piątek, 30 grudnia 2016

Dwa Światy cz.5-Nic nie znaczący epizod w moim życiu

Wiecie co jest najgorsze w świątecznej przerwie? (Albo w każdej innej?). Fakt, że zasypiając w poniedziałek obudziłam się i już piątek. Jak to się stało? Dlaczego? Jutro sylwester. Więc wszystkim Najlepsze życzenia na nowy rok. Mam nadzieje, że spędzicie go trochę lepiej niż my (;-;) Bo jak chorować to na sylwestra. Ze mną może i nie jest tak źle, za to Anon...kilka dni temu domagała się śmierci xDDD
Reasumując. Wszystkim czytającym te notkę Szczęśliwego Nowego Roku! I do zobaczenia w 2017

Miłego Czytania!


*~*~*
-Violetta, wyłącz to-Warknęła Loretta.
Przesunęłam palcem wzdłuż ekranu, aby uciszyć melodyjkę, która od teraz miała mnie katować codziennie rano pięć dni w tygodniu. Nie przywykłam jeszcze do tego, że pokój wielkości, tego, który jest w moim domu zostałam zmuszona dzielić na pół. Nie żebym była jakoś bardzo wybredna, jednak brak miejsca na swobodne przemieszczanie się-nie wiem czy można się do tego przyzwyczaić. W miarę cicho zabrałam swoje rzeczy i zamknęłam się w łazience. Pierwszy dzień zajęć-jakoś szczególnie się tym nie cieszyłam. Myślami wciąż tkwiłam z wydarzeniami ostatnich dni. Byłam pewna, że nic nie będzie w stanie zaskoczyć mnie bardziej niż sam przyjazd tutaj.
Założyłam na siebie zwykły podkoszulek, jeansy i bluzę. Na stopy trampki i byłam gotowa. Pakowałam swój plecak, kiedy w ostatniej chwili zadzwonił telefon. Założyłam go, wyszłam z pokoju odbierając telefon.
-Tak?- Zapytałam.
W telefonie trwała chwila ciszy, a ja szłam przed siebie machając ludziom, których zdążyłam poznać przez te kilka dni.
-Możemy się spotkać?-W końcu się odezwał.
Ochrypnięty głos, który wywoła u mnie ciarki. Byłam lekko zaskoczona, że dzwonił z innego numeru. Jednak to zmartwienie zeszło na inne tory, kiedy uświadomiłam sobie, dlaczego tak naprawdę starałam się go unikać.
-Francis-Wyszeptałam- Dlaczego dzwonisz z innego numeru?-Palnęłam kompletnie bez namysłu.
Doskonale znałam odpowiedź. Kiedy tylko na ekranie ukazywało mi się jego imię momentalnie odrzucałam połączenie, a telefon chowałam w poduszki.
-Nie odebrałabyś. To jak?
Przygryzłam policzki szukając jakiegoś sensownego wytłumaczenia. Nie mogłam go jednak ignorować cały czas. Tym bardziej, że część moich rzeczy to właśnie w jego mieszkaniu zajmowała miejsce.
-To nie jest dobry pomysł- Wyjąkałam- Wiesz, zaczęły mi się zajęcia, mam dzisiaj zajęty cały dzień- Podkreślając słowo”cały”zaśmiałam się nerwowo.
-W takim razie może jutro?
-Nie!-krzyknęłam- Jutro też nie mogę, i po jutrze i za tydzień. Nie mam czasu.
Szybko rozłączyłam się i wyszłam z budynku, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Głęboki oddech nie pomógł na pogodzenie się z głupotą. Zacisnęłam palce na komórce. Nie byłam w stanie powiedzieć nic bardziej idiotycznego. Z resztą, dlaczego znów się oszukuję. Nie będę mogła go unikać w nieskończoność. To był tylko seks, dlaczego to tak bardzo mnie dotknęło? Spojrzałam na zegarek i z grymasem szybko odpięłam rower i założyłam słuchawki na uszy. Początkowo pomysł z rowerem, jako dodatkiem do pokoju na czas studencki wydawał mi się głupi, jednak patrząc na to z perspektywy studentki jest to bardzo wygodny i zdecydowanie szybszy środek transportu, niż komunikacja miejska. Wsłuchałam się w rytm muzyki i najszybciej jak tylko mogłam pedałowałam przed siebie. Czułam jak po pewnym czasie moje mięśnie zaczynały mnie palić, ale nie mogłam zwolnić. Nie chciałam się spóźnić. Nie pierwszego dnia. Do auli weszłam jako ostatnia, ale zdążyłam nim pani McDonowell zaczęła swój wykład. Zauważyłam, że nie toleruje minimalnych spóźnień, ponieważ gdy przekroczyłam próg sali spojrzała na mnie morderczo i odprowadziła do ławki wzrokiem powodując, że spięłam się lekko i zaczęłam myśleć o tym, aby nie potknąć się o własne nogi. Usiadłam na końcu i rozpakowałam notatnik. Kobieta miała donośny głos, który odbijał się echem o moje uszy. Nie było opcji, aby przysnąć na wykładzie, chodź sama bałam się pomyśleć, jak zareagowałaby na takie zachowanie, skoro lekką niepunktualność traktowała jak zlekceważenie jej obecności. Byłam pewna, że za bardzo to my się nie polubimy
-Witam państwa, na pierwszych zajęciach. Mam nadzieję, ze następnym razem będziecie bardziej szanować mój cenny czas i nikomu więcej nie przydarzy się taka wpadka, jak pani-Przerwała
Spojrzała na mnie wyczekująco. Opuściłam głowę w dół i w dłoniach ściskałam długopis by się uspokoić. Co jak co ,ale nie musiała aż tak bardzo czepiać się minimalnego spóźnienia.
-Castillo- Powiedziałam dość głośno unosząc głowę.
Brunetka usiadła na biurku zsuwając nieco swoje okulary. Jej wzrok był zimny i paraliżował niczym oczy bazyliszka. Była zołzą i już współczułam każdemu kto wszedł jej w drogę. Nie byłam sobie w stanie wyobrazić szczególnie owocnie naszej współpracy. Całe szczęście, że wykład z tą jędza miałam tylko raz w tygodniu.
Przyznać muszę, że tak jak okropną osobą byłą, tak samo okropnie prowadziła zajęcia. W połowie kompletnie się wyłączyłam, a mój długopis samowolnie rysował nic nie znaczące bazgroły na marginesie. Jej donośny skrzek od czasu do czasu powodował, że odruchowo patrzałam na nią, lecz po chwili i tak wracałam do poprzednich czynności. Jeśli tak miały wyglądać moje cotygodniowe lekcje z nią, z których i tak nic nie wyniosę, to lepiej byłoby spokojnie się wyspać.
Kiedy kobieta ogłosiła koniec zajęć była prze szczęśliwa. Liczyłam na to, że następne lekcje będą chodź trochę bardziej ciekawsze. Z uśmiechem na twarzy zbiegłam ze schodów. Chciałam opuścić to pomieszczenie, jednak głos, który zdążyłam już znienawidzić zatrzymał mnie.
-Pani Castillo, proszę zostać- Była stanowcza.
Odwróciłam się do niej i posłałam jej najbardziej sztuczny i wymuszony uśmiech na jaki tylko było mnie stać.
-Tak?-Zapytałam
-Mam nadzieję, że takie spóźnienie nie przytrafi się pani już nigdy więcej- Pouczyła mnie
-Wcale się nie spóźniłam- Kiedy to usłyszała wlepiła we mnie wzrok, mówiący”Masz trzy sekundy aby poprawić to co powiedziałaś, inaczej przejdę do egzekucji”- Znaczy, to się już nie powtórzy pani McDonowell- Szybko poprawiłam swój „błąd”.
-Profesor- Poprawiłą mnie po raz kolejny.
-Tak, pani profesor. Mogę już iść?-Zapytałam.
Pragnęłam opuścić to pomieszczenie jak tylko szybko się da, bo miałam ochotę powiedzieć jej co o niej myślę i to już przy naszym pierwszym spotkaniu.
-Tak, tak
Jej ton zmienił się radykalnie, kiedy to otrzymała wiadomość. Od razu zaczęła szczerzyć się jak zakochana nastolatka, a ja zastanawiałam się kto by ją tknął. Może i była ładną, szczupłą i długonogą kobietą, za to jej charakter- gdybym była facetem nie tknęłabym jej nawet szczotka do kibla, ale co ja tam wiem. Gust facetów nie jednokrotnie mnie zaskoczył.
Chwyciła torbę przez którą przewiesiła marynarkę i uśmiechając się do mnie szeroko powiedziała:
-Przekaż następnej grupie, że zajęcia odwołane- I pośpiesznym krokiem, prawie potykając się w obcasach wyszła z auli. Chwile stałam w szoku, jak to gruntownie zmienił się jej nastrój. Pchnęłam ciężkie drzwi sali i wyszłam na korytarz. Z racji tego, że zbytnio nie znałam nikogo, kto miałby mieć z nią zajęcia z plecaka wyjęłam notes. Wyrwałam z niego kartkę i długopisem poprawiając kilka razy napisałam „Zajęcia z jędzą odwołane, życzę miłego dnia” Odlepiłam taśmę z jakiegoś zapewne mało ważnego plakatu i przytwierdziłam kartkę do drewnianych drzwi. Nie bałam się o konsekwencje. Byłam pewna, ze w tej szkole nie może być kogoś kto ją lubi. Odchodząc słyszałam cichy chichot osób, zapewne z kolejnej grupy. Byłam z siebie troszkę dumna. Czułam, że postąpiłam odpowiednio co to jej charakteru. Przechodząc przez korytarz w oknie widziałam jak profesor McDonowell trwała w pocałunkach z jakimś mężczyzną. Nie zdziwiłam się ani trochę. Zaśmiałam się pod nosem. Gdyby tylko dyrekcja wiedziała, z jakich błahych powodów nasza pani profesor urywa zajęcia-pomyślałam.
Przed kolejnym wykładem miałam godzinę wolnego. Otworzyłam drzwi i wyszłam na zewnątrz. Nie jadłam śniadania, w dodatku chęć napicia się ciepłej kawy zmusiła mnie, aby odwiedzić kawiarenkę pani Roberts.
-Francis?-Zawołałam
Mężczyzna ubrany w ciemną bluzę opierał się o mój rower. Palił papierosa. Kiedy odwrócił się w moją stronę posłał mi przyjazny uśmiech,
-Vils
-Co ty tu robisz?-Zapytałam lekko spanikowana.
Ostatnie wydarzenia pomieszały mi w głowie, ale i zapewne jemu też. Chciałam oddalić się od tego wszystkiego. Kiedy jednak pojawił się przed uczelnią poczułam lekką ulgę, ale za razem stres.
-Musimy porozmawiać
Po raz ostatni zaciągnął się papierosem i rzucił go przed siebie, nie bardzo zwracając uwagę w jakim kierunku.
-Palisz?
Łudzenie się z faktem, że tak nieistotnym pytaniem spowoduje, że zapomni po co tu przyszedł było głupie, jednak w pierwszej chwili miałam takie nadzieje.
-Chyba ci to nie przeszkadza?
Miał racje, jakoś szczególnie nie zwracałam na to uwagi, lecz nie mogłam ukryć swojego zdziwienia. Pomieszkiwałam u niego i nigdy nie wyczułam zapachu papierosów, a jego ciuch wiecznie pachniały męskimi perfumami, które nie były skażone duszącym zapachem tytoniu,
-Nie- Uśmiechnęłam się krzepko.
-To jak? Znajdziesz dla mnie czas?
-Miałam iść właśnie na śniadanie- Jąkałam się.
-Świetnie! Pójdę z tobą
Uśmiechnęłam się blado, a palce zacisnęłam na ramionach plecaka. Tak strasznie nie chciałam wraca do tamtej sytuacji. Osobiście puściłabym to w niepamięć. Ja, on nie. Jednak to był tylko seks. Żadnych uczuć nic. Przynajmniej z mojej strony. . Wiedziałam, ze Francis ma co do mnie pewne oczekiwania, którymi nigdy nie sprostam. To takie typowe, ale ja naprawdę mam dość facetów.
-Skoro chcesz. Tu niedaleko jest taka przytulna kawiarnia.- Wskazałam ręką w stronę , w którą mieliśmy się udać. Idąc nie odzywałam się, tylko co jakiś czas zerkałam w stronę mojego towarzysza, który wydawał się być spięty.
W małej kawiarence jak zwykle panował ruch i przyjemny zapach świeżo pieczonych mufifnek. Drzwi, które otworzyłam wydały charakterystyczny dźwięk, kiedy mały dzwoneczek nad nimi odbił się od ściany. Wzrok pani Alison od razu skierował się w moja stronę. Uśmiechnęła się do mnie, a zaraz potem spojrzała zdziwionym wzrokiem na Francisa. Zaśmiałam się pod nosem i przywitałam z uroczą kobietą. Podeszła do nas
-Co podać, kochanie?-Zapytała i chwyciła mnie za ramiona.
-Poprosimy naleśniki, z dużą ilością czekolady oraz kawę- Rozmarzyłam się.
Francis prychnął na co ja dźgnęłam go w brzuch. Alison odebrała od nas zamówienie, a my zajęliśmy miejsce przy końcu sali, tuż przy oknie.
-To o czym chciałeś rozmawiać?-Zapytałam, chodź było to oczywiste,
-Vils, my wtedy...
-Dobra-Przerwałam- Wiem o czym chcesz rozmawiać, ale musisz wiedzieć, że-Urwałam.
Wzrok mimowolnie skierowałam w stronę ruchliwej ulicy. Chcąc zebrać myśli wpatrywałam się w najmniejsze punkty, jakie udawało mi się znaleźć. Chciałam brzmieć dosłownie, ale tak by nie urazić go w żadne sposób. Cholera, to takie trudne-lamentowałam w głowie.
-Jeśli chcesz mi powiedzieć, że to nic nie znaczyło to spoko. Rozumiem- Skrzywił się lekko, chodź starał się ani drgnąć.
-To był świetny wieczór, ale to tylko seks. Żadnych uczuć- Poczułam jak ciało moje lekko spina się czekając na jego reakcję, . Chłopak tylko zaakceptował mój stosunek do tej sytuacji, ale nie wspomniał, że dla niego też była to nic nie znacząca przygoda. Nie zrobił tego, bo prawda była zupełnie inna. Wzrok skierowałam na stolik, aby uniknąć jego przeszywającego spojrzenia. Bałam się zobaczyć w nich ból, lub rozczarowanie Tchórz-pomyślałam przelotnie.
Blondyn złapał mnie za rękę, która swobodnie spoczywała na stoliku, a druga ręką uniósł mi podbródek.
-Wszystko okej, rozumiem- Uśmiechnął się, ale mimo to wiedziałam, ze nie takiej odpowiedzi się spodziewał.-A jak na uczelni?-Wypalił nagle, co nieco poprawiło mi humor
-Cóż, nie powiem ci zbyt wiele, ale wiem, ze już będę mieć na pieńku z jedną z wykładowczyń- Uśmiechnęłam się zadziornie popijając kawę, która przyniosła nam Miranda-nowa pomocnica pani Roberts.
-Ładnie, pierwszy dzień i już kłopoty- Zaśmiał się.
-Spóźniłam się minimalnie dwie minuty, a ona się przyczepiła. Nawet kazała mi zostać po lekcji, ale jakaś wiadomość pokrzyżowała jej plany. Niby mnie upomniała, ale mam wrażenie, ze gdyby nie ten mały incydent nie skończył by się na małej rozmowie. Nie wyglądała na kobietę, która tak łatwo odpuszcza.
-To znaczy?
-Z surowej jędzy w ułamku sekundy zmieniła się w przemiłą osobę. Oznajmiła mi, że następna grupa ma odwołane zajęcia, a gdy przechadzałam się korytarzem widziałam jak była przyssana do ust jakiegoś mężczyzny w garniaku. Chyba powinnam go znaleźć i mu podziękować, nie uważasz? W końcu uchronił mnie przed opieprzem od pani McDonowell- Zaakcentowałam jej nazwisko w komiczny sposób, co wprawił Francisa w śmiech.
-A ładna była?-Zapytał,
Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem.
-Kijem bym jej nie dotknęła- Warknęłam
-Nie dąsaj się, skoro nie dałaś mi szansy muszę się jakoś pocieszyć- Poruszył zabawnie brwiami.
Pokręciłam głowa w niedowierzaniu, jak bardzo niewyżyty był.
Nie rozmawialiśmy już na żadne ważne tematy. Francis wydawał się być szczęśliwy, chodź tak naprawdę wiedziałam, że jest inaczej. Serce mówiło mi, że takim zachowaniem go zraniłam, ale nie mogłam kłamać.
-Pyszne te naleśniki-Zachwalał.
Kuchnia pani Roberts słynie z przepysznych naleśników, co zapewniło starszej kobiecinie ruch od rana aż do wieczora.
-Tak, są przepyszne- Spojrzałam na zegarek- Muszę uciekać
-W takim razie ja tez się zwijam- Włożył pieniądze do książeczki, a kiedy chciałam zapłacić za siebie ten zatrzymał moja rękę.
- Zgodziłaś się zjeść w moim upierdliwym towarzystwie. Ja zapłacę.
Wstałam od stołu i śmiejąc się lekko podeszłam do niego i poczochrałam go po jego blond włosach.
-Wcale nie jesteś aż taki upierdliwy.
Wyszliśmy z kawiarni, a słońce oślepiło mnie na chwilę. Niby jesień, a tu wciąż było ciepło jak w środku wakacji.
-To ja będę już szła. Pa- pożegnałam się.
Chciałam już odejść, ale chłopak zatrzymał mnie.
-Tak bez całusa?-Zrobił smutna minę. Wywróciłam oczami i chciałam ucałować jego policzek.- Nie o tym mówiłem- Szepnął i pocałował mnie w usta. Nie było to nic nadzwyczajnego, przez co nogi zaczęły mi się uginać. Całował, dobrze, ale na pewno nie wiązały się z tym żadne uczucia. Oderwałam się od niego i spojrzałam mu w oczy.
-Francis, mówiłam ci...
-Shh- Uciszył mnie palcem i schylił się tuż nad moim uchem- Friends with benefits- Czułam, że na jego ustach pojawił się szyderczy uśmiech, który współgrał z jego chrypką. Blondyn cmoknął mnie po raz ostatni w policzek i udał się w swoją stronę. Chwilę jeszcze przyglądałam się jak odchodzi. Prychnęłam z niedowierzaniem.
A może by tak?-Pomyślałam i uśmiechnęłam się sama do siebie.

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt! I Nowego Roku!

Po prostu wesołych świąt moi drodzy!
Niestety, na razie nie mamy dla was żadnego prezentu, a ja jak zwykle spóźniam się z terminami. Mała wymówka, choruję. Serio, zachorowałam w pierwszy dzień wolnego. Jak mieć pecha. XD
Mam jakieś tam małe pomysły na prezenciki, a rozdziały już się piszą, ale jak zwykle nic nie obiecuje także... Także to była mała informacja ode mnie!
A od nas obu - Alex i Anonimka - Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! <3

środa, 21 grudnia 2016

Tydzień, który zamienił moje życie cz.4- Następny poziom

Przepraszaaam...;-;
W tamtym tygodniu miały pojawić się 2 opka, ale było 1
Poprawię się i w ten weekend postaram się napisać jeszcze jedno
Parę minut przed północą...ZDĄŻYŁAM XD
Miłego czytania :)



Wszystkie dni mijały monotonnie. Oboje wpadli w pewną rutynę, która była nie do uniknięcia, przy ich kontaktach. Praca, dom i tak ciągle. Mimo tego, że nie obywało się bez zaczepek ze strony Obito, Kakashi starał się unikać zbędnych rozmów. Ograniczył to wszystko do minimum. Obito bardzo lubił łamać wszelkie granice przestrzeni osobistej szarowłosego. Ciągle stawał zbyt blisko, albo pozwala sobie na dość intymny dotyk, który irytował Hatake. Jednak piątego dnia ich pomieszkiwania coś się zmieniło. Oboje wrócili z pracy i starali się, zająć sami sprawami, przynajmniej to w planach miał Kakashi. Poluźnił krawat i wszedł do sypialni, aby białą koszulę zmienić na wygodny podkoszulek. Zarzucił szary t-shirt na plecy i zgarniając po drodze lekturę z półki skierował się na kanapę.Wręcz domagał się chwili relaksu, tak jak lubił to robić najczęściej. W ciszy pobudzić swoją wyobraźnie nad ukochana książką. O stuprocentowym odpoczynku, jednak nie było mowy. Co chwila słyszał jakieś szamotania w kuchni, które działały mu na nerwy. Nie był pewien czy brunet robił to specjalnie, ponieważ miał dziwne wrażenie, że w ogóle nie zauważył jego obecności. Nie ważne jakie były realia to w głowie modlił się, aby dzień jego samotności powrócił.
Kakashi nie mógł jednak powiedzieć, że nie przepada za Uchihą. Gdyby ktoś zapytał go o to z pewnością odpowiedź nie była by zaskakująca, bo Hatake lubił go, ale tylko wtedy gdy spał. Nic nie mówił, nie krzątał się bez powodu, a przede wszystkim nie naruszał jego przestrzeni, co zdarzało mu się ostatnio bardzo często.
Wszelkie odgłosy ucichły, a szarowłosy odetchnął z ulgą. W końcu mógł skupić swoją uwagę wyłącznie na przyjemnych rzeczach.
Siedział na kanapie zaczytany w swoją książkę. Czuł jednak przenikliwe spojrzenie swojego współlokatora, które błądziło po jego sylwetce. Mimo dość dziwnego uczucia Hatake nie odezwał się, tylko uniósł wzrok znad kartek papieru i skierował go na mężczyznę naprzeciwko. Siedział pewnie trzymając kciuk na ustach dotykając go końcem języka.
Milion myśli, które tkwiły w jego głowie dotyczyły w tym momencie tylko i wyłącznie szarowłosego. Od dłuższego czasu Kakashi nie był dla niego tylko konkurentem. Kręciła go ta możliwość zawładnięcia jego ciałem poprzez jeden bardziej intymny dotyk.
-Nie masz nic innego do roboty?-Zapytał.
Kakashi siedział spokojnie ignorując (a przynajmniej starając się to robić) fakt, że Obito ciągle wlepiał w niego swój wzrok wypalając go miejscami.
Cóż można rzec. Uchiha już dawno przed samym sobą przyznał się, że jego potencjalny rywal stał się czymś więcej niż przeszkodą. Wystarczyło na niego spojrzeć, a nie jedna z kobiet pragnęła by popaść w jego ramionach. Delikatna uroda, która idealnie współgrała z jego szarą czupryną, której Obito nie raz pragnął sprawdzić jak bardzo miękka musi być w dotyku. Oczy, które wręcz hipnotyzowały, a niekiedy wywoływały dziwne dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa bruneta. Sylwetka? Dobrze zbudowana...Wystarczająco, aby móc zawiesić na niej oko. Nic dodać nic ująć. Prawie chodzący ideał. Ale nie samym wyglądem człowiek punktuje. Miał również charakter i to dość interesujący. Fascynujący dla Obito. Może i pracując razem nie mieli okazji bliżej się zaznajomić., lecz ambicja bruneta pozwoliła mu poznać go na tyle, aby z łatwością mógł stwierdzić, że osoba siedząca za biurkiem w gabinecie numer trzydzieści pięć na drugim piętrze wcale nie jest nudna, tak jak wszyscy ją kreują. Hatake mimo że był punktualny i nie zawodny w swoim fachu z pewnością nie należał do osób nudnych. Pozory często myliły ludzi, co do stwierdzenia jaki jest. Nie był osobą która opowiadała dużo o sobie. Zazwyczaj na śniadaniach, to on słuchał, kiedy pracownicy opowiadali o tym jak spędzili wieczór. Między innymi i to było jednym z powodów, aby bardziej zainteresować się cichym grafikiem.
-Nie-Sapnął leniwie.
Kakashi pokręcił tylko głową. Nie bardzo rozumiał co ciekawego może być w półgodzinnym patrzeniu się na jego osobę. Odłożył książkę na bok i pod wpływem cichego burczenia w żołądku wstał z kanapy i udał się do kuchni. Nie była to długa droga. Kilka kroków, aby ominąć sofę i znaleźć się przy lodówce. Otworzył ją i westchnął ciężko. W środku oprócz światła i butelki z piwem nie było nic. Liczył, że znajdzie tam resztę swojego obiadu, ale jak mógł zauważyć i to było gdzieś indziej i nawet wiedział gdzie. Odwrócił się opierając o blat. Dłonie wsunął niedbale do kieszeni spodni i spojrzał przed siebie.
-Zjadłeś mój obiad- Nie zapytał, a wręcz skwitował.
Na bruneta twarz wkradł się cień uśmiechu, który w tym wypadku był dość ironiczny.
-Byłem głodny- Wzruszył ramionami.
-Rozumiem
Zgarnął butelkę wody, która samotnie stała w rogu blatu i pociągnął z niej sporego łyka zwilżając przy tym usta. Oblizał je powoli zdając sobie sprawę, że wzrok bruneta skupiony w tym momencie był tylko na jego wargach. Sam jakoś nie panując nad tym spojrzał przelotnie w jego oczy, po czym zerwał się gwałtownie do sypialni. Założył na siebie zwykła rozpinaną bluzę i wrócił do salonu.
-Trzeba zrobić zakupy
Kakashi założył buty i z wyczekiwaniem patrzał na bruneta.
-Co?-Zapytał zdezorientowany
-Jak to co? Idziesz ze mną.
Obito nie miał zamiaru ukrywać swojego zdziwienia. Uniósł jedną brew i podniósł się z kanapy,
-Po co?
-Żerujesz na mojej lodówce. Będziesz to wszystko za mnie targać. Ruszaj się-Poganiał go.
Nie miał zbytniego wyjścia. Kakashi był osoba dość stanowczą. Brunet niechętnie przerzucił sobie bluzę przez ramię i założył buty. Zbliżało się ciepłe lato w Japonii, dlatego cienka bluza w tym wypadku w zupełności wystarczyła. Oboje wyszli z mieszkania i udali się na zewnątrz. Słońce powoli zaczęło zachodzić, więc światło odbijało się w oknach, a niebo przybrało różowy odcień. Mieli szczęście, że nieopodal mieszkania Hatake był dom handlowy, gdzie znajdowały się przeróżne sklepy.
-Dobra, załatwmy to szybko-Mamrotał sam do siebie szarowłosy.
Chwycił pierwszy lepszy wózek na zakupy i zbytnio nie zwracając uwagi na towarzysza skierował się do interesującego go działu. Wrzucił najpotrzebniejsze rzeczy. Coś do kanapek, na obiad i coś do picia. Uwinął się z tym w kilka minut. Zupełnie odwrotnie niż Obito. Błądził między regałami co chwila łapiąc w dłonie coś co miało chodź trochę bardziej ciekawsze opakowanie od innych produktów. Hatake za bardzo nie znał go, ale po jego zachowaniu mógł stwierdzić, że robienie zakupów nie męczy go tak, jak jego. Zdanie na ten temat miał jedno, że takie czynności jak zakupy marnują jego czas, lecz niestety są konieczne.
Zniecierpliwiony ciągłym brakiem zdecydowania swojego lokatora pchnął wózek, aby stanąć obok.
Odchrząknął, aby zwrócić na siebie uwagę.
-Jest jakaś istotna różnica między ryżem krótkoziarnistym, a długo?-Zapytał
Wzrok nadal wlepiał w opakowania studiując uważnie każde słowo z tyłu pudełka i porównując je do siebie,.
-Sądzę, że żadna- Palnął od niechcenia.
Wyciągnął mu z ręki jedno opakowanie i wrzucił do jego koszyka. Brunet spojrzał na niego krzywo.
-To tylko ryż-Sapnął leniwie
Pchnął przepełniony zakupami koszyk nogą zmuszając tym samym, aby Uchiha ruszył się z miejsca. Skierował się do kasy, w której o dziwo nie było dużo ludzi. Wypakował zakupy i oddzielił je, aby przypadkiem Obito nie wcisnął mu czegoś jeszcze.
-Płacisz sam-Zaprotestował
Obito uśmiechnął się chytrze i pokręcił głową. Kiedy wizyta w markecie dobiegła końca Kakashi dziękował, że już jest wolny. Zdał sobie sprawę, że nie ważne jak bardzo będzie chciał aby ktoś potargał za niego zakupy z pewnością nie może być to Obito.
Po drodze obładowani siatkami wracali przez pasaż, gdzie mieściło się kilka sklepów o przeróżnej tematyce. Od sklepu spożywczego, po restaurację i sklep z bielizną, przy której wystawie Obito się zatrzymał.
-Kakashi- Zawołał.
Mężczyzna znacznie go wyprzedził, więc słysząc swoje imię zatrzymał się i odwrócił w stronę dźwięku. Spojrzał na Obito, który szczerzył się do wystawy i tylko uniósł jedną brew,
-Te idealnie by do ciebie pasowały- Zaśmiał się.
Głową wskazał na róg wystawy, w którym stał manekin ubrany w strój przypominający kelnera (przynajmniej próbował). Hatake westchnął cicho i podszedł do Obito. Pociągnął go za rękaw bluzy i skierował w stronę domu.
-Dzieciak
-Ale serio, pasowały by ci te mankieciki, no i ta mucha. Obiecuję, dostaniesz ode mnie taki- Brunet z trudem opanowywał swój śmiech.
Kakashi to ignorował. Skupił się bardziej na mrowieniu w palcach, które powstało na skutek ciężkiej torby, która nadal tkwiła w jego dłoni.
Kiedy weszli do mieszkania z ulga postawił zakupy na ziemi i rozmasował zaczerwienione palce. Był pewien, że gdyby jednak sam wybrał się na zaopatrzenie lodówki, to po pierwsze -zajęłoby mu to zdecydowanie mniej czasu, a po drugie- liczba produktów ograniczyłaby się do tego niezbędnego minimum, co zaoszczędziło by jego dłonie.
-Nigdy nie pójdę już z tobą na zakupy-Marudził.
Powoli zaczął wyciągać rzeczy z siatki i układać je na blacie. Obito przyglądał się każdemu gestowi, który wykonywał w tym momencie i jak powoli i zmysłowo zachowuje się nawet przy tak banalnej czynności. Nie był pewien, czy Hatake robi to specjalnie, czy kompletnie nie jest świadomy tego, jak bardzo uroczy jest, ale z pewnością był miłym umilaczem czasu (jeśli nie marudził)
-Planujesz mnie w nocy zadźgać, czy jak?-Zapytał.
Z siatki wyciągnął nożyczki, które ewidentnie były zakupem Uchihy.
-Ładne były
Szarowłosy westchnął tylko i kończąc wyciągając wszystko wyrzucił reklamówkę i schował wszystko do lodówki. Zostawił na blacie jedynie kilka warzyw i sos. Wstawił wodę na makaron, kiedy w tym samym czasie Obito nie zrobił nic bardziej produktywnego od ciągłego przyglądania się jego ruchom.
-Napijesz się?
Skierował butelkę piwa w kierunku Hatakę, który mieszał w garnku. Ten spojrzał na niego z lekkim grymasem i przeanalizował, czy będzie coś złego w tym, ze wypije jedno piwo zen swoim lokatorem. Ostatecznie zgodził się, i upił łyk z otwartej butelki, którą wręczył mu brunet. Nie rozmawiali ze sobą do czasu kolacji. Kakashi nałożył jedzenie na talerze i podał go brunetowi, który ucieszył się z tego gestu.
-Smaczne- Powiedział zajadając się makaronem.
Hatake nic nie odpowiedział. Nie był nawet pewien co powinien odpowiedzieć, bo ich relacja była jednak dość krępująca. Niby nie przepadali za sobą, a jednak potrafili ze sobą zamieszkać, bez zbędnych scesji.
Uchiha wyniósł talerze do kuchni ustawiając je w zlewie.
-Ty zmywasz- krzyknął z kanapy
-Skoro muszę- Westchnął- Ale później
Chwycił kolejne butelki z piwem i usiadł na sofie obok Kakashiego.
-Pójdę po otwieracz
-Siedź- Zaprotestował,
Skierował butelkę do ust i zahaczył kapslem o dolne zęby powodując przy tym nie zbyt przyjemny widok, ale po chwili butelka wydała charakterystyczny trzask, a kapsel wylądował rzucony niedbale na stół.
-To zbyt proste-Zaczął.
Ułożył nogi na stole i wygodnie usadowił się blisko szarowłosego.
-Do czego zmierzasz?-Zapytał
-Zbyt łatwo idzie ci mieszkanie ze mną.
Kakashi prychnął i napił się piwa.
-Mylisz się-Zaśmiał się, chodź był to raczej wymuszony gest.
-Tak czy inaczej, chce ci utrudnić to zadanie-Uśmiechnął się złośliwie.
Hatake przyglądał mu się z zaciekawienie, ale jednak poczuł lekki niepokój. Sam fakt, że wpuścił do domu prawie obcego faceta i obiecał mu lokum na tydzień wydawał się trudnym zadaniem. Nie chciał nawet myśleć, jak bardzo mógłby to jeszcze utrudnić.
-Chyba nie rozumiem.
Obito zrzucił nogi ze stołu. Po mieszkaniu rozszedł się głośny dźwięk, a brunet odwrócił się w stronę Kakashiego.
-Jutro są urodziny Rin?-Zapytał
-I co z tego?
-Jak to co? Będziemy tam udawać parę- Powiedział bez zbędnych emocji, jakby kompletnie nie wzruszony.
Kakashi zaczął krztusić się napojem, a następnie spojrzał na niego ze zdziwieniem. Prawie przestraszył się tej propozycji. Nie miał zbyt dużo wiedzy na temat tego jak to miałoby wyglądać. Jak bardzo udawana miałaby być ta relacja. W sumie to nie chciał pytać. Od razu chciał zaprzeczyć, Ale Obito go wyprzedził.
-Zadanie może i dość trudne, ale i nagroda niczego sobie
-Do rzeczy
Nie za bardzo wiedział, dlaczego dalej drążył temat. Już samo pomieszkiwanie z nim naruszyło jego moralne zasady, a to byłby już gwałt na nich.
-Dwadzieścia cztery godziny jako mój partner, a w zamian ja odpuszczę- Uśmiechnął się szyderczo.
Hatake spojrzał w martwy punk przed sobą i uważnie analizował jego propozycję. Nie mógł jednak uwierzyć, że nie istnieje w tym żaden haczyk.
-A jeśli nie wytrzymam?- Nie spojrzał na niego.
-Zapragnę w zamian tajnego przepisu na sukces
Napił się trunku podczas gdy na usta Kakashiego wkradł się uśmiech. Chciał zdecydować się na ten zakład z ludzkiej ciekawości, jak bardzo zawzięty jest aby zdobyć informacje. Liczył się z tym, ze Obito nie będzie zbyt subtelny, chodź by tylko dlatego, aby doprowadzić o do porażki, lecz z drugiej strony, czy porażka oznaczała by jakąkolwiek stratę? Nie.
-Podejmuje się tego
Stał się dziwnie pewny siebie. Obito zaśmiał się.
-Nie spodziewałem się, że to zrobisz.
-Widocznie dużo o mnie nie wiesz- Posłał mu ironiczny uśmiech
Odstawił pusta butelkę na blat.
-W takim razie-spojrzał na zegarek i odczekał w ciszy kilka sekund- Zaczynamy od teraz

Niespodziewanie chwycił podbródek Kakashiego i pocałował go. Hatake zaskoczony tym gestem ścisnął go za ramiona i odepchnął. Na zegarze wybiła dwunasta w nocy...

wtorek, 13 grudnia 2016

Nadzieja Umiera Ostatnia cz.16- Powinność spłacenia długu

Udało się! Po długich męczarniach z początkiem nareszcie to napisałam!
Sory, za te opóźnienia, no ale...;-;
W tym tygodniu postaram się spiąć poślady i napisać jeszcze dwa rozdziały więc odpłacę za krzywdy XD

Miłego czytania

~*~*~*~
Na pierwszy rzut oka, nikt nie byłby w stanie pomyśleć, że w domu Erica Blake'a mogło istnieć coś takiego jak problemy. Idealny dom, żona ,dzieci. Tak przedstawiał siebie i swoją rodzinę. Zawsze uśmiechnięty człowiek. Biurko obstawione wspólnymi zdjęciami i wciąż tkwiąca na palcu obrączka. Od śmierci Clary nie ściągnął jej z palca. A wszyscy jego znajomi strasznie przeżyli jej stratę. Nigdy nie wyszło na jaw co doprowadziło do jej tak nagłego zgonu, nikt nigdy nie dowiedział się, że Erick Blake prócz porad prawnych prowadził zupełnie inne i sprzeczne życie. Wychodząc z kancelarii stawał się zimnym, niczym nie przejmującym się draniem. Pomyślicie, że wszystko zostaje w rodzinie, a jego syn również zmierza w jego ślady? Jego brat może i tak, a Dawid? Robił wszystko aby nie być taki jak on. Uciekał, ale nie mogło trwać to wiecznie. Całe swoje nastoletnie życie spędził ukrywając się przed własnym ojcem, z którym w tamtym okresie nie mógł się równać, a czy teraz może? Nie, ale z wiekiem co raz mnie martwił się o swój los , gdzie cały czas był świadkiem przestępstw swojego ojca. Bo nikt nigdy nie dowiedział się, ze Clara Blake zginęła od postrzału w głowę. Nikt nie wiedział, że to jej mąż trzymał wtedy pistolet, oraz nikt nie pomyślałby, że Dawid jako piętnastoletnie dziecko przytulało do siebie niewładne, niepracujące już ciało swojej rodzicielki.
To może dość oklepane, ale osobą, która miała wgląd na jakiekolwiek zdarzenia z przeszłości Dawida, byłą Nikola. Mimo,że oboje przeżyli zupełnie inaczej swoje dzieciństwo, to ona rozumiała go jak nikt inny. Chłopak, nie był osobą, która zwierzała się ze swoich problemów, ale nie musiał przy niej tego robić. Narobił wiele głupot za nastolatka, z których to właśnie ona pomogła mu się wygrzebać. Z biegiem czasu, chodź tego nie chciał dziewczyna z Londyńskiego przedmieścia stała się kimś ważnym. Wiele czasu zajęło mu aby jej zaufać. Cały czas w internacie żył z myślą, że kiedyś i jej zabraknie. Za dzień, dwa, miesiąc, rok, ale zniknie z jego życia obciążana zbyt dużą ilością wieści na temat jego pogmatwanego życia, może i dlatego nie potrafił z nią rozmawiać, tak jak przyjaciel z przyjaciółką, bo przez dłuższy czas nie mógł jej tak nazwać. I kiedy wszystko zaczęło iść prostą drogą, on przestał obawiać, się jej straty, a ona udowodniła mu, że jest dla niego w grę wtrąciły się uczucia, z którymi Dawid nigdy nie miał styczności. Rozmyślał wiele, kiedy to Nikola przedstawiła mu wszystko jasno. Nie czuł do niej nic więcej, prócz zwykłego poczucia, że jest jej coś dłużny. Już wtedy wyprany był z większości swoich uczuć, lub chciał aby tak było.

Siedząc na kanapie w kompletnej ciszy wszystko poukładało jej się w głowie. Dawid nigdy nie będzie w stanie mnie pokochać, pomyślała, karcąc się za to, że pogodzenie się z tym zajęło jej tyle czasu. Nie mogła jednak płakać. Od początku liczyła się, że to wszystko to jedna wielka fikcja. Związek jej z Dawidem niczym nie różnił się od ich przyjacielskich relacji. Nie zmieniło się kompletnie nic. Nigdy się nie całowali, nie mówiąc już o czymś bardziej namiętnym. Czy jej to przeszkadzało? Czasami, kiedy widziała jak wzrokiem wodzi po innych dziewczynach, a mimo ich „układu” nadal był jej wierny. Chyba. Jednak wszystkie obawy i poczucia braku ich bliskości mijały kiedy chłopak po raz kolejny uśmiechał się i wydawał się szczęśliwy. Ona wtedy też taka była. Starała się dzielić tym uśmiechem wiedząc co przeżył. Nikt prócz Dawida nie był pewien, czy ten uśmiech też nie był fikcją, ale oboje pragnęli dla siebie tego samego. Aby każde z nich było szczęśliwe, albo chodź w ich obecności tak się czuli. I o to jak w prostu sposób, uczucia zmieniły wszystko, a jednocześnie nic. Pojawiły się oczekiwania, którym on nigdy nie sprostał, lecz nie ważne jaki był, i jaki miał humor, ona była i starała się pomóc rozwiązać mu każdy pojawiający się problem. Chciała być jego podporą, która miała go trzymać w razie upadku. rezygnując ze studiów i angażując się bardziej w jego życie. Każda decyzja ma jednak swoje konsekwencje. Wkraczając do życia bruneta wmieszała się w jego problemy tak bardzo, że sama zaczęła być w niebezpieczeństwie.
Odgoniła od siebie nadmiar myśli, od, których głowa zaczęła jej delikatnie pulsować. Podniosła się z kanapy i wspięła na górę po schodach, chcąc skorzystać z łazienki.
Odkręciła zimną wodę i przemyła nią twarz. Sądziła, że to pomoże jej otrzeźwić umysł i powrócić do codziennych zajęć. Nie było to jednak zbyt skuteczne, bo myśli wciąż krążyły, a nagłe spotkanie jej policzków z zimną cieczą wywołało o niej nieprzyjemnie zaczerwienienie tuż pod oczami. Wytarła kapiącą wodę ręcznikiem i niechlujnie przewieszając go przez uchwyt wyszła z pomieszczenia.
-Nikola- Zawołał cicho brunet.
Oparty był o framugę drzwi trwając w tej znanej dla Dawida pozycji. Dziewczyna uniosła wzrok znad swoich butów i spojrzała na Blake'a. Nie odezwała się, tylko patrzyła na niego, jakby szukając jakiejkolwiek wymówki, aby z nim nie rozmawiać. Nie wiedząc, czy ma to zakończyć, czy ciągle trwać w tym dziwnym czymś, czego nigdy nie można było nazwać czystą partnerską relacją. To nawet nie był związek z korzyściami.
-Tak?
Odchrząknęła. Przerwała ciszę i ta niepewność, która zapewne tkwiła w nich obojga.
-Przepraszam
Uniósł rękę i położył ją na karku. Nie odrywając wzroku od szatynki uśmiechnął się do niej blado. Jeden tak subtelny (jak na Dawida) gest rozładował lekko napięcie panujące między nimi. Dziewczyna słuchała go uważnie. Zrobił krok w jej stronę. Byli teraz na wyciągnięcie ręki, jednak nikt nie zbliżył się bardziej. Mimo, że Nikola byłą wyższa od Alicji, to głowę wciąż musiała zadzierać do góry, aby przyjrzeć się jego zielonym tęczówką.
-Wcześniej byłem u ojca. Wyładowałem się niepotrzebnie.
Złapał ją za ramie i potarł je dłonią, co ewidentnie było tylko przyjacielskim gestem. Edwards pokręciła lekko głową, ale uśmiechnęła się do niego.
-Nie, spoko. Rozumiem.
Strąciła dłoń, która delikatnie błądziła w górę i dół, po jej barku zastępując ją swoją lekko dociskając palce do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą czuła przebieg palców bruneta. Spuściła głowę, a drugą rękę oparła na zgięciu łokcia łapiąc tuż pod biustem. W ciągu kilku sekund musiała zdecydować,czego nie mogła zrobić przez ostatnie trzy lata.
-Nikola, co jest?
Palcem wskazującym lekko podniósł jej podbródek do góry, a po chwili zaprzestał jakiemukolwiek dotykowi.
-Dawid- Zaczęła smętnie. W środku toczyła walkę między tym co dobre dla niego, a tym czego tak naprawdę by chciała.-Nie ma sensu tego dalej ciągnąć. Spakuje się i nim Erick się obejrzy już mnie nie będzie.
Odwróciła się w stronę swojego pokoju, ale Dawid zatrzymał ją dość stanowczym głosem.
-Stój
Chwycił ją za rękę, ale nic nie mówił. Analizował to co mogłoby się stać, gdyby pozwolił jej odejść.
-Skończmy to teraz. Wiesz jak to wygląda z twojej strony. Nie rań mnie jeszcze bardziej.
Może i brzmiała pewnie, ale żałowała każdego słowa, które wypowiedziała przed chwilą. Nie chciała odchodzić. Nie pragnęła go zostawiać. Pragnęła zupełnej odwrotności, ale liczyła się z tym, że póki jest blisko Dawid nigdy nie ułoży sobie życia bo cały czas będzie zwracał uwagę (mniej lub bardziej) na jej uczucia.
-Nie wiesz jak to wygląda z mojej strony.
-Czyżby?
-Nikola, mi naprawdę na tobie zależy
-Udowodnij to.
Może stracił rozum w tamtym momencie, bo zrobił coś od czego zrobienia powstrzymywał się przez trzy lata. Zbliżył się do niej łapiąc jej kark i wargami musnął początkowo jej dolną część, a po chwili niepewnego dotyku pocałował ją mocniej. Czy to był odruch, aby ją zatrzymać, czy raczej strach przed jej odejściem. Sam nie był w stanie tego określić. Zrobił coś, co uważał za stosowne? Nie, to zdecydowanie nie było stosowne. Mógł pozwolić jej odejść i zakończyć tę wiązkę kłamstw. Bo ani jej nie kochał, ani nie był jej wierny. Zwykłe poczucie długu, którego nie umiał spłacić w żaden bardziej rozsądny sposób. Wraz z zakończeniem, tego krótkiego pocałunku oboje byli świadkiem jak ktoś zbiega ze schodów, a następnie gwałtownie trzaska drzwiami frontowymi.
Tego jeszcze brakował, pomyślał Dawid i zacisnął szczelnie powieki.

niedziela, 11 grudnia 2016

Wartość Wspomnień. - Rozdział Siódmy. "Dźwięk twojej egzystencji"

Haha, udało mi się! Drugi rozdział w tym tygodniu!
W niedzielę prawie o północy, ale zawsze... XD
Jak widzicie, staram się coś nadgonić, ale mi nie wychodzi. 
Nie miałam kompletnie pomysłu na obecne rozdziały w tym opowiadaniu, ale coś mi wpadło... Mam nadzieję, że się spodoba. 
I jak zwykle, zapraszam do komentowania! <3
***

Gorąco.
Jest tak gorąco...
A on jest sam. Sam w pochłaniającym wszystko gorącu. On też ma niedługo zniknąć.
Dobrze. Wszystko go boli, chciał już to skończyć. Chce zamknąć oczy i odejść.
Przed zamknięciem oczu, przed zakończeniem walki powstrzymuje go tylko jedna rzecz...
Wspomnienie złota zachodzącego słońca odbijającego się od srebra... Od srebrnych kosmyków...
Gorąco jest coraz bliżej...

Obito obudził się nagle, fantomowe gorąco dalej oblewało jego ciało. Piekło, szczypało. Z paniką dotykał parzących miejsc palcami, od nowa odkrywając tylko stare blizny.
Nigdy nie śnił o wypadku, ale zdarzało mu się pamiętać drobne rzeczy, najczęściej uczucia, podobne do kolorów które widział. Bolały, wypalały się w jego pamięci równie dobrze jak blizny w jego ciele.
Nigdy wcześniej nie pamiętał tak wiele, teraz jednak mógł stwierdzić, że do tej pory miał szczęście. Teraz nie chciał o tym pamiętać.
Zerknął na czerwone cyfry zegara leżącego na jego szafce. Druga w nocy. Szczypały go oczy i czuł potrzebę zmycia z siebie potu po minionym koszmarze, mimo to starał się to zignorować i z powrotem się położyć. Przecież podczas dnia miał być zimnym logistykiem, nie mógł sobie pozwolić ma tak głupie słabości.
Ale nie mógł już usnąć.
Nieważne jak mocno zaciskał powieki, jak bardzo starał się odpłynąć, jego oczy otwierały się samoistnie. Jedyne co tym osiągał to powoli doganiająca jego zmysły migrena i dreszcze mieszającego się gorąca i zimna. Zrzucił z siebie kołdrę i przysiadł na brzegu łóżka, chowając twarz w dłoniach, przeczesując mokre od potu włosy.
W takich momentach myślał za dużo.
Czy powinien zrezygnować? Zgłosić się do psychiatry i zwyczajnie wszystko rzucić? Czy w ogóle sobie z tym wszystkim poradzi?
Oczywiście, że tak – mówił sobie. Zawsze wmawiał sobie, że będzie dobrze, nieważne jak źle by nie było. I zawsze było dobrze, zawsze mógł wygrzebać się z najgorszego gówna i iść dalej. Cecha ludzi, byli cholernie odporni.
Czując, że nieco uspokoiło się jego walące serce, wstał i udał się w stronę łazienki. Całe jego mieszkanie wydawało się za puste i za ciemne, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że nic się nie zmieniło.
Zapalanie światła w łazience porządnie poraziło Obito po oczach. Nie przejął się tym, zdejmując z siebie ubrania i wrzucając je do kosza na pranie, wchodząc pod letni strumień puszczonej wcześniej wody pod prysznicem.
To było w jakiś sposób orzeźwiające, chociaż za każdym razem gdy wchodził do kabiny dostawał paranoi. Nie wiązało się to z niczym szczególnym, po prostu zdawał sobie sprawę jak bardzo odkryty wtedy był. Jak łatwo byłoby go zaskoczyć.
Nienawidził tego.
Dlatego mimo tego, że kochał wodę, ograniczał się do krótkiego prysznica i wychodził z niego najszybciej jak mógł. Tak zrobił i tym razem.
Nie dbając o to, że rozlewa wszędzie wodę skapującą z jego ciała, zawisnął nad umywalką kiwając się w przód i w tył. To przez migrenę, na którą zresztą planował już wziąć tabletki.
Wyciągnął je z szafki nad zlewem i od razu połknął dwie, pudełko z powrotem wrzucając do środka i zamykając szafeczkę z całkiem sporym brakiem delikatności.
Teraz widział się w lustrze. Albo raczej, marną parodię siebie.
Człowieka z podkrążonymi oczami, zmarszczonymi brwiami i kwaśną miną, z ciałem pokrytym bliznami, bladą, niezdrowo bladą, twarzą.
Był cieniem siebie. Wcale już nie wyglądał przerażająco. Nikogo by nie przeraził samym drgnięciem mięśnia. Teraz wyglądał najwyżej jak narkoman na odwyku.
Oderwał się od swojego odbicia, domyślając się, że nie zobaczy tam i tak nic choćby najmniej pocieszającego i przeszedł na balkon, nie dbając wcale o swoją nagość, bo w końcu był w swoim mieszkaniu, po drodze łapiąc telefon i paczkę papierosów.
Tak skończył siedząc nago na balkonie, paląc jak smok i przeglądając z nudów swoje kontakty. Jak na gangstera z krwi i kości, miał całkiem głupkowate poczucie humoru, nazywając każdego z osobna wymyśloną przez siebie dziwną ksywką. Czasami gorszą, czasami lepszą. Chociaż przynajmniej mógł pochwalić się kreatywnością, nie to co jego podwładni, którzy nie mogliby chyba być bardziej przewidywalni i powtarzalni.
Wzrokiem przejechał po jedynym kontakcie, który zachował swoją oryginalną nazwę.
Hatake Kakashi.
Sam Obito nie był pewien dlaczego go nie zmienił. Może nie miał pomysłu na lepszą ksywkę... A może po prostu wydawało mu się to pasować najbardziej.
Wypuścił z ust szary dym, gasząc kiepa o ramę balkonu, dalej nie odrywając oczu od kontaktu.
Wydawał mu się dziwnie znajomy.
Strach na wróble, oczywiście, ale nie chodziło tylko o to... Jego imię, Strach właśnie, wydawało mu się bardziej bliskie niż nazwisko, jednak... Nie powinno się w ogóle takie wydawać. Był pewien, że nie znał nigdy nikogo z podobnym imieniem...
Przynajmniej nie przed wypadkiem.
Ale było to raczej niemożliwe. Ponoć nie miał przyjaciół poza jego wcześniejszą organizacją... Chociaż „jego” to za dużo powiedziane, bo prowadził ją jego „świętej” pamięci ojciec wraz z nikłą pomocą również świętej pamięci matki.
Nacisnął zieloną słuchawkę, przykładając telefon do ucha, odpalając kolejnego papierosa, czując się co najmniej głupio.
Nie spodziewał się, że odbierze, nie wiedział nawet dlaczego to zrobił...
Ale odebrał.
- Nie spodziewałem się telefonu o... Drugiej czterdzieści. Nie od pana. - Usłyszał w słuchawce o dziwo wcale nie zaspany głos. Obito uśmiechnął się do siebie, chociaż nie za bardzo podobały mu się użyte zwroty grzecznościowe. Z jakiegoś powodu czuł się z nimi niekomfortowo.
- Cóż, i tu robi się dziwniej. Uwierzyłbyś, że rozmawiam z tobą nago siedząc na balkonie? - Krótka chwila ciszy i podążające za nią ledwo słyszalne westchnięcie. Mógł wyobrazić sobie jego skonfundowany wyraz twarzy.
- Myślę, że tak. Mimo wszystko zalecałbym sen.
- To jest problemem. - Znowu krótka chwila ciszy, skrzypnięcie krzesła i cichutki szum.
- Rozumiem. W porządku, mam chwilę czasu.
- Ja... - Sam zamilkł, starając się szybko wymyślić temat, kryjąc fakt, że zwyczajnie chciał usłyszeć jego głęboki głos, nawet odrobinę zmieniony przez słuchawkę telefonu. - Jak to wszystko zacząłeś Kakashi?
- Szczerze, nie jest to zbyt długi temat. Przejąłem biznes po śmierci ojca. Nie miałem specjalnego wyboru.
- Brzmi jak moje życie... Chyba. - Zaśmiał się z własnego żartu, doskonale zdając sobie sprawę, że Kakashi rozumie go pewnie zupełnie inaczej. - To dla mnie coś nowego, rozmawianie z kimś o tej godzinie... Świetnie, teraz mamy dwie bezsenne osoby. Przynajmniej jest się do kogo odezwać. - Był nieco sarkastyczny. Po wypadku była to jego ochronna tarcza i już tak mu zostało. Nie narzekał, miał szansę zbudować swój nowy charakter. Atmosfera natychmiast rozluźniła się, gdy usłyszał stłumione parsknięcie.
Właściwie, dawno nie czuł się tak dobrze.
- Co za szalony tydzień... - Mruknął Kakashi, przywołując w nim pewnego rodzaju świadomość. W jaki sposób w tak szybkim czasie przeszli z totalnych wrogów do rozmawiania przyciszonym głosem, jeszcze nie szeptem, o pewnie trzeciej nad ranem?
Nawet jak dla niego był to szybki rozwój relacji.
- I to jak... - Przyznał wrzucając kolejnego peta do popielniczki, plecami opierając się o obramowanie balkonu.
Na drugi dzień nie pamiętał nawet o czym rozmawiali... Konwersacja płynęła własnym naturalnym tonem, chociaż obydwoje nie byli do końca świadomi tego o czym rozmawiają...
Pamiętał tylko, że niedługo potem nastał dzień, a jego balkon oblało światło porannego słońca.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Gra Flirtu - Część Druga - "Czegokolwiek chcesz, zrobię to..." [WinterIron]

Kurna, spóźniłam się dwie godzinki... ;-;
Wyznam wam, że był to tydzień sprawdzianów próbnych... Teraz tylko poprawki i w sumie będę w domku na święta. Właśnie! Jak tam wasze święta? :D
WinterIron bo bardzo dawno nie było... A kiedyś go skończyć muszę. Dalej staram się nadrabiać, ale trochę mam lenia. Co zrobić?
No cóż, zapraszam do komentowania i miłego czytania! <3
Troszkę ponad 4 strony w wordzie... Szaleję ostatnio. :')
***
W całej wieży grała niesamowicie głośna muzyka, migały światła, ludzie tańczyli i oblewali się drinami.
A Tony chyba pierwszy raz w życiu nie miał na to wszystko ochoty. Nie miał ochoty zanurzać się w tym świecie, który wydawał się być dla niego stworzonym.
Teraz leżał na kanapie z niedokończoną szklanką whisky w dłoni, czując jej gorzko-palący smak w przełyku i ustach, a jego myśli były wyjątkowo ciche, ograniczały się do niepodjętej jeszcze decyzji – czy ją dopić czy sobie darować.
Jakieś miłe panie czy też mili panowie co chwile podchodzili do niego i starali się poprawić mu humor, ale on już od paru dobrych godzin był strasznie nieobecny. Ale to, że był względnie trzeźwy nie oznaczało wcale, że miał zamiar niańczyć resztę Avengersów, co to to nie!
I właśnie dlatego Thor zdążył już wybić szyby na szesnastym i jedenastym piętrze, Barton dostał się do szybu wentylacyjnego, a Vision z Wandą zabawiali towarzystwo sztuczkami magicznymi. Najbardziej interesowało go gdzie właściwie znajduje się Kap, Natasha i Bruce, ale mógł tylko podejrzewać, że Steve już dawno smacznie spał w swoim pokoju, a jeżeli ostatnia dwójka zajmowała się tym czym myślał że się zajmują, to jakoś niespecjalnie się o nich martwił. Oczywiście pozostawał jeszcze Rhodey, Sam i Barnes, chociaż ich los akurat pozostawał mu obojętny, a Peter, jako nastolatek, był za młody żeby przyjść no i miał swoje obowiązki...
Aha, no i był jeszcze Scott, ale jego nikt nie zaprosił.
Innymi słowy, został prawie sam. A przynajmniej czuł się sam. Rozważał wymknięcie się do laboratorium, ale zdawał sobie sprawę, że w sumie to, zabawna sprawa, ale zapomniał hasła. A może to system go zapomniał? Z resztą, co za różnica?
Nagle coś podejrzanie blisko dziewięćdziesięciu kilo zwaliło się Tony'emu na nogi, aż sufit zawirował mu przed oczami, wydał z siebie tylko głuchy jęk i chciałby wierzyć w to, że był to katalizator dla którego zaczęła się na niego gapić całkiem spora grupa ludzi, ale niestety zdawał sobie sprawę, że muzyka dudniła na to zdecydowanie za głośno. Przewrócił oczami do samego siebie i jako iż nie miał ochoty patrzeć na kolejną zapijaczoną twarz – bo nie miał humoru – zwyczajnie skopał z siebie cały ciężar i wywalił na niego swoje nogi. Ciężar widocznie nie miał nic przeciwko, bo po chwili poczuł się z tym nazbyt komfortowo i zaczęło je z zacięciem badać. Wrażenie było komiczne, ale i zmusiło Tonego, żeby wreszcie podniósł się ze swojej bezpiecznej strefy i spojrzał któż jest tak nawalony, żeby próbować poznać drugą osobę po łydkach.
I ujrzał obrzydliwie znajomą mu sylwetkę, bo też sam Barnes zwany Bucky'm był jedynym, który bezczelnie okupował jego miejsce na kanapie. Z resztą, teraz wreszcie zrozumiał dlaczego próbował poznać go po nogach, bo cała twarz zasłaniała mu kurtyna nieokiełznanych niczym rozkopanych, ciemnych włosów. Będąc ze sobą zupełnie szczerym, pierwszą myślą przychodzącą mu w tej chwili do głowy było to, że Bucky w takim stanie wygląda jak smutny menel.
- Hej, za takie rzeczy się zazwyczaj płaci. - Tony pomachał do niego ręką, a on dziwnie niepłynnym ruchem odchylił się do tyłu i zbyt gwałtownie obrócił w jego stronę, sprawiając że kosmyki włosów opadły mu na całą twarz i wpadły do ust. Cóż, na ten widok Tony o mało nie uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Fony?
- Tony, ale byłeś blisko. - Poprawił jego bełkot, stwierdzając że Bucky'ego poniósł niezły melanż. Przy nim nie czuł się wcale taki pijany.
Albo raczej, w ogóle nie czuł się pijany. Skoro umiał poprawnie składać zdania to generalnie mówiąc był trzeźwy, prawda?
Bucky patrzał na niego z niezrozumieniem w zimnych błękitnych oczach. Wyglądał jak zombie. Myśląc o tym, Tony zastanawiał się czy Bucky został potraktowany takim samym serum jak Steve... I czy to oznaczało, że Steva jednak też dało się uchlać?
- Barnes, jakim cholernym cudem doprowadziłeś się do takiego stanu? - Nie odpowiedział, znowu zwieszając głowę. Tony był prawie cierpliwym człowiekiem, dlatego przeczekał chwilę zanim ponowił pytanie, lekko szturchając go nogami, a gdy to również nie podziałało zaczął się lekko frustrować. - Odpowiadaj jak do ciebie mówię. - Usiadł, szturchając Bucky'ego palcem w policzek, co nie wywołało prawie żadnego efektu... Z wyjątkiem tego, że to całe dziewięćdziesiąt kilo zachwiało się w jedną stronę, a potem ulegając sile odśrodkowej, w drugą, przewracając się na jego klatę, skutecznie z powrotem przygwożdżając go do kanapy, tym razem całkiem skutecznie.
- Plond kole cos psyniós... - Wymamrotał Bucky, śliniąc mu się na koszulkę, swoją vibraniową łapę przewieszając mu gdzieś w okolicy pasa. O dokładności wolał nie myśleć.
Tony, na swoje szczęście, miał doświadczenie z pijackim bełkotem i z łatwością połączył fakty. Te rozbite okna? Pijany superżołnierz? Jakaś tam podpowiedź zawarta w jego wypowiedzi? Thor musiał przywlec coś z Asgardu. No albo z europy wschodniej.
Teraz wystarczyło znaleźć „blond kolesia” i poczęstować czymkolwiek to było Steva. Może w realizacji tego planu nieco przeszkadzała mu ta kłoda, ale z drugiej strony nie bardzo się tym denerwował. W końcu nie jedną imprezą człowiek żyje. W dodatku, zdawał sobie sprawę, że jeśli Steve miał trochę oleju w głowie, to zabronił programowi wpuszczać Tonego do swojego pokoju i tu cały jego plan tak czy siak się kończył. Nie miał pojęcia jakim cudem wmusiłby w Kapitana Dwumetrowe Bary cokolwiek, nie mówiąc już o coś co miał wypić i rzekomo się opić.
- Przysięgam, jak się zrzygasz to zagwarantuje ci darmowy pobyt daleko od wieży i zastanowię się na jak długo.
- Fe.
Kolejne skąpo ubrane panie, jedna brunetka z lekko kręconymi włosami i czarnej krótkiej sukience, druga płomiennie ruda z włosami krótkimi i białej obcisłej koszuli – spodni nie widział - przechyliły się przez oparcie jego kanapy, już w momencie gdy miał zacząć się denerwować, sprawiając, że złapał się na głupkowatym szczerzeniu. Chociaż byłoby to raczej łatwiejsze, gdyby nie Bucky, który jednak powoli wydawał się dochodzić do siebie... W pewnym stopniu. Wnioskował po tym, że nagle zaczął stukać palcami, na szczęście nie mechanicznej ręki, w jego udo, wybijając chyba rytm granej właśnie muzyki. Dla niego wydawało się do niedorzeczne, ale w zamroczonym mózgu Buckyego może miało to jakiś sens i było czymś w rodzaju tańca, kiedy ciałem już nie możesz.
Ruda wskazała zgrabnym paluszkiem na leżące na nim ciało, a on omal się nie skrzywił. Brunetka za to obserwowała z boku uśmiechając się jak leniwa kotka. Tony zaczął się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi, ale postanowił ich nie kwestionować i dać się wkręcić;
- Był samotny to dałem się przytulić. - Ruda zaśmiała się, a brunetka objęła ją w talii i nachyliła się jeszcze bardziej, patrząc mu prosto w oczy, specjalnie, aby nie musieć przekrzykiwać się przez wszechobecny hałas.
- Szkoda że tylko przytulić. - Krótkowłosa spojrzała na nią, a potem na Tonego. Wyczuł wyzwanie, jego ego uwielbiało wyzwania... W pół świadomie zaczął przeczesywać zaskakująco miękkie włosy Bucky'ego, nie tracąc kontaktu wzrokowego z brunetką.
- Mężczyźni nie mają w zwyczaju zbytnich pieszczot.
- Ach tak... - Wyprostowała się, przyciągając do siebie rudą, która po chwili zaskoczenia oplotła jej szyję, obydwie jednak dalej patrzały się na niego, wyglądały jak dwie syjamskie kotki królewskie, co wcale mu nie przeszkadzało. - Może dalibyście się jakoś przekonać...
Tony oczywiście zrozumiał aluzję i w duchu już dawno się na nią zgodził, ale zaraz potem uderzały go twarde fakty.
Po pierwsze, Bucky nie był z jego czasów i nie miał najmniejszych wątpliwości, że takie zachowania, wykraczające poza zwykłe przekomarzanki, są mu zupełnie obce, i Tony – który osobiście nie miał nic przeciwko zmysłowym mężczyzną równie jak i zmysłowym kobietą - nie mógł mieć nawet pewności czy je tolerował. Po drugie, najwyraźniej nie był zbyt przytomny, i choć mogło się to zmienić w każdej chwili, Tony był chyba zbyt trzeźwy, żeby nawet jego przywrócić do świadomości z taką propozycją.
- Cóż, gdyby kolega był przytomny, to może dałoby się coś zrobić... - Wykręcał się, może zbyt jawnie, bo panie oderwały się od siebie, ale zamiast zostawić ich w spokoju, ruda przesunęła paznokciem po kręgosłupie Bucky'ego. Tony'ego na początku w ogóle to nie wzruszyło, bo nie wydawało mu się możliwym, aby go w ten sposób obudzić, ale gdy za drugim razem dotarła do jego kości ogonowej, Barnes wyraźnie poruszył głową i podniósł na niego zdecydowanie bardziej trzeźwe oczy. Tony prawie się wystraszył szybkością jego regeneracji.
- Tony?
- Ta, Tony. - Wydukał, gryząc się w język, bo jedyne na co miał ochotę, to wysyczeć mu „Zdychaj”. Bo jak faktycznie chciał, żeby się obudził, to tego nie zrobił...
Gdy podniósł się do pozycji siedzącej na tyle, żeby zobaczyć dwie kobiety, ruda pomachała mu, a brunetka tylko an niego spojrzała, widocznie obserwując rozwój sytuacji. Bucky odgarnął do tyłu niesforne kosmyki i, tak samo jak Tony, posłał im całkiem niezły uśmiech, nie zwracając wcale uwagi na fakt, że przed chwilą obudził się w ramionach jakiegoś typa. Nie stop, nie „jakiegoś”, tylko Tonego Starka... I zamiast przeżyć podwójny szok, po prostu przeszedł z wydarzeniem do porządku dziennego.
- Co tu się dzieje? - Zapytał uwodzicielsko-wesołym głosem, zerkając na obie panie, a Tony wreszcie mógł usiąść, spuszczając jedną nogę z kanapy, drugą podwijając pod siebie. Nie miał zamiaru się odzywać i brunetka chyba to zauważyła, bo po krótkim spojrzeniu na niego, postanowiła odpowiedzieć;
- Właśnie rozmawialiśmy z panem Starkiem na temat waszych relacji... I ich bardziej intymnego obrotu.
- W skrócie. - Przyznał Tony, zanim Bucky mógłby ośmieszyć go wybuchem śmiechu... Nikt nie będzie ośmieszał Tonego Starka, oprócz, cóż, Tonego Starka. I co z tego, że nie do końca planowanie poczuł palące ciepło na twarzy, gdy Bucky spojrzał na niego w czystym szoku i lekko uchylonymi ustami? Przynajmniej mógł być dumny z tego, że sam to ciepło wywołał.
Bucky przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Zerkał na brunetkę, rudą i Tonego, zastanawiając się czy to nie tylko głupi żart, szukając potwierdzenia w ich twarzach, ale Tony już właściwie na niego nie patrzał, tylko zajmował się przestrzenią gdzieś za nim, będąc gotowym do natychmiastowego wycofania się do laboratorium z tej durnej imprezy, na którą zresztą od początku nie miał humoru. I kiedy cisza między nimi powoli zaczęła go drażnić i miał wybuchnąć i zupełnie wycofać się z zakładu, oszczędzając im wszystkim zachodu, Bucky odpowiedział...
- Nie mam nic przeciwko. - I zanim zdążył wydobyć z siebie chociażby zaskoczone „oh?”, ruda klasnęła w ręce, a brunetka uśmiechnęła się z zadowoleniem i kiwnęła na nich głową. A Bucky, od jakiegoś już czasu zresztą, mierzył go prowokacyjnym wzrokiem, zgrabcie przewieszając ramię przez oparcie i odchylił się do tyłu, pokazując zupełne odprężenie.
- Poważ... Znaczy, oczywiście że nie masz, kto by miał? - Zreflektował się, zerkając na panie, jednak ustami dalej, bezdźwięcznie oczywiście, wypowiedział „Poważnie?”. Bucky wzruszył ramionami, wyglądając na nieco rozbawionego. Oj nie będzie się długo śmiał.
Tony pokręcił głową, wstając, trzy pary oczu podążały za każdym jego krokiem. Jednak on nie miał zamiaru uciekać. Przeszedł tylko z dwa kroki przed siebie, zanim szybkim ruchem przerzucił jedną nogę przez Bucky'ego i usiadł na nim okrakiem, ciasno obejmując go w pasie.
- Ja nie mam z tym żadnych pro... - Zanim zdążył dokończyć zdanie, Bucky gwałtownie przywarł do jego warg, natychmiast zjeżdżając dłońmi po jego wąskiej talii. Tony, po krótkiej chwili, w której zastanawiał się czy na pewno jest w świecie realnym, uchylił wargi, oddając pocałunek, palce jednej ręki wplątując w długie włosy Bucka, bezwstydnie za nie szarpiąc, drugą dalej trzymając niedokończonej jeszcze szklanki whisky.
Poczuł smak bardzo mocnego alkoholu, którego wcześniej nie pił, ale nie to wprawiło go w jeszcze większe zaskoczenie...
Bucky naprawdę dobrze całował, na tyle dobrze, że Tony przez chwilę zastanawiał się, czy na serio maiłby coś przeciwko, gdyby Bucky chciałby go teraz zaciągnąć do łóżka...
I Bucky, jakby czytając w jego myślach, wstał, trzymając go w górze tylko jedną ręką. Oderwali się od siebie, Tony nie krępował się ze składaniem pocałunków na jego szczęce i szyi, zaskakująco lubiąc nagle ciepło specyficznego superżołnierza.
Barnes wolną ręką pomachał paniom, rzucając im jakąś głupią odzywkę, której nawet nie usłyszał, po
czym, zupełnie bez słowa skierował się w stronę korytarza. Tony dopił alkohol, szklankę wypuszczając gdzieś po drodze, nie specjalnie dbając o jej los, po czym zaczął kolejny gorący pocałunek. Bucky'emu widocznie to nie przeszkadzało, poza faktem, że stracił na nim chwyt, dociskając go do ściany i zamiast tego postanowił rozerwać na Tony'm koszulkę, za którą i tak niespecjalnie by płakał.
Po tym jak wreszcie Barnes postanowił z powrotem wziąć go w swoje ramiona, weszli, albo raczej Bucky wszedł, na korytarz, tylko po to, by władować do losowego wolnego pomieszczenia z łóżkiem, na którym Tony wylądował chwilę później.
- Postanowiłem cię uratować od tłumaczenia się dwóm ładnych panienek.
- Mów mi więcej, gadanie mojego ojca zawsze mnie podniecało. - Tony sarknął, obracając się na brzuch w łóżku, które chyba mogłoby pomieścić trzy osoby, eksponując swoje nagie opalone plecy – na przodzie trzymały się jeszcze strzępki materiału.
- To znaczy, że ty naprawdę..?
- Ty też powinieneś. Wymyśliłem kiedyś kampanie reklamową, jeśli nie chcesz przelecieć Tonego Starka, to natychmiast zgłoś się do okulisty x. Oczywiście nigdy jej nie zrealizowałem, ale obmyślane całkiem nieźle, nie? - Bucky uśmiechnął się, ale nagle wydawał się spoważnieć. Przynajmniej bardziej niż wcześniej.
- Nie kuś mnie w ten sposób Tony. Może nie jestem z tych czasów, ale nie mam tych samych oporów co Steve.
- Zauważyłem, ale chyba nie żyjemy tym samym brakiem oporów, James. - Bucky drgnął, coś zabłysnęło w jego oczach... A Tony znał ten błysk.
Podniecenie.
Tony zazwyczaj uwielbiał go widzieć, mimo tego, że nie zawsze doświadczał go w dobry sposób, ale teraz, z Bucky'm, który niebezpiecznie pewnie zbliżał się do krawędzi łóżka, by potem zawisnąć nad nim, ssąc tył jego ramienia, nie był taki pewien. Bo w pewnym sensie nagle zdał sobie sprawę z tego kim był Bucky – przyjacielem Steve'a, Zimowym Żołnierzem, mieszkańcem tej wierzy. W momencie w którym zaczął myśleć, zaczynał mieć wątpliwości.
- Jeśli nie chcesz żebym robił takie rzeczy, nie wymawiaj mojego imienia w ten sposób. - Tony uwielbiał się zgrywać, ale w momencie zrozumiał gdzie kończyły się ich żarty.
- Dalej jesteś wgięty?
- Wgięty, nie pijany. - Bucky obrócił go, trzymając za biodra i zerwał przód koszulki, resztki zrzucając na podłogę, zajmując się teraz szyją zajętego myślami Tonego, który dopiero po chwili zorientował się, że robił mu malinki, kontynuując grę... To nie tak, że nie było to przyjemne, ale mimo wszystko wolał nie sypiać z kolegami z zawodu.
- Dobra, koniec zabawy. Mam ochotę się przespać.
- W jakim kontekście?
Tony prychnął, tym razem zaczynając się wyraźnie denerwować.
- Przestań się drażnić, na dzisiaj mam dosyć żartów.
Bucky wyprostował się, zerkając na niego znudzonym wzrokiem, po chwili milczenia ściągając z siebie koszulkę i zrzucając ją na ziemię. Był dobrze zbudowany, ale nie było to specjalnym zaskoczeniem.
- Potrzebujesz dowodów na to, że to co masz w spodniach nie robi mi specjalnej różnicy, proszę bardzo, mogę ci je dać.
- Może innym razem. Gdy już się wytrzeźwiejesz i przede wszystkim umyjesz. Aha, no i jak będę w humorze. - Tony uśmiechnął się z satysfakcją, gdy Bucky padł obok niego na łóżku z poddańczym jękiem. Z resztą, nie potrzebował dowodów, nie miał żadnych wątpliwości, że po pijaku byłby w stanie przespać się nawet z Mandarynem, chociaż nie był z tego powodu specjalnie dumny. - Jutro mi podziękujesz, słońce. I zejdź z kołdry.
Bucky nie odpowiedział, obracając się na plecy. Po chwili jednak wybuchł krótkim śmiechem i obrócił głowę w stronę Tonego.
- To trochę niedorzeczne.
- Brzmi jak każda sobota. - Bucky powtórzył śpiąco ostatnie dwa słowa, tylko utwierdzając Tonego w przekonaniu, że jeszcze nie wyparował z niego syf, którym poczęstował go Thor. W każdym razie, nie była to już jego sprawa, bo sam postanowił się przespać, postanawiając, że w laboratorium i tak nie odniesie niczego specjalnego, gdy praktycznie w całej wieży działa się jakaś demolka, a on zapadł w swego rodzaju leniwą depresję. Najwyżej później będzie się obwiniał za stracony na sen czas.
Zrzucił z siebie spodnie, ze zdumieniem zauważając, że po pierwsze, Bucky zdążył już usnąć, a po drugie, że nawet przez ściany słyszy przygłuszoną, ale jednak, muzykę. Miał tylko nadzieje, że na następny dzień będzie miał jeszcze dach nad głową.
Tony okrył się kołdrą i wcale nie dbając, że właśnie leży obok Zimowego Żołnierza, i że właściwie znowu czuje go na sobie, przymknął powieki i dał sobie odpłynąć.
Ostatkiem przytomności usłyszał, że drzwi do pokoju otworzyły się...
Ale pewnie tylko mu się zdawało...

poniedziałek, 28 listopada 2016

Dwa Światy cz.4- Moralniak

Hej ho!
Wiecie co? Po raz kolejny zacznę narzekać na szkołę, bo jest ona winna każdemu spóźnionemu rozdziałowi na tym blogu ;---;
5 sprawdzianów w przyszłym tygodniu, czy to nie lekka przesada? :')
Co do rozdziału...Meeeh...Co tu się odpinkala XDDD
Szczerze mówiąc...jeden gorszy od drugiego XD Czekam na jakiś konkurs testosteronu, booo...Biedna ta nasza Violka...same problemy z tymi facetami haha
Dobra, nie zanudzam miłego czytania!






Telefon wydawał z siebie tego ranka głośniejszy dźwięk niż zazwyczaj. Głowa bolała mnie okropnie lecz próba podniesienia jej oferowała mi odczucia, niczym wirowanie w pralce. Ciało było jakby przykute z każdej strony do materaca. Okropny dźwięk umilkł, a komórka roztrzaskała się na podłodze. Tylko tyle mogłam zrobić, zrzucić to cholerstwo z półki, aby jak najszybciej ucichło. Pulsowanie głowy minęło, ale wcale nie poczułam się lepiej. Powoli otworzyłam powieki i przez dobre kilka minut wpatrywałam się w sufit. Nie miałam sił, aby poruszyć kończynami, więc leżałam bez ruchu. Francis jednak nie miał takich problemów, i spokojnie odwrócił się w moją stronę, ciągle śpiąc. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że chłopak leży obok mnie prawdopodobnie nago, bo ja sama nie miałam na sobie ubrań. Przycisnęłam kołdrę z całej siły do klatki piersiowej i podniosłam się, aby usiąść i spuścić nogi na podłogę. Panele były zimne, więc od razu podkuliłam stopy i nerwowo zaczęłam rozglądać się po pokoju. Nic nie było dla mnie zaskoczeniem, ani te puste pudełka po pizzy, ani tym bardziej stłuczona butelka, lecz między opakowaniami po lodach, a skarpetką chłopaka leżała zużyta prezerwatywa, której nigdy nie chciałam tam widzieć. Próbując przypomnieć sobie zdarzenie, do którego nigdy w życiu nie miała zamiaru dopuścić spojrzała na Francisa, który wciąż spał, tyle że dokładnie tak, jak Bóg go stworzył. Niczym nie okryty, niczego nieświadomy smacznie spał, a włosy zakrywały mu twarz, pozwalając jedynie na odkrycie jego lekko wydętych warg. Speszona tym widokiem chwyciłam bieliznę, która leżała na ziemi i dyskretnie założyłam ją na siebie, tak aby kołdra nie odsłoniła za dużo. Mimo tego, że blondyn wciąż spał, a z okna nikt nie miał prawa widzieć mojego nagiego ciała w tamtym momencie zdołowana kacem moralnym zadbałam o każdą możliwość. Będąc jednak w negliżu rzuciłam niedbale pościel na chłopaka, aby zakryć odpowiednie miejsca i zabierając wszystkie rzeczy, które były w zasięgu mojego wzroku wyszłam z pokoju zamykając drzwi. Ubrałam się najszybciej jak tylko mogłam i nie zostawiając po sobie ani śladu wybiegłam z mieszkania. Kurczowo przyciskając torebkę do siebie szłam z opuszczoną głową. Pogrążyłam się w myślach, aby odpędzić od siebie uczucie mdłości. Nadmiar alkoholu dał o sobie znać, ale dzielnie szłam przed siebie, aby złapać jakikolwiek autobus, który mógłby zawieźć mnie do akademika. Próbując sobie cokolwiek przypomnieć z zeszłej nocy kończyłam na etapie naszych pocałunkach, bo o reszcie, cóż nie musiałam nawet pamiętać, by wiedzieć do czego doszło.
-Violetta- Usłyszałam za sobą wołanie. Odwróciłam się w stronę dźwięku, a Leon zmierzył w moim kierunku.
-Przepraszam, spieszę się- Sapnęłam i odwróciłam się, aby móc dalej iść. Chciałam go zbyć, ale mój głos nie brzmiał pretensjonalnie, tylko inaczej-grzeczniej, a przecież wciąż miałam żal do tego mężczyzny. Verdas chwycił mnie za łokieć i przyciągnął w swoją stronę zmuszając mnie, aby chodź chwilę z nim porozmawiać.
-Leon, naprawdę muszę iść- Trzymałam się swojej wersji, chodź sama twierdziłam że żałośnie to brzmiało. W tamtym momencie nie mogłam być stanowcza. Nie miałam na to siły. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie, po prostu jak najszybciej chciałam znaleźć się w swoim łóżku.
Przekręciłam głowę i zacisnęła powieki. Nogi zaczęły mi się niefortunnie trząść, a ja miałam wrażenie, że za chwilę upadnę jak długa i szatyn będzie mnie musiał zbierać z chodnika. Mężczyzna-jak zwykle pozwolił sobie na złapanie mnie za podbródek i skierował moją twarz na niego. Z lekko przymkniętych oczu widziałam, że uważnie mi się przygląda i krzywi się.
-Wyglądasz okropnie- Skwitował. Faktycznie. Nie widziałam się w lustrze, ale nie sądzę, że był to wystarczający powód, aby mógł mi zwrócić uwagę, szczególnie w tak chamski sposób. I tak w tamtym momencie było mi wszystko jedno. Leon dotknął mojego policzka i lekko je pogładził. Nie zareagowałam, tylko wyciągnęłam lusterko z torebki i przejrzałam się w nim. Było źle. Oczy podkrążone, usta spierzchnięte, a do tego blada cera, która w tym wypadku wcale nie dodawała mi uroku.
-Muszę iść- Wyszeptałam odchylając głowę w bok co był ewidentnie błędem. Mężczyzna zsunął dłoń na moją szyję i palcem przejechał tuż nad moim obojczykiem. Twarz wyraźnie mu spoważniała, oczy pociemniały, co w jego przypadku nigdy nie niosło za sobą nic dobrego. Przełknął ślinę, ale miałam wrażenie, że nawet to w tym momencie sprawiło mu kłopot. Zacisnął powieki, a kiedy je otworzył wbił we mnie wzrok przepełniony złością.
-Spałaś z kimś- Wypalił. Palec lekko docisnął do mojej szyi i odkładnie mi się przyglądał. Serce moje zabiło szybciej, a w gardle stanęła mi gula, której nie mogłam przełknąć. Odciągnęłam jego rękę i zrobiłam krok w tył.
-C-co?-Wyjąkałam lekko spanikowana. Verdas bywał często zazdrosny i zawsze kończyło się to kłótnią, lecz teraz było gorzej. Nic nie mówił tylko patrzał na mnie z istną złością. Nie wiedziałam co może teraz zrobić, a co gorsza, jak mnie przejrzał. Poczucie winy uderzyło we mnie. Poczułam się jakbym, go zdradziła, co nie powinno mieć miejsca. Od ponad pół roku nie byliśmy razem, każdy z nas miał prawo robić co ze chce,ale jednak czułam się z tym źle. Leon zaśmiał się i pokręcił głową.
-Nawet nie umiesz zaprzeczyć. Widzę, że się zestresowałaś, a poza tym- Wyciągnął mi lusterko z dłoni i nakierował je na moją szyję, tak abym mogła na nie spojrzeć-Ja ci tego nie zrobiłem- Był jak tykająca bomba. Nie mogłam przewidzieć, kiedy wybuchnie, jednak wzrok nakierowałam, na trzymany przez niego przedmiot i przyglądałam się odbiciu. Przyjrzałam się czerwonemu śladowi, który widniał tuż nad moim obojczykiem i zakryłam go ręką. Przeniosłam wzrok na Leona, który przyglądał mi się, ale nie wyrażał zbędnych emocji.
-To nic nie znaczy- Zaczęłam się tłumaczyć-Poza tym nie jesteśmy razem, nie powinno cię to interesować, a teraz naprawdę muszę już iść- Warknęłam na niego i zaczęłam odchodzić.
-Stój!-Rozkazał mi, lecz nie posłuchałam go. Dogonił mnie i dość mocno zacisnął dłoń na moich policzkach, tak aby odchylić mi głowę. Nie było to przyjemne, bo jego palce wbijały mi się w żuchwę.-Jesteś tylko moja, nie masz prawa bzykać się z innym- Krzyknął, a ja zacisnęłam dłoń na jego nadgarstku wbijając w niego paznokcie.
-A ty nie masz prawa dotykać mnie w ten sposób- Odepchnęłam jego rękę i szybkim krokiem podeszłam do taksówki, która stała nieopodal. Otworzyłam drzwi dość agresywnie i wsiadłam do środka. Po raz ostatni spojrzałam w kierunku Verdasa, a kiedy taksówka odjechała zacisnęłam palce na swoich spodniach, a wzrok wlepiłam w przestrzeń za oknem.
Zapłaciłam taksówkarzowi i weszłam do akademiku. Otwierają drzwi widziałam, że moje schronienie było puste, co bardzo mnie ucieszyło. Ściągnęłam buty, wyjęłam z szafy wygodne ciuchy i zamknęłam się w łazience. Napuściłam wody do wanny, a w międzyczasie dokładnie obejrzałam się w lustrze. Oprócz moich podkrążonych oczu i jednej malinki nie widziałam nic, co mogłoby mnie zaniepokoić. Ulżyło mi. Weszłam do wanny z wypełnioną po brzegi ciepłą wodą. Wszelkie dolegliwości minęły, kiedy ciało otuliło się przyjemnym ciepłem. Zanurzyłam się prawie cała, łącznie z włosami. Nad powierzchnią wody pozostał tylko nos, abym mogła swobodnie oddychać. W takim miejscu spokojnie mogłam oddać się myślą i przypomnieć sobie ostatnią noc z Francisem. Przymykając oczy, mogłam wręcz poczuć, jak jeździł dłońmi po całym moim ciele. Robił to inaczej niż Verdas, bardziej delikatnie, jakby bał się mnie skrzywdzić, ale równie zmysłowo. W głowie odtworzyłam jego głosy, który tej nocy szeptał mi słowa, których nigdy nie usłyszałam w takiej sytuacji od Leona. I to ich różniło. Francis był czułym chłopakiem, który wydawał się dbać o swoją ukochaną najlepiej jak tylko umiał. Jeśli mógłby chciałby jej przychylić nieba, a Verdas? Nie był taki. Był romantyczny, ale nie zawsze tak delikatny i czuły. Czasem wręcz brutalny i chamski w takich sprawach, ale to zawsze mnie kręciło. Do czasu, kiedy naszym związkiem zawładnęły kłamstwa.
Zanurzyłam się cała, kiedy moje myśli znów zwróciły się w stronę biznesmena. Wyszłam z wanny, a po wytarciu się ręcznikiem ubrałam się i wyszłam z łazienki. Wciąż byłam sama. Otworzyłam laptopa, aby przejrzeć mój plan. Wykład, zajęcia z dziennikarstwa i lekcje włoskiego. Pierwsze lekcje więc i tak nie miałam nic do roboty w związku z nimi. Pragnąć zupełnie wyłączyć myślenie, chciałam włączyć jakiś film, lecz do pokoju weszła moja współlokatorka wraz z Monicą.
-O, Violetta- Zauważyła Loretta i przywitała się ze mną. W duszy jęknęłam, ponieważ pragnęłam pobyć jeszcze trochę w samotności, ale nic nie mogłam na to poradzić. Monica posłała mi blady uśmiech i usiadła obok mnie, na łóżku.
-Mogę cię o coś zapytać?-Zaczęła niepewnie uważnie mi się przyglądając. Domyśliłam się, że będzie chciała dowiedzieć się coś o Leonie, ale pokiwałam głową na „tak”.-Łączyło cię coś z moim bratem?-Zapytała, a ja zastanawiałam się co jej tak naprawę powiedzieć. Mogła m skłamać, ale po co? Nie było to żadną tajemnicą, poza tym prędzej czy później dowiedziałaby się.
-Byliśmy razem- Wymamrotałam nieco smętnie unikając jej spojrzenia. Słyszałam ciche jęknięcie ze strony brunetki.
-Mogę wiedzieć jak długo?
-Nieco ponad rok- Uśmiechnęłam się do niej niemrawo, bo tylko na taką reakcje było mnie stać. Nie ukrywałam, że chciałabym zakończyć to przesłuchanie, lecz dziewczyna dalej ciągnęła temat.
-Dawno się rozstaliście?-Przekręciła się w moją stronę oczekując na odpowiedź. Czułam się niezręcznie opowiadając o Leonie, w sumie obcej dla mnie dziewczynie. Do rozmowy przyłączyła się Loretta.
-Monica, nie musisz być tak ciekawska, widać że spieprzył jej życie. Nie musi ci od razu spowiadać się ze wszystkiego, a jak będzie miała ochotę to się wygada, proste- Wzruszyła ramionami i położyła się na swoim łóżku. W duszy dziękowałam jej za taką reakcję. Nie chciałam kontynuować tej rozmowy.
-Przepraszam- Wymruczała Monica spuszczając głowę.
-Nic się nie stało, a odpowiadając, to nie jesteśmy razem pół roku- Dziewczyna nic nie mówiła, lecz przytuliła mnie do siebie. Zaskoczona tym nie odwzajemniłam jej gestu.
-Sorry za tego dupka- Przeprosiła odrywając się ode mnie. Zastanawiałam się nad faktem, dlaczego osoby ze sobą spokrewnione tak bardzo się różnią, a potem naszła mnie myśl, że przecież nigdy o niej nie słyszałam.
-Monica, dlaczego nigdy nie miałam okazji cię poznać?- Brunetka uśmiechnęła się do mnie.
-Cóż, jestem tylko przyrodnią siostrą Leona. Wiesz inna matka jeden ojciec, historia jest trochę zagmatwana, kiedyś może ci ją opowiem- Poklepała mnie po ramieniu.-Cóż będę się zbierać- Wstała z łóżka i udała się do drzwi wyjściowych-Idę popatrzeć na mojego romea- Rozmażyła się, a ja lekko zaśmiałam się pod nosem. Kiedy dziewczyna wyszła Loretta westchnęła ciężko.
-Kto to „romeo”?-Zapytałam dość ciekawa.
-Jej ukochany. James. Musisz się przyzwyczaić, często o nim wspomina- Westchnęła. Nie rozmawiałyśmy już o niczym, ponieważ każda zajęła się swoimi sprawami. Podeszłam do torebki, kiedy telefon wydał z siebie dźwięk. Chwyciłam przedmiot i odblokowałam ekran. Miałam tam kilka wiadomości od Francisa i jedno nieodebrane połączenie. Nie chciałam z nim ani rozmawiać, ani pisać. Potrzebowałam przerwy.
Dlaczego uciekłaś?
Aż tak cię wystraszyłem?
Vils, odpisz
Przepraszam, trochę mnie wczoraj poniosło
Vilss, żyjesz?
Zablokowałam telefon kompletnie ignorując sms'y. Nie miałam zamiaru widywać się z nim, ani utrzymywać jakichkolwiek kontaktów przez najbliższe dni. Musiałam to przemyśleć. Przemyśleć, to co tak naprawdę powinnam teraz zrobić.


wtorek, 22 listopada 2016

Dear You - Część Trzecia "Dear Steve"

Polski tytuł - Drogi Ty - Część Trzecia "Drogi Steve'ie"
Pls, ja już nie wiem co pisze, dostałam nagłej inspiracji o drugiej w nocy i tak jakoś wyszło... Mam nadzieję, że się podoba przynajmniej w części... Później postaram się to poprawiać jak wyłapie jakieś błędy.
Aha, no i została ostatnia część tego i kończę~~
Zapraszam do wspólnego płakania, enjoy! ;D
Muzyjszyn inspirejszyn: Irony.
***

Tony nie może spać już od ponad czterdziestu godzin, zamiast tego zapracowuje się w warsztacie do utraty tchu. Nie może zapomnieć. Za każdym razem jak chociażby próbuje przystanąć, złapać oddech, przypominają mu się wydarzenia z przeszłości, teraz nie tylko tej ich małej wojny.
Pepper, jako jego sekretarka i przyjaciółka, próbuje przemówić mu do rozsądku raz po raz, ale on nawet nie ma ochoty tego słuchać. Ma wrażenie, że za każdym razem gdy wychodzi z warsztatu wszystkie oczy wpatrują się w niego z wyrzutem. Ma wrażenie, że cały jebany świat ma do niego jakieś pretensje, a on ma tego serdecznie dosyć. Dlatego pracuje i pracuje, mimo tego że w tym momencie nawet nie do końca wie co robi i że poranił sobie całe ręce zapominając o rękawicach zabezpieczających. Wydawało się oczywiste, ale jednak zapomniał. Obandażował je byle jak, założył na to rękawice i kontynuował prace.
Bo Starkowie zrobieni są ze stali.
Mimo to, nie może zatrzymać swoich naturalnych ludzkich odruchów i wie że kiedyś będzie musiał to przerwać, umyć się, zjeść coś porządnego, przespać się i wrócić do spotkań z ludźmi.
Tylko jeszcze nie teraz.
Dzwoni telefon, a on odbiera go mechanicznie, nawet o tym nie myśląc.
„Tony, przestań zachowywać się jak dziecko, kiedyś będziesz musiał to przerwać”.
Dobrotliwa mamusia panna Potts. Jest jej wdzięczny za wszystko, ale w tej chwili zupełnie nie potrzebuje. Ma dosyć, jest złamany. Dlatego milczy, nie wie nawet co miałby powiedzieć, w głowie świta mu zupełna pustka.
„Tony, od kilku dni bez przerwy otrzymuje telefony, wiesz jak musiałam się namęczyć, żeby to wszystko odwlekać?”
Tony wie, bardzo dobrze wie i chce jej podziękować, przeprosić, jednak nie może wydobyć z siebie głosu. Zdejmuje rękawice i gogle ochronne, pusto patrzy się w ekran telefonu. Za Pepper również tęskni, ale jej tego nie powie. Nie chce jej niczego utrudniać, wie ile przez niego nacierpiała. Pepper zasługiwała na szczęście.
Może on nie?
„Tony wszystko w porządku?”
Nie jest w porządku i Pepper pewnie również zdaje sobie z tego sprawę, ale pewnie nie o to teraz pyta. Ma ochotę dalej zachowywać się jak rozwydrzony bachor i po prostu się rozłączyć, tak samo jak i rozłączył się dotychczas od świata zewnętrznego, ale nie chce jej martwić. Poza tym, ma jakieś dziwne wrażenie, że jeżeli się nie odezwie to niedługo drzwi do laboratorium wyważy mu cała ekipa ratunkowa z SWAT i ekipą saperów. Z resztą, sam by się Pepper nie dziwił, gdyby znał siebie z perspektywy trzeciej pewnie już oglądałby wiadomości w poszukiwaniu informacji na temat „dziwnego wybuchu w Nowym Jorku, prawdopodobnie w rodzimym Stark Tower”. Mimo to, jeszcze nie zamierza budować atomówki.
Jeszcze.
„Tony?!”
Słyszy w słuchawce zanim w ogóle zdąży się odezwać, chociaż pewnie minęła już dłuższa chwila, po prostu jego reakcje są poważnie spowolnione. Nie na długo jednak, bo zaraz po usłyszeniu głosu podskakuje w szoku, cała senność na chwile zupełnie opuszcza jego organizm.
Usłyszał Steve'a.
„Obecny i prawie gotowy do akcji.” Odpowiada wpół żartobliwie, ale jego nieużywany głos brzmi skrzekliwie i martwo. Będzie musiał nad tym popracować. „Nie martw się, tylko na chwilę odpłynąłem.”
„Przepraszam, obudziłam cię?” W jej głosie naprawdę brzmi zmartwienie i skrucha. Pewnie czułby się z tym źle, gdyby już nie czuł się najgorzej na świecie.
„Byłoby miło. Przepraszam za kłopot Pepper. Ale biorę sobie wolne do końca tygodnia.” Kończy zanim zdążyłaby zapytać o to kiedy ostatnio spał, za dobrze ją zna. I pewnie nie kontynuuje tematu tylko dlatego, bo on wyraźnie nie ma ochoty o tym rozmawiać.
„To zdecydowanie za długo.”
„Jestem tylko człowiekiem, potrzebuje urlopu.”
„Nie tak długiego.”
Tony przewraca oczami korzystając z faktu, że Pepper go nie widzi. Nie dało się ukryć, że od razu poprawił mu się humor, przynajmniej nie myślał już o świecie poza laboratorium. Teraz myślał o tym jaką cudowną kobietę stracił.
„Dwa dni, brzmi sensownie?”
Po drugiej stronie zalega chwila ciszy. Normalnie w życiu by się nie zgodziła, ale...
„Dwa dni Tony. Pamiętaj chociaż o funkcjach życiowych.”
Ostatnimi czasy nic nie było normalne...
Pepper znowu chwile milczy, po czym mówi cicho, jakby bała się jego reakcji;
„Namierzyłeś go?”
Tony natychmiast domyśla się o kim mówi i nie może zatrzymać gorzkiego tonu wymieszanego z odrobiną palącego jadu.
„Chyba obydwoje wiemy, że nasz harcerzyk nie jest teraz moim problemem.” Pepper wzdycha, ani nie zaprzeczając ani nie przyznając mu racji. Po prostu kończy temat, bo nie chce gadać o takich sprawach przez telefon. W ten sposób mu nie pomoże.
Potem pyta o zdrowie Rhodey'a, a Tony krótko jej go opisuje, ona wyraża wyrazy współczucia... Nie brzmią naturalnie, ale nie wiedzą jak ze sobą rozmawiać. Dawno tego nie robili.
W końcu Pepper dostaje drugi telefon i musi się rozłączyć, ale przed tym nie rzuca żadnego pożegnania, pozdrowienia... Ale samo „Prześpij się” i wyłącza się zanim Tony mógłby cokolwiek odpowiedzieć. Z resztą, o uważa, że zachowuje się jak jego opiekunka a nie asystentka, ale i tak ma zamiar spełnić jej wytyczne. Teraz czuje dziwną ulgę.
Otwiera laboratorium, paranoicznie rozglądając się przed wyjściem, mimo że wieża jest zupełnie pusta. Dopiero wtedy wychodzi i jedzie windą na swoje piętro, po drodze podrzuca nowym telefonem, nie dbając właściwie o jego stan. Na miejscu bierze krótki prysznic i siada na łóżku.
Jego wzrok ucieka na pudło leżące obok i wszystko do niego wraca. Czuje jakby na jego ramiona zwalił się stukilogramowy ciężar, serce ściska mu się w piersi. Przez chwile zastanawia się czy jest jeszcze zdolny do płaczu, ale myśl szybko wypada mu z głowy, gdy otwiera pudło i wyciąga z niego stary telefon.
Rzuca się na plecy i ogląda go ze wszystkich stron ze szczerą ochotą by powrócić do laboratorium i przerobić go na części pierwsze, z czystej zachcianki.
Ale nie robi tego.
Zamiast tego kładzie go na klatce piersiowej obraca go w palcach, nie nerwowo, delikatnie, i myśli nad ciężarem starocia.
To tak bardzo w stylu Steve'a.
Śmieje się, mimo że wcale nie jest mu do śmiechu, serce znowu boleśnie zaciska się w piersi.
Zastanawia się nad miną Steve'a, gdy pisał list, gdy wybierał model telefonu... Widzi ją w swojej wyobraźni i nie zatrzymać potoku bolesnych myśli. Mógł zmienić tyle rzeczy... Mógł słuchać, mógłby przeprosić.
Trzymał się swojej idiotycznej dumy.
Ostrożnie przyciska klawisze wyłączonego telefonu i podoba mu się jego chłodna tekstura. Przypomina mu o ich ostatnim spotkaniu, ostatniej bitwie. O spojrzeniu Steve'a, zimnym jak lód.
Łapie go zmęczenie, czuje się jakby miał zemdleć, sam nie wie już co czuje...
Wie że czegoś mu brakuje...
I że tak bardzo by chciał wszystko naprawić.
Przymyka oczy przed którymi i tak robiło już się ciemno, jego ciało nie może się ruszyć. Ma wrażenie, że Tonie...
„... Gdybyś czegoś potrzebował...”
Nagle otwiera szeroko oczy i zrywa się z łóżka, chwytając laptopa, otwiera notatnik i wypisuje tam słowa, które od tygodni plączą mu się w podświadomości.
"Dear Steve"
I pisze.
List, którego nigdy nie wyśle.