Strony

niedziela, 29 maja 2016

Wartość Wspomnień. - Rozdział Czwarty. "Przebiję się przez twoje kłamstwa."

Wow, nie było tego przez dwa miechy... Się zagapiłam. ;-;
Ale jestę i od następnego rozdziału jedziemy z kopyta... I podejrzewam, że na poważnie. Przy okazji, staram się nadrobić trzy tygodniową nieobecność. [*]
Miłego czytania~~

***

Wchodząc do pomieszczenia, Kakashi uważnie je obejrzał i wyglądało na prawie rozczarowująco zwykłe. Ciemne ściany, bordowe fotele umiejscowione pośrodku, ciemne półki stojące pod ścianami, trzymające na nich książki i równie ciemne biurko stojące przy ogromnych oknach, usytuowanych z kolei zaraz naprzeciwko drzwi. Nie żeby spodziewał się nie wiadomo czego, ale do niekonwencjonalnych w każdym calu Akatsuki jakoś nie pasowały takie zwyczajne pomieszczenia. No ale nie przyszedł tu przecież, aby podziwiać boazerię i narzekać na dziwny gust właściciela owego „biura”.
- Proszę usiąść, panie Hatake. - Zagadnął do niego Pain (bo tak wcześniej przedstawił się rudy mężczyzna) i wskazał mu dłonią jeden z tych bordowych foteli. Kakashi zauważył, że od incydentu z nagłymi zmianami głosu „Tobiego” nie spuszczał z niego wzroku, pewnie nawet nie zdając sobie sprawy że to robi i że zdradza w ten sposób więcej niż zdradził czarnowłosy mężczyzna. Bo gdyby zwyczajnie przeszli z tym do normalności, udawali że właściwie nic się nie stało i zrzucili to na karb szaleństwa, wtedy Kakashi nie miałby żadnych podejrzeń, bo reszta „popularniejszych” członków też nie była do końca zdrowa psychicznie, ale robiąc to wyglądał jakby badał, czy Kakashi coś wykrył. Równie dobrze mógłby powiedzieć „Ta, ten koleś jest naszą wielką tajemnicą”. Hatake nie wiedział jednak jeszcze w jaki sposób mógł on być tajną bronią... Ale miał zamiar się dowiedzieć i grać w otwarte karty. Postanowił więc dodać oliwy do ognia, póki sprawa była jeszcze świeża:
- Pan wybaczy, ale... Mężczyzna z wcześniejszego incydentu nie daje mi spokoju. Kim on jest? - Mógł zobaczyć jak Naruto lekko się krzywi, ale Sakura i Sasuke wpatrują się w Peina z zainteresowaniem – ich też pewnie zaciekawiła cała sprawa – Natomiast rudowłosy spiął się lekko.
Pierwszy błąd.
- Nikim ważnym. - Drugi błąd. - Zwykłym, bardzo problemowym dzieciakiem, który jest zupełnie szalony. Jednak zbyt dobrze sobie radzi, żeby po prostu zakwalifikować go jako „śmiecia”, dlatego go trzymamy – Kakashi zanotował nagłą zmianę zdania i miał ochotę uśmiechnąć się z triumfem. Mógł w takim razie założyć, że 'Tobi' był tuta ważną personą. Również, gdy miał okazję zobaczyć go na własne oczy, wyrobił sobie o nim zdanie – oszust.
Według Kakashiego, Tobi oszukiwał, aby wyjść na bardziej dziecinnego i równocześnie, bardziej bezbronnego. A gdyby usunąć tą marną powłokę z jego osoby, to zostałaby...
Kakashi przypomniał sobie zimne czarne oczy wyglądające na niego spod pomarańczowej maski i przeszedł go delikatny dreszcz. Czyżby mężczyzna w masce był aż tak niebezpieczny?
W dodatku, mimo że Painowi wyraźnie nie spodobało się zachowanie Tobiego, nie śmiał zwrócić mu chociażby i najmniejszej uwagi, co mogło oznaczać tylko jedno.
Oczy Kakashiego zabłysły drapieżnym blaskiem. Dzięki temu blaskowi swego czasu został przy władzy, ale mimo tego, że serdecznie jej nie znosił, to uwielbiał być tym bystrym.
I gdy już taki był, to bardzo rzadko się mylił.
Jedna łamigłówka została w prosty sposób rozwiązana, a druga nie była wcale trudna. Co do Peina, spodziewał się, że po prostu dwie osoby przedstawiają się jednym imieniem, starając się wywołać jeszcze większy mętlik i odstraszyć innych od Akatsuki. Cóż, Kakashi musiał im pogratulować, bo dzięki tak wielu sekretom, wielu raczej od nich stroniło.
Ale Kakashi nie należał do tych „wielu”.
Usiadł, wygodnie zakładając nogę na nogę i wpatrywał się w rudowłosego mężczyznę, starając się nie wyglądać ani na znudzonego ani na osobę, która kilka chwil temu rozwiała wszelkie wątpliwości na temat tych ich małych sekrecików. Bo przecież w teorii przyszedł przecież, aby połączyć siły. Co prawda w praktyce mógł zadowolić się samym rozwiązaniem tajemnic, ale zdecydowanie wolał, aby posłużyły mu one za kartę przetargową. Akatsuki nie wyglądało na takich, którzy zignorowali by wyciek informacji i zdecydowanie potrzebowali sekretów, bo posługiwali się głównie strachem. Dzięki strachowi, więcej organizacji puszczało im wolno niektóre akcje, a większość jakoś nie chciała wdawać się z nimi w wojny.
Ale i tym razem Kakashi nie miał zamiaru należeć do większości.
- Panie Hatake, z przykrością muszę poinformować, że w obecnej chwili nie bardzo interesuje połączenie działalności, ale sojusze zawsze są mile widziane. - Uśmiechnął się delikatnie, jakby przyjaźnie, ale nie było mowy, aby Kakashi tak łatwo dał się złapać. Bo do obecnej chwili, Akatsuki nie zawarło żadnych sojuszy, co sugerowało, że nimi również nie byli zainteresowani. Z drugiej strony, możliwe, że nie dostali po prostu odpowiedniej oferty. Kakashi musiał przyznać, że zdecydowanie bardziej bezpiecznym dla nich było zatrzymanie wiedzy o sekretach, bo nie był pewien jak na ich wyjawienie zareagowała by druga strona. Co prawda trochę bezmyślnym byłoby ich „usunięcie”, ale z drugiej strony, mógł zauważyć, że czasami działali bardzo agresywnie i nieprzemyślanie, co i tak zazwyczaj kończyło się dla niech dobrze. Byli niejakim powiewem świeżości od tych ciągłych przemyśleń i zawieszeń broni. Z drugiej strony, bardzo niebezpiecznym powiewem.
- Oczywiście. Nie muszę chyba tłumaczyć jakie korzyści płyną z sojusze z Konohą. Jesteśmy na tym terenie od ponad dziewięćdziesięciu lat i od tamtej pory świetnie sobie radzimy. - Kakashi przechylił się nieco do przodu, wyglądając jego reakcji, jednak tym razem jego twarz ani drgnęła i Kakashi nie mógł się dziwić. Zapewne słyszał już dziesiątki podobnych propozycji.
I odmówił każdej z nich.
- Chyba rozumie pan, że w tej chwili Akatsuki ma ogromne możliwości. Nie powiem, aby wasze osiągnięcia nie były imponujące, ale do tej pory nic nie stanowiło dla nas zagrożenia. Nie chciałbym oczywiście popadać w egoizm lub być nieuprzejmy, ale jeśli ma pan coś ciekawego do zaoferowania, to proszę zrobić to teraz. - Kakashi uśmiechnął się sztucznie, prawie złośliwie, wygonie rozciągając się na krześle. Widocznie Pain dalej nie zdawał sobie sprawy z sytuacji w jakiej się znalazł. Wyraźnie brakowało mu doświadczenia, ale to nie było już problemem Hatake.

- W porządku. - Nie zamierzał już dłużej przebierać w słowach, teraz albo nigdy. - Ale chciałbym o tym rozmawiać z prawdziwym liderem.  

Elementy układanki #5- Poczekam

No więc tak
Dawno mnie nie było i przez jakiś czas posty będą nieregularnie iż mój komputer mnie nie lubi i muszę wymienić ;-;
Tak, że postaram sie dodawać jak częśto moge i pomoże mi w tym Anon
A co do opka tooo
Totalna Gejoza (XDDD)
Miłęgo czytania faaap

-Zabieram cię dzisiaj na małą wycieczkę- Powiedział po czym odstawił talerz do zlewu. Sasuke spojrzał na niego pytając. Nigdy nie wychodzili razem z domu, więc wspólna wycieczka była dziwnym pomysłem, a poza tym Naruto miał pracę.
-Gdzie?- Zapytał pojawiając się obok blondyna. Chwycił za gąbkę i zaczął zmywać
-Nie tak- Podszedł do bruneta i chwycił jego dłoń. Sasuke przeszedł dreszcz. Jeszcze nigdy nie miał okazji być tak blisko z Naruto. Przynajmniej w okresie od kiedy razem mieszkają. Było to dziwne, ale czuł, że nie powinien cofnąć ręki. Cały czas w głowie jego myśli krążył wokół ich „związku” Ciężko było mu się oswoić z tą myślą, ale skoro byli razem to musiał się z tym pogodzić, choć na razie nie czuł się komfortowo w tej sytuacji Odkręcił ciepłą wodę i złapał drugą dłoń Uchihy. Muskał lekko jego kark ciepłym oddechem, na co Sasuke przymknął oczy. Niby nie czuł nic do Naruto, ale to co robił było bardzo przyjemne. Uzumaki widząc jak chłopak się zachowuje odsunął się, aby nie przekroczyć żadnych granic.
-Przepraszam, nie powinienem- Spuścił wzrok w podłogę i udał się do swojego pokoju. Uchiha odwrócił się w stronę odchodzącego blondyna. Był zagubiony. Cała ta sytuacja z wypadkiem i utratą pamięci była dla niego męczarnią. Nie pamiętał co dokładnie łączyło go z chłopakiem. Mógł mu tylko wierzyć na słowo, a jeśli go okłamał? Raczej nie byłby do tego zdolny. Stał tam chwilę, aż Uzumaki nie wrócił.
-Chciałbym dziś z tobą pojechać do pewnego miejsca- Uśmiechnął się w jego stronę zapinając zegarek na lewym nadgarstku.- Idź się przebierz- Powiedział już mniej entuzjastycznie. Brunet posłuchał blondyna i poszedł się przebrać, po chwili wrócił gotowy. Naruto czekał na niego i niewzruszony udał się do wyjścia. Trwało między nimi dziwne napięcie, które było wywołane poranna sytuacją. Sasuke chciał się odezwać, aby nie zamartwiał się, iż było mu przyjemnie, ale kiedy tylko chciał się odezwać jakby brakowało mu słów, więc nie wysilał się już. Całą drogę żaden z nich się nie odzywał. Było to krępujące, a Sasuke czuł się poniekąd winny. Gdy wysiedli z samochodu brunet wlekł się za Naruto ze spuszczoną głową, niczym nastolatek, który zaraz miał dostać opieprz od ojca.
-Jesteśmy na miejscu- Odezwał się w końcu Naruto. Byli przed szkołą, a dokładnie przed gimnazjum. Sasuke nie wiedział o co chodzi, ale Naruto szybko mu wytłumaczył.- Chodziliśmy razem do szkoły, właśnie tutaj, a sensei Kakashi był naszym nauczycielem- Uśmiechnął się niczym mały chłopiec, na wspomnienie tych miłych chwil.
-Możemy tam wejść?- Zapytał nieśmiało.
-Tak- Pociągnął go za rękaw bluzy, by brunet dotrzymał mu kroku. Weszli do instytucji. Wszystko było dokładnie takie, jak zapamiętał ostatniego dnia szkoły. Placówka nic a nic się nie zmieniła. Podpisane ściany zakochanych par, zdjęcia najlepszych absolwentów i multum oryginalnie przyozdobionych szafek. Obecnie były wakacje, więc szkoła była pusta. Naruto i Sasuke mogli swobodnie się po niej przechadzać.- Chodź- Po raz kolejny pociągnął go za bluzę i skierował się w stonę końca korytarza, gdzie na ścianie widniało najwięcej napisów i bazgroł.- Spójrz- Wskazał napisz lekko starty, ale nadal widoczny. „Narusasu”. Sasukę patrzał na blondyna pytającą, kompletnie nie miał pojęcia o co chodzi.- W drugiej klasie gimnazjum mieliśmy manię podpisywania się jednym pseudonimem. Tak powstało „Narusasu”- uśmiechnął się chłopięco. Sasuke odwzajemnił to bladym uśmiechem.
-Możemy tak po prostu chodzić po tej szkole? Przecież są wakacje- oparł się o ścianę.
-Nie- podrapał się nerwowo po głowie. Szczerze mówiąc byli tu „nielegalnie”, ale Naruto pragnął, aby przywrócić Sasuke wspomnienia za czasów dzieciaka, które był według blondyna niewarte zapomnienia. Sasuke spojrzał na niego krzywo.
-Ty młotku- westchnął poirytowany, a Naruto zachichotał.- Co cię tak bawi?
-Zanim jeszcze straciłeś pamięć, również zwracałeś się do mnie „młotku”- Sasuke wywrócił oczami.
-Co wy tu robicie? No już wynocha stąd!- Dobiegł ich głos woźnej, która była wyraźnie niezadowolona z ich pobytu tutaj- No już, uciekajcie, bo wezwę policję!- krzyczała. Naruto wybiegł ze szkoły ciągnąc Sasukę za rękę, gdy tylko sprzątaczka wyciągnęła telefon. Biegli tak szybo, że gdy tylko się zatrzymali Sasuke wpadł w objęcia Naruto. Dzieliły ich milimetry, a oddech bruneta znacznie przyspieszył. Chciał go pocałować. Wiedział, że tak wypada skoro są parą. Tkwili w tej bliskiej pozycji przez chwilę.
-Nic na siłę, poczekam Sasuke- wyszeptał prosto w usta bruneta, ale ten nie wziął do siebie tych słów i zamkną przestrzeń między nimi. Był to delikatny pocałunek, ale dla obojga znaczył wiele. Oderwali się od siebie, a Naruto położył dłonie na jego policzkach. Oddech bruneta nie uspokajał się, a Naruto zorientował się, że spod przymkniętych oczu Uchihy wypływają pojedyncze łzy. Otarł je palcami, a Sasuke spojrzał na niego zaszklonymi oczami. Nie rozumiał co się z nim dzieje. Był bardzo zagubiony, ale pragnął tego jeszcze raz. Jeszcze raz skosztować jego ciepła i delikatnych warg. Po raz kolejny złączył ich usta w pocałunku, ale Naruto przerwał go szybciej.
-Ciii...nie zmuszaj się- uśmiechnął się lekko- Poczekam

Dear You - Część Pierwsza "Dear Tony"

Okej, wiem że jakoś długo nas nie było i zapewniam, że to wina lata. XD
Osobiście przesypiam każdą wolną chwilę, ale staram się powrócić... Staram się. Bardzo marnie, ale się staram.
Co do opowiadania... Ee... No więc, jest to Stony (Steve x Tony) dziejące się po akcji z filmu Civil War/Wojna Bohaterów, więc ostrzegam, że treść będzie prawdopodobnie niezrozumiałą dla osób, które nie są na bieżąco. A dlaczego Stony? Cóż... Chyba napiszę na ten temat osobną notkę, ale w skrócie - bo komiksy. No i czuję tam chemię. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Części będą dwie, druga będzie dłuższa i coś będzie się działo. No albo cztery, ale w takim razie trzy byłyby zupełnie bez akcji. Takie jak ta. Nie przedłużając, miłego czytania~~
Ps. Tytuł po angielsku, bo list w Civil War był po angielsku i szczerze, to nie mam pojęcia jak go przetłumaczyli, znam tylko angielską wersję więęęc... XD
Dla nieznających angielskiego -  Drogi Ty - Część Pierwsza "Drogi Tony"

Podkład: Dear You.
***
Dear Tony
Tony wpatruje się w te słowa pustymi oczami. Chciałby żeby pozostały takie, oddalone od całej sprawy, pełne dystansu, wolne. Zamiast tego jednak powoli zapełniają się po kolei smutkiem, złością
i żalem, a jego ciało przejmuje ognista furia.
- Pieprz się Steve. - Warczy, gniotąc kartkę w kulkę papieru i ciska ją o podłogę. Teraz słowa są zwykłą mieszaniną liter, niczym co mogłoby go zranić, niczym co miało znaczenie. - Pieprz się i tę swoją jebaną elokwencję.
Gwałtownym ruchem odchyla się na krześle, przejeżdżając ręką po twarzy i włosach. Jest zwyczajnie wściekły i gdyby ktokolwiek teraz spytał się go co czuje do Steva Rogersa, to zanim zdążył by mrugnąć, najpierw prawdopodobnie oberwałby szklanką niedokończonego jeszcze whisky, aby potem wysłuchać nieskończonej listy przekleństw zakończonej wyznaniem czystej nienawiści.
Ale czy naprawdę go nienawidził?

Oczywiście, że tak, przecież zdradził go, chciał go zabić i nie raczył nawet mu zaufać, mimo że byli w jednej drużynie, a Tony osobiście zapłacił za każdą jego zabawkę. A to, że za każdym razem trochę szybciej biło mu serce, gdy Rogers tylko pojawił się na horyzoncie w tym wypadku nie miało nic do gadania. Tony nie był na tyle naiwny, żeby dać temu malutkiemu głosikowi się rozgadać, bo marnie by skończył.
Mimo to, przez niego, prawie wybaczył Stevowi. Prawie.
Na szczęście został mu jeszcze zdrowy rozsądek, który dotkliwie przypominał jak bardzo został zraniony, sprawiając, że od ich ostatniego spotkania czuł dotkliwy ból.
I nie miało to nic wspólnego z połamanymi żebrami.
Nie ma szansy, żeby tak zwyczajnie mu wybaczył. Żadnej.
Zerka na telefon spod byka i natychmiast prostuje nogi, pozwalając żeby krzesło łupnęło w podłogę. Ma przy tym ochotę podstawić ten złom pod jedną z nóżek i roztrzaskać go na dziesiątki kawałków, ale pewna część, ta naiwna część niego, zabrania mu. Ma ochotę roześmiać się w twarz tej części. Usunąć ją.
„Będę tam, kiedy będziesz mnie potrzebował.”

Skoro do tej pory go nie było, to dlaczego miałby złamać ten „cykl” teraz? Tony nie mia zamiaru polegać na innych. Ma zamiar poradzić sobie samemu w każdej, nawet najgorszej sprawie, choćby i miał przy tym zginąć albo i gorzej... Steve został teraz tylko wspomnieniem zapisanym na kartce papieru, maleńkim skrawkiem historii.
Mimo to, ból nie przechodził.
Chciał zobaczyć minę Steva, gdyby powiedział mu, że z zwykłego kaprysu zepsuł telefon. Chciał usłyszeć głos pouczający go, aby nie był tak samolubny.
Kogo oszukiwał, chciał po prostu, żeby było jak dawniej, być jego przyjacielem i zwyczajnie cieszyć się jego towarzystwem, nawet jeśli nie miał szans zbliżyć się do niego bardziej niż na wyciągnięcie ręki. Steve, pomimo swojej niedoskonałości był niewzruszonym filarem drużyny i aż przyjemnie było patrzeć na niego w boju. Podczas gdy Tony zajmował się destrukcją, również siebie samego, Steve naprawiał, lub starał się naprawić, każdy jego błąd, prawie bez żadnych pytań, bez kwestionowania jego wyborów. Z tą swoją dziwacznie-niewinną wiarą w ludzi, która nieraz wprawiała Tonego w zmieszanie, bo dla niego nie była naturalną rzeczą.
A teraz go nie było.
Jak do cholery mieli sobie dać radę? Ich drużyna rozpadła się wpół, zostawiając ziejącą pustką wyrwę.
Czy było warto?
Gdyby tylko znał odpowiedź na to pytanie.
Ale przecież żaden z nich nie zginął. No i nie on był tym samolubnym, to Steve tak po prostu sprzeciwił się wszystkiemu i ruszył za Buckym, jakby kilka lat spędzonych w Avengersach były zupełnie niczym. A przecież były czymś...
Prawda?
Z resztą, co go obchodziły wybory Kapitana Ameryki, bohatera minionego dzieciństwa? Przecież już dawno przekroczył próg dorosłości i nauczył się żyć samemu, przełykać porażki i mimo kopniaków wymierzonych przez los, wstawać i iść dalej. Tylko że teraz... Teraz zupełnie stracił na to ochotę.
Sięgnął po szklankę i porządnie z niej łyknął, próbując jakby zagłuszyć niemilknące sumienie.
Czuł się jakby powoli, ale skutecznie tracił rozum. Kto by pomyślał, że żołnierzyk z probówki wywoła u niego taką burzę?
Gdy powoli odchodziła furia, przychodziło obrzydzenie. Bo Steve nie miał odwagi nawet powiedzieć mu tego wszystkiego w twarz. Nie miał odwagi powiedzieć mu o jego matce i nie miał odwagi porozmawiać o ich wspólnych problemach w cztery oczy, tylko napisał to na kartce papieru.
Nie żeby obiecywał, że nie wykręci się jakimś żartobliwym tekstem albo że jak zwykle opowie coś nie na miejscu, sprawiając, że Steve będzie zły (chociaż prędzej czy później i tak mu to wybaczał), ale to przecież Rogers uchodził za tego bardziej dojrzałego.
To bolało i przez to czuł się jak idiota.
Wziął telefon do ręki i przejechał po starych klawiszach, nie mogąc powstrzymać głupkowatego chichotu. Tak bardzo wpasował się w obraz Steva. Tak boleśnie bardzo.
W tej chwili chce tylko by Steve wszedł przez drzwi jego laboratorium i popatrzał na niego dziwnie, mówiąc, żeby położył się spać, czego Tony by nie zrobił, a następnego dnia i tak obudziłby się we własnym łóżku. Chciał, żeby Steve znowu tu był, przy nim. Wspierał go, nieważne jak bardzo egoistyczne to jest, bo przecież Tony znany jest z bycia egoistą.
Nie mógł już się dłużej oszukiwać, jest pozostawiony samemu sobie. Zwyczajnie samotny.
Potrzebuje Steva. Potrzebuje go zawsze, nieważne czy na zewnątrz szalała wojna czy też było zupełnie spokojnie. Potrzebował go, tak jak Steve napisał w liście.
Ale mimo to, Tony siedział spokojnie, nieruchomo, na tyle nieruchomo, że niewprawny obserwator mógłby pomylić go z lalką lub kolejnym projektem firmy Starka.
Co z tego, że go potrzebował, skoro nie umiał przyznać się do potrzeby pomocy?
Bo Tony Stark nauczył się już, żeby nie polegać na innych i żyć samemu, iść dalej, mimo porażek.
I dlatego Tony Stark nie ma odwagi sięgnąć po telefon.

wtorek, 10 maja 2016

Totalna psychoza - Część 4.

Wybaczcie, jeżeli pod koniec opowiadanie nie ma sensu, ale proszę spójrzcie na godzinę dodania. ;-;
Teraz dodaję, przeczytam to jeszcze jutro i jakby co to poprawię, a teraz... Idę spać, dziękuję za uwagę. ;^;
Jej, długie~~
***
Zobaczył wiadomość.
Bo jakby inaczej.
Skontaktował się ze mną.
Bo jakby inaczej.
Tyle że, jakby inaczej, musiał być oschły i zniechęcający. Znaczy, mogłem się tego spodziewać, bo od początku Oliver wyraźnie nie chciał mnie widzieć, ale, o dziwo, nie napisał tego na kartce, tylko wyperswadował mi w słowach, co świadczyło o niejakim poszanowaniu tego, że przyjechałem tylko dla niego, jednak wyraźnie dał mi do zrozumienia, że nie chce go na miejscu.
Chyba pierwszy raz poczułem jak pęka mi serce. Mimo tego, że w gimnazjum traktowali mnie jak śmiecia, nigdy nie czułem się tak okropnie.
W dodatku, jego też było mi szkoda, bo wydaje mi się, że mimo wszystko cierpiał. Pierwszy raz to ja w nim widziałem zagubionego dzieciaka, a jednak dalej nie chciał mnie „angażować”.
Tylko, że ja już dawno byłem.
A on pierwszy raz nie zauważył, choć bardziej prawdopodobne, nie chciał zauważyć i odwrócił się, zostawiając mnie, nawet nie wiedząc do czego może to doprowadzić.
Ale ja już wiem.
Mojej śmierci.

Ale od początku, wróćmy się do chwili, gdy jeszcze oddychałem, czułem i żyłem, a dokładniej, do momentu gdy przeczytałem kolejną wiadomość zostawioną dla mnie przez Olivera (chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałem czy na pewno była to jego wiadomość). Nie wiem czy to on zostawił ją kiedy jeszcze spałem (Tak jak mówiłem, poświęciłem się sprawie i na noc do domu nie wróciłem), czy poprosił kogoś by to zrobił. Była to zwykła kartka, zapisana czerwonym długopisem, z adresem, datą i godziną. Niczym więcej.
Cóż, byłem pewien przynajmniej, że nie jest za późno, bo data wskazywała na tamtejszy dzień, a godzina późny wieczór, właściwie już noc, bo dwudziestą drugą, a gdy wstałem musiało być koło dziewiątej, albo i nawet ósmej rano. Problemem był adres, ale byłem pewien, że z działającym telefonem komórkowym i wifi jakoś sobie poradzę. Gdy wpisałem go w internet, okazało się, że był to bardzo stary, opuszczony szpital dla dzieci znajdujący się kilkadziesiąt kilometrów za miastem w którym aktualnie byłem. Mimo to byłem pewien, że zdążę tam dotrzeć do godziny opisanej na kartce i nie zamierzałem czekać ani chwili dłużej, by szanse te zdążyły zmaleć. Przy okazji zauważyłem nieodebrane połączenia od obojga moich rodziców i nawet parę od kolegów z klasy. To mną niemało wstrząsnęło. Nie powiem, że nie sądziłem, że będą niezaintereswowani moją nagłą ucieczką, ale nagle... Nagle dotarła do mnie realność sytuacji. Wtedy pierwszy raz zwątpiłem w swoje działania. Czy naprawdę chciałem narażać moje szczęście dla poszukiwania kogoś, kto z własnej woli mnie porzucił? Czy w ogóle było warto?
Jest, wyszeptał cichy głosik, a ja zacisnąłem mocno powieki, w których zbierały się łzy, przygryzłem wargę i ruszyłem dalej, bo bałem się, że jeżeli teraz bym się zawahał, to od razu wróciłbym się do domu i już nigdy nie dotarłbym tak daleko, nie mówiąc już o spotkaniu twarzą w twarz z tą osobliwą postacią.
Nie wiedziałem tylko, że w tym momencie spaliłem za sobą ostatni most łączący normalność z surrealizmem, a moją przeszłość wyraźnie odcięła się od przyszłości.
Teraz już to wiem.
Pod szpital dojechałem koło dwudziestej, gdy robiło się już ciemno i chociaż widziałem go już z daleka, to dopiero gdy przyjrzałem mu się z bliska, to przeszły mnie dreszcze. Wybite okna, nagie ściany, śmieci, graffiti i ogólna aura, cóż, miejsca przyprawiającego o gęsią skórkę.
No dla w każdym razie, byłem na miejscu i miałem nadzieję na nie spotkanie żadnego menela. Albo dilera.
Po prostu wrąbałem się w sam środek piekła zwanego życiem i szczerze, czerpałem z tego faktu całymi garściami, wreszcie działo się coś innego od mojej rutyny, wreszcie szedłem tuż po śladach Olivera.
Cóż, nie mogłem się już zatrzymać, więc pchnąłem drzwi szpitala, które jakimś cudem trzymały się jeszcze na miejscu... Po czym z głośnym hukiem upadły na ziemię. Przysięgam, w całym swoim życiu nie wydałem z siebie bardziej dziewczęcego pisku. Ale nie zwróciłem na to zbędnej uwagi, bo przede mną, na ścianie rozprzestrzeniały się czerwone napisy, ku mojej uldze napisane jakimś markerem. Były jak drogowskazy, bo opisywały tylko szpital i jego pomieszczenia, jednym z tych pomieszczeń musiało być miejsce przyszłego spotkania, mojego i Olivera. Zatrzymałem się by bliżej przyjrzeć się tym rysunkom i nieco się zdziwiłem, bo ich dokładność była niesamowita, ale jeśli faktycznie wykonał to Oliver, to w sumie było to naturalne – przecież mógł poszczycić się doskonałą pamięcią. Miejsce w którym się znajdowałem zaznaczone było średniej wielkości kropką, ale moją uwagę przykuło bardziej drugie piętro, bo właśnie tam, w północnej części szpitala znajdowała się sala oznaczona wielkim „x”. Cóż, subtelne to to nie było. Na chwilę jeszcze wyszedłem poza szpital, by zjeść kanapkę i nacieszyć się świeżym powietrzem, i tak zostało mi sporo czasu, a podejrzewałem, że sterczenie tam tyle przed „umówioną” godziną nic by nie pomogło. Jednakże znowu złapało mnie to przeklęte wyrzuty;
Czy nie wpędzam Olivera w kłopoty na siłę chcąc się z nim spotkać?
W dodatku, tak długo go nie widziałem...
Myśli nieprzyjemnie plątały się w mojej głowie tworząc czarną mieszaninę, najgorsze scenariusze mogące spotkać mojego przyjaciela. Podniosłem się z miejsca, ponuro wpakowując śmieci z powrotem do plecaka. Na wszelki wypadek zrobiłem zdjęcie mapie na ścianie i ruszyłem w plątaninę korytarzy.
Dobra, „plątanina” to spora przesada, ale moja orientacja w terenie pozostawiała wiele do życzenia, a Oliver nie trudził się z rysowaniem jakiś znaków, czegoś innego niż mapki przy głównym wejściu, osobiście nie byłem zbyt dobry w odczytywaniu takich rzeczy.
Nie musiałem jednak zbyt długo chodzić, żeby je znaleźć zaznaczone pomieszczenie, którego oznaczenia zapomniałem lub właściwie nie chciałem nawet czytać. W sumie miałem wrażenie, że zeszło mi na to mniej niż dziesięć minut. W środku, na ziemi leżało mnóstwo potłuczonego szkła i śmieci. Szczerze, nie było to zbyt przyjemne miejsce, ale co zrobić, w końcu było „opuszczone”.
Rozejrzałem się wkoło, marszcząc brwi i szukając miejsca gdzie mógłbym przysiąść, miałem czekać w końcu mniej więcej dwóch godzin. W końcu wybrałem jakiś kamień wyglądający na nieostry i w miarę wygodny, i luźno obserwowałem otoczenie. Nie wytrzymałem jednak zbyt długo i radośnie zacząłem grać na telefonie, jednak bateria też nie zamierzała zostać moim przyjacielem i zdechła po mniej półtorej godzinie. Z drugiej strony, i tak już dużo przeszła.
Resztę czasu spędziłem na oglądaniu swoich butów, bo kiedy podniosłem wzrok, po raz drugi w tym samym dniu, o mało nie zszedłem na zawał, na szczęście jednak tym razem nie brzmiałem przy tym jak sprawna zabawka dla psa.
Na środku pokoju, w milczeniu, stał Oliver i obojętnie mi się przyglądał.
Ten sam Oliver, którego kiedyś widywałem na korytarzu szkoły.
No, prawie ten sam.
Teraz jego włosy były nieco dłuższe, a on sam wyglądał na jeszcze chudszego i bardziej chorego. Grzywka całkowicie zasłaniała jego prawe oko i bardzo wyraźnie opadała na prawe. O dziwo, nie wyglądało na to, żeby urósł chociażby i centymetr, dalej pozostawał tym knypkiem jakim go zapamiętałem.
- Ja cię wcale nie... - Zacząłem się tłumaczyć, nie wiem czy z przyzwyczajenia czy też z chęci zrobienia „dobrego pierwszego wrażenia” czy też zwyczajnie dlatego, że kompletnie zidiociałem i nie mogłem oderwać od niego wzroku, podczas gdy mój umysł wypełniła pustka. Przerwałem jednak, a do moich oczu samoistnie napłynęły łzy. - Boże, tak dawno cię nie widziałem. - Wydukałem w końcu, ruszając do przodu, ale on wyciągnął do przodu dłonie, pokazując mi „stop” i spuścił głowę, próbując ukryć ten drobny ślad uśmiechu powstały na jego twarzy.
On też się cieszył!
- Nie powinno cię tu być... Nie powinieneś tego robić.- Powiedział cicho, a ja z pewną dozą zdziwienia zanotowałem, że obniżył mu się głos. W sumie dobrze, miałem pewność, że Oliver stojący tutaj to nie moja wyobraźnia czy inne wspomnienie z przeszłości.
- Nie pieprz. - Warknąłem tak, że natychmiast spojrzał mi w oczy. Miałem dosyć tej bajki i wymigiwania się, chciałem, żeby przestał uciekać przede mną i przed swoim strachem. Przecież nie był tchórzem.
- Nie robię tego, uwierz. Uwierz, że gdyby nie ja to pozostałbyś normalny i nie musiał latać po całym kraju w poszukiwaniu mordercy, nie musiał byś być w tym miejscu i...
I mógłbym zginąć przez zabawy jakiś gimbusów, wiem. - Przerwałem mu ostro, a on uciekł wzrokiem na ścianę, milcząc. Mimo to wcale nie wyglądał na przekonanego, bardziej na zrezygnowanego, trochę jakby był w żałobie.
- Dałbyś sobie radę. Poza tym, spójrz na siebie teraz... Nie, spójrz na nas. Kim jesteśmy, jakimi się staliśmy... Jak bardzo się różnimy. - Cofnął się jeszcze o krok a ja zauważyłem dziwną łunę, cień dzielący teraz pokój idealnie pomiędzy nas. Moja część była jasno oświetlona promieniami księżyca natomiast część Olivera skąpała się w mroku, szczelnie osłonięta ścianami budynku.
- Co to ma znaczyć, hę? - Zapytałem, bojąc się trochę nadchodzącej odpowiedzi. Postąpiłem krok do przodu, przybliżając się do tej nieubłaganej ciemności. Oliver dalej stał w tym samym miejscu.
- Dobrze wiesz, Emil. Trzymaj się ode mnie z daleka. - Znowu krok do tyłu, zmarszczone brwi. - Zostaw mnie już w spokoju! - Krzyknął, sprawiając że całe moje ciało przeszedł kłujący ból. - - Odpuść sobie. - Dodał łamiącym się, ochrypłym głosem, jakby krzyk sprawił, że zaczął tracić głos. Zachwiał się, stawiając kolejny krok do tyłu i drugi raz podczas naszego spotkania spojrzał mi w oczy, a ja byłem pewny, że w tamtym momencie wyrażają to samo.
Ból.
Odwrócił się gwałtownie, wybiegając z pomieszczenia, zapewne przez tajne miejsce, którego ja wcześniej nie zauważyłem. Wcześniej to wszystko jakby nie miało znaczenia. A teraz... Teraz byłem zbyt zszokowany, żeby w ogóle się ruszyć. Stałem jak ten kołek słuchając kroków powoli cichnących w oddali... I wtedy się ruszyłem. Jeśli bym się nie ruszył, to przecież straciłbym go już na zawsze. Zacisnąłem pięści i bez namysłu rzuciłem się w coś, co wydawało się być bezkresną czernią, zostawiając każde z przedmiotów wcześniej mi towarzyszących, na ziemi. Tylko by mnie spowolniały. Biegłem szaleńczo, z przerażeniem zauważając, że całkowicie nie mogę już usłyszeć kroków.
Jednak wiedziałem gdzie uciekł, do lasu, nie miał innego wyboru. Ponownie więc wbiegłen w las, tym razem jednak słysząc jedynie szeleszczące liście wpadające na mnie po drodze.
To było niepokojące.
Pędziłem jednak dalej, nie zważając nawet na czerwone lampki zapalające się po kolei w moim umyśle.
Nie myliły się.
Niedługo później natrafiłem na podmoknięty grunt, samo w sobie nie byłoby to zbyt dużym problemem, lecz towarzyszył mu prawie pionowy spadek i moja zerowa przyczepność, sprawiając zwyczajnie, że ześliznąłem się w dół,spadając kilka metrów po błocie i brudzie, lądując na dole z uczuciem totalnego przygnębienia. Szczerze, nie chciałem już wstawać, nie miałem siły.
Czy moje wysiłki poszły na mare?
Zasłoniłem oczy ramieniem, leżąc tak na podmokłym gruncie, półprzytomnie rejestrując płynącą gdzieś obok mnie wodę. Nie wiem ile leżałem, ile się nie ruszałem i ile po prostu ryczałem jak idiota, zaciskając mocno wargi, dając temu wszystkiemu odejść. Czułem się, jakbym umierał i szczerze, nie wiedziałem czy nie była to by czasem najlepsza opcja. Miałem tego wszystkiego dosyć, po prostu wrosnąć w ziemię i zniknąć.
- Ojoj, a co to? - Dlatego nie zareagowałem, gdy usłyszałem ten dziwny ni to niski ni to wysoki głos. Bo dlaczego miałbym? Żeby ktoś litościwie zebrał mnie z ziemi? Postanowiłem po prostu to wszystko przemilczeć i poczekać aż odejdzie, udając że śpię, jednak następne słowa postawiły mnie do siadu, nie dbając o to jak okropnie musiałem wyglądać. - Jednak nie pozwolił ci pójść, chociaż spodziewałem się tego. Tak, spodziewałem się. Oliver to uparta bestia, co? Bardzo uparta. - natychmiast zlustrowałem tą dziwną postać wzrokiem i wcale nie wyglądała nadzwyczajnie. Albo raczej, nie wyglądałaby, gdybym nie spotkał jej w środku lasu, nad rzeką. Otóż stał przede mną prawdopodobnie młody mężczyzna w czarnym, zwykłym garniturze. Jego niesamowicie długie, czerwone niczym krew włosy zasłaniały mu oczy, ale on uśmiechał się złośliwie. Krew we mnie zawrzała.
- Kim ty..?
- A nie raczej „Skąd ty?”. Och, czy to istotne? Nie, nie istotne. Ważne że wiem, mój drogi. Ważne, że dosłownie prawie czuję twoje lodowate myśli stojąc nawet z tej odległości. - Szczerze nie miałem pojęcia o czym on gada, ale jedno było pewne. Wiedział o Oliverze. Wiedział i skoro z nim rozmawiał to najprawdopodobniej czegoś od niego chciał. - Nie możliwe, jednak coś łapiesz! Niemożliwe! - Zaklaskał w dłonie z zadowoleniem, sprawiając, że trochę zwątpiłem w swoją ocenę sytuacji, ale szybko powróciły mi nerwy.
- Skąd wiesz o Oliverze? Skąd to wszystko wiesz? - Zapytałem spokojnie. Czułem, że mój głos zieje czystą pustką i chłodem, ale to nie miało znaczenia. Dlaczego w ogóle miało mnie to obchodzić?
- Bo tak się składa, że mogę ci pomóc. Spotkasz się znowu z Oliverem i nawet jeśli znowu spróbuje ci uciec, to tym razem nie będzie miał szans.
- O czym ty mówisz? - Zapytałem, marszcząc brwi, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Szczebiotał jak przekupka na targu i jakoś średnio mi się to podobało.
- Mam dla ciebie umowę. - Zaczął, wskazując na mnie palcem z długim, zaostrzonym, czarnym paznokciem. To mnie nieco zmartwiło i zaskoczyło. O jaką umowę może chodzić? Jaka umowa pomogłaby mi w taki sposób? W dodatku, akurat w tym momencie dotarła do mnie dziwaczność tego gościa. Cała sytuacja była co najmniej... Beznadziejna. Ale kiwnąłem mu głową, aby kontynuował. - Dam ci możliwość do wiecznego bycia przy boku Olivera... Ha, ucieszylibyście się obydwoje, więc cena jest podwójnie korzystna, hm? - Ta, miałem przeczucie, że koleś w ogóle nie posiadał rozumu, ale był całkiem sympatyczny... Jak się tak uprzeć.
- A w zamian co zamierzać dostać? - Czerwonowłosy wyszczerzył się szeroki i przerażający uśmich nie zwiastujacy niczego dobrego.
- Jedną, małą, prościutką rzecz o którą zawsze proszę w takich momentach. - Powiedział, przekrzywiając głowę, obserwując moje reakcję, ale ja traciłem już cierpliwość i warknąłem proste „czyli?”. - Twojej duszy, mój drogi.- Zaśmiał się, a ja zdębiałem. Mojej... Duszy? Czy istniało w ogóle coś w stylu duszy? Wątpiłem w to od paru ładnych, ale skoro koleś o tym wspominał... - Jeśli jestem szalony, jeszcze lepiej dla ciebie, bo twojej duszyczce nic nie zagrozi. - Zatrzymałem się, myśląc o tym. Co mogło pójść nie tak?
- A co jest tymi super umiejętnościami?
- Będziesz miał zmysły na tyle ustrojone, że w życiu ci nie ucieknie. Uwierz, lata testów. To jak, zgoda? - Popatrzyłem na gwiazdy, myśląc o Oliverze.. Super zmysły, co? Byle nie był to jakiś pic na wodę. Przewróciłem oczami, powoli przytakując. - W takim razie wyciągnij rękę. - Powiedział poważnie, a ja bez słowa wykonałem polecenie. Nabrał krwi z rany cięcia przez krzaka i narysował prostą linię i na mojej i na swojej ręce. Nagle jego uśmiech poszerzył się do wręcz nienaturalnych rozmiarów, sprawiając, że od razu przeleciał mnie strach... Co to miało być do cholery? - W takim razie, umowa przyjęta. - Wyciągnął dłoń do mojej szyi obejmując ją, a mnie sparaliżował strach... Nie, nie strach, zwyczajnie nie mogłem się ruszać!
Zęby wyostrzyły się tak, że wyglądały na rekinie, a on z radością dziecka zacisnął z całej siły dłoń, wyduszając z moich płuc powietrze. - Umowa przyjęta, umowa przyjęta, umowa przyjęta, umowa przyjęta, umowa przyjęta! - Krzyczał, śmiejąc się i zaciskając mocno ręce. Przechylił mnie do tyłu z powrotem wywracając mnie na brudny grunt, ale nie przejmowałem się niczym, oprócz tego duszącego uczucia. Powoli wszystko mi drętwiało i robiło się coraz dalsze i dalsze... Postać otrzepała włosy z twarzy, odsłaniając czarne oczy z krwistoczerwonymi tęczówki i źrenicami wąskimi jak u węża. Nachylił się tak mocno, że poczułem te czerwone włosy na swojej twarzy, a mimo to ledwo to zauważyłem. Jedyne co teraz widziałem to te czerwone tęczówki.
- Umowa przyjęta. - Wyszeptał prosto w moją twarz, szybkim ruchem prostując rękę i wbijając ją z, o dziwo, ogromną siłą w jego klatce piersiową. Bolało. Tak bardzo bolało. W odrętwieniu czułem jak długie paznokcie na wylot wbijają się w moją skórę. I nagle, zupełnie niespodziewanie poczułem palący ból w każdej komórce mojego ciała, zupełnie właśnie jakby palił mną żywy ogień.
Umierałem. Wiedziałem to. Wiedziałem to, bo wszystko robiło się jakieś mniej istotne, bardziej obojętne i po prostu chciałem się poddać.
Ale ostatnia myśl ciągle kołatała mi się po głowie i zdążyła w niej zostać za nim straciłem przytomność i zupełnie przestałem oddychać.
Oliver, przecież obiecałem że cię znajdę...

niedziela, 8 maja 2016

50 Twarzy Verdasa #6- Żyjemy w kłamstwach

Ho ho!
Dość dawno nie było Violetty, ale jest!
Mam nadzieję, że się podoba hihi ;3
*~*~*

-Mamo, proszę. To tylko tydzień.-Wcale się nie dziwiłam,że nie chce wyrazić zgody. Kolejny tydzień opuszczania szkoły, ale to naprawdę dla mnie bardzo ważne. Rzadko się widuje z Leonem. Ciągle jest albo w pracy, albo na spotkaniach, a ja muszę się uczyć. Bywa i tak, że nie widzimy się przez 3 tygodnie z rzędu,dlatego tak bardzo chce z nim pojechać. Kolejny cudowny tydzień z moim chłopakiem. Dziwnie to brzmi. Verdas jest już dorosłym mężczyzną, a ja smarkulą, która jest zakochana po uszy.- Mamo, błagam zgódź się!- Spojrzałam na nią maślanymi oczami. Musiała się zgodzić, nie widziałam innej opcji. Lubi Leona, więc to nie jest żaden problem, abym to właśnie z nim jechała, ale szkoła. Szkoła, zawsze na pierwszym miejscu, ale już nie długo ją skończę i moim jedynym priorytetem będzie zamieszkanie z tym przystojniakiem, a dopiero później zdawanie do jakiejś szkoły. Oczywiście wszyscy dookoła myślą, że dla mnie nauka to najważniejsza rzecz w moim życiu, ale się mylą, to Leon jest najważniejszy. Czy mi odbiło? Możliwe, ale każda na moim miejscu by oszalała.
-Violetta, zgadzam się tylko dlatego, że tobie bardzo na tym wyjeździe zależy i jest jeden zasadniczy warunek. Po powrocie nadrabiasz wszystkie zaległości, jasne?- Chciała być poważna, ale nie wyszło jej ponieważ mój uśmiech był zaraźliwy.
-Jezu, jesteś cudowna!- Rzuciłam się na nią i mocno przytuliłam. Jest najlepszą mamą na świecie. Zawsze można z nią o wszystkim porozmawiać. -Kocham cie!- oderwałam się od niej i pobiegłam do swojego pokoju. Delikatnie otworzyłam drzwi. Szatyn leżał na łóżku wpatrzony w laptopa, a z słuchawek wydobywał się dźwięk mojej ulubionej piosenki. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Wyglądał tak niewinnie. Wskoczyłam na łóżko tuż obok i namiętnie go pocałowałam. Verdas odłożył laptopa na stolik i pociągnął mnie na swoje kolana. Utonęłam w pocałunkach. Oboje mieliśmy ochotę na coś więcej, ale musieliśmy się powstrzymać. Rodzice. Delikatnie wsunął mi ręce pod koszulkę. Odsunęłam się od niego i łapałam łapczywie oddech.
-Czy to oznacza, że twoja mama zgodziła się na wyjazd?- pocałowałam go delikatnie i wyczułam jak się uśmiecha. Nie mogłam się doczekać. To będzie jeden z najpiękniejszych tygodni w moim życiu.
-Tak- wypowiedziałam to wprost w jego usta. Przytuliłam się do niego, a on objął mnie dłońmi w pasie.- Panie Verdas, jest Pan gotowy na najbardziej wyczerpujący tydzień w pana życiu?- uśmiechnęłam się uwodzicielsko.
-Z Panią zawsze Pani Castillo- obrócił się, więc wylądowałam na łóżku. W głowie miałam już tyle pomysłów jak wykorzystać ten czas. Co byśmy mogli robić i w ogóle. Byłam strasznie podekscytowana.- Ale jeśli chce Pani zacząć najbardziej wyczerpujący tydzień to musi się już Pani zacząć pakować.- Uśmiechnął się przebiegle. Faktycznie, jutro wyjeżdżamy, a ja nie spakowana. Szybko zerwałam się na równe nogi. Na odchodne dostałam klapsa w pośladek i udałam się na strych po walizki. Wspięłam się po schodach na górę. Było tam ciemno, więc zapaliłam latarkę. W koło było pełno kurzu. Cóż się dziwić, skoro nikt tu nie sprzątał od wieków. To pomieszczenie jest prawie wcale nie używane. Wspięłam się po taborecie i zaczęłam zdejmować pudła, które mi przeszkadzały. Podczas ich ściągania jedno spadło na podłogę, a zawartość porozsypywała się po podłodze. Ściągnęłam walizkę i zeszłam ze stołka, aby pozbierać bałagan. Przykucnęłam na ziemi i z ciekawości zaczęłam przeglądać rozwaloną zawartość pudełka z podpisem „Violetta”
Stare pamiątki za czasów gimnazjum. Jakieś zdjęcia kapsle i wstążki. Oraz jedno jedyne zdjęcie, które sama nie wiem po co zatrzymałam. Spojrzałam na nie z wielką nienawiścią i automatycznie je potargałam. Był najgorszą osobą jaką poznałam w życiu. Namieszał zranił i zostawił, tyki był Diego Dominguez. Nie chcąc psuć sobie humoru wrzuciłam wszystko jak leci do pudła, wspięłam się na krzesło i odłożyłam na miejsce. Zgasiłam latarkę i udałam się schodami w dół tuż do mojej sypialni, gdzie zaczęłam powoli pakować swoje ciuchy. Nie miałam problemu ze spakowaniem się. Wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy, kosmetyki i byłam już gotowa. Odstawiłam bagaż w miejsce gdzie nie będzie nikomu przeszkadzać. Poszłam do łazienki, zmyłam makijaż i wykapałam się. Gdy wróciłam do pokoju Leon nadal siedział przy komputerze. Wieczny pracoholik. Nawet podczas wolnego musi być we wiecznym kontakcie ze swoimi pracownikami. Ułożyłam się obok i przytuliłam się. Leon zaraz to poczuł i odłożył laptopa. Pocałował mnie delikatnie.

-Chodźmy już spać. Musimy być jutro bardzo wypoczęci- uśmiechnął się i pocałował mnie na dobranoc. Ułożyłam się wygodnie i zasnęłam


-Uważajcie na siebie!- nim wsiadłam do auta słyszałam głos mojej rodzicielki. Pomachałam jej na pożegnanie i wraz z Verdasem odjechaliśmy. Chłopak skupiony był na drodze. Jego twarz ani na chwilę nie obróciła się w moją stronę. W takim wydaniu wyglądał za razem poważnie, jaki i przenikał prze z niego szalony nastolatek. Właśnie takiego go kocham. Panującego nad każdą sytuacją, ale wciąż z odrobiną szaleństwa. Nie kontrolowałam tego jak długo mu się przyglądałam. Verdas uśmiechnął się, a ja zawstydzona odwróciłam się w stronę szyby. Chłopak zdjął rękę z biegów i położył rękę na moim kolanie. Lekko na nią spoglądałam i uśmiechałam się pod nosem. Całą drogę na lotnisko milczeliśmy, ale ta cisza była przyjemna. Widocznie oboje jej potrzebowaliśmy. Leon wysiadł z samochodu, otworzył mi drzwi a zaraz potem udał się do bagażnika i wyciągnął nasze walizki. Założyłam okulary przeciwsłoneczne na oczy i dotrzymałam kroku szatynowi. O dziwo nie udaliśmy się na odprawę, tylko prosto na pas startowy. Stał tam helikopter, którego nigdy wcześniej jeszcze nie widziałam.
-Tym lecimy?-zapytałam nieśmiało. Verdas pokiwał twierdząc głową i przywitał się z jakimś mężczyzną. Lekko przysiwiały starszy pan. Wydawał się miły. Odebrał bagaże od Leona, a szatyn zaprowadził mnie na pokład samolotu. Usiadłam, a Leon przypiął mnie pasami.
-Teraz mi już nie uciekniesz- uśmiechnął się szelmowsko i usiadł na miejscu kapitana
-Nawet bym nie śmiała- W koło pełno było przeróżnych przycisków. Leon założył mi słuchawki na uszy, a sam przyodział te z mikrofonem. Porozumiał się z kapitanem i po chwili wzbiliśmy się w powietrze, Miasto cudownie wyglądało z góry. Wszystko wydawało się takie małe. Kiedy wznieśliśmy się nad morze widoki były jeszcze cudowniejsze. Przelecieliśmy przez chmurę, przez co na chwilę zapanowała mgła. Byłam bardzo podekscytowana. Za chwilę miałam spędzić najcudowniejszy tydzień w moim życiu. Co ja gadam? Każdy dzień spędzony u boku Leona jest wspaniały.
-Lądujemy- poinformował mnie szatyn, a ja uśmiechnęłam się szeroko


Podziwiam widoki pięknego Seattle. Apartament jest prześliczny. Zaprojektowany w nowoczesnym klimacie. Salon prawie cały oszklony. Szyby wychodzą na stronę centrum miasta, więc widoki za dnia i w nocy są przecudowne. Słuchałam muzyki dobiegającej z moich słuchawek. Leon musiał załatwić coś w sprawie firmy, więc zamknął się w swoim biurze. Chcąc mu nie przeszkadzać skuliłam się przy oknie, otuliłam kocem i włączyłam muzykę. Jak zahipnotyzowana obserwowałam z prędkością jadące samochody po centralnych ulicach. Zawsze marzyłam mieszkać w takim miejscu. Każda czynność się jednak nudzi i podziwianie miasta również. Zebrałam się z podłogi i skierowałam w stronę biura mojego ukochanego. Przez okno wychodzące na salon mogłam obserwować jak bardzo skupiony jest na swojej pracy. Oparłam dłonie szybę i lekko uśmiechałam się sama do siebie. Chciałam go pocałować, ale powstrzymałam się przed wejściem tam. Patrzyłam na niego dłuższa chwilę, aż on sam podniósł wzrok w moim kierunku. Uśmiechnął się do mnie i ręką dał mi znak, że mam go niego przyjść. Delikatnie nacisnęłam klamkę i już po chwili byłam w pomieszczeniu. Siedział przy wielkim biurku otoczony stertą kartek. Podeszłam do niego i pocałowałam w policzek. Verdas pociągnął mnie za rękę, a ja usiadłam mu na kolanach. Zaczął mnie namiętnie całować. Następnie zszedł na moją szyję. Uwielbiałam jak to robi, ale musiałam się odsunąć.
-Kochanie, jak skończysz to co masz do zrobienia to pomyślę- uśmiechnęłam się uwodzicielsko. Leon przyciągnął mnie brutalnie do siebie i wyszeptał mi do ucha.
-Noc, to ja już mam zaplanowaną- przygryzł mi ucho. Delikatnie jeszcze go pocałowałam i wyszłam z gabinetu. Postanowiłam urządzić sobie małą wycieczkę po apartamencie. Był ogromny, więc nie była w stanie zobaczyć wszystkiego. Widziałam tylko te główne pomieszczenia, ale mieszkanie miało jeszcze drugie piętro. Poszłam w tamta stronę. Porozglądałam się po pokojach gościnnych, biblioteczce oraz salonie gier. Całe piętro było oświetlone z wyjątkiem jednych drzwi, które były na końcu holu. Byłam ciekawa co kryje się za nimi. Postanowiłam je otworzyć. Nacisnęłam klamkę, ale drzwi były zamknięte. Westchnęłam sama do siebie.
No cóż, będę musiała się zapytać Leona co tam się znajduje
Miałam już odchodzić, ale pod nogą wyczułam małą wypukłość. Schyliłam się, a pod dywanikiem znalazłam mały, złoty kluczyk. Obejrzałam go i włożyłam do dziurki i przekręciłam. Ponownie nacisnęłam klamkę, a ona bez wahania otworzyła drzwi. Spodziewałam się wszystkiego, tylko nie tego. Serce zabiło mi szybciej, a ja nie wiedziałam jak mam to tłumaczyć.

O co tu chodzi? Co to do cholery ma znaczyć?!

niedziela, 1 maja 2016

Ogłoszenie Parafialne!

Hejka!
Ogólnie to pojawił sie już rozdział. I mamy tygodniową przerwę!
Wraz z Anon wyjeżdżamy więc nie będziemy miał możliwości wstawienia opowiadania, ale zaraz jak wrócimy z wyjazdu Anon na pewno coś w stawi więc o to się nie martwcie.
A tym czasem życzę miłego dnia i suuuper spędzonej majówki!

Nadzieja Umiera Ostatnia #9- Zaczynam się bronić,bo nie chcę się zakochać

Dam dam daaam!
Dawno nie pojawił się rozdział, ale jest i jak go czytam to tak ten...nawet okej?
No nie ważne, Mam nadzieje, że am się spodoba XDD 
ten tytuł <3

*~*~*

Długo będziemy się tak pałętać?- Alicja stanęła na środku, lecz chłopak nie wzruszony szedł dalej. Dziewczyna marudziła mu już tak od kilku minut, a on po prostu wolał to zignorować. Z natury był oschły i normalnie odezwał by się jakąś chamską odzywką, ale przy niej był nieco inny. Jakby złagodniał, ale wbrew własnej woli. Nie podobało mu się to. To on zawsze był tym, który przewodził w grupie i zawsze miał coś do powiedzenia, a teraz? Teraz unika rozmów i milczy. Jak tylko patrzał na nią coś w nim drgało, a on czuł dziwne ukłucia w sercu.- Dawid, nie mam siły. Jestem głodna i wykończona. Odpocznijmy.- Brunet odwrócił się w jej stronę i spojrzał na nią. Faktycznie. Nie wyglądała najlepiej. Zmęczenie dawało się we znaki. Było widoczne w jej oczach. Chłopak westchnął i ściągnął plecak.
-Masz, napij się i coś zjedz.- Podał jej prowiant. Dziewczyna wzięła się za jedzenie, a Dawid przysiadł na krawężniku i z plecaka wyciągnął piersiówkę w której znajdywał się trunek. W wziął sporego łyka, a z kieszeni wyjął czerwone malboro. Zaciągnął się a w tym czasie wódka rozeszła się po organizmie poczuł przyjemne ciepło. Rozkoszował się ciszą i tym, że dziewczyna przestała marudzić. Do czasu.
-Czy tobie już kompletnie odwaliło?!- Spojrzała się krzywo na chłopaka. Odłożyła kanapkę na plecak, wstała i stanęła przed brunetem. Ten tylko powoli podniósł głowę do góry i spojrzał w jej oczy. Dopiero teraz zorientował się, że jej oczy nie są zwykle niebieskie. Są błękitne. I nagle posmutniał, nie okazał tego, ale wspomnienia przygniotły go jak kamień. Skrzywił się. -Chcesz mi się tu uchlać?!- zaczęła na niego krzyczeć, ale po chwili usiadła obok- Co się stało?- Zmartwiona szukała z nim kontaktu wzrokowego, a Dawid opuścił głowę i wziął kolejnego dużego łyka trunku.
-Nic- warknął i ugasił papierosa. Tylko dwa razy w życiu widział tak błękitne oczy. Swego czasu sam w nich tonął. Nikola- jego wielka miłość, z którą planował życie. Los jednak mu nie pozwolił żyć szczęśliwie. Od zawsze miał sadystyczne poczucie humoru. Był inny. Zamknięty w sobie, ale to ona go zmieniła. Na lepsze. Po jej śmierci sadystyczne żarty stały się stylem życia. Nie umiał być dobry dla ludzi. Brzydził się nimi, dlatego zawsze się ukrywał. Jednak przy Alicji znów wspomnienia wróciły. Starał zapomnieć i nawet dobrze mu wychodziło. I nagle uświadomił sobie, że ma do niej słabość. Nie tylko do jej oczu, ale do charakteru, bo była podobna do niej. Do Nikoli.
-Przestań, muszę się napić, bo na trzeźwo to ciebie nie zniosę kobieto- Jego irytujące poczucie humoru wróciło, a Alicja tylko przymknęła oczy i westchnęła. Może i ją wkurzał, ale było w nim coś co ciągnęło ją do niego. Taki tajemniczy zły chłopczyk. Ich relacje trudno było nazwać przyjaźnią. Dla Alicji może i to było coś więcej, ale dla Dawida? Zwykła laska, która w dodatku zatruwa mu życie. No cóż. Czy szatynka chciała, czy też nie był jedyną osobą, która twierdziła, że pomoże znaleźć jej matkę. Nie miała dużego wyboru. - Chodź szkoda czasu na twoje marudzenie- zebrał wszystkie swoje rzeczy i zarzucił plecak na plecy.
-Idiota- wymamrotała pod nosem i założyła torbę przez ramię.
-Idiota powiadasz?- przybliżył się do niej i szybko wykręcił jej rękę na plecy. Był blisko ucha więc delikatnie szeptał, a serce Alicji zaczęło bić szybciej.- Idiota, który w dodatku cie pociąga?- uśmiechnął się szelmowsko.
-Pf...chyba śnisz- Chłopak wykrzywił ją jeszcze bardziej i uśmiechną się chytrze.- To boli, puść mnie- Z wszystkich sił próbowała uwolnić się z tej niewygodnej pozycji, ale im bardziej szarpała tym chłopak mocniej ją ściskał. Przybliżył się do jej ucha,a Alicje przeszedł przyjemny dreszcz.
-Jeśli poprosisz, kotku- wymruczał z dużym akcentem na ostatnie słowo. Dziewczyna, była w stanie się tam rozpłynąć,ale jej resztki trzeźwego rozumu alarmowały by zareagować.
-Po moim trupie!- krzyknęła i wolną ręką dźgnęła go w brzuch. Dawid odruchowo ja puścił i złapał się za obolałe miejsce Alicje postanowiła to zignorować i wkurzona zaczęła iść przed siebie.
-Tego to się po tobie nie spodziewałem- powiedział i zaczął iść w jej stronę. Szatynka była ładna i mądra, ale jemu nie były w głowie romanse. Jedynym jego priorytetem było dostarczenie jej tam gdzie powinien i odzyskać to co mu skradziono.- Dobra, koniec tego dobrego. Długa droga przed nami a zaczyna się już ściemniać- dotrzymał jej kroku, ale szli w ciszy. Nikt nie miał ochoty się odzywać, a w szczególności Alicja, która była jednocześnie wkurzona na tego typa, ale również na siebie. Była zła, że pozwoliła sobie na takie odczucia. Cóż były one przyjemne, ale czy takie połączenie ma szanse przetrwać? Całą drogę się nad tym zastanawiała, lecz przerwał jej telefon, który zadzwonił do Dawida. Chłopak skręcił w prawo pozostawiając ją samą. Usiadła na ziemi i czekała, aż brunet wróci. Chłopak oddalił się trochę i odebrał ten tajemniczy telefon.
-Co znowu?
-Musisz odwlec dostarczenie dziewczyny.
-Co? Ty ze mnie kpisz?
-Nie, po prostu nie mam możliwość jej teraz przyjąć. Idź z nią do hotelu, zabaw się.
-Ona nie jest od tego- Warknął.
-Ej, bo sobie jeszcze pomyśle, że się zakochałeś- Zaśmiał się do słuchawki- Wysłałem ci pieniądze, powinno ci wystarczyć na zagwarantowanie jej rozrywki.
-A ile mam się z nią użerać?
-No może jeszcze kilka dni, Bajo Dawid- Brunet przeklął do telefonu i wrócił do dziewczyny. Siedziała skulona na ziemi i lekko się trzęsła. Faktycznie temperatura trochę spadła, ale Dawid przyzwyczajony był by przebywać w takich warunkach. Usiadł obok niej.
-Zimno ci?- zapytał wyciągając koc z jej torby.
-Nie- oschłym tonem warknęła w jego stronę. Coraz bardziej zdawała sobie sprawę, że dobrze czuje się w jego towarzystwie. Gdy tylko się pojawiał jej serce biło szybciej, a gdy znikał nie byłą w stanie wypędzić go sobie z głowy. Jedna rzecz dołowała ja najbardziej. Jej uczucie stawało się coraz mocniejsze, a on ledwo ją znosił. Miała ochotę się rozpłakać, ale powstrzymała łzy, by nie wyjść na idiotkę, chodź zdawała sobie sprawę, że chłopak już tak myśli.
-Nie kłam, widzę, że się trzęsiesz- otulił ją kocem , a ją po raz kolejny przeszedł dreszcz.
-Nie musisz udawać, że się mną przejmujesz!- odsunęła się od niego i przytuliła się do kolan.
-Kobieto, co to za szybka zmiana nastroju. Okres masz?- był nieco zagubiony. Alicja dziwnie się zachowywała. Raz była szczęśliwa, a raz bał się jej dotknąć, bo ryzykował utratą ręki.
-Widać, że nie masz doświadczenia z kobietami- westchnęła poirytowana. Siedzieli tak w ciszy przez jakiś czas, do czasu. Dziewczyna przysunęła się do niego i mocno przytuliła dając upust łzą. Dawid nie wiedział jak zareagować. Dziewczyna ni stąd ni zowąd zaczęła płakać. Brunet delikatnie ją objął, a ona jeszcze mocniej go ścisnęła.
-Ej, nie płacz- wyszeptał jej do ucha, a Alicji serce zaczęło bić jak szalone. Odsunęła się od niego, a Dawid otarł jej łzy z pliczka. Nie wiedział czemu to zrobił, ale poczuł, że tak wypada. Alicja lekko się uśmiechnęła i odgarnęła włosy z twarzy. Dawid to wykorzystał i lekko zbliżył się do niej. Zawahał się na chwile, ale jednak chwila wzięła górę i pocałował ją delikatnie. Alicja była zaskoczona, ale oddała pocałunek. Dziewczyna oderwała się od niego łapiąc powietrze.

-Chyba czas się zbierać- powiedział chłopak. Wstał z z ziemi i szedł przed siebie zostawiając Alicję rozbitą emocjonalnie. Nie mogła tego ukryć. Podobało jej się to, a nawet bardzo. To był ten moment, kiedy byłą na prawdę pewna, że go kocha, ale wiedziała, że Dawid nie czuje tego samego. Postanowiła się do niego nie odzywać i resztę drogi trzymała się na tyłach.