Strony

wtorek, 10 maja 2016

Totalna psychoza - Część 4.

Wybaczcie, jeżeli pod koniec opowiadanie nie ma sensu, ale proszę spójrzcie na godzinę dodania. ;-;
Teraz dodaję, przeczytam to jeszcze jutro i jakby co to poprawię, a teraz... Idę spać, dziękuję za uwagę. ;^;
Jej, długie~~
***
Zobaczył wiadomość.
Bo jakby inaczej.
Skontaktował się ze mną.
Bo jakby inaczej.
Tyle że, jakby inaczej, musiał być oschły i zniechęcający. Znaczy, mogłem się tego spodziewać, bo od początku Oliver wyraźnie nie chciał mnie widzieć, ale, o dziwo, nie napisał tego na kartce, tylko wyperswadował mi w słowach, co świadczyło o niejakim poszanowaniu tego, że przyjechałem tylko dla niego, jednak wyraźnie dał mi do zrozumienia, że nie chce go na miejscu.
Chyba pierwszy raz poczułem jak pęka mi serce. Mimo tego, że w gimnazjum traktowali mnie jak śmiecia, nigdy nie czułem się tak okropnie.
W dodatku, jego też było mi szkoda, bo wydaje mi się, że mimo wszystko cierpiał. Pierwszy raz to ja w nim widziałem zagubionego dzieciaka, a jednak dalej nie chciał mnie „angażować”.
Tylko, że ja już dawno byłem.
A on pierwszy raz nie zauważył, choć bardziej prawdopodobne, nie chciał zauważyć i odwrócił się, zostawiając mnie, nawet nie wiedząc do czego może to doprowadzić.
Ale ja już wiem.
Mojej śmierci.

Ale od początku, wróćmy się do chwili, gdy jeszcze oddychałem, czułem i żyłem, a dokładniej, do momentu gdy przeczytałem kolejną wiadomość zostawioną dla mnie przez Olivera (chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałem czy na pewno była to jego wiadomość). Nie wiem czy to on zostawił ją kiedy jeszcze spałem (Tak jak mówiłem, poświęciłem się sprawie i na noc do domu nie wróciłem), czy poprosił kogoś by to zrobił. Była to zwykła kartka, zapisana czerwonym długopisem, z adresem, datą i godziną. Niczym więcej.
Cóż, byłem pewien przynajmniej, że nie jest za późno, bo data wskazywała na tamtejszy dzień, a godzina późny wieczór, właściwie już noc, bo dwudziestą drugą, a gdy wstałem musiało być koło dziewiątej, albo i nawet ósmej rano. Problemem był adres, ale byłem pewien, że z działającym telefonem komórkowym i wifi jakoś sobie poradzę. Gdy wpisałem go w internet, okazało się, że był to bardzo stary, opuszczony szpital dla dzieci znajdujący się kilkadziesiąt kilometrów za miastem w którym aktualnie byłem. Mimo to byłem pewien, że zdążę tam dotrzeć do godziny opisanej na kartce i nie zamierzałem czekać ani chwili dłużej, by szanse te zdążyły zmaleć. Przy okazji zauważyłem nieodebrane połączenia od obojga moich rodziców i nawet parę od kolegów z klasy. To mną niemało wstrząsnęło. Nie powiem, że nie sądziłem, że będą niezaintereswowani moją nagłą ucieczką, ale nagle... Nagle dotarła do mnie realność sytuacji. Wtedy pierwszy raz zwątpiłem w swoje działania. Czy naprawdę chciałem narażać moje szczęście dla poszukiwania kogoś, kto z własnej woli mnie porzucił? Czy w ogóle było warto?
Jest, wyszeptał cichy głosik, a ja zacisnąłem mocno powieki, w których zbierały się łzy, przygryzłem wargę i ruszyłem dalej, bo bałem się, że jeżeli teraz bym się zawahał, to od razu wróciłbym się do domu i już nigdy nie dotarłbym tak daleko, nie mówiąc już o spotkaniu twarzą w twarz z tą osobliwą postacią.
Nie wiedziałem tylko, że w tym momencie spaliłem za sobą ostatni most łączący normalność z surrealizmem, a moją przeszłość wyraźnie odcięła się od przyszłości.
Teraz już to wiem.
Pod szpital dojechałem koło dwudziestej, gdy robiło się już ciemno i chociaż widziałem go już z daleka, to dopiero gdy przyjrzałem mu się z bliska, to przeszły mnie dreszcze. Wybite okna, nagie ściany, śmieci, graffiti i ogólna aura, cóż, miejsca przyprawiającego o gęsią skórkę.
No dla w każdym razie, byłem na miejscu i miałem nadzieję na nie spotkanie żadnego menela. Albo dilera.
Po prostu wrąbałem się w sam środek piekła zwanego życiem i szczerze, czerpałem z tego faktu całymi garściami, wreszcie działo się coś innego od mojej rutyny, wreszcie szedłem tuż po śladach Olivera.
Cóż, nie mogłem się już zatrzymać, więc pchnąłem drzwi szpitala, które jakimś cudem trzymały się jeszcze na miejscu... Po czym z głośnym hukiem upadły na ziemię. Przysięgam, w całym swoim życiu nie wydałem z siebie bardziej dziewczęcego pisku. Ale nie zwróciłem na to zbędnej uwagi, bo przede mną, na ścianie rozprzestrzeniały się czerwone napisy, ku mojej uldze napisane jakimś markerem. Były jak drogowskazy, bo opisywały tylko szpital i jego pomieszczenia, jednym z tych pomieszczeń musiało być miejsce przyszłego spotkania, mojego i Olivera. Zatrzymałem się by bliżej przyjrzeć się tym rysunkom i nieco się zdziwiłem, bo ich dokładność była niesamowita, ale jeśli faktycznie wykonał to Oliver, to w sumie było to naturalne – przecież mógł poszczycić się doskonałą pamięcią. Miejsce w którym się znajdowałem zaznaczone było średniej wielkości kropką, ale moją uwagę przykuło bardziej drugie piętro, bo właśnie tam, w północnej części szpitala znajdowała się sala oznaczona wielkim „x”. Cóż, subtelne to to nie było. Na chwilę jeszcze wyszedłem poza szpital, by zjeść kanapkę i nacieszyć się świeżym powietrzem, i tak zostało mi sporo czasu, a podejrzewałem, że sterczenie tam tyle przed „umówioną” godziną nic by nie pomogło. Jednakże znowu złapało mnie to przeklęte wyrzuty;
Czy nie wpędzam Olivera w kłopoty na siłę chcąc się z nim spotkać?
W dodatku, tak długo go nie widziałem...
Myśli nieprzyjemnie plątały się w mojej głowie tworząc czarną mieszaninę, najgorsze scenariusze mogące spotkać mojego przyjaciela. Podniosłem się z miejsca, ponuro wpakowując śmieci z powrotem do plecaka. Na wszelki wypadek zrobiłem zdjęcie mapie na ścianie i ruszyłem w plątaninę korytarzy.
Dobra, „plątanina” to spora przesada, ale moja orientacja w terenie pozostawiała wiele do życzenia, a Oliver nie trudził się z rysowaniem jakiś znaków, czegoś innego niż mapki przy głównym wejściu, osobiście nie byłem zbyt dobry w odczytywaniu takich rzeczy.
Nie musiałem jednak zbyt długo chodzić, żeby je znaleźć zaznaczone pomieszczenie, którego oznaczenia zapomniałem lub właściwie nie chciałem nawet czytać. W sumie miałem wrażenie, że zeszło mi na to mniej niż dziesięć minut. W środku, na ziemi leżało mnóstwo potłuczonego szkła i śmieci. Szczerze, nie było to zbyt przyjemne miejsce, ale co zrobić, w końcu było „opuszczone”.
Rozejrzałem się wkoło, marszcząc brwi i szukając miejsca gdzie mógłbym przysiąść, miałem czekać w końcu mniej więcej dwóch godzin. W końcu wybrałem jakiś kamień wyglądający na nieostry i w miarę wygodny, i luźno obserwowałem otoczenie. Nie wytrzymałem jednak zbyt długo i radośnie zacząłem grać na telefonie, jednak bateria też nie zamierzała zostać moim przyjacielem i zdechła po mniej półtorej godzinie. Z drugiej strony, i tak już dużo przeszła.
Resztę czasu spędziłem na oglądaniu swoich butów, bo kiedy podniosłem wzrok, po raz drugi w tym samym dniu, o mało nie zszedłem na zawał, na szczęście jednak tym razem nie brzmiałem przy tym jak sprawna zabawka dla psa.
Na środku pokoju, w milczeniu, stał Oliver i obojętnie mi się przyglądał.
Ten sam Oliver, którego kiedyś widywałem na korytarzu szkoły.
No, prawie ten sam.
Teraz jego włosy były nieco dłuższe, a on sam wyglądał na jeszcze chudszego i bardziej chorego. Grzywka całkowicie zasłaniała jego prawe oko i bardzo wyraźnie opadała na prawe. O dziwo, nie wyglądało na to, żeby urósł chociażby i centymetr, dalej pozostawał tym knypkiem jakim go zapamiętałem.
- Ja cię wcale nie... - Zacząłem się tłumaczyć, nie wiem czy z przyzwyczajenia czy też z chęci zrobienia „dobrego pierwszego wrażenia” czy też zwyczajnie dlatego, że kompletnie zidiociałem i nie mogłem oderwać od niego wzroku, podczas gdy mój umysł wypełniła pustka. Przerwałem jednak, a do moich oczu samoistnie napłynęły łzy. - Boże, tak dawno cię nie widziałem. - Wydukałem w końcu, ruszając do przodu, ale on wyciągnął do przodu dłonie, pokazując mi „stop” i spuścił głowę, próbując ukryć ten drobny ślad uśmiechu powstały na jego twarzy.
On też się cieszył!
- Nie powinno cię tu być... Nie powinieneś tego robić.- Powiedział cicho, a ja z pewną dozą zdziwienia zanotowałem, że obniżył mu się głos. W sumie dobrze, miałem pewność, że Oliver stojący tutaj to nie moja wyobraźnia czy inne wspomnienie z przeszłości.
- Nie pieprz. - Warknąłem tak, że natychmiast spojrzał mi w oczy. Miałem dosyć tej bajki i wymigiwania się, chciałem, żeby przestał uciekać przede mną i przed swoim strachem. Przecież nie był tchórzem.
- Nie robię tego, uwierz. Uwierz, że gdyby nie ja to pozostałbyś normalny i nie musiał latać po całym kraju w poszukiwaniu mordercy, nie musiał byś być w tym miejscu i...
I mógłbym zginąć przez zabawy jakiś gimbusów, wiem. - Przerwałem mu ostro, a on uciekł wzrokiem na ścianę, milcząc. Mimo to wcale nie wyglądał na przekonanego, bardziej na zrezygnowanego, trochę jakby był w żałobie.
- Dałbyś sobie radę. Poza tym, spójrz na siebie teraz... Nie, spójrz na nas. Kim jesteśmy, jakimi się staliśmy... Jak bardzo się różnimy. - Cofnął się jeszcze o krok a ja zauważyłem dziwną łunę, cień dzielący teraz pokój idealnie pomiędzy nas. Moja część była jasno oświetlona promieniami księżyca natomiast część Olivera skąpała się w mroku, szczelnie osłonięta ścianami budynku.
- Co to ma znaczyć, hę? - Zapytałem, bojąc się trochę nadchodzącej odpowiedzi. Postąpiłem krok do przodu, przybliżając się do tej nieubłaganej ciemności. Oliver dalej stał w tym samym miejscu.
- Dobrze wiesz, Emil. Trzymaj się ode mnie z daleka. - Znowu krok do tyłu, zmarszczone brwi. - Zostaw mnie już w spokoju! - Krzyknął, sprawiając że całe moje ciało przeszedł kłujący ból. - - Odpuść sobie. - Dodał łamiącym się, ochrypłym głosem, jakby krzyk sprawił, że zaczął tracić głos. Zachwiał się, stawiając kolejny krok do tyłu i drugi raz podczas naszego spotkania spojrzał mi w oczy, a ja byłem pewny, że w tamtym momencie wyrażają to samo.
Ból.
Odwrócił się gwałtownie, wybiegając z pomieszczenia, zapewne przez tajne miejsce, którego ja wcześniej nie zauważyłem. Wcześniej to wszystko jakby nie miało znaczenia. A teraz... Teraz byłem zbyt zszokowany, żeby w ogóle się ruszyć. Stałem jak ten kołek słuchając kroków powoli cichnących w oddali... I wtedy się ruszyłem. Jeśli bym się nie ruszył, to przecież straciłbym go już na zawsze. Zacisnąłem pięści i bez namysłu rzuciłem się w coś, co wydawało się być bezkresną czernią, zostawiając każde z przedmiotów wcześniej mi towarzyszących, na ziemi. Tylko by mnie spowolniały. Biegłem szaleńczo, z przerażeniem zauważając, że całkowicie nie mogę już usłyszeć kroków.
Jednak wiedziałem gdzie uciekł, do lasu, nie miał innego wyboru. Ponownie więc wbiegłen w las, tym razem jednak słysząc jedynie szeleszczące liście wpadające na mnie po drodze.
To było niepokojące.
Pędziłem jednak dalej, nie zważając nawet na czerwone lampki zapalające się po kolei w moim umyśle.
Nie myliły się.
Niedługo później natrafiłem na podmoknięty grunt, samo w sobie nie byłoby to zbyt dużym problemem, lecz towarzyszył mu prawie pionowy spadek i moja zerowa przyczepność, sprawiając zwyczajnie, że ześliznąłem się w dół,spadając kilka metrów po błocie i brudzie, lądując na dole z uczuciem totalnego przygnębienia. Szczerze, nie chciałem już wstawać, nie miałem siły.
Czy moje wysiłki poszły na mare?
Zasłoniłem oczy ramieniem, leżąc tak na podmokłym gruncie, półprzytomnie rejestrując płynącą gdzieś obok mnie wodę. Nie wiem ile leżałem, ile się nie ruszałem i ile po prostu ryczałem jak idiota, zaciskając mocno wargi, dając temu wszystkiemu odejść. Czułem się, jakbym umierał i szczerze, nie wiedziałem czy nie była to by czasem najlepsza opcja. Miałem tego wszystkiego dosyć, po prostu wrosnąć w ziemię i zniknąć.
- Ojoj, a co to? - Dlatego nie zareagowałem, gdy usłyszałem ten dziwny ni to niski ni to wysoki głos. Bo dlaczego miałbym? Żeby ktoś litościwie zebrał mnie z ziemi? Postanowiłem po prostu to wszystko przemilczeć i poczekać aż odejdzie, udając że śpię, jednak następne słowa postawiły mnie do siadu, nie dbając o to jak okropnie musiałem wyglądać. - Jednak nie pozwolił ci pójść, chociaż spodziewałem się tego. Tak, spodziewałem się. Oliver to uparta bestia, co? Bardzo uparta. - natychmiast zlustrowałem tą dziwną postać wzrokiem i wcale nie wyglądała nadzwyczajnie. Albo raczej, nie wyglądałaby, gdybym nie spotkał jej w środku lasu, nad rzeką. Otóż stał przede mną prawdopodobnie młody mężczyzna w czarnym, zwykłym garniturze. Jego niesamowicie długie, czerwone niczym krew włosy zasłaniały mu oczy, ale on uśmiechał się złośliwie. Krew we mnie zawrzała.
- Kim ty..?
- A nie raczej „Skąd ty?”. Och, czy to istotne? Nie, nie istotne. Ważne że wiem, mój drogi. Ważne, że dosłownie prawie czuję twoje lodowate myśli stojąc nawet z tej odległości. - Szczerze nie miałem pojęcia o czym on gada, ale jedno było pewne. Wiedział o Oliverze. Wiedział i skoro z nim rozmawiał to najprawdopodobniej czegoś od niego chciał. - Nie możliwe, jednak coś łapiesz! Niemożliwe! - Zaklaskał w dłonie z zadowoleniem, sprawiając, że trochę zwątpiłem w swoją ocenę sytuacji, ale szybko powróciły mi nerwy.
- Skąd wiesz o Oliverze? Skąd to wszystko wiesz? - Zapytałem spokojnie. Czułem, że mój głos zieje czystą pustką i chłodem, ale to nie miało znaczenia. Dlaczego w ogóle miało mnie to obchodzić?
- Bo tak się składa, że mogę ci pomóc. Spotkasz się znowu z Oliverem i nawet jeśli znowu spróbuje ci uciec, to tym razem nie będzie miał szans.
- O czym ty mówisz? - Zapytałem, marszcząc brwi, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Szczebiotał jak przekupka na targu i jakoś średnio mi się to podobało.
- Mam dla ciebie umowę. - Zaczął, wskazując na mnie palcem z długim, zaostrzonym, czarnym paznokciem. To mnie nieco zmartwiło i zaskoczyło. O jaką umowę może chodzić? Jaka umowa pomogłaby mi w taki sposób? W dodatku, akurat w tym momencie dotarła do mnie dziwaczność tego gościa. Cała sytuacja była co najmniej... Beznadziejna. Ale kiwnąłem mu głową, aby kontynuował. - Dam ci możliwość do wiecznego bycia przy boku Olivera... Ha, ucieszylibyście się obydwoje, więc cena jest podwójnie korzystna, hm? - Ta, miałem przeczucie, że koleś w ogóle nie posiadał rozumu, ale był całkiem sympatyczny... Jak się tak uprzeć.
- A w zamian co zamierzać dostać? - Czerwonowłosy wyszczerzył się szeroki i przerażający uśmich nie zwiastujacy niczego dobrego.
- Jedną, małą, prościutką rzecz o którą zawsze proszę w takich momentach. - Powiedział, przekrzywiając głowę, obserwując moje reakcję, ale ja traciłem już cierpliwość i warknąłem proste „czyli?”. - Twojej duszy, mój drogi.- Zaśmiał się, a ja zdębiałem. Mojej... Duszy? Czy istniało w ogóle coś w stylu duszy? Wątpiłem w to od paru ładnych, ale skoro koleś o tym wspominał... - Jeśli jestem szalony, jeszcze lepiej dla ciebie, bo twojej duszyczce nic nie zagrozi. - Zatrzymałem się, myśląc o tym. Co mogło pójść nie tak?
- A co jest tymi super umiejętnościami?
- Będziesz miał zmysły na tyle ustrojone, że w życiu ci nie ucieknie. Uwierz, lata testów. To jak, zgoda? - Popatrzyłem na gwiazdy, myśląc o Oliverze.. Super zmysły, co? Byle nie był to jakiś pic na wodę. Przewróciłem oczami, powoli przytakując. - W takim razie wyciągnij rękę. - Powiedział poważnie, a ja bez słowa wykonałem polecenie. Nabrał krwi z rany cięcia przez krzaka i narysował prostą linię i na mojej i na swojej ręce. Nagle jego uśmiech poszerzył się do wręcz nienaturalnych rozmiarów, sprawiając, że od razu przeleciał mnie strach... Co to miało być do cholery? - W takim razie, umowa przyjęta. - Wyciągnął dłoń do mojej szyi obejmując ją, a mnie sparaliżował strach... Nie, nie strach, zwyczajnie nie mogłem się ruszać!
Zęby wyostrzyły się tak, że wyglądały na rekinie, a on z radością dziecka zacisnął z całej siły dłoń, wyduszając z moich płuc powietrze. - Umowa przyjęta, umowa przyjęta, umowa przyjęta, umowa przyjęta, umowa przyjęta! - Krzyczał, śmiejąc się i zaciskając mocno ręce. Przechylił mnie do tyłu z powrotem wywracając mnie na brudny grunt, ale nie przejmowałem się niczym, oprócz tego duszącego uczucia. Powoli wszystko mi drętwiało i robiło się coraz dalsze i dalsze... Postać otrzepała włosy z twarzy, odsłaniając czarne oczy z krwistoczerwonymi tęczówki i źrenicami wąskimi jak u węża. Nachylił się tak mocno, że poczułem te czerwone włosy na swojej twarzy, a mimo to ledwo to zauważyłem. Jedyne co teraz widziałem to te czerwone tęczówki.
- Umowa przyjęta. - Wyszeptał prosto w moją twarz, szybkim ruchem prostując rękę i wbijając ją z, o dziwo, ogromną siłą w jego klatce piersiową. Bolało. Tak bardzo bolało. W odrętwieniu czułem jak długie paznokcie na wylot wbijają się w moją skórę. I nagle, zupełnie niespodziewanie poczułem palący ból w każdej komórce mojego ciała, zupełnie właśnie jakby palił mną żywy ogień.
Umierałem. Wiedziałem to. Wiedziałem to, bo wszystko robiło się jakieś mniej istotne, bardziej obojętne i po prostu chciałem się poddać.
Ale ostatnia myśl ciągle kołatała mi się po głowie i zdążyła w niej zostać za nim straciłem przytomność i zupełnie przestałem oddychać.
Oliver, przecież obiecałem że cię znajdę...

5 komentarzy:

  1. <3 <3 <3
    Awwwww, jakie to jest cudowne! <3 *rozpływa się*
    Dziękuję, tym postem poprawiłaś mi humor :3 ^°^ Nienawidzę wtorków ;-; Zresztą, poniedziałków, śród i czwartków też xD
    Kim był ten czerwonowłosy jegomość? *-*
    Mam nadzieję, że Emil (to imię ;-;) jednak nie umrze, bo co ja wtedy zrobię? Co z moim zakończeniem "i żyli długo i szczęśliwie"? ;^;
    W ogóle to takie urocze, że Emil tyle poświęca dla Olivera! *°* *zbiorowe "oooo"*
    Od razu mówię, że podczas Waszej nieobecności codziennie sumiennie (może trochę obsesyjnie xD) tu zaglądałam i wypatrywałam nowych notek XD Od razu muszę przeprosić Alex za nieskomentowanie Jej rozdziału, ale jeszcze nie przeczytałam całego tego opowiadania i nie jestem w temacie ;-; Brak czasu tak bardzo >.<
    Tyle sprawdzianów i kartkówkek TT~TT Jest maj, ludzie! Zlitujcie się nad nami! ><
    Lecę (...) się uczyć, bo jutro mam urwanie głowy ;-;, a Wam życzę duuuuuuużo weny i żebyście Wy chociaż miały lżej :|
    ~Alexandra \(^°^)/
    PS. Przepraszam, jeśli mój kom jest dziwny i ogóle do dupy, ale od 7 do 16.30 byłam w szkole (co z tego, że jestem chora - do szkoły trzeba >.<) i to chyba częściowo tłumaczy xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoko XD Rozumiem, przez 2 lata trochę się tych rozdziałow nazbierało :)

      Usuń
  2. Widzę, że nie tylko ja nie chce aby Emil umierał -,-
    Więc Anon prosze cię jak będziesz pisac następny rozdział nie rozważaj tej opcji!
    TOTALNA GEJOZA musi trwać <3
    Ps. Gdyby nie mój płacz, nie napisałabyś yaoica z tego więc nie ran mnie i Alexandry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ps. Nie czytałam jeszcze tak jak prosiłaś

      Usuń
    2. Jestem jak najbardziej za tym, żebyś nas nie raniła. XD On musi żyć!

      Usuń