Kurna, spóźniłam się dwie godzinki... ;-;
Wyznam wam, że był to tydzień sprawdzianów próbnych... Teraz tylko poprawki i w sumie będę w domku na święta. Właśnie! Jak tam wasze święta? :D
WinterIron bo bardzo dawno nie było... A kiedyś go skończyć muszę. Dalej staram się nadrabiać, ale trochę mam lenia. Co zrobić?
No cóż, zapraszam do komentowania i miłego czytania! <3
Troszkę ponad 4 strony w wordzie... Szaleję ostatnio. :')
***
W całej wieży grała niesamowicie
głośna muzyka, migały światła, ludzie tańczyli i oblewali się
drinami.
A Tony chyba pierwszy raz w życiu nie
miał na to wszystko ochoty. Nie miał ochoty zanurzać się w tym
świecie, który wydawał się być dla niego stworzonym.
Teraz leżał na kanapie z
niedokończoną szklanką whisky w dłoni, czując jej gorzko-palący
smak w przełyku i ustach, a jego myśli były wyjątkowo ciche,
ograniczały się do niepodjętej jeszcze decyzji – czy ją dopić
czy sobie darować.
Jakieś miłe panie czy też mili
panowie co chwile podchodzili do niego i starali się poprawić mu
humor, ale on już od paru dobrych godzin był strasznie nieobecny.
Ale to, że był względnie trzeźwy nie oznaczało wcale, że miał
zamiar niańczyć resztę Avengersów, co to to nie!
I właśnie dlatego Thor zdążył już
wybić szyby na szesnastym i jedenastym piętrze, Barton dostał się
do szybu wentylacyjnego, a Vision z Wandą zabawiali towarzystwo
sztuczkami magicznymi. Najbardziej interesowało go gdzie właściwie
znajduje się Kap, Natasha i Bruce, ale mógł tylko podejrzewać, że
Steve już dawno smacznie spał w swoim pokoju, a jeżeli ostatnia
dwójka zajmowała się tym czym myślał że się zajmują, to jakoś
niespecjalnie się o nich martwił. Oczywiście pozostawał jeszcze
Rhodey, Sam i Barnes, chociaż ich los akurat pozostawał mu
obojętny, a Peter, jako nastolatek, był za młody żeby przyjść
no i miał swoje obowiązki...
Aha, no i był jeszcze Scott, ale jego
nikt nie zaprosił.
Innymi słowy, został prawie sam. A
przynajmniej czuł się sam. Rozważał wymknięcie się do
laboratorium, ale zdawał sobie sprawę, że w sumie to, zabawna
sprawa, ale zapomniał hasła. A może to system go zapomniał? Z
resztą, co za różnica?
Nagle coś podejrzanie blisko
dziewięćdziesięciu kilo zwaliło się Tony'emu na nogi, aż sufit
zawirował mu przed oczami, wydał z siebie tylko głuchy jęk i
chciałby wierzyć w to, że był to katalizator dla którego
zaczęła się na niego gapić całkiem spora grupa ludzi, ale
niestety zdawał sobie sprawę, że muzyka dudniła na to
zdecydowanie za głośno. Przewrócił oczami do samego siebie i jako
iż nie miał ochoty patrzeć na kolejną zapijaczoną twarz – bo
nie miał humoru – zwyczajnie skopał z siebie cały ciężar i
wywalił na niego swoje nogi. Ciężar widocznie nie miał nic
przeciwko, bo po chwili poczuł się z tym nazbyt komfortowo i
zaczęło je z zacięciem badać. Wrażenie było komiczne, ale i
zmusiło Tonego, żeby wreszcie podniósł się ze swojej bezpiecznej
strefy i spojrzał któż jest tak nawalony, żeby próbować poznać
drugą osobę po łydkach.
I ujrzał obrzydliwie znajomą mu
sylwetkę, bo też sam Barnes zwany Bucky'm był jedynym, który
bezczelnie okupował jego miejsce na kanapie. Z resztą, teraz
wreszcie zrozumiał dlaczego próbował poznać go po nogach, bo cała
twarz zasłaniała mu kurtyna nieokiełznanych niczym rozkopanych,
ciemnych włosów. Będąc ze sobą zupełnie szczerym, pierwszą
myślą przychodzącą mu w tej chwili do głowy było to, że Bucky
w takim stanie wygląda jak smutny menel.
- Hej, za takie rzeczy się zazwyczaj
płaci. - Tony pomachał do niego ręką, a on dziwnie niepłynnym
ruchem odchylił się do tyłu i zbyt gwałtownie obrócił w jego
stronę, sprawiając że kosmyki włosów opadły mu na całą twarz
i wpadły do ust. Cóż, na ten widok Tony o mało nie uśmiechnął
się z rozbawieniem.
- Fony?
- Tony, ale byłeś blisko. - Poprawił
jego bełkot, stwierdzając że Bucky'ego poniósł niezły melanż.
Przy nim nie czuł się wcale taki pijany.
Albo raczej, w ogóle nie czuł się
pijany. Skoro umiał poprawnie składać zdania to generalnie mówiąc
był trzeźwy, prawda?
Bucky patrzał na niego z
niezrozumieniem w zimnych błękitnych oczach. Wyglądał jak zombie.
Myśląc o tym, Tony zastanawiał się czy Bucky został potraktowany
takim samym serum jak Steve... I czy to oznaczało, że Steva jednak
też dało się uchlać?
- Barnes, jakim cholernym cudem
doprowadziłeś się do takiego stanu? - Nie odpowiedział, znowu
zwieszając głowę. Tony był prawie cierpliwym człowiekiem,
dlatego przeczekał chwilę zanim ponowił pytanie, lekko szturchając
go nogami, a gdy to również nie podziałało zaczął się lekko
frustrować. - Odpowiadaj jak do ciebie mówię. - Usiadł,
szturchając Bucky'ego palcem w policzek, co nie wywołało prawie
żadnego efektu... Z wyjątkiem tego, że to całe dziewięćdziesiąt
kilo zachwiało się w jedną stronę, a potem ulegając sile
odśrodkowej, w drugą, przewracając się na jego klatę, skutecznie
z powrotem przygwożdżając go do kanapy, tym razem całkiem
skutecznie.
- Plond kole cos psyniós... -
Wymamrotał Bucky, śliniąc mu się na koszulkę, swoją vibraniową
łapę przewieszając mu gdzieś w okolicy pasa. O dokładności
wolał nie myśleć.
Tony, na swoje szczęście, miał
doświadczenie z pijackim bełkotem i z łatwością połączył
fakty. Te rozbite okna? Pijany superżołnierz? Jakaś tam podpowiedź
zawarta w jego wypowiedzi? Thor musiał przywlec coś z Asgardu. No
albo z europy wschodniej.
Teraz wystarczyło znaleźć „blond
kolesia” i poczęstować czymkolwiek to było Steva. Może w
realizacji tego planu nieco przeszkadzała mu ta kłoda, ale z
drugiej strony nie bardzo się tym denerwował. W końcu nie jedną
imprezą człowiek żyje. W dodatku, zdawał sobie sprawę, że jeśli
Steve miał trochę oleju w głowie, to zabronił programowi
wpuszczać Tonego do swojego pokoju i tu cały jego plan tak czy siak
się kończył. Nie miał pojęcia jakim cudem wmusiłby w Kapitana
Dwumetrowe Bary cokolwiek, nie mówiąc już o coś co miał wypić i
rzekomo się opić.
- Przysięgam, jak się zrzygasz to
zagwarantuje ci darmowy pobyt daleko od wieży i zastanowię się na
jak długo.
- Fe.
Kolejne skąpo ubrane panie, jedna
brunetka z lekko kręconymi włosami i czarnej krótkiej sukience,
druga płomiennie ruda z włosami krótkimi i białej obcisłej
koszuli – spodni nie widział - przechyliły się przez oparcie
jego kanapy, już w momencie gdy miał zacząć się denerwować,
sprawiając, że złapał się na głupkowatym szczerzeniu. Chociaż
byłoby to raczej łatwiejsze, gdyby nie Bucky, który jednak powoli
wydawał się dochodzić do siebie... W pewnym stopniu. Wnioskował
po tym, że nagle zaczął stukać palcami, na szczęście nie
mechanicznej ręki, w jego udo, wybijając chyba rytm granej właśnie
muzyki. Dla niego wydawało się do niedorzeczne, ale w zamroczonym
mózgu Buckyego może miało to jakiś sens i było czymś w rodzaju
tańca, kiedy ciałem już nie możesz.
Ruda wskazała zgrabnym paluszkiem na
leżące na nim ciało, a on omal się nie skrzywił. Brunetka za to
obserwowała z boku uśmiechając się jak leniwa kotka. Tony zaczął
się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi, ale postanowił ich
nie kwestionować i dać się wkręcić;
- Był samotny to dałem się
przytulić. - Ruda zaśmiała się, a brunetka objęła ją w talii i
nachyliła się jeszcze bardziej, patrząc mu prosto w oczy,
specjalnie, aby nie musieć przekrzykiwać się przez wszechobecny
hałas.
- Szkoda że tylko przytulić. -
Krótkowłosa spojrzała na nią, a potem na Tonego. Wyczuł
wyzwanie, jego ego uwielbiało wyzwania... W pół świadomie zaczął
przeczesywać zaskakująco miękkie włosy Bucky'ego, nie tracąc
kontaktu wzrokowego z brunetką.
- Mężczyźni nie mają w zwyczaju
zbytnich pieszczot.
- Ach tak... - Wyprostowała się,
przyciągając do siebie rudą, która po chwili zaskoczenia oplotła
jej szyję, obydwie jednak dalej patrzały się na niego, wyglądały
jak dwie syjamskie kotki królewskie, co wcale mu nie przeszkadzało.
- Może dalibyście się jakoś przekonać...
Tony oczywiście zrozumiał aluzję i w
duchu już dawno się na nią zgodził, ale zaraz potem uderzały go
twarde fakty.
Po pierwsze, Bucky nie był z jego
czasów i nie miał najmniejszych wątpliwości, że takie
zachowania, wykraczające poza zwykłe przekomarzanki, są mu
zupełnie obce, i Tony – który osobiście nie miał nic przeciwko
zmysłowym mężczyzną równie jak i zmysłowym kobietą - nie mógł
mieć nawet pewności czy je tolerował. Po drugie, najwyraźniej nie
był zbyt przytomny, i choć mogło się to zmienić w każdej
chwili, Tony był chyba zbyt trzeźwy, żeby nawet jego przywrócić
do świadomości z taką propozycją.
- Cóż, gdyby kolega był przytomny,
to może dałoby się coś zrobić... - Wykręcał się, może zbyt
jawnie, bo panie oderwały się od siebie, ale zamiast zostawić ich
w spokoju, ruda przesunęła paznokciem po kręgosłupie Bucky'ego.
Tony'ego na początku w ogóle to nie wzruszyło, bo nie wydawało mu
się możliwym, aby go w ten sposób obudzić, ale gdy za drugim
razem dotarła do jego kości ogonowej, Barnes wyraźnie poruszył
głową i podniósł na niego zdecydowanie bardziej trzeźwe oczy.
Tony prawie się wystraszył szybkością jego regeneracji.
- Tony?
- Ta, Tony. - Wydukał, gryząc się w
język, bo jedyne na co miał ochotę, to wysyczeć mu „Zdychaj”.
Bo jak faktycznie chciał, żeby się obudził, to tego nie zrobił...
Gdy podniósł się do pozycji
siedzącej na tyle, żeby zobaczyć dwie kobiety, ruda pomachała mu,
a brunetka tylko an niego spojrzała, widocznie obserwując rozwój
sytuacji. Bucky odgarnął do tyłu niesforne kosmyki i, tak samo jak
Tony, posłał im całkiem niezły uśmiech, nie zwracając wcale
uwagi na fakt, że przed chwilą obudził się w ramionach jakiegoś
typa. Nie stop, nie „jakiegoś”, tylko Tonego Starka... I zamiast
przeżyć podwójny szok, po prostu przeszedł z wydarzeniem do
porządku dziennego.
- Co tu się dzieje? - Zapytał
uwodzicielsko-wesołym głosem, zerkając na obie panie, a Tony
wreszcie mógł usiąść, spuszczając jedną nogę z kanapy, drugą
podwijając pod siebie. Nie miał zamiaru się odzywać i brunetka
chyba to zauważyła, bo po krótkim spojrzeniu na niego, postanowiła
odpowiedzieć;
- Właśnie rozmawialiśmy z panem
Starkiem na temat waszych relacji... I ich bardziej intymnego obrotu.
- W skrócie. - Przyznał Tony, zanim
Bucky mógłby ośmieszyć go wybuchem śmiechu... Nikt nie będzie
ośmieszał Tonego Starka, oprócz, cóż, Tonego Starka. I co z
tego, że nie do końca planowanie poczuł palące ciepło na twarzy,
gdy Bucky spojrzał na niego w czystym szoku i lekko uchylonymi
ustami? Przynajmniej mógł być dumny z tego, że sam to ciepło
wywołał.
Bucky przez chwilę nie wiedział co
powiedzieć. Zerkał na brunetkę, rudą i Tonego, zastanawiając się
czy to nie tylko głupi żart, szukając potwierdzenia w ich
twarzach, ale Tony już właściwie na niego nie patrzał, tylko
zajmował się przestrzenią gdzieś za nim, będąc gotowym do
natychmiastowego wycofania się do laboratorium z tej durnej imprezy,
na którą zresztą od początku nie miał humoru. I kiedy cisza
między nimi powoli zaczęła go drażnić i miał wybuchnąć i
zupełnie wycofać się z zakładu, oszczędzając im wszystkim
zachodu, Bucky odpowiedział...
- Nie mam nic przeciwko. - I zanim
zdążył wydobyć z siebie chociażby zaskoczone „oh?”, ruda
klasnęła w ręce, a brunetka uśmiechnęła się z zadowoleniem i
kiwnęła na nich głową. A Bucky, od jakiegoś już czasu zresztą,
mierzył go prowokacyjnym wzrokiem, zgrabcie przewieszając ramię
przez oparcie i odchylił się do tyłu, pokazując zupełne
odprężenie.
- Poważ... Znaczy, oczywiście że nie
masz, kto by miał? - Zreflektował się, zerkając na panie, jednak
ustami dalej, bezdźwięcznie oczywiście, wypowiedział „Poważnie?”.
Bucky wzruszył ramionami, wyglądając na nieco rozbawionego. Oj nie
będzie się długo śmiał.
Tony pokręcił głową, wstając, trzy
pary oczu podążały za każdym jego krokiem. Jednak on nie miał
zamiaru uciekać. Przeszedł tylko z dwa kroki przed siebie, zanim
szybkim ruchem przerzucił jedną nogę przez Bucky'ego i usiadł na
nim okrakiem, ciasno obejmując go w pasie.
- Ja nie mam z tym żadnych pro... -
Zanim zdążył dokończyć zdanie, Bucky gwałtownie przywarł do
jego warg, natychmiast zjeżdżając dłońmi po jego wąskiej talii.
Tony, po krótkiej chwili, w której zastanawiał się czy na pewno
jest w świecie realnym, uchylił wargi, oddając pocałunek, palce
jednej ręki wplątując w długie włosy Bucka, bezwstydnie za nie
szarpiąc, drugą dalej trzymając niedokończonej jeszcze szklanki
whisky.
Poczuł smak bardzo mocnego alkoholu,
którego wcześniej nie pił, ale nie to wprawiło go w jeszcze
większe zaskoczenie...
Bucky naprawdę dobrze całował, na
tyle dobrze, że Tony przez chwilę zastanawiał się, czy na serio
maiłby coś przeciwko, gdyby Bucky chciałby go teraz zaciągnąć
do łóżka...
I Bucky, jakby czytając w jego
myślach, wstał, trzymając go w górze tylko jedną ręką.
Oderwali się od siebie, Tony nie krępował się ze składaniem
pocałunków na jego szczęce i szyi, zaskakująco lubiąc nagle
ciepło specyficznego superżołnierza.
Barnes wolną ręką pomachał paniom,
rzucając im jakąś głupią odzywkę, której nawet nie usłyszał,
po
czym, zupełnie bez słowa skierował się w stronę korytarza.
Tony dopił alkohol, szklankę wypuszczając gdzieś po drodze, nie
specjalnie dbając o jej los, po czym zaczął kolejny gorący
pocałunek. Bucky'emu widocznie to nie przeszkadzało, poza faktem,
że stracił na nim chwyt, dociskając go do ściany i zamiast tego
postanowił rozerwać na Tony'm koszulkę, za którą i tak
niespecjalnie by płakał.
czym, zupełnie bez słowa skierował się w stronę korytarza.
Tony dopił alkohol, szklankę wypuszczając gdzieś po drodze, nie
specjalnie dbając o jej los, po czym zaczął kolejny gorący
pocałunek. Bucky'emu widocznie to nie przeszkadzało, poza faktem,
że stracił na nim chwyt, dociskając go do ściany i zamiast tego
postanowił rozerwać na Tony'm koszulkę, za którą i tak
niespecjalnie by płakał.
Po tym jak wreszcie Barnes postanowił
z powrotem wziąć go w swoje ramiona, weszli, albo raczej Bucky
wszedł, na korytarz, tylko po to, by władować do losowego wolnego
pomieszczenia z łóżkiem, na którym Tony wylądował chwilę
później.
- Postanowiłem cię uratować od
tłumaczenia się dwóm ładnych panienek.
- Mów mi więcej, gadanie mojego ojca
zawsze mnie podniecało. - Tony sarknął, obracając się na brzuch
w łóżku, które chyba mogłoby pomieścić trzy osoby, eksponując
swoje nagie opalone plecy – na przodzie trzymały się jeszcze
strzępki materiału.
- To znaczy, że ty naprawdę..?
- Ty też powinieneś. Wymyśliłem
kiedyś kampanie reklamową, jeśli nie chcesz przelecieć Tonego
Starka, to natychmiast zgłoś się do okulisty x. Oczywiście nigdy
jej nie zrealizowałem, ale obmyślane całkiem nieźle, nie? - Bucky
uśmiechnął się, ale nagle wydawał się spoważnieć.
Przynajmniej bardziej niż wcześniej.
- Nie kuś mnie w ten sposób Tony.
Może nie jestem z tych czasów, ale nie mam tych samych oporów co
Steve.
- Zauważyłem, ale chyba nie żyjemy
tym samym brakiem oporów, James. - Bucky drgnął, coś zabłysnęło
w jego oczach... A Tony znał ten błysk.
Podniecenie.
Tony zazwyczaj uwielbiał go widzieć,
mimo tego, że nie zawsze doświadczał go w dobry sposób, ale
teraz, z Bucky'm, który niebezpiecznie pewnie zbliżał się do
krawędzi łóżka, by potem zawisnąć nad nim, ssąc tył jego
ramienia, nie był taki pewien. Bo w pewnym sensie nagle zdał sobie
sprawę z tego kim był Bucky – przyjacielem Steve'a, Zimowym
Żołnierzem, mieszkańcem tej wierzy. W momencie w którym zaczął
myśleć, zaczynał mieć wątpliwości.
- Jeśli nie chcesz żebym robił takie
rzeczy, nie wymawiaj mojego imienia w ten sposób. - Tony uwielbiał
się zgrywać, ale w momencie zrozumiał gdzie kończyły się ich
żarty.
- Dalej jesteś wgięty?
- Wgięty, nie pijany. - Bucky obrócił
go, trzymając za biodra i zerwał przód koszulki, resztki zrzucając
na podłogę, zajmując się teraz szyją zajętego myślami Tonego,
który dopiero po chwili zorientował się, że robił mu malinki,
kontynuując grę... To nie tak, że nie było to przyjemne, ale mimo
wszystko wolał nie sypiać z kolegami z zawodu.
- Dobra, koniec zabawy. Mam ochotę się
przespać.
- W jakim kontekście?
Tony prychnął, tym razem zaczynając
się wyraźnie denerwować.
- Przestań się drażnić, na dzisiaj
mam dosyć żartów.
Bucky wyprostował się, zerkając na
niego znudzonym wzrokiem, po chwili milczenia ściągając z siebie
koszulkę i zrzucając ją na ziemię. Był dobrze zbudowany, ale nie
było to specjalnym zaskoczeniem.
- Potrzebujesz dowodów na to, że to
co masz w spodniach nie robi mi specjalnej różnicy, proszę bardzo,
mogę ci je dać.
- Może innym razem. Gdy już się
wytrzeźwiejesz i przede wszystkim umyjesz. Aha, no i jak będę w
humorze. - Tony uśmiechnął się z satysfakcją, gdy Bucky padł
obok niego na łóżku z poddańczym jękiem. Z resztą, nie
potrzebował dowodów, nie miał żadnych wątpliwości, że po
pijaku byłby w stanie przespać się nawet z Mandarynem, chociaż
nie był z tego powodu specjalnie dumny. - Jutro mi podziękujesz,
słońce. I zejdź z kołdry.
Bucky nie odpowiedział, obracając się
na plecy. Po chwili jednak wybuchł krótkim śmiechem i obrócił
głowę w stronę Tonego.
- To trochę niedorzeczne.
- Brzmi jak każda sobota. - Bucky
powtórzył śpiąco ostatnie dwa słowa, tylko utwierdzając Tonego
w przekonaniu, że jeszcze nie wyparował z niego syf, którym
poczęstował go Thor. W każdym razie, nie była to już jego
sprawa, bo sam postanowił się przespać, postanawiając, że w
laboratorium i tak nie odniesie niczego specjalnego, gdy praktycznie
w całej wieży działa się jakaś demolka, a on zapadł w swego
rodzaju leniwą depresję. Najwyżej później będzie się obwiniał
za stracony na sen czas.
Zrzucił z siebie spodnie, ze
zdumieniem zauważając, że po pierwsze, Bucky zdążył już usnąć,
a po drugie, że nawet przez ściany słyszy przygłuszoną, ale
jednak, muzykę. Miał tylko nadzieje, że na następny dzień będzie
miał jeszcze dach nad głową.
Tony okrył się kołdrą i wcale nie
dbając, że właśnie leży obok Zimowego Żołnierza, i że
właściwie znowu czuje go na sobie, przymknął powieki i dał sobie
odpłynąć.
Ostatkiem przytomności usłyszał, że
drzwi do pokoju otworzyły się...
Ale pewnie tylko mu się
zdawało...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz