niedziela, 11 grudnia 2016

Wartość Wspomnień. - Rozdział Siódmy. "Dźwięk twojej egzystencji"

Haha, udało mi się! Drugi rozdział w tym tygodniu!
W niedzielę prawie o północy, ale zawsze... XD
Jak widzicie, staram się coś nadgonić, ale mi nie wychodzi. 
Nie miałam kompletnie pomysłu na obecne rozdziały w tym opowiadaniu, ale coś mi wpadło... Mam nadzieję, że się spodoba. 
I jak zwykle, zapraszam do komentowania! <3
***

Gorąco.
Jest tak gorąco...
A on jest sam. Sam w pochłaniającym wszystko gorącu. On też ma niedługo zniknąć.
Dobrze. Wszystko go boli, chciał już to skończyć. Chce zamknąć oczy i odejść.
Przed zamknięciem oczu, przed zakończeniem walki powstrzymuje go tylko jedna rzecz...
Wspomnienie złota zachodzącego słońca odbijającego się od srebra... Od srebrnych kosmyków...
Gorąco jest coraz bliżej...

Obito obudził się nagle, fantomowe gorąco dalej oblewało jego ciało. Piekło, szczypało. Z paniką dotykał parzących miejsc palcami, od nowa odkrywając tylko stare blizny.
Nigdy nie śnił o wypadku, ale zdarzało mu się pamiętać drobne rzeczy, najczęściej uczucia, podobne do kolorów które widział. Bolały, wypalały się w jego pamięci równie dobrze jak blizny w jego ciele.
Nigdy wcześniej nie pamiętał tak wiele, teraz jednak mógł stwierdzić, że do tej pory miał szczęście. Teraz nie chciał o tym pamiętać.
Zerknął na czerwone cyfry zegara leżącego na jego szafce. Druga w nocy. Szczypały go oczy i czuł potrzebę zmycia z siebie potu po minionym koszmarze, mimo to starał się to zignorować i z powrotem się położyć. Przecież podczas dnia miał być zimnym logistykiem, nie mógł sobie pozwolić ma tak głupie słabości.
Ale nie mógł już usnąć.
Nieważne jak mocno zaciskał powieki, jak bardzo starał się odpłynąć, jego oczy otwierały się samoistnie. Jedyne co tym osiągał to powoli doganiająca jego zmysły migrena i dreszcze mieszającego się gorąca i zimna. Zrzucił z siebie kołdrę i przysiadł na brzegu łóżka, chowając twarz w dłoniach, przeczesując mokre od potu włosy.
W takich momentach myślał za dużo.
Czy powinien zrezygnować? Zgłosić się do psychiatry i zwyczajnie wszystko rzucić? Czy w ogóle sobie z tym wszystkim poradzi?
Oczywiście, że tak – mówił sobie. Zawsze wmawiał sobie, że będzie dobrze, nieważne jak źle by nie było. I zawsze było dobrze, zawsze mógł wygrzebać się z najgorszego gówna i iść dalej. Cecha ludzi, byli cholernie odporni.
Czując, że nieco uspokoiło się jego walące serce, wstał i udał się w stronę łazienki. Całe jego mieszkanie wydawało się za puste i za ciemne, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że nic się nie zmieniło.
Zapalanie światła w łazience porządnie poraziło Obito po oczach. Nie przejął się tym, zdejmując z siebie ubrania i wrzucając je do kosza na pranie, wchodząc pod letni strumień puszczonej wcześniej wody pod prysznicem.
To było w jakiś sposób orzeźwiające, chociaż za każdym razem gdy wchodził do kabiny dostawał paranoi. Nie wiązało się to z niczym szczególnym, po prostu zdawał sobie sprawę jak bardzo odkryty wtedy był. Jak łatwo byłoby go zaskoczyć.
Nienawidził tego.
Dlatego mimo tego, że kochał wodę, ograniczał się do krótkiego prysznica i wychodził z niego najszybciej jak mógł. Tak zrobił i tym razem.
Nie dbając o to, że rozlewa wszędzie wodę skapującą z jego ciała, zawisnął nad umywalką kiwając się w przód i w tył. To przez migrenę, na którą zresztą planował już wziąć tabletki.
Wyciągnął je z szafki nad zlewem i od razu połknął dwie, pudełko z powrotem wrzucając do środka i zamykając szafeczkę z całkiem sporym brakiem delikatności.
Teraz widział się w lustrze. Albo raczej, marną parodię siebie.
Człowieka z podkrążonymi oczami, zmarszczonymi brwiami i kwaśną miną, z ciałem pokrytym bliznami, bladą, niezdrowo bladą, twarzą.
Był cieniem siebie. Wcale już nie wyglądał przerażająco. Nikogo by nie przeraził samym drgnięciem mięśnia. Teraz wyglądał najwyżej jak narkoman na odwyku.
Oderwał się od swojego odbicia, domyślając się, że nie zobaczy tam i tak nic choćby najmniej pocieszającego i przeszedł na balkon, nie dbając wcale o swoją nagość, bo w końcu był w swoim mieszkaniu, po drodze łapiąc telefon i paczkę papierosów.
Tak skończył siedząc nago na balkonie, paląc jak smok i przeglądając z nudów swoje kontakty. Jak na gangstera z krwi i kości, miał całkiem głupkowate poczucie humoru, nazywając każdego z osobna wymyśloną przez siebie dziwną ksywką. Czasami gorszą, czasami lepszą. Chociaż przynajmniej mógł pochwalić się kreatywnością, nie to co jego podwładni, którzy nie mogliby chyba być bardziej przewidywalni i powtarzalni.
Wzrokiem przejechał po jedynym kontakcie, który zachował swoją oryginalną nazwę.
Hatake Kakashi.
Sam Obito nie był pewien dlaczego go nie zmienił. Może nie miał pomysłu na lepszą ksywkę... A może po prostu wydawało mu się to pasować najbardziej.
Wypuścił z ust szary dym, gasząc kiepa o ramę balkonu, dalej nie odrywając oczu od kontaktu.
Wydawał mu się dziwnie znajomy.
Strach na wróble, oczywiście, ale nie chodziło tylko o to... Jego imię, Strach właśnie, wydawało mu się bardziej bliskie niż nazwisko, jednak... Nie powinno się w ogóle takie wydawać. Był pewien, że nie znał nigdy nikogo z podobnym imieniem...
Przynajmniej nie przed wypadkiem.
Ale było to raczej niemożliwe. Ponoć nie miał przyjaciół poza jego wcześniejszą organizacją... Chociaż „jego” to za dużo powiedziane, bo prowadził ją jego „świętej” pamięci ojciec wraz z nikłą pomocą również świętej pamięci matki.
Nacisnął zieloną słuchawkę, przykładając telefon do ucha, odpalając kolejnego papierosa, czując się co najmniej głupio.
Nie spodziewał się, że odbierze, nie wiedział nawet dlaczego to zrobił...
Ale odebrał.
- Nie spodziewałem się telefonu o... Drugiej czterdzieści. Nie od pana. - Usłyszał w słuchawce o dziwo wcale nie zaspany głos. Obito uśmiechnął się do siebie, chociaż nie za bardzo podobały mu się użyte zwroty grzecznościowe. Z jakiegoś powodu czuł się z nimi niekomfortowo.
- Cóż, i tu robi się dziwniej. Uwierzyłbyś, że rozmawiam z tobą nago siedząc na balkonie? - Krótka chwila ciszy i podążające za nią ledwo słyszalne westchnięcie. Mógł wyobrazić sobie jego skonfundowany wyraz twarzy.
- Myślę, że tak. Mimo wszystko zalecałbym sen.
- To jest problemem. - Znowu krótka chwila ciszy, skrzypnięcie krzesła i cichutki szum.
- Rozumiem. W porządku, mam chwilę czasu.
- Ja... - Sam zamilkł, starając się szybko wymyślić temat, kryjąc fakt, że zwyczajnie chciał usłyszeć jego głęboki głos, nawet odrobinę zmieniony przez słuchawkę telefonu. - Jak to wszystko zacząłeś Kakashi?
- Szczerze, nie jest to zbyt długi temat. Przejąłem biznes po śmierci ojca. Nie miałem specjalnego wyboru.
- Brzmi jak moje życie... Chyba. - Zaśmiał się z własnego żartu, doskonale zdając sobie sprawę, że Kakashi rozumie go pewnie zupełnie inaczej. - To dla mnie coś nowego, rozmawianie z kimś o tej godzinie... Świetnie, teraz mamy dwie bezsenne osoby. Przynajmniej jest się do kogo odezwać. - Był nieco sarkastyczny. Po wypadku była to jego ochronna tarcza i już tak mu zostało. Nie narzekał, miał szansę zbudować swój nowy charakter. Atmosfera natychmiast rozluźniła się, gdy usłyszał stłumione parsknięcie.
Właściwie, dawno nie czuł się tak dobrze.
- Co za szalony tydzień... - Mruknął Kakashi, przywołując w nim pewnego rodzaju świadomość. W jaki sposób w tak szybkim czasie przeszli z totalnych wrogów do rozmawiania przyciszonym głosem, jeszcze nie szeptem, o pewnie trzeciej nad ranem?
Nawet jak dla niego był to szybki rozwój relacji.
- I to jak... - Przyznał wrzucając kolejnego peta do popielniczki, plecami opierając się o obramowanie balkonu.
Na drugi dzień nie pamiętał nawet o czym rozmawiali... Konwersacja płynęła własnym naturalnym tonem, chociaż obydwoje nie byli do końca świadomi tego o czym rozmawiają...
Pamiętał tylko, że niedługo potem nastał dzień, a jego balkon oblało światło porannego słońca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz