Haha, udało mi się! Drugi rozdział w tym tygodniu!
W niedzielę prawie o północy, ale zawsze... XD
Jak widzicie, staram się coś nadgonić, ale mi nie wychodzi.
Nie miałam kompletnie pomysłu na obecne rozdziały w tym opowiadaniu, ale coś mi wpadło... Mam nadzieję, że się spodoba.
I jak zwykle, zapraszam do komentowania! <3
***
Gorąco.
Jest tak gorąco...
A on jest sam. Sam w pochłaniającym
wszystko gorącu. On też ma niedługo zniknąć.
Dobrze. Wszystko go boli, chciał
już to skończyć. Chce zamknąć oczy i odejść.
Przed zamknięciem oczu, przed
zakończeniem walki powstrzymuje go tylko jedna rzecz...
Wspomnienie złota zachodzącego
słońca odbijającego się od srebra... Od srebrnych kosmyków...
Gorąco jest coraz bliżej...
Obito obudził się nagle, fantomowe
gorąco dalej oblewało jego ciało. Piekło, szczypało. Z paniką
dotykał parzących miejsc palcami, od nowa odkrywając tylko stare
blizny.
Nigdy nie śnił o wypadku, ale
zdarzało mu się pamiętać drobne rzeczy, najczęściej uczucia,
podobne do kolorów które widział. Bolały, wypalały się w jego
pamięci równie dobrze jak blizny w jego ciele.
Nigdy wcześniej nie pamiętał tak
wiele, teraz jednak mógł stwierdzić, że do tej pory miał
szczęście. Teraz nie chciał o tym pamiętać.
Zerknął na czerwone cyfry zegara
leżącego na jego szafce. Druga w nocy. Szczypały go oczy i czuł
potrzebę zmycia z siebie potu po minionym koszmarze, mimo to starał
się to zignorować i z powrotem się położyć. Przecież podczas
dnia miał być zimnym logistykiem, nie mógł sobie pozwolić ma tak
głupie słabości.
Ale nie mógł już usnąć.
Nieważne jak mocno zaciskał powieki,
jak bardzo starał się odpłynąć, jego oczy otwierały się
samoistnie. Jedyne co tym osiągał to powoli doganiająca jego
zmysły migrena i dreszcze mieszającego się gorąca i zimna.
Zrzucił z siebie kołdrę i przysiadł na brzegu łóżka, chowając
twarz w dłoniach, przeczesując mokre od potu włosy.
W takich momentach myślał za dużo.
Czy powinien zrezygnować? Zgłosić
się do psychiatry i zwyczajnie wszystko rzucić? Czy w ogóle sobie
z tym wszystkim poradzi?
Oczywiście, że tak – mówił sobie.
Zawsze wmawiał sobie, że będzie dobrze, nieważne jak źle by nie
było. I zawsze było dobrze, zawsze mógł wygrzebać się z
najgorszego gówna i iść dalej. Cecha ludzi, byli cholernie
odporni.
Czując, że nieco uspokoiło się jego
walące serce, wstał i udał się w stronę łazienki. Całe jego
mieszkanie wydawało się za puste i za ciemne, chociaż doskonale
zdawał sobie sprawę, że nic się nie zmieniło.
Zapalanie światła w łazience
porządnie poraziło Obito po oczach. Nie przejął się tym,
zdejmując z siebie ubrania i wrzucając je do kosza na pranie,
wchodząc pod letni strumień puszczonej wcześniej wody pod
prysznicem.
To było w jakiś sposób orzeźwiające,
chociaż za każdym razem gdy wchodził do kabiny dostawał paranoi.
Nie wiązało się to z niczym szczególnym, po prostu zdawał sobie
sprawę jak bardzo odkryty wtedy był. Jak łatwo byłoby go
zaskoczyć.
Nienawidził tego.
Dlatego mimo tego, że kochał wodę,
ograniczał się do krótkiego prysznica i wychodził z niego
najszybciej jak mógł. Tak zrobił i tym razem.
Nie dbając o to, że rozlewa wszędzie
wodę skapującą z jego ciała, zawisnął nad umywalką kiwając
się w przód i w tył. To przez migrenę, na którą zresztą
planował już wziąć tabletki.
Wyciągnął je z szafki nad zlewem i
od razu połknął dwie, pudełko z powrotem wrzucając do środka i
zamykając szafeczkę z całkiem sporym brakiem delikatności.
Teraz widział się w lustrze. Albo
raczej, marną parodię siebie.
Człowieka z podkrążonymi oczami,
zmarszczonymi brwiami i kwaśną miną, z ciałem pokrytym bliznami,
bladą, niezdrowo bladą, twarzą.
Był cieniem siebie. Wcale już nie
wyglądał przerażająco. Nikogo by nie przeraził samym drgnięciem
mięśnia. Teraz wyglądał najwyżej jak narkoman na odwyku.
Oderwał się od swojego odbicia,
domyślając się, że nie zobaczy tam i tak nic choćby najmniej
pocieszającego i przeszedł na balkon, nie dbając wcale o swoją
nagość, bo w końcu był w swoim mieszkaniu, po drodze łapiąc
telefon i paczkę papierosów.
Tak skończył siedząc nago na
balkonie, paląc jak smok i przeglądając z nudów swoje kontakty.
Jak na gangstera z krwi i kości, miał całkiem głupkowate poczucie
humoru, nazywając każdego z osobna wymyśloną przez siebie dziwną
ksywką. Czasami gorszą, czasami lepszą. Chociaż przynajmniej mógł
pochwalić się kreatywnością, nie to co jego podwładni, którzy
nie mogliby chyba być bardziej przewidywalni i powtarzalni.
Wzrokiem przejechał po jedynym
kontakcie, który zachował swoją oryginalną nazwę.
Hatake Kakashi.
Sam Obito nie był pewien dlaczego go
nie zmienił. Może nie miał pomysłu na lepszą ksywkę... A może
po prostu wydawało mu się to pasować najbardziej.
Wypuścił z ust szary dym, gasząc
kiepa o ramę balkonu, dalej nie odrywając oczu od kontaktu.
Wydawał mu się dziwnie znajomy.
Strach na wróble, oczywiście, ale nie
chodziło tylko o to... Jego imię, Strach właśnie, wydawało mu
się bardziej bliskie niż nazwisko, jednak... Nie powinno się w
ogóle takie wydawać. Był pewien, że nie znał nigdy nikogo z
podobnym imieniem...
Przynajmniej nie przed wypadkiem.
Ale było to raczej niemożliwe. Ponoć
nie miał przyjaciół poza jego wcześniejszą organizacją...
Chociaż „jego” to za dużo powiedziane, bo prowadził ją jego
„świętej” pamięci ojciec wraz z nikłą pomocą również
świętej pamięci matki.
Nacisnął zieloną słuchawkę,
przykładając telefon do ucha, odpalając kolejnego papierosa,
czując się co najmniej głupio.
Nie spodziewał się, że odbierze, nie
wiedział nawet dlaczego to zrobił...
Ale odebrał.
- Nie spodziewałem się telefonu o...
Drugiej czterdzieści. Nie od pana. - Usłyszał w słuchawce o dziwo
wcale nie zaspany głos. Obito uśmiechnął się do siebie, chociaż
nie za bardzo podobały mu się użyte zwroty grzecznościowe. Z
jakiegoś powodu czuł się z nimi niekomfortowo.
- Cóż, i tu robi się dziwniej.
Uwierzyłbyś, że rozmawiam z tobą nago siedząc na balkonie? -
Krótka chwila ciszy i podążające za nią ledwo słyszalne
westchnięcie. Mógł wyobrazić sobie jego skonfundowany wyraz
twarzy.
- Myślę, że tak. Mimo wszystko
zalecałbym sen.
- To jest problemem. - Znowu krótka
chwila ciszy, skrzypnięcie krzesła i cichutki szum.
- Rozumiem. W porządku, mam chwilę
czasu.
- Ja... - Sam zamilkł, starając się
szybko wymyślić temat, kryjąc fakt, że zwyczajnie chciał
usłyszeć jego głęboki głos, nawet odrobinę zmieniony przez
słuchawkę telefonu. - Jak to wszystko zacząłeś Kakashi?
- Szczerze, nie jest to zbyt długi
temat. Przejąłem biznes po śmierci ojca. Nie miałem specjalnego
wyboru.
- Brzmi jak moje życie... Chyba. -
Zaśmiał się z własnego żartu, doskonale zdając sobie sprawę,
że Kakashi rozumie go pewnie zupełnie inaczej. - To dla mnie coś
nowego, rozmawianie z kimś o tej godzinie... Świetnie, teraz mamy
dwie bezsenne osoby. Przynajmniej jest się do kogo odezwać. - Był
nieco sarkastyczny. Po wypadku była to jego ochronna tarcza i już
tak mu zostało. Nie narzekał, miał szansę zbudować swój nowy
charakter. Atmosfera natychmiast rozluźniła się, gdy usłyszał
stłumione parsknięcie.
Właściwie, dawno nie czuł się tak
dobrze.
- Co za szalony tydzień... - Mruknął
Kakashi, przywołując w nim pewnego rodzaju świadomość. W jaki
sposób w tak szybkim czasie przeszli z totalnych wrogów do
rozmawiania przyciszonym głosem, jeszcze nie szeptem, o pewnie
trzeciej nad ranem?
Nawet jak dla niego był to szybki
rozwój relacji.
- I to jak... - Przyznał wrzucając
kolejnego peta do popielniczki, plecami opierając się o obramowanie
balkonu.
Na drugi dzień nie pamiętał nawet o
czym rozmawiali... Konwersacja płynęła własnym naturalnym tonem,
chociaż obydwoje nie byli do końca świadomi tego o czym
rozmawiają...
Pamiętał tylko, że niedługo potem
nastał dzień, a jego balkon oblało światło porannego słońca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz