Zawsze wracamy do tego samego- wycedził przez zęby. Wyminął mnie i udał się przed siebie. -Przypominam, ty wcale nie byłeś lepszy- Poszedł w kierunku swojego domu, a ja stałem jak wryty. Faktycznie, to ja wciągnąłem go w papierosy i alkohol. Głupie lata i ciągła chęć imprez. Kolejne poczucie winy. Zawsze musiałem coś spieprzyć, a potem gdy zdawałem sobie sprawę,że muszę to naprawić było za późno. Tak było i tym razem. Miałem wrażenie, ze straciłem go na zawsze.
Droga do domu wydawała się dłuższa niż zazwyczaj. Zabłądziłem w myślach. Z letargu wybudził mnie sms.
„Kiedy się spotkamy?”
Zignorowałem to. Nie miałem ochoty na nic a w szczególności na spotykanie się ze swoją laską.
W domu było cicho i pusto. Idealnie. Mogłem w spokoju pomyśleć, bez żadnych pytań „Co się stało?”. Kanapa byłą moim jedynym sprzymierzeńcem. Położyłem się na niej i zakryłem oczy ręką. Próbowałem przywrócić myślami przyjemne chwile, za czasów przyjaźni z nim. Wszystko był takie proste. Imprezy, zabawa nocne powroty i rozmyślania, dlaczego nadal jesteśmy samotni. Uśmiechnąłem się pod nosem na samą my głupi musieliśmy wyglądać, gdy udawaliśmy „zdesperowanych” i „nieszczęśliwych”. W tamtym momencie żałowałem, ze związałem się z Oliwią. Kochałem ją, ale ten związek daleki był od moich wyobrażeni. Po czasie zrozumiałem, że przyjaźń jednak jest ważniejsza, od krótkiego romansu w gimnazjum.


Obudziłem się pod wieczór. Leżałem kurczowo przytulony do kolan na sofie. Telefon miałem włączony, więc gdy go uruchomiłem zostałem zasypany miliardem wiadomości o treści „Kochanie, gdzie jesteś?” „Misiu martwię się”. Rzuciłem telefonem w kąt i włączyłem telewizor. Pierwszy kanał. „Młody chłopak ofiarą dopalaczy. Nie żyje”. Normalnie nie zwróciłbym na to uwagi, ale jakoś natchnęło mnie, aby posłuchać dalej. Opis idealnie pasował do Mateusza, ale oddaliłem tę myśl, ale miałem dziwne przeczucie, ze niestety może być to prawdą. Włączyłem facebook'a i wszedłem na jego profil. Tablica była zasypana świeczkami i wyrażeniami współczucia. Chciałem, aby był to jakiś zły sen, abym zaraz się obudził, wręcz błagałem o to. Nie panowałem nad złością i łzami płynącymi mi po policzkach. Wstałem brutalnie i prawą ręka uderzyłem w ścianę, aby się wyładować. Straciłem go na zawsze. Na zawsze. Wyszedłem z domu. Trzasnąłem drzwiami i nadepnąłem na kartkę. Ze złością podniosłem ją i otworzyłem. To był list. List dla mnie.
Z zaszklonymi oczami przeczytałem go.
Nie jesteś egoistą. Po prostu wybrałeś swoją drogę. Nie obwiniaj się.
Pragnę, abyś był szczęśliwy.
Nie musisz już sobie zatracać mną głowy.
Zniknąłem na zawsze. Nie masz już problemu.
Chce abyś wiedział, że byłeś dla mnie bardzo ważny.
Ale ja musiałem zniknąć.
Naszą znajomość zapamiętaj jako lekcję abyś zawsze szedł po bezpiecznej stronie.
Chce abyś nie został zraniony tak jak ja.
Mateusz

piątek, 15 lipca 2016

Emocjonalna ruletka cz.2 [Ost.]- "To jest ta kwestia,w której powinieneś coś powiedzieć"

Muszę się przyznać, że zapomniałam o tym opowiadani.
Dzięki Anon, że mi przypomniałaś!
Więc, nabrałam trochę pomysłu na nie i tak o to powstało.
Jest to już ostatnia część, ponieważ od samego początku zamierzałam max 3
Nie widzę sensu, aby to dalej ciągnąć.
Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Nie ukrywam. Pojechałam tutaj z romantycznością, ale i ogólnie z fantazją.
Miłego czytania!

*~*~*~*

-Lysander, masz notatki z ostatniej lekcji chemii?- Zapytała Su. Chłopak był nieobecny. Myślami błądził w stronę czerwonowłosego przyjaciela.- Ej!- Szturchnęła go szatynka, a ten otrząsnął się i pytającym wzrokiem spojrzał na koleżankę z klasy -Pytałam, czy masz notatki z chemii
-A,tak przepraszam.- Odpowiedział lekko speszony i chwiejną ręką podał jej zeszyt.
-Dziękuje- Su lekko się uśmiechnęła i usiadła w swojej ławce.
Lysander widział,jak Kastiel opuszcza teren szkoły. Mógł się domyślić, że dzisiejsza sytuacja nieco go zdenerwowała. Chłopak czuł się zobowiązany, aby jak najszybciej z nim porozmawiać i to wyjaśnić,w końcu nie chciał aby cała prawda wyszła na jaw.

Lekcje się skończyły, a cała szkoła (jak zawsze zresztą) w mgnieniu oka stała się pusta. Białowłosy resztę lekcji rozmyślał co powinien zrobić. Czy dobrą sprawą było by do niego pójść i porozmawiać? Nawet jeśli nie, to nie darował by sobie, a tak to miałby pewność, że przynajmniej próbował. Zrobił to. Udał się do domu przyjaciela. Nie było trudno go znaleźć, raz, że wiele razy tu bywał a dwa, że z tego jedynego domu, kiedy to Kastiel w nim przebywał można było słyszeć albo głośną muzykę, albo dźwięk basu. Lysander odpuścił sobie pukanie iż było to kompletnie bez sensu. Łudzenie się, że to usłyszy, byłoby głupotą. Miał jednak to szczęście, że czerwonowłosy nie dbał o takie rzeczy jak zamykanie drzwi na klucz, więc mógł z łatwością wejść. Skierował się na piętro, gdzie znajdował się pokój chłopaka. Nim wszedł, zawahał się. A może jednak nie powinien tu przychodzić? Trochę denerwował się tym całym spotkaniem, wiedział jaki jest Kastiel, ale musiał z nim pogadać. Nacisnął klamkę od drzwi i lekko je uchylił. Czerwonowłosy leżał na łóżku i palił papierosa.
-Cześć- Powiedział normalnym tonem, ale chłopak go nie słyszał. Powtórzył to kilka razy nieco głośniej ale nic to nie dało. Lysander podszedł do wierzy, która stała tuż przy drzwiach i wyłączył muzykę. Kastiel natychmiast podniósł się z łóżka. Wyglądał na zaskoczonego.
-Co ty tu robisz?- Zapytał z lekkimi pretensjami. Nie, że miał coś przeciwko temu, że go odwiedził, ale był w dość kiepskim stanie. Miał nadzieje, że chłopak tego nie zauważy.
-Chodzi o to, że- Przerwał na chwilę. Dokładnie sam nie wiedział, co tak naprawdę ma mu powiedzieć. Prawdę, czy po raz kolejny skłamać?- To tekst do nowej piosenki- No i skłamał. Wiadome, było, że to nie o piosenkę chodzi tym razem. Chodzi o coś zupełnie innego, o coś ważniejszego. O uczucie. Uczucie, które prawdopodobnie, jest odwzajemnione, tylko przez jednego z nich.- Chciałem, ci to pokazać, a wiesz, że jestem zapominalski- Podrapał się nerwowo po głowie- Pomyślałem sobie, że moglibyśmy to omówić w jakiś lepszych warunkach?- Kastiel stał wpatrzony w niego. Coś jednak mu nie pasowało. Od kiedy to, aby omówić piosenkę potrzebowali jakiś lepszych warunków? Zazwyczaj szkolna piwnica im wystarczała, dlaczego teraz nie mogliby zrobić tego tam?
-A dlaczego, dotychczasowe miejsce jest „nieodpowiednie”?- Zapytał marszcząc brwi. Lysander był nieco zakłopotany. Nie bardzo wiedział, jak ma wybrnąć z tej całej sytuacji, aby przy okazji nie powiedzieć czegoś, czego mógłby żałować.
-Ponieważ, uważam, że od czasu do czasu powinniśmy zmienić scenerie- Wypowiedział to na jednym wdechu.- Dobrze, nam to zrobi- Dokończył, pocierając skronie. Kastiel wyłapał jednak o co tak naprawdę mu chodzi. Spodobało mu się. Miał pewność, że nie tylko on jest zadłużony w przyjacielu. Jednak nie zamierzał mu tego ułatwiać, a wręcz przeciwnie.
-Ja jednak sadzę, że najlepiej będzie w tej szkolnej piwnicy- Uśmiechnął się zwycięsko. Widział, że Laysander coraz bardziej się kłopocze. Był bardzo ciekawy, co jeszcze wymyśli, aby nie wyznać mu prawdy.
-A ja jednak jestem zdania, że potrzebna jest zmiana- Wydukał. Nie był pewien, czy da radę dalej w to brnąć. Wiedział, że Kastiel jest uparty i z takimi argumentami długo nie pociągnie, ale czy powiedzenie mu prawdy go nie spłoszy? Jak miał postąpić w takiej sytuacji.
-Lysander, uwierz mi,że nasza miejscówka jest idealna- Wypowiedział to z lekkim przekąsem i zrobił krok bliżej przyjaciela, a ten nieco się wystraszył. Kastiel był już pewien o to w jakim kierunku zmierza ta rozmowa. Miał nadzieję, że już niedługo Lysander wygada się o co mu tak naprawdę chodzi
-Słuchaj, przywykłem do tego, że jesteś uparty jak osioł, ale ja też potrafię taki być, a więc pojawisz się o siedemnastej dziś w parku, aby omówić tą cholerną piosenkę.- Wycedził przez zęby i wyszedł z domu Kastiela. Ulżyło mu,że nie musiał tłumaczyć się przed przyjacielem, dlaczego tak nagle zachciało mu się zmiany klimatu, jednak gdzieś wgłębi duszy miał wrażenie, ze chłopak odczytał jego intencje, w przeciwnym razie, nie byłby aż tak uparty. Bał się tylko tego, że chłopak nie weźmie tego na poważnie i nie przyjdzie. Lysander był realistą więc jakoś trudno mu było się wyzbyć tego prawdziwego podejścia do sytuacji. Miał nadzieję, że wszystko pójdzie po jego myśli.
Udał się do domu Nie do końca jeszcze jednak wiedział, co ma naszykować. Nigdy nie organizował takiego spotkania, a więc nie miał pojęcia co mógłby zabrać na piknik, jednak ostatecznie postawił na tradycyjne kanapki, sok do picia i ciasteczka, które upiekła jego mama. Był lekko poddenerwowany. Nie wiedział jak ma się zachować, ani co powiedzieć. Była to dla niego czarna magia. Ostatecznie mógł zasięgnąć porady brata, ale nie sądził, aby on znał się na „takich” związkach. Postanowił iść na żywioł i nie ustalać wszystkiego, przecież takie nieprzewidywalne sytuacje są najlepsze i najlepiej się na tym wychodzi

Było jakoś przed siedemnastą kiedy to Lysander wyszedł z domu. Nie musiał się jakoś spieszyć. Mieszkał blisko. O tej godzinie nie było zbyt dużo ludzi, więc spokojnie znalazł miejsce tuz pod drzewem. Rozłożył koc, wyją kilka rzeczy z koszyka i usiadał plecami opierając się o pień drzewa. Na razie mógł tylko czekać, aż Kastiel przyjdzie i czy w ogóle to zrobi. Czerwonowłosy jednak pojawił się. Lysander podniósł się i niepewnie spojrzał na przyjaciela, który miał dziwna minę.
-Miło że przyszedłeś- Powiedział, a Kastiel zabłysnął firmowym uśmiechem.- O co ci chodzi?- Zapytał białowłosy. Kompletnie nie mógł zrozumieć co go tak bawi.
-Wiesz, jakoś nigdy nie urządzaliśmy pikników, by zajmować się piosenką- Zachichotał. Lysander czuł jak jego policzki nabierają wyrazistą barwę. Nie czuł się zakłopotany, bardziej zestresowany. A co jeśli Kastiel wyczyta jego emocje? Lecz skoro Kastiel domyślał się, że to wcale nie o jakąś piosenkę chodzi to jednak musiało go coś tu sprowadzać. Lysandrowi serce zaczęło bić mocniej. Przecież, nigdy tak naprawdę nie widział przyjaciela z dziewczyną. Nigdy nie wiedział o jakimkolwiek związku. Zaczął widzieć cień nadziej, ale nie chciał wyobrażać sobie bóg wie czego. Powstrzymał się. Zdał sobie sprawę, że jeśli jego wyobraźnia powędruje za daleko to może wywołać to bardzo nie komfortową sytuację dla nich obojga. -Chyba,że od samego początku nie miało być to spotkanie w sprawach zespołu- Uśmiechnął się szyderczo i podszedł do chłopaka tak blisko, że jego oddech wyczuwalny był na jego szyi. Trudno było jakkolwiek zaprzeczyć tej całej sytuacji. Wyobraźcie sobie jak mógł czuć się w tej chwili Lysander. Od środka rozpadał się na kawałki, a serce chciało bardzo szybko opuścić jego ciało, ale nie mógł dać tego po sobie poznać. Zdał sobie sprawę, że nie może dalej ciągnąć tego kłamstwa. Wszytko i tak wyszło na jaw i niby nie wiedzieć czemu Lysander źle się z tym czuł, a przecież nie zrobił nic złego. Chciał tylko spędzić trochę czasu z osobą, którą kocha. Jego grzechy w tym momencie i tak zostały wybaczone. Kastiel zupełnie to zrozumiał, ale nie przerywał zabawy. Był coraz bliżej. Wręcz muskał tę delikatną skórę, co u Lysandra wywoływało przerażające go uczucie. Jeszcze nigdy nie był w takim stanie i chodź bał się tego to wiedział i czuł, że to jest przyjemnie i całkowicie naturalne. To tak czują się ludzie przy osobach, które darzą dość dużym uczuciem. Tracą grunt pod nogami. Nic dziwnego, że zakochani są winnym świecie. On też w tamtym momencie był. Tylko on i Kastiel.
-Słuchaj, masz racje- Wydukał odsuwając lekko przyjaciela od siebie. Spuścił wzrok. - Nie ma żadnej piosenki, nie ma spotkania.- Wziął głęboki oddech, a czerwonowłosy przyglądał mu się z zaciekawieniem.- Po prostu, chciałem spędzić z tobą trochę czasu. Wiesz, trochę się natrudziłem, aby to przygotować więc, może zacznijmy od nowa? Kastiel pójdziesz ze mną na piknik?- Uśmiechnął się lekko, kiedy patrzał w brązowe tęczówki. Kastiel również się uśmiechnął. Gdyby miał czasem chodź więcej odwagi sam by mu to zaproponował wcześniej, ale jeśli chodzi o uczucia, to brakuje mu jaj.
-Sądzę, że mogę skorzystać z tej propozycji- Powiedział jak najbardziej poważnie umiał. Nie chciał pokazać jak bardzo się cieszył, że może spędzić z nim czas na osobności. Czuł się jak małe dziecko, które dostało zabawkę. Był bardzo podekscytowany, i za nic nie chciał, a by ten moment się skończył. Oboje usiedli na kocu i zaczęli jeść kanapki przygotowane przez Lysandra. Kastiel był zdziwiony, że chłopak potrafi przyrządzać tak pyszne kanapki.
-Nie sadziłem, że można robić tak dobre kanapki- Powiedział uśmiechając się przy tym. Lysander odwzajemnił uśmiech.
-Ciesze się, że ci smakują- Po raz kolejny spojrzał w jego oczy. Z tej odległości mógł dokładnie ocenić ich kolor. Były wyjątkowe. Brązowe, ale jakby z nuta szarości. Lsander jako poeta był w stanie opisać je co najmniej 15 przymiotnikami, ale nie chciał się teraz na tym skupiać- Jeśli chodzi o tę kartkę, którą przeczytałeś- Zaczął a jego policzki stały się lekko różowe. Spuścił głowę. Nie bardzo wiedział jak mógł się z tego sensownie wytłumaczyć. Kastiel zauważył jego zakłopotanie. Był już pewien, że Lysander odwzajemnia jego uczucie. Delikatnie się do niego przybliżył i dotknął jego dłoni. Lysander spojrzał na niego. Kastiel drugą rękę przyłożył na jego policzku.
-Rozumiem, nie tylko ty masz problem z tym uczuciem- Wyszeptał i pocałował kącik jego ust, ale Lysander odruchowo rozchylił je. Kastiel odpowiedział mu brutalniejszym pocałunkiem. Lysander odsunął się od niego.- To jest ta kwestia,w której powinieneś coś powiedzieć- Lysander przez chwilę nic nie zrobił, ale powtórzył pocałunek. Nie myślał, że to czego tak pragnął od dawna zaskoczy go aż tak bardzo. Przerosło to jego najśmielsze oczekiwania.
-Przepraszam, ale to jedyne co mogłem powiedzieć- Wyszeptał. Kastiel uśmiechnął się i lekko rozchylił kieszeń kurtki przyjaciela i wyciągnął z niej karteczkę. Tą samą, która wypadła z jego notesu.
-Ale to sobie zatrzymam- Pocałował go w policzek i oparł się o pień drzewa. Lysander wtulił się w niego. Oboje byli bardzo szczęśliwi. W końcu nawzajem bardzo się kochali.

piątek, 8 lipca 2016

Element układanki #6- Boję się

Wzięłam się trochę za pisanie na zapas, także bez spiny mogę dodawać XD
Miłego czytania!


*~*~*~*

-Dosyć tego!- Warknął brunet. Za wszelka cenę chciał pozbierać wszystkie myśli w całość. Był zdruzgotany,ta wiadomość nie mieściła mu się w głowie.- Shisui, jesteś pewien, że chodziło o Sasuke?- Pytał z niedowierzaniem. Był tak daleko, młodszy Uchiha mógł być teraz wszędzie.
-Przykro mi, ale Sasori podał mi dokładny opis. Nie sądzę, że jest ktoś do niego, aż tak podobny- Itachi usiadł na łóżku i spuszczając głowę wplótł ręce we włosy. Okropnie się o niego martwił i chciał się z nim zobaczyć, ale nie mógł.
-Nie,nie,nie!- Powtarzał w kółko, jakby to miało mu pomóc. - Shisui, dobrze wiesz, że nie mogę tam teraz wrócić, a poza tym gdzie go szukać?- Potarł nerwowo skronie- Jaki ja byłem głupi. Powinienem się z tym liczyć, że zostawiając go samego prędzej czy później przyniesie to za sobą niechciane konsekwencje. Nawet nie wiem, czy jest bezpieczny, ani czy ktokolwiek się nim teraz zajmuję.- Złość wręcz roznosiła się po pokoju. Uchiha kopnął w stół zrzucając przy tym kilka rzeczy, które na nim stały.
-Uspokój się!- Zganił go przyjaciel- To był mój ulubiony kubek!-Itachi zignorował to nerwowo chodząc w kółko.- Na pewno,jest ktoś kto się nim zajmie. Może ten jego kumpel, Naruto?- Zapytał upijając łyka z prawie pełnej jeszcze butelki z trunkiem. Brunet zaśmiał się ironicznie.
-Sasuke prędzej by umarł, niż po prosił go o jakąkolwiek pomoc- Westchnął ciężko.
-No a ta jego dziewczyna, Sakura jej jest?
-Człowieku, na jakim ty świecie żyjesz? Pod kamieniem? Sakura nie żyje. Od dwóch lat. Uzumaki ją spowodował- Pokręcił głową. Czasami jego przyjaciel kompletnie gonie rozumiał, ale na razie nie dbał o to. Jego priorytetem było jak najszybsze spotkanie się z bratem.
-Shisui, muszę wrócić- Powiedział na co jego przyjaciel zachłysnął się trunkiem.
-Pojebało cię? Chcesz stracić te robotę?- Brunet gwałtownie się podniósł i złapał chłopaka za kaptur od bluzy.
-W dupie mam te cała robotę, nie ta to będzie inna, a ja muszę dowiedzieć się czy jest bezpieczny i czy wszystko z nim okej!- Krzyknął i nie uważnie puścił przyjaciela. Wyjął z szafy jakieś pudełko i trzaskając drzwiami wyszedł z mieszkania.


Całe zdarzenie przed szkołą wywarło na Sasuke wiele sprzecznych emocji. Całymi dniami przesiadywał w pokoju i starał się z niego nie wychodzić. Unikał blondyna na tyle jak to mogło być tylko możliwe .Jednak nocą było najgorzej. Opętywała go wtedy pustka. Bardzo chciał coś pamiętać. Pokochać blondyna, tak jak on jego, ale nie był wstanie. Coś go blokowało i to właśnie wzbudzało w nim największy niepokój. Można by było pomyśleć, że jest tchórzem, ale zaczynał bać się samego siebie. Zaczął odnosić dziwne wrażenie, że w przeszłości był zupełnie kimś innym. Może ten sen chciał mu coś przypomnieć? Może to on zabił tę niewinną dziewczynę? Nie! To nie mogła być rzeczywistość, on nie był mordercą, prawda? Na samą myśl o tym zaczynał płakać, ale ze strachu,nie ze słabości. Po prostu panicznie bał się poznać prawdy. Bał się tego kiedy kimś był. A co jeśli jego ręce naprawdę były splamione krwią, a Sakura nie była jedyną ofiara jego socjopatycznych pociągów?
Głośny szloch obudził Naruto w środku nocy. Cichym krokiem podszedł do drzwi, za którymi znajdował się pokój Sasuke. Zawahał się nim zdecydował się wejść, w końcu brunet ni zamienił z nim więcej niż zdania w przeciągu kilku dni. Zmartwienie jednak wzięło nad nim kontrolę i bez pukania, ale w miarę cicho wszedł do pomieszczenia. Uchiha siedział skulony na łóżku i płakał. Szloch momentami pomieszany był ze śmiechem. Podszedł do chłopaka i objął go ramieniem, a ten wtulił się do jego torsu. Blondyn przytulił go mocniej dając mu do zrozumienia, że jest bezpieczny.
-To ja ja zabiłem, prawda?- Wydusił ledwie słyszalnie przez łzy. Naruto wprawiło to w osłupienie Co sprawiło, że mógł tak pomyśleć. Prawdę mówiąc, to on był wtedy najbardziej poszkodowany. To był ten moment w, którym Naruto zaczął się zastanawiać czy te wszystkie kłamstwa maja jakikolwiek sens, przecież nie może go kochać, jeśli zataja przed nim tak okropne rzeczy. Uzumaki zdawał sobie sprawę, że to wszystko jest niesprawiedliwe jeśli chodziło chłopaka, ale zbyt długo czekał. Zbyt pranął tej bliskości z jego strony. Naruto wiedział, że to nie jest tylko miłość, to już obsesja o, której wiedział tylko on i za żadne skarby nie chciał tego zaprzepaścić. Wolał milczeć, dla własnego dobra. Może i był tchórzem, ale nie chciał mu teraz nic mówić, a szczególnie gdy chłopak jest w takim stanie.
-Sasuke, to nie twoja wina- Wyszeptał w jego włosy. Czuł jak chłopak moczy mu koszulkę łzami i zdał sobie sprawę w jak ciężkiej sytuacji znajduję się teraz Sasuke, dlatego chciał przy nim być i wyciągnąć z tego gówna.
-Kłamiesz. To ja ją zabiłem- Wykrzyczał dławiąc się łzami.
-Nie, nie ty!- Przytulił go, a sam również się ledwo trzymał. Widok go obwiniającego się za coś takiego był torturą, a szczególnie dla Naruto, Wiedział, że tylko on może mu pomóc, ale wtedy kim stałby się w jego oczach? Mordercą? Nie mógł go stracić po raz kolejny. Po prostu milczał.
Brunet odsunął się od Naruto i otarł oczy.
-Przepraszam, że cię obudziłem- Odwrócił wzrok w stronę okna.
-Nic się nie stało- Uśmiechnął się lekko. Chciał go pocałować, ale obiecał, że poczeka, a nie chciał jeszcze bardziej go obarczać. Sasuke jednak go uprzedził i delikatnie ciągnąc go za szyję lekko pocałował. Nie był pewien czy czuje coś do blondyna, ale pocałunki z nim jak najbardziej go kręciły.
-Kocham cię- Wyszeptał Naruto stykając ich czoła. Zdał sobie sprawę, że to może być zbyt wiele dla chłopaka jak na jedną noc, ale nie mógł już dłużej z tym odwlekać. Sasuke po raz kolejny pocałował go delikatnie.
-Śpij dobrze- Pocałował go w czoło i wstał z łóżka, lecz Sasuke złapał go za rękę.

-Zostań ze mną- Poprosił i pociągnął lekko jego dłoń. Naruto położył się powoli, a Sasuke wtulił się w niego zaciskając ręce na jego koszulce. Obaj byli bardzo zmęczeni, więc zasnęli w szybkim tępie.

środa, 6 lipca 2016

Wartość Wspomnień. - Rozdział Piąty. "Ale jeśli chodzi o miłość, zostawmy ją za sobą"

*Wegetuje w spokoju*
Dlaczego mnie zawsze musi się zbierać na pisanie o tak chorych godzinach..? Spaaać...
Alex właśnie obudziła się obok mnie, wypaplała coś w stylu "Do której bielizny" i znowu straciła przytomność... Help...
Miłego czytania tego boru ducha winnego opowiadania, które zostało przeze mnie idiotycznie porzucone... Ale zanim zbierze mi się na słowotok, z którego i tak nikt nic nie wyniesie, bo szczerze nie wiem co piszę... Idę hibernować. Dobranoc~~ <3
Znaczy, miłego czytania.~ <3

***
Obito prawie nie spodziewał się, że kiedykolwiek ktokolwiek odkryje ich malutką, słodką tajemnicę. 
No cóż, prawie.
Bo skłamałby mówiąc, że od kiedy pierwszy raz nie zobaczył tajemniczego błysku w oczach szarowłosego mężczyzny, to nie przewidział, że tamten będzie na tyle inteligentny, aby tak szybko go rozszyfrować. Dlatego że w Kakashim było coś takiego co kazało Obito myśleć, że dałby radę rozszyfrować wszystko i wszystkich w zaledwie paręnaście sekund. Coś takiego w jego spokojnym spojrzeniu, co wywoływało dreszcze u każdego, na kogo tylko je skierował. Młodemu Uchiha się to podobało, zwłaszcza, że nie był człowiekiem łatwym do wzruszenia.
Zdecydowanie podobał mu się Kakashi.
W każdym razie, nie był zaskoczony, gdy dyskretnie zawołano go do jego własnego biura, na żądanie nie kogo innego jak Kakashiego Hatake. Na co chętnie się zresztą zgodził, bo nie miał powodu do odmowy. Poza tym... Podobał mu się taki obrót zdarzeń. Chciał z nim porozmawiać, a w ten sposób...
- Dzień dobry. - Wszedł przez swoje świetne drzwi płytowe, których zakupu nigdy nie żałował, kłaniając się kuriozalnie. - I do widzenia. - Wskazał na drzwi otwartą dłonią, dalej się kłaniając.
…W ten sposób mógł zrobić to sam na sam.
Wzrok wszystkich od razu spoczął na nim, a Kakashi delikatnie, pewnie nieświadomie, przekrzywił głowę, niespodziewanie przypominając Obito zupełnie niewinnego psiaka. Dziwne skojarzenie. I bardzo nietrafne.
Sam miał zresztą ochotę przewrócić oczami, bo dla niego sprawa była oczywista. Dla kogo zresztą nie była? Może i Obito wyraził się nieco ekscentrycznie, ale był jasny w swoich słowach, nie było na co robić wielkich oczu.
- Pan Kakashi wyraził się jasno, że chce się widzieć ze, cytuję, prawdziwym liderem, więc... - Wymownie poruszył wskazującą dłonią. Nie miał ochoty rozmawiać w towarzystwie sławnych „Sierot z Amegakure”, czy jak tam oni lubili się nazywać. W każdym razie, mógł z góry przewidzieć, że narwany Yahiko nie wytrzymałby bez odzywania się ani jednym słowem przy kierownictwie Obito, a to przecież on był głównym mózgiem Akatsuki. Zaraz potem pewnie dołączyłby się Nagato, który był stworzony tylko i wyłącznie do wykonywania rozkazów. Obito aż drżał z obrzydzeniem na myśl, co stałoby się, gdyby pewnego dnia przyszłoby mu samemu dzierżyć władzę.
Cóż, prawdopodobnie byłby bardzo łatwy do zmanipulowania i wciśnięcia do szeregu, co nie było mu tak znowuż bardzo nie na rękę.
Szczeniaki z Konohy, tak zwani Energiczny, Poważny i Wściekła (Od kiedy nie miał pojęcia jak mają na imię, może z wyjątkiem tego całego 'Naruto', a przecież musiał ich jakoś nazywać. Swoją drogą, brzmiało to jak z jakiejś durnej kreskówki) chwile spierały się po cichu z Hatake, co było dosyć zabawne, bo Obito założył by się o swoją nerkę, że ten znacznie przewyższał ich na każdym polu i potrzebował ich tyle, co ślimak potrzebuje butów, ale ten najwyraźniej ustawił ich do pionu i, każdy w swoim własnym, dziwacznym lub nie, stylu, opuścił pomieszczenie, a za nim jego własna niby ochrona, wpatrująca się w niego nieukrywanie wrogim spojrzeniem, ale miał to gdzieś, bo jemu również byli zbędni. Z resztą, panu Hatake „coś” się należało za bycie pierwszym człowiekiem, który odkrył jego tajemnicę. Cokolwiek, może Obito tylko znajdywał sobie kolejne wytłumaczenia, żeby zwyczajnie z nim porozmawiać, ale go to nie obchodziło. Zazwyczaj poza tym nie potrzebował wymówek, żeby robić to, co mu się żywnie podoba. Pod warunkiem, że nie wychodzili na tym źle, oczywiście. A wątpił, że z szczerej rozmowy w cztery oczy mogło wyjść coś złego, a to, że nie mógł się w pewien sposób oderwać od tajemniczego Kakashiego to inna sprawa. Nie miał zamiaru dawać mu taryfy ulgowej tylko dlatego, że przypominał mu, cóż, coś z dzieciństwa. Czymkolwiek to było.
Obito odwrócił się w stronę szarowłosego, jednak zamiast usiąść naprzeciwko niego, oparł się o biurko stojące niedaleko i skrzyżował ramiona na piersi. Nie chciał wywołać zbędnej i zbyt dużej presji.
Mężczyzna, Kakashi, rozsiadł się na fotelu, zakładając jedną nogę na drugą, jednak ręce trzymał wygodnie ułożone na podramiennikach fotela, co tworzyło raczej przyjemną mieszankę starej dobrej kultury i stylu z nowoczesnym wyluzowaniem i w pewnym sensie, pokazem dominacji. Obito zdecydowanie nie był nowy w te klocki i doskonale wiedział jak takimi drobnymi gestami mógł przekazać naprawdę wiele rzeczy. Na przykład „nie boję się” lub „to miejsce jest praktycznie moje”. Uchiha nie mógł powstrzymać drobnego uśmieszku, gdy tak na niego patrzał. Lubił go, bez żadnej wątpliwości.
O dziwo, jak tak teraz pomyślał, nawet nie musząc być przekonywanym przez zainteresowaną Konohę, nie wydawała się być wcale złym rozwiązaniem. Niegłupim na pewno, bo nikt raczej nie chciałby mieć takich wrogów.
- Doskonale zdaję sobie sprawę, że macie ochotę przejąć nasze tereny i że odrzuciliście wcześniejsze propozycje rozejmu. Proponuję jednak przynajmniej status quo, bo przy obawiam się, że nasza wojna nie przyniosłaby nic dobrego, a z pewnością prędzej czy później do niej dojdzie. Jednak myślę, że jest pan na tyle inteligentny, by samemu o tym pomyśleć. - A i owszem, myślał i domyślał się, że mogło by skończyć się naprawdę krwawo i nieprzyjemnie. Po za tym, wcale nie powiedziane było, że i z tej walki wyszliby zwycięsko. Konoha była silna, wręcz niesamowicie potężna.
- Oczywiście, że tak. - Złapał piłeczkę, niemal widząc jak wzrok Kakashiego nagle się ostrzy. Napawał się tym. - Jestem skłonny się zgodzić. - Umilkł, czekając na podjęcie tematu przez Hatakę i nie zawiódł się. Szarowłosy bardzo szybko orientował się w sytuacji i aż miło było patrzeć na tą cichą burzę mózgów jaka między nimi zaległa. Fakt, może i Obito zachowywał się trochę pobłażliwie, ale to nie dlatego, że go nie doceniał. W żadnym wypadku. Zwyczajnie sam musiał w tej chwili to porządnie przemyśleć, doskonale zdając sobie jednak sprawę, że jego silniejsza strona jego natury dawno podjęła już decyzję.
Jako wieloletni właściciele terenu, mamy wiele bardzo przydatnych kontaktów, których nie będziecie w stanie założyć w ciągu najbliższych kilku lat.
Bo Kakashi z całą pewnością miał rację i Obito to wiedział. Zaprzeczanie tej racji byłoby zwykłym idiotyzmem z jego strony. Z przyzwyczajenia i roztargnienia dotknął prawej strony maski, tam gdzie rozciągały się blizny. Zmarszczył brwi, nie będąc pewnym że dobrze rozumiał słowa Hatake.
- Mam rozumieć, że proponujesz nam stanie się jednością? - Celowo zadał pytanie personalnie, bo w gruncie rzeczy wątpił, że cała Konoha miała w planach takie dosadne połączenie się z Akatsuki. Z resztą, części pewnie nie było to nawet na rękę po niedawnych sporach.
Pewność Kakashiego pierwszy raz prawie się zachwiała, jednak szybko powrócił na właściwy tor. Kosmyki włosów spadały mu na oczy, a on nawet nie drgnął żeby ich poprawić, nie spuszczając oka z Uchihy.
To było... Intrygujące.
- Tak... Myślę, że tak będzie dla nas najkorzystniej. - Zrzucił wreszcie bombę, tym razem mocno ściskając dłonie na swoich kolanach, jednak łokcie dalej miał szeroko rozstawione. Jego postawa krzyczała „mam cię w garści”, nie żeby Obito to przeszkadzało, ale osobiście zazwyczaj wolał samemu prowadzić grę. Dlatego złapał kontakt wzrokowy, oburącz opierając się o biurko, wystukując w nie tylko sobie znany, powolny rytm.
Chociaż Obito wolałby użyć biurka do czegoś innego. Tak, był kreatywnym facetem, na pewno by coś wymyślił. Przez myśl przemknął mu obraz Kakshiego w wymiętej, ledwie zarzuconej na ramiona koszuli i rozpiętych spodniach, zupełnie zdominowanego, klęczącego przed nim z zarumienionymi policzkami i oczami błyszczącymi z rosnącego podniecenia. Taa, on by zrobił z tego starego biurka użytek, myślał, zwilżając nieco zaschnięte wargi. Uśmieszek sam wstąpił mu na usta, a on nieświadomie pochylił się do przodu.
- To bardzo odważna propozycja panie Kakashi. - Odezwał się wreszcie, po dłuższej chwili ciszy, celowo używając bardziej gardłowej barwy głosu. Tak, zaczynał z nim flirtować, o czym Kakashi pewnie nie miał jeszcze bladego pojęcia, ale po prostu nie mógł się powstrzymać. Za bardzo cieszył się kontrolą.
A może jednak Kakashi doskonale zdawał sobie sprawę z jego flirtu? A może tylko wydawało mu się, że jego policzki delikatnie zmieniły kolor, a twarz na chwilę drgnęły w szoku?
- Na którą oczywiście jestem w stanie się zgodzić. - Specjalnie dalej mówił tym samym tonem i faktycznie, okazało się, że o dziwo, jego działania były skuteczne i skutecznie wyprowadzały Hatake z kontroli. Jak uroczo.
A może to tylko Obito był dziwakiem, że zaczynał ze swoimi gierkami w środku takiego spotkania? Kto wie.
- A więc?
- Ważne jest, jak dużo Konoha jest w stanie poświęcić w zamian. - Tym razem oderwał się od swojego biurka i zbliżył się na nieco dziwną, prawie zakazaną odległość, opierając się o fotel mężczyzny. W tym momencie, był w stanie zgodzić się na wszystko co proponuje Konoha, byleby mieć tego konkretnego mężczyznę na własność.
Było to zupełnie impulsywne, wiedział o tym, a mimo to... Miał dziwne wrażenie, że wcale a wcale nie żałowałby tej decyzji.
Kakashi już praktycznie siedział bokiem, twarzą kierując się wprost naprzeciw jego
Zdecydował się zagrać, dobrze.
- Co byś proponował? - Obito zaśmiał się cicho, wycofując się z jego prywatnej przestrzeni, wracając do biurka i prawie żałując, że dalej ma na sobie tą głupią, pomarańczową maskę, która w totalnie głupi sposób ich dzieliła.
- Kawę. Co najmniej raz po południu.
***
Hihi, flirty.
Mam jakiś fetysz na gry i władcze postacie.
Pls.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Tydzień, który zmienił moje życie cz.1- Korporacja

Kurdę...nawet nie pamiętam kiedy tu pisałam hehe :')
Trochę was zaniedbałam, ale nie z własnej woli...Mój komputer po prostu ma okres...niestety...
Ale teraz wracam do regularnego pisania XD
Co do rozdziału...Coś nowego...One Shot XD Planuję gdzieś tak maks 5 rozdziałów? To jeszcze zobaczę, ale na pewno, krótka historia. Coś nowego XD
No więc miłego czytania bayo!



~*~*~*

Kakashi leniwie przekraczał próg swojej pracy. Spędzanie większości swojego życia w korporacji nie było jego marzeniem, ale cóż jeśli chodzi o pieniądze to trzeba brać to co jest możliwe. Byłby w stanie polubić nawet tę robotę, ale ciągłe zamieszanie, nie urywające się telefony i ogólny nie zorganizowany personel. Oczywiście istnieje punkt kulminacyjny całej tej sytuacji. Nazywa się Obito Uchicha. Nie od dziś wiadome jest, że w takich instytucjach trwają wieczne wyścigi szczurów, ale oni obaj to już kompletna przesada. Hatake był mniej zawzięty i już dawno by odpuścił, ale Uchicha za każdym razem dolewał oliwy do ognia i stawiał sobie kolejne wyzwania, w których jednak Kakashi był lepszy. Trudno powiedzieć dlaczego. Nigdy nie ciągnęło go do marketingu, może większe doświadczenie w tej branży wzięło górę? Z pewnością to była przyczyna , dla której Obito nie był w stanie sobie odpuścić. Wszelkie zlecenia, które dostawał siwowłosy, on sam wykonywał po raz drugi i ukazywał prezesowi. Jego własna kariera na tym cierpiała, ale kogo obchodzi posada dyrektora w korporacji. Z pewnością nie tych dwóch panów. Hatake tradycyjnie udał się do swojego gabinetu i zasiadł przed komputerem. Poukładał papiery przyniesione z domu i przygotował się mentalnie do kolejnego długiego dnia w pracy. Zerknął na zegarek. Wybiła ósma. W myślach odliczał do pięciu i w drzwiach pojawił się wysoki brunet. Codziennie o równej ósmej rano pojawiał się w jego pokoju i rzucał jakimiś tekstami w stronę Kakashiego, który miał to kompletnie gdzieś, ale nie chciał psuć mu zabawy. Traktował Uchihe jak małe dziecko. Dzieliło ich może tylko trzy lata, ale Obito mentalnie wciąż miał siedem lat. Cóż się dziwić Kakashiemu, Miał doświadczenie z dziećmi więc doskonale wiedział jak postępować z mężczyzną tak aby wyprowadzić go z równowagi. Oboje mieli przybrane taktyki. Obito miał ta bardziej oczywistą i „głośną”, że całe biuro o niej plotkowało lecz Hatake udawał, że jest jedynym, który o niej nie wie. Oczywiście było inaczej, jednak o taktyce Kakashiego nie słyszał nikt więc działa z zaskoczenia. I jak tu traktować poważnie mężczyznę, który papla na prawo i lewo? Zdaniem Kakashiego już dawno powinien być zwolniony, kto wie czy przypadkiem wraz z potokiem słów nie wyplecie czegoś dotyczącego nowych spotów reklamowych konkurencji. Ale co mu było do tego? On był tylko grafikiem. Tak to jedyny powód dlaczego tu pracuje. To nie jego bajka. -Witaj, Kakashi. Wyspałeś się? Jesteś gotowy na codzienny wyścig szczurów?- zapytał od progu głośnym tonem, aby wszyscy na w miarę daleką odległość byli w stanie usłyszeć co mówi. Siwowłosy spojrzał na niego znudzonym wzrokiem i nic nie powiedział. Obito wykrzywił usta w chytry uśmiech i rzucił mu teczkę na biurko. Wychodząc tylko warknął do siebie coś pod nosem i wyszedł. Codzienna szopka, która odstawiał już od dwóch lat. Kashi dziwił się, że jeszcze mu się nie znudziło, ale cenił go również, za wytrwałość i zawzięcie. Z jego strony każde jego staranie było od razu skazane na porażkę. Otworzył teczkę i obejrzał zawartość. Codzienne zlecenie i mała karteczka z dedykacją od „ulubionego” współpracownika. Dedykację wziął w dłoń i nie patrząc gdzie wyrzucił ją pod biurko i skupił się na zleceniu. Nie było ono jakoś wyjątkowe. Codziennie otrzymuje prawie to samo, ale nie mógł narzekać. Ważne, ze w ogóle miał coś do roboty. Mężczyzna starał się jak najwięcej czasu spędzać na wykonywaniu zadania, aby nie kłopotać się z tym w domu. Nie cierpiał mieszać pracy ze sprawami prywatnymi. Całe zlecenie wykonywał w pracy, aby w domu nie zawracać sobie głowy i móc czytać swoje ukochane książki. Jednak nawet największy pracoholik potrzebuje przerwy. Nie miał za bardzo wyboru, chciał zaczerpnąć świeżego powietrza. Jedynym możliwym miejscem, aby odetchnąć od szybkiego miejsca pracy była palarnia. Nie znosił ludzi palących, uważał ich poniekąd za samobójców. Włożył ręce do kieszeni i ze zmęczonym wyrazem twarzy przeszedł przez główny korytarz. Nikt nie zwracał na niego uwagi, co bardzo go cieszyło. Im mniej wścibskich i lustrujących go spojrzeń tym lepiej. Znając organizm Kakashiego zareagował by rumieńcami, które zawsze pojawiały się niekontrolowanie. Chodziły nawet plotki, ze to dlatego ukrywa swoją twarz pod maską, lecz z tym wiązała się dłuższa i o wiele ciekawsza historia. Przez szklane drzwi mógł zaobserwować swojego ulubionego współpracownika. Miał już odruchowo się odwrócić, ale mężczyzna zobaczył go i uśmiechnął się. Nie chciał wyjść na jakąś ciotę, że przed nim ucieka więc z w miarę podniesioną głowa wszedł do sirotka
 -Przyszedłeś na papieroska?- Wstał z krzesła i podszedł bliżej Hatake. Wypuścił dym z ust, który w całości skupił się na twarzy Kakashiego. Ledwo wytrzymał, aby się nie zakrztusić. Spojrzał na niego spod byka.
 -Całe szczęście, ze muszę widywać cię tylko w pracy- Odwrócił się na piecie i oparł o balustradę. Ich biuro znajdowało się na siódmym piętrze, więc mógł całkowicie skupić się na panoramie widniejącej przed nim, co pozwalało mu wyrzucić Uchihę z głowy. Obito jednak, lubił go denerwować i nie potrafił zostawić go w spokoju. Podszedł do niego tuż obok i szturchnął łokciem.
 -Założę się, że nie wytrzymasz ze mną nawet tygodnia- Uśmiechnął się ironicznie. Kakashi wydawał się być nie wzruszony, lecz tak naprawdę wiedział, że brunet miał rację, ale poddanie się nie byłoby w jego stylu.
 -Wprowadź się na tydzień- Wypowiedział przez zęby, a jego twarz zbladła. Dopiero gdy zdał sobie sprawę co powiedział w myślach zganił się kilkukrotnie. Obito zaczął się śmiać, a Kakashi przewrócił tylko oczyma.
 -Jesteś pewien tego co powiedziałeś?-Oparł się o balustradę- Wiesz, że to będzie najdłuższy i prawdopodobnie najgorszy tydzień w twoim życiu?- Zapytał i poklepał szarowłosego po ramieniu, niczym najlepszy przyjaciel.
 -Myhym...mówię poważanie- Zacisnął mięśnie żuchwy. Cóż, nie było już odwrotu. Kakashi za bardzo cenił sobie swoje ego, by teraz się wycofać, chodź bardzo tego chciał.- Tylko na tydzień- Wypowiedział ledwo słyszalnie. Obito uśmiechnął się przebiegle. Dostał właśnie idealną okazję, aby wyciągnąć kilka informacji, na temat jego taktyki pracy. Mógłby to wykorzystać, przez co praca rywala nie byłą by już tak efektywna. Czego chcieć więcej? Przecież od zawsze marzył tylko o tym, aby być lepszym od słynnego Kakashiego Hatake. -Mieszkam przy...- Nie dokończył, iż Uchiha przeszkodził mu gasząc przy tym papierosa.
-Nie wysilaj się. Sam znajdę w twojej teczce, dość często ją przeglądam. Do wieczora kochanie- Poklepał go po ramieniu i wyszedł. Hatake potarł nerwowo skronie. W co on się wpakował? Na jaki układ on poszedł? Nie było już odwrotu, więc szarowłosy wrócił do swojego gabinetu. Rzadko mu się zdarzała aby opuszczał dzień w pracy, ale nie mógł uporządkować swoich myśli.
 -Wychodzę, powiedz szefowi, że resztę dokończę w domu- Rzucił bez uczuć do sekretarki i udał się przed budynek. Padał deszcz. Pogoda adekwatnie utożsamiła się z jego nastrojem. Był skazany, na towarzystwo Uchihy na tydzień. W głowie już przelatywały mu najczarniejsze scenariusze. Dwa kompletnie różniące się charaktery pod jednym dachem nie brzmiały zbyt dobrze. Wsiadł do metra, który zmierzał ku domowi. Cichy dźwięk telefonu przerwał mu rozmyślania, na temat ilości ludzi w tym jakże wygodnym środku transportu. Wyją urządzenie z kieszeni i odczytał dostarczoną wiadomość
„Będę za godzinę, wraz z moimi tobołami. Wiem, że uciekłeś''
Hatake zignorował fakt, że powinien mu odpisać i spokojnie wrócił do mieszkania. Panował tam wieczny ład i porządek. Wyjście z pracy tak wcześnie miało jednak swoje minusy. Musiał nadrobić wszystko w domu, czego nigdy nie lubił. Nie cierpiał łączyć spraw zawodowych, ale był na to teraz skazany. Tak myślał, iż przez własną głupotę sprowadził sobie Uchihę do domu. Wyścig szczurów zapewniony, ale Kakashi nie miał zamiaru naruszać swojego harmonogramu. Obito miał być tylko małą przeszkodą. Chcąc skończyć swoje zadanie nie marnował czasu i od razu zabrał się do działania, ale nie było mu to dane iż niechciany gość pojawił się przed czasem. Szarowłosy wstał i poszedł otworzyć drzwi.
-Miałeś być później- Powiedział zaraz po tym jak otworzył drzwi. Naprawdę liczył jeszcze na chwilę ciszy zanim Uchiha pojawi się w jego domu.- W ogóle początkowo miałeś być wieczorem, więc co tu robisz?
 - Hej Kakashi, też cieszę się, ze cie widzę. Jak mi minęło w pracy? A bardzo dobrze. Nie mogłeś milej?- Spojrzał na niego krzywo i wszedł trochę na siłę do mieszkania, ciągnąc za sobą torbę.
 -Uf..wybacz, że nie ma tu czerwonego dywanu i paparazzi – Westchnął i uśmiechnął się ironicznie.
 -To gdzie śpię?- Zapytał rozglądając się po mieszkaniu. Skierował się w stronę sypialni z myślą, że tam ugościł go rywal.
-Ekhem...-Zakaszlał i palcem wskazującym pokazał na kanapę, która oddzielała kuchnię od miejsca pracy.
-Serio? Mam spać w kuchni?- Zapytał z niedowierzaniem
.- Musze zrobić wszystko abyś to ty zrezygnował- Powiedział i usiadł przed laptopem. Nie zwracał już uwagi na Uchihę, był mu kompletnie obojętny. Brunet miłą gdzieś czym zajmuje się Hatakę i zaczął przystosowywać mieszkanie do własnych potrzeb. Szarowłosego powoli wyprowadzało to z równowagi więc zabrał dokumenty i laptopa i wyniósł je do sypialni. Rzucił jeszcze Obito pościel na sofę i zamkną się w sypialni izolując się od tego całego chaosu, który powoli powstawał z powodu bruneta. W tym momencie Kakashi upewnił się w twierdzeniu, że to będzie najdłuższy i najgorszy tydzień jaki miał okazje przeżyć.

niedziela, 3 lipca 2016

Totalna psychoza - Część 5.

Okej, ten rozdział może być całkiem obrzydliwy i taki ton mu się utrzyma już do końca... Czyli niedługo, bo, spoiler, jest to przedostatni rozdział tego opowiadania. ;D
Dlaczego? Cóż, misją Emila od początku było „dotarcie” do Olivera. Po jej spełnieniu zwyczajnie nie ma po co tego ciągnąć... Ale mam nadzieję, że się podobało. Postaram się coś jeszcze wrzucić dzisiaj/jutro, ale nic nie obiecuję. :x
Więc... Miłego czytania. ^^

***

Pierwszą rzeczą, którą poczułem po obudzeniu było ogromne pragnienie, jakbym nażarł się piachu. Nie wiedziałem ile spałem, gdzie byłem, kim jestem. Liczyło się tylko to cholerne pragnienie. Usłyszałem płynącą wodę i ze zdziwieniem zauważyłem, że nie mam siły, aby dźwignąć się na nogi. Moje zmysły wydawały się przytępione, widziałem przez mgłę, słyszałem jedynie szum, a czułem chłód. Nie chciałem iść dalej, chciałem zostać tutaj, przy przyjemnym świetle, dziwnie nie rażącym mnie w oczy. Gdy leżałem, wszystko przestawało mieć wcześniejsze znaczenie. Pragnienie powoli przestawało mi dokuczać. Ociężale, bo z wielkim trudem wysunąłem przed siebie ręce, które nagle zaczęły niemiłosiernie mnie boleć, wydawały się ważyć tony. Ukłucie bólu przypomniało mi nagle niedosięgający mnie mrok. Dlaczego wcześniej byłem od niego tak daleko? Nagle wydawało się to śmieszne, nierealnie dalekie, bo przecież byłem już tutaj. Nagle kojące światło zaczęło boleć, palić, jakby ktoś rzucił we mnie podpalona pochodnią, a ogień powoli pochłaniał moje ciało. Czy miało to znaczyć, abym się nie ruszał? Możliwe, bardzo możliwe, jednak ja miałem cel w tym co zrobiłem. Chociaż nie wiedziałem jaki.
Powoli podciągnąłem się do przodu, wywołując kolejne przytłumiające fale bólu, które zdawały się rozrywać moje wnętrzności. Nie krzyczałem, chociaż próbowałem, moje gardło nie wyrzuciło z siebie żadnego dźwięku.
Miałem kogoś ścigać. A może chronić?
Kolejne podciągnięcie, tłum krzyczących ludzi, chyba wzywających mnie do siebie. Nie mieli ciała, same głosy, które skądś kojarzyłem, nie mogłem jednak przypomnieć sobie skąd. Ból osiągnął apogeum, już nie wzrastając, utrzymując się na tym samym nieznośnym poziomie.
Chronić, zdecydowanie chronić kogoś, kto był dla mnie ważny, jednak z jakiegoś powodu nie mogłem go dosięgnąć.
Kolejne kilka podciągnięć, głosy przybrały postać ważnych dla mnie ludzi. Moich rodziców. Krzyczeli panicznie, płakali, próbując odciągnąć mnie od wody, w stronę której cały czas pełzłem. Miałem w tym swój cel, nie mogli mnie powstrzymać. Ci wszyscy ludzie nie mogli mnie zatrzymać!
Pewne imię kołatało się w mej zmęczonej głowie, jednak nie mogłem go spamiętać. Ktoś bardzo ważny... Ktoś dla którego cierpiałem.
Bolesne wspomnienia nagle powróciły, lata bycia szkolną ofiarą, lata bycia nieważnym śmieciem. Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Głosy krzyczały, głowa pękała, ból pochłaniał. Zacząłem widzieć niewyraźnie kształty, które jeszcze bardziej raziły mnie w oczy.
Jednak parłem dalej. Nie mogłem się poddać. Miałem swój cel. Imię przebijało się przez skorupę otaczającą moje wspomnienia. Ważne dla mnie imię. Imię, które spędzało mi sen z powiek przez blisko cztery lata, bo mogłem go uratować. Ciągle mogę, ciągle jest czas.
Zanurzyłem dłoń w ciepłej cieczy, spijając ją łapczywie. To koiło moje zmysły, sprawiało, że wszystko stawało się wyraźne, jakbym wreszcie wybudził się z głębokiego snu. Słyszałem zwierzęta przemierzające las, czułem ich słodkie zapachy i widziałem, że to co przywróciło mi rozum nie było wcale wodą, tylko krwią, masywnie wypływającą z martwego jelenia. Jednakże tym razem wcale mi to nie przeszkadzało. Miałem wrażenie, a właściwie pewność, że to zupełnie normalne. Przynajmniej teraz.
Ciecz spływała mi po brodzie w dół torsu, a ja zacząłem myśleć, tym razem już zupełnie czysto. Jeden zapach przebijał inne, wywołując wreszcie wbijające się wspomnienie.
Oliver. Tak brzmiało imię. To jego miałem na reszcie mieć przy sobie i chronić za cenę własnego życia.
Tym razem miałem siłę podnieść się na nogi i jeszcze raz, tym razem głęboko, wciągnąłem otaczające mnie zapachy. Wyraźnie mogłem poczuć ten jeden, niezwykły dla mnie zapach, stałem się łowcą, więc postanowiłem zrobić to, czego wcześniej nie byłem w stanie osiągnąć i najpierw nieśpiesznie, aby później gwałtownie przyśpieszyć, podążyłem za wonią unoszącą się w powietrzu. Z niejakim zdziwieniem zauważyłem, że wszelkie naturalnie przeszkody nie stanowiły już dla mnie żadnego problemu. Wystarczył jedno mocniejsze odbicie się od podłoża, żeby bez żadnego problemu znaleźć się na wysokiej gałęzi drzewa, a śliskie powierzchnie widziałem z daleka, od razu je omijając. To było... Cudowne. Czułem się taki mocny, niepokonany. I naprawdę błyskawicznym tempie zbliżałem się do mojego celu. Z resztą, wydawał się on zatrzymać, może w powodu deszczu, który lunął dobry kawałek czasu temu i teraz dołączały do niego błyskawice i pioruny. Mi to nie przeszkadzało, chociaż podejrzewałem, że z Oliverem było nieco inaczej. Zza pni drzew zaczęły wyłaniać się kształty starych, zniszczonych bunkrów, a do moich nozdrzy niespodziewanie dotarł bardzo niepokojący i nieporządany przeze mnie zapach.
Krew.
Szybko wskoczyłem na najbliższe mnie drzewo i rozejrzałem się po okolicy. Żadnych podejrzanych hałasów, żadnej walki. Tylko głucha cisza i przejmujący, dla mnie, słodki zapach krwi. Rozdzielał się w dwa różne miejsca i, zeskakując z gałęzi, najpierw udałem się w punkt bliższy i faktycznie, odkryłem dwa ciała około czterdziestoletnich mężczyzn. Wydawali się być przerażeni, co niezmiernie mnie ucieszyło, zwłaszcza, że w całym tym miejscu unosił się bardzo wyraźny zapach Olivera. Zachichotałem cichutko i podniosłem ciało za kołnierz. Głowa mężczyzny bezwiędnie się odchyliła, a ja, właściwie instynktownie wbiłem się w jego szyję, wyrywając spory fragment mięsa, który od razu połknąłem.
To było... Niezwykłe. Wcześniej, zanim obudziłem się w mule, obdarowany nowym życiem, po tym jak brutalnie okradziono mnie ze starego, niezwykle brzydziłem się krwi widzianej na żywo. Doskonale pamiętam moment, kiedy lata temu po raz pierwszy zobaczyłem ciało mojego kolegi. Mimo to, teraz było to czystą przyjemnością, dającą mi siłę, o jakiej wcześniej nie byłem nawet w stanie marzyć. Ta krew jednak była inna, chłodniejsza, jednocześnie lepsza, ale zdecydowanie za mało... Żywa. Od tej chwili mogłem przewidzieć już jak będzie wyglądać moja przyszłość. Upuściłem trupa z, teraz, wyrwaną, jednak już nie krwawiącą raną w szyi i oblizałem usta, nieśpiesznie kierując się w stronę drugiego źródła zapachu krwi. To jednak wzbudzało we mnie mieszankę podekscytowania i zmartwienia, bo im bliżej byłem niego, tym silniejszy wydawał się zapach Olivera. Nieświadomie zacząłem stąpać delikatniej, zaczynając się skradać. Jednocześnie jednak na moje usta wpełzł niezbyt przyjemny uśmieszek. Śmiało wszedłem do środka, widząc Olivera z ręką zabandażowaną jakąś brudną szmatą, przesiąkniętą krwią. Wyglądał na bardzo czujnego, jakby w każdej chwili gotów był rzucić się do walki, jednak po moim wejściu momentalnie zmarszczył brwi.
- Em... - Przerwał, wreszcie podnosząc na mnie wzrok. Jego wyraz twarzy zmienił się na niedowierzanie i szok, chwilę później zaczął się trząść, a ja stałem w miejscu, niezupełnie wiedząc co zrobić. Bał się mnie? - Kurwa... Kurwa, kurwa, kurwa! - Zaczął powtarzać jak mantrę, wyraźnie się wściekając. Uderzył zabandażowaną ręką w betonową ścianę, sprawiając że ruszyłem się o krok i wyciągnąłem przed siebie ręce w geście pomocy, na co on sapnął wściekle. - To nie tak miało... Chciałem tego... To był on, prawda? Kurwa, masz pojęcie co zrobiłeś?! - Zaczynał ciągle, nie dając mi nawet możliwości na odpowiedź, dopiero po ostatnim zdaniu znowu na mnie spojrzał. Nigdy w życiu nie widziałem go tak wściekłego. Jakby samą siłą woli powstrzymywał się, aby natychmiastowo mi nie przywalić. A ja patrzałem na niego, dalej milcząc. Nie, zdecydowanie nie wiedziałem co zrobiłem, ale wiedziałem że było warto, wcześniej bym. - Oczywiście że nie masz. A wiesz dlaczego ci to dał? Bo uznał, że to będzie kurewsko zabawne. - Wycedził, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że istotnie znał się z osobą, czy bardziej istotą, którą spotkałem wcześniej... Która dała mi te moce.
- Chciałem tego. - Odezwałem się wreszcie, myśląc, że będzie to najbardziej trafna odpowiedź. Mój głos nie brzmiał tak jak wcześniej, ten był bardziej ochrypły i warczący, sprawił tylko że Oliver wzdrygnął się z czymś w rodzaju obrzydzenia, jednak również natychmiast się uspokoił.
- Wątpię w to. - Zaczął cynicznie. - Wątpię w to, bo niczego o tym nie wiesz. Z tego stanu nie ma już powrotu. Twoja rodzina, przyjaciele... To moja wina. - Spuścił głowę, wywołując we mnie falę wściekłości. Podszedłem do niego i złapałem za ramiona, potrząsając nim całym, przez co znowu patrzał mi w oczy. Zauważyłem, że jedno z jego pięknych zielonych, jak zapamiętałem, oczu zakryte było swego rodzaju opatrunkiem i to również mnie zmartwiło.
- Chciałem tego. - Powtórzyłem niemal machinalnie, jednak zdecydowanie pewniej. Prawie przyzwyczajając się już do mojego nowego głosu. Pragnąłem żeby mi wierzył, bo przecież nie kłamałem. Czy zawsze musiał obwiniać się za każdą decyzję, którą popełnili inni? Nie potrzebowałem ochrony. Co więcej, podejrzewałem, że w tej chwili to on potrzebował jej bardziej niż ja.
Złapał mnie za rękę, uśmiechając się tym pełnym zmęczenia uśmiechem, który tak często nawiedzał mnie we snach.
- Twoja obecna siła jest kilkukrotnie większa niż ta, którą posiadałeś. Co troszkę boli. - Natychmiast go puściłem i odskoczyłem jak poparzony. Uświadamiało mnie to jak wiele musiałem się jeszcze nauczyć o swoim nowym ciele. - W porządku, sam nie jestem już taki zwykły. - Westchnął, odwijając opatrunek i wolno opuszczając go na ziemię. Jego lewe oko całkowicie się różniło. Co prawda było jednakowej wielkości, ale otaczały je ciemne, niemal czarne, cienie. Natomiast jego wygląd natychmiast przypomniał mi spotkanie z czerwonowłosym jegomościem. Jego tęczówka była karmazynowa, ciemniejsza zatem od poprzednika, ale źrenica była tak samo wężowa jak i tamta.
- Ty...
- Dostałem to od niego czternastego grudnia dwutysięcznego jedenastego roku. Tyle, że w przeciwieństwie do ciebie, ja go oszukałem i dostałem jedynie około jedną piątą mocy. No i ucierpiała na tym moja rodzina. Nie chciałem, żeby ktoś wiedział... A przede wszystkim ty, bo wpadłbyś na pomysł zrobienia czegoś, co właśnie zrobiłeś i wygląda na to, że jednak nie udało mi się tego uniknąć.
- To nie twoja wina. Mówiłem ci już, że sam tego chciałem. - Oliver pokręcił głową i odsunął się, podnosząc z ziemi coś co okazało się kawałkiem rozbitego, zakrwawionego lustra. Cóż, to trochę wyjaśniało. Podał mi je, a ja, mimo ciemności, za pomocą moich nowych oczu, doskonale mogłem zobaczyć dlaczego Oliver od razu wpadł w furię. Moje teraz złote oczy, świeciły się jak u bestii, jak poprzedni demon, ja również miałem zupełnie czarną twardówkę i zwężone źrenice, a od oczu, w stronę czoła i policzków rozciągały się dziwne, czarne tatuaże. Włosy zamieniły się w niemal płomienną czerwień, a na brodzie i szyi zostały całkiem pokaźne, zaschnięte już prawie ścieki krwi. Teraz zauważyłem dopiero, że moje paznokcie były, wzorem tatuaży, zupełnie czarne i zakrzywione jak u bestii. - Wyglądam... Inaczej. - Teraz ja wzdrygnąłem się na myśl, że wyglądam jak młodszy brat tego, który mnie zamienił. Oliver również musiał to zauważyć.
- Oczywiście, że inaczej. Jeśli użyjesz swoich mocy, to prawdopodobnie wyrosną ci jeszcze rogi. - Spojrzałem na niego w szoku. To wszystko brzmiało jak z jakiegoś dziwnego filmu, ale nie ukrywając, w pewnym sensie mi się podobało. Bo jakiego człowieka marzeniem nie było zdobyć właściwie niewyobrażalną potęgę?
- Nie żartuj.
- Nie żartuje. Może później cię czegoś nauczę. - Zmarszczył brwi, nagle ruszając i ciągnąc mnie za sobą. - Ale teraz się stąd zmywajmy. Będę wkurzał się później. - Wiedziałem o czym mówi. Instynktownie wyczuwałem czyjąś obecność. Czyjąś niesamowicie silną obecność. Czyżby demon jednak nie miał zamiaru zostawiać nas w spokoju?
- Oliver złapał mnie mocniej za przedramię, zmuszając mnie do sporego nachylenia. Bądź co bądź, w przeciwieństwie do mnie, on nie urósł od gimnazjum, co czyniło mnie i moje metr osiemdziesiąt wzrostu naprawdę sporo wyższym. - Cholera, musimy wrócić na początek. - Nie miałem pojęcia o co mu chodzi, ale wiedziałem z jaką precyzją i szybkością potrafił pracować jego mózg, więc po prostu podążyłem za nim, starając się za bardzo nie rozglądać, nie zwracać na siebie uwagi demona, który zdawał się być teraz naprawdę blisko. Wyczuwalność obecność na chwilę wzrosła, by potem opaść i niemal zniknęła, co było bardzo dezorientujące. Na prawdę musiałem ze sobą walczyć, żeby się nie rozejrzeć. Oliver zaśmiał się nagle, jednak śmiech ten emanował zupełną pustką. Tym razem nie odmówiłem sobie tej przyjemności i mimo dezorientujących pokładów mocy, spojrzałem na niego. - Doskonale wiem gdzie poszedł. Chce dopaść mój... Nasz były dom. - Poprawił się szybko, a ja niemal nie rozumiałem. Nie przejmowałem się już, słowa takie jak „dom”, „rodzina” czy „rodzinne miasto” wydawały mi się zupełnie bez znaczenia. - Oczywiście, że nie rozumiesz, zawsze miałeś problemy z zauważaniem. - Przyśpieszył jeszcze kroku, co dla mnie nie sprawiało żadnego problemu i bez trudu za nim nadążałem, jednak tylko wzmagała się moja ciekawość. Od kiedy pamiętam miałem słabość do zagadek, zwłaszcza tych rozwiązywanych przez niego. - To znaczy, że albo będzie chciał je zniszczyć, uwierz, robi wszystko dla swojej głupiej rozrywki, a ani ty w obecnym stanie, ani banda nawet najlepszych ludzi nie ma z nim szans... Albo... - Zamilkł, przygryzając wargę i jeszcze bardziej przyśpieszając.
- Albo? - Pogoniłem go, bo nie mogłem już dłużej walczyć z ciekawością. I chociaż cała sytuacja wydawała mi się surrealistyczna i zupełnie się nie kleiła, za klej robił Oliver i jego rozeznanie z światem, w którym żył od dobrych parunastu lat. Poza tym, sam niekoniecznie miałem ochotę, aby wszyscy dowiedzieli się o istnieniu takich jak ja.
Mocniej wbił we mnie palce i hardo spojrzał przed siebie, wyraźnie nie mając zamiaru przegrać z czerwonowłosym dziwakiem.
- Albo zrobi z nimi to samo co zrobił z tobą.

***
 
Szczerze, nie jestem zbyt zadowolona z tego rozdziału. Wydaje mi się zbyt... Szybki. :x
Z drugiej strony, nie miałam i nie mam pojęcia jak go rozwinąć, więc zostawiam w takiej formie w jakiej jest. Do zobaczenia w finale! ;D