W sumie, to dawno nie było tego opowiadania. No cóż... Oto ono? :D. - Pozdrowienia od Anonimka!
***
Toby był rozdrażniony, rozmemłany i
strasznie strasznie śpiący, ale przynajmniej nie spóźniony.
Nienawidził poranków w transporcie, z
całego serca ich nienawidził. W ogóle, mało rzeczy nienawidził
aż tak bardzo jak tego. Ogrom ludzi zmierzających do pracy lub
szkoły, korki, samochody, hałasy, zbyt dużo światła... W
południe przynajmniej chciało mu się to wytrzymywać.
Zdawał sobie sprawę, że pewnie
wygląda jak najzwyczajniejszy w świecie świr, a włosy pewnie
odstawały na wszystkie strony, bo niektórzy pasażerowie autobusu,
którym właśnie jechał patrzyli na niego krzywo, ale miał to do
siebie, że właśnie z rana nie chciało mu się specjalnie
wyglądać, albo nawet być. Z tą różnicą, że to drugie akurat
musiał. Nie to że nie był przyzwyczajony do porannego wstawania,
bo robił to właściwie całe swoje życie, ale mimo to z domu wolał
wychodzić co najmniej dwie godzinki później niż kilka minut po
siódmej. Wtedy ruch był nieco mniejszy, a i on był bardziej gotów
do mierzenia się z okrutną rzeczywistością dorosłego człowieka.
Autobus poruszył się niebezpiecznie,
wpadła na niego jakaś starsza niziutka kobiecinka, a on z
przyzwyczajenia samemu przeprosił. Nie żeby coś mu przeszkadzało,
ale czasem wydawało mu się, że powinien urodzić się albo po
prostu mieszkać w Kanadzie... Po czym przypominał sobie o łosiach,
mrozie i reszcie swojego charakteru, i decydował się, że to jednak
nie tak dobry pomysł.
Przeczesał swoje już rozkopane włosy
w nieco nerwowym geście zdając sobie sprawę, że zaraz autobus
dosięgnie jego destynacji i będzie musiał przecisnąć się ku
wyjściu, co niespecjalnie mu odpowiadało. Nie żeby czuł się
specjalnie niepewnie, ale nie znosił tłumów. Na swoje szczęście
pozbył się już strachliwości i nadmiaru nieśmiałości z
dzieciństwa, ale dalej był niejakim odludkiem i centra miast
zwyczajnie nie były jego miejscem. W dodatku o tej porze roku pogoda
nie była mu zbyt przyjazna, wiatr i zimnica. Co prawda wtedy mógł
zrzucić swoje „nie chciało mi się” na pogodę, ale mimo
wszystko wolał, gdy nie odmarzała mu twarz.
Kilka dobrych minut przed swoim
finalnym przystankiem prawie dyskretnie przemknął do wyjścia, co
chwila poprawiając torbę na ramieniu, bardziej w dziwnym tiku
nerwowym niżeli w faktycznym strachu przed zgubieniem jej.
Autobus zatrzymał się, a on wysiadł,
od razu czując przesiąkający jego ciało nieznośny chłód.
Toby nienawidził późnej jesieni jak
i zimy i wczesnej wiosny. Nieważne jak grubo się ubrał, i tak
zawsze jakimś cudem marzł, jakby nieznośna pogoda znajdywała
drobne szpary w jego ubiorze i wdrapywała się przez nie dalej,
byleby tylko w jakiś sposób zimno mu było.
Na szczęście od przystanku do pracy
daleko nie miał. Właściwie, na jego standardy od mieszkania nawet
nie miał specjalnie daleko i jako fan chodzenia pieszo, chętnie to
robił, tylko że... No właśnie, nie gdy temperatura spadała do
dziesięciu stopni i poniżej. Bał się, że zanim dotarłby do
ciepłej pracy, to miałby już permanentny katar z opcjonalnym bólem
gardła. Niby umiał szybko przebierać nogami, ale czasami tak było
nawet gorzej, bo zdążył się przewiać...
Od wejścia do placówki przywitała go
ciepła, przyjazna jemu, temperatura. Pewnie nie narzekałby na nią
nawet gdyby mieszkał w saunie. Zdjął czarną torbę i równie
czarny płaszcz i obydwa przewiesił przez krzesło w sekretariacie,
na którym zresztą usiadł i zaczął delikatnie się huśtać. Jako
iż był parę albo nawet paręnaście minut przed czasem, to miał
przywilej siedzenia tutaj, zamiast w pewnie nie ogrzanym jeszcze
gabinecie i mógłby sobie nawet zrobić sobie kawę, gdyby tylko
chciało mu się wstać. Ale że nie chciało, to miał więcej czasu
na przemyślenia...
Co przypomniało mu pewnego pacjenta,
którego nie widział już od co najmniej tygodnia... Pewnego bardzo
problematycznego pacjenta.
Damien Cole, teoretycznie spokojny i
prawie kulturalny, nigdy nie zaczynał bójek, ale zawsze się w nie
wdawał... A mówiąc „zawsze” Toby miał na myśli, że dał już
radę jedną, w pewnym sensie wywołać, a był tu, z tego co się
orientował, nie więcej niż dwa tygodnie. W dodatku nie z byle kim,
bo z facetem, który wśród personelu uchodził za łagodnego
olbrzyma, takiego co o trzeźwym umyśle nie skrzywdziłby nawet
muchy i podobno miał nieziemską delikatność i cierpliwość...
Widocznie Damien miał niezwykły talent do wyprowadzania ludzi z
równowagi. Toby już coś o tym wiedział, chociaż sam nie został
wyprowadzony z podobnego spokoju co olbrzym... Spotkanie niesamowicie
namąciło mu w głowie, zaburzyło dotychczasowy spokój rutyny, bo
łapał się na myśleniu o tym, odtwarzaniu wydarzeń w kółko i w
kółko, chociaż wiedział, że do niczego to nie prowadziło...
No, albo raczej mogło prowadzić tylko
do jednego, o czym z własnej przyzwoitości medycznej wolał nie
myśleć...
W każdym razie, obeszli się tylko z
siniakami i otarciami, ale nawet i od tego Damien zdążył sobie
nieźle nagrabić jako sadystyczny złośliwiec, który zdołał
wkurzyć anioła.
Toby prawie współczuł gościowi, bo
doskonale wiedział jak biedny olbrzym musiał się teraz czuć przez
sytuację, która nawet nie była jego winą... Jednak, jakby
okrutnie to nie brzmiało, póki nie był to jego przypadek, to nie
była to jego sprawa. Nawet Damien nie do końca był jego
przypadkiem. Damien był przypadkiem kilku psychiatrów, sęk w tym
że tylko z nim dotąd współpracował...
Ktoś szybko machnął mu przed twarzą,
akurat gdy przechylał się do tyłu, patrząc w sufit, od razu
opadając na cztery krześlane nogi, spodziewając się kogo może
zastać. Pewnie przestraszył się ”wypadku”, gdyby nie był
sobą. Na niego akurat nie działały gwałtowne straszaki, ale osoba
która starała się go zaskoczyć przez ostatnie kilka lat
najwyraźniej jeszcze się łudziła.
- Dobry Toby, jak tam poranek? - Znowu
poprawił wyjątkowo niesforne dzisiaj włosy, spoglądając na
człowieka, który widocznie bardzo chciał go zabić.
Jayden Stoner, wiecznie zadowolony z
życia ciemny blondyn o zabawnym dla Toby'ego nazwisku, zajmujący
głównie logopedią przy dzieciakach. Reus po prostu nie mógł czuć
do niego niczego innego niżeli podziw. Dla niego cały jego styl
życia był zupełnie niewyobrażalny, nie mówiąc już o tej
wiecznie szczęśliwej twarzy. Samemu nie przepadał za dziećmi.
Albo raczej, nigdy nie przepadał za zajmowaniem się nimi, nie miał
do tego ani głowy ani ręki. Nie był opiekuńczy, brakowało mu
dystansu. Poza tym, lubił rozmawiać i to raczej na głębsze tematy
niż te biedne dzieciaki mogły mu zapewnić. Zdecydowanie bardziej
„bawiła” go praca z dorosłymi.
Właściwie, sam nigdy nie marzył ani
o posiadaniu dzieci ani swojej własnej rodziny. Pewnie ku
nieskończonej grozie swoich rodziców, oczywiście gdyby o tym
wiedzieli, bo mimo tego, że żyli w dwudziestym pierwszym wieku to
jego rodzina była... Przewrażliwiona. Zawsze chcieli, żeby szybko
się ustatkował i miał gromadkę własnych dzieci...
Sęk w tym, że on nie chciał.
Za każdym razem, gdy starał się o
tym myśleć na poważnie, wydawało się to nie jego życiem, tylko
głupią iluzją.
- Aż tak? - Z rozbawioną miną
zapytał Jayden, wybudzając go nieco z letargu. Nieco.
- Aż tak. - Odpowiedział, chyba po
raz tysięczny tego dnia ziewając.
Aha, no i jako że Jayden był jedynym
normalnym kumplem jakiego miał na całym Bożym świecie i jedynym
którego parę razy dla przyjemności spotkał poza psychiatrykiem to
oczywiście znał się z Tobyego siostrą, Bellą, i często ze sobą
pisali. Za często, jak na jego gust, bo praktycznie nie odrywali się
od telefonu, ale co on tam wiedział.
Tyle że jako iż doskonale znał
naturę i Jaydena i Belli, przewidywał, że tylko kwestią czasu
było zanim się zejdą, mimo że sami jeszcze wcale o tym nie
myśleli. Tak to już z nimi było. Nie żeby specjalnie miał coś
przeciwko.
- Albo nawet gorzej niż „aż tak”.
- Cóż, dla mnie dzień jak każdy.
- O tym mówię. - Wzruszył ramionami.
Gdyby nie to że w większości żartował, pewnie już dawno
wykryliby u niego malutką depresję. No ale ten swoisty typ
podejścia do życia był jego wizytówką i ludzie którzy go znali
po prostu do tego przywykli. Na szczęście. - Ten cały Damien...
Słyszałeś coś o nim? - Zapytał starając się brzmieć jak
najbardziej obojętnie, mimo tego że szczerze był ciekawy. Jayden
zastanowił się chwilę po czym pokręcił głową.
- Tylko o tej bójce. Jeszcze go nawet
nie widziałem.
- Miałem z nim jedną godzinkę jakiś
czas temu. Moim zdaniem zdecydowanie za mało. Koleś powinien mieć
zajęcia co najmniej siedem dni w tygodniu.
- Co z nim? - Zauważył ten błysk
zaciekawienia w oczach blondyna. Zboczenie zawodowe, nawet jeśli
Damien nie był jego przypadkiem albo nawet jego rodzajem przypadku,
musiał wiedzieć. Z resztą, powołaniem Jaydena nie było
pracowanie z dorosłymi, ale zawsze chętnie wysłuchiwał historii
od Tobyego. Jakichkolwiek historii.
- Jeśli o mnie chodzi, to
powiedziałbym, że zrobił to dla uwagi. Może pewnego rodzaju
szacunku. Innymi słowy... Ma skłonności do sadyzmu. Spore
skłonności. I do kłamania. Przy tym nie wydaje się mieć wyrzutów
sumienia.
- Socjopata?
- Wydaje się, Jayden. Nie wiem czy to
prawda. Jeszcze. - Jayden odchrząknął, wycofując się z rozmowy.
Dobrze wiedział, że Toby choćby chciał to nie powiedziałby nic
więcej z braku informacji. Tajemnica lekarska niespecjalnie ich
interesowała i nie specjalnie musiała. Takie coś zawsze zostawało
między nimi.
- Powodzenia.
- Dzięki.
Gdy Stoner miał już otworzyć drzwi i
wyjść z pomieszczenia, zmierzając do swojej własnej niedoli
zwanej pracą, Tobyemu przypomniał się jeden mały szczególik i
zatrzymał go krótkim „hej”.
- Co? - Zapytał blondyn, właściwie w
połowie będąc już w swoim własnym świecie. Toby nie do końca
mógł go winić.
- Zamknij okno w moim gabinecie. I
włącz ogrzewanie.
I w taki oto sposób po pretensjonalnym
„na serio?” Jayden Stoner miał troszeczkę gorszy i chłodniejszy
dzień, bo Toby był znany nie tylko ze swojego nie do końca
pozytywnego nastawienia, ale też i z wyjątkowego utrzymywania
czystości, dzięki której sprzątaczki praktycznie nie miały co
robić, ale z rana w gabinecie było dokładnie tak jak na dworze,
przez wyjątkowo dłużące się piętnaście minut.
Tak, Toby uchodził tu trochę za
nieco... Innego. Wszyscy chyba myśleli, że uważa się za lepszego.
Ale to nie był pierwszy raz i się tym nie przejmował, pomijając
oczywisty fakt, że się mylili.
I tak nie był specjalnie rozmowny, a
życie nie było łatwe. Wiedział to może i zbyt dobrze.
Dosłownie w momencie w którym za
Jaydenem zamknęły się drzwi, wyjął z kieszeni telefon i szybko
otworzył kontakt swojej siostry, pisząc jej krótkiego sms'a.
„Pierwszy”
Tak, dziecinne, ale jakoś musiał im to przekazać.
Tak, dziecinne, ale jakoś musiał im to przekazać.
„Co?”
„O czym ty mówisz?”
Dwa teksty pojawiły się na ekranie.
Nieważne od sytuacji, Bella zawsze miała telefon przy sobie i
zawsze odpisywała z prędkością światła. W tym jednym nie mógł
jej nigdy dorównać.
Czekał. Nie długo zresztą, bo
dosłownie dwie minuty dłużej pojawiły się kolejne wiadomości.
„Haha”
„Skąd wiedziałeś? :D”
Uśmiechnął się pod nosem. Tak,
zdecydowanie znał tą dwójkę. Jakby obydwoje uparli się żeby na
siłę zrobić go najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Dokładnie tak jak jego rodzice.
Była to jednocześnie najmilsza i
najgorsza rzecz jaką mogli mu zrobić. Bo przecież sam doskonale
dawał sobie radę... Przynajmniej tak mu się wydawało.
Cóż, najwidoczniej już cztery osoby
uważały inaczej.
Odpisał tylko mrugającą emotką i
wyciągnął się na krześle, sprawdzając godzinę. Okazało się
że musi wstać w ciągu pięciu minut i przypomniał sobie, że jego
pierwszym pacjentem znowu jest rudowłosa idealistka Lauren.
Powinien być szczęśliwy, ale jednak,
w jakiś sposób zupełnie go to nie obchodziło i trochę źle się
z tym czuł. Lauren nie będzie już u niego długo, dobrze to
wiedział i powinien, jak dziwnie by to nie brzmiało, świętować
kolejną stratę.
Mimo to, czuł ziejącą lepką pustkę,
której nie mógł powstrzymać.
To był dzień jak co dzień.
I to zżerało go od środka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz