Strony

poniedziałek, 6 października 2014

Ciekawy Pacjent cz. 3 - Praca

W sumie, to dawno nie było tego opowiadania. No cóż... Oto ono? :D. - Pozdrowienia od Anonimka!

***


Toby był rozdrażniony, rozmemłany i strasznie strasznie śpiący, ale przynajmniej nie spóźniony.
Nienawidził poranków w transporcie, z całego serca ich nienawidził. W ogóle, mało rzeczy nienawidził aż tak bardzo jak tego. Ogrom ludzi zmierzających do pracy lub szkoły, korki, samochody, hałasy, zbyt dużo światła... W południe przynajmniej chciało mu się to wytrzymywać.
Zdawał sobie sprawę, że pewnie wygląda jak najzwyczajniejszy w świecie świr, a włosy pewnie odstawały na wszystkie strony, bo niektórzy pasażerowie autobusu, którym właśnie jechał patrzyli na niego krzywo, ale miał to do siebie, że właśnie z rana nie chciało mu się specjalnie wyglądać, albo nawet być. Z tą różnicą, że to drugie akurat musiał. Nie to że nie był przyzwyczajony do porannego wstawania, bo robił to właściwie całe swoje życie, ale mimo to z domu wolał wychodzić co najmniej dwie godzinki później niż kilka minut po siódmej. Wtedy ruch był nieco mniejszy, a i on był bardziej gotów do mierzenia się z okrutną rzeczywistością dorosłego człowieka.
Autobus poruszył się niebezpiecznie, wpadła na niego jakaś starsza niziutka kobiecinka, a on z przyzwyczajenia samemu przeprosił. Nie żeby coś mu przeszkadzało, ale czasem wydawało mu się, że powinien urodzić się albo po prostu mieszkać w Kanadzie... Po czym przypominał sobie o łosiach, mrozie i reszcie swojego charakteru, i decydował się, że to jednak nie tak dobry pomysł.
Przeczesał swoje już rozkopane włosy w nieco nerwowym geście zdając sobie sprawę, że zaraz autobus dosięgnie jego destynacji i będzie musiał przecisnąć się ku wyjściu, co niespecjalnie mu odpowiadało. Nie żeby czuł się specjalnie niepewnie, ale nie znosił tłumów. Na swoje szczęście pozbył się już strachliwości i nadmiaru nieśmiałości z dzieciństwa, ale dalej był niejakim odludkiem i centra miast zwyczajnie nie były jego miejscem. W dodatku o tej porze roku pogoda nie była mu zbyt przyjazna, wiatr i zimnica. Co prawda wtedy mógł zrzucić swoje „nie chciało mi się” na pogodę, ale mimo wszystko wolał, gdy nie odmarzała mu twarz.
Kilka dobrych minut przed swoim finalnym przystankiem prawie dyskretnie przemknął do wyjścia, co chwila poprawiając torbę na ramieniu, bardziej w dziwnym tiku nerwowym niżeli w faktycznym strachu przed zgubieniem jej.
Autobus zatrzymał się, a on wysiadł, od razu czując przesiąkający jego ciało nieznośny chłód.
Toby nienawidził późnej jesieni jak i zimy i wczesnej wiosny. Nieważne jak grubo się ubrał, i tak zawsze jakimś cudem marzł, jakby nieznośna pogoda znajdywała drobne szpary w jego ubiorze i wdrapywała się przez nie dalej, byleby tylko w jakiś sposób zimno mu było.
Na szczęście od przystanku do pracy daleko nie miał. Właściwie, na jego standardy od mieszkania nawet nie miał specjalnie daleko i jako fan chodzenia pieszo, chętnie to robił, tylko że... No właśnie, nie gdy temperatura spadała do dziesięciu stopni i poniżej. Bał się, że zanim dotarłby do ciepłej pracy, to miałby już permanentny katar z opcjonalnym bólem gardła. Niby umiał szybko przebierać nogami, ale czasami tak było nawet gorzej, bo zdążył się przewiać...
Od wejścia do placówki przywitała go ciepła, przyjazna jemu, temperatura. Pewnie nie narzekałby na nią nawet gdyby mieszkał w saunie. Zdjął czarną torbę i równie czarny płaszcz i obydwa przewiesił przez krzesło w sekretariacie, na którym zresztą usiadł i zaczął delikatnie się huśtać. Jako iż był parę albo nawet paręnaście minut przed czasem, to miał przywilej siedzenia tutaj, zamiast w pewnie nie ogrzanym jeszcze gabinecie i mógłby sobie nawet zrobić sobie kawę, gdyby tylko chciało mu się wstać. Ale że nie chciało, to miał więcej czasu na przemyślenia...
Co przypomniało mu pewnego pacjenta, którego nie widział już od co najmniej tygodnia... Pewnego bardzo problematycznego pacjenta.
Damien Cole, teoretycznie spokojny i prawie kulturalny, nigdy nie zaczynał bójek, ale zawsze się w nie wdawał... A mówiąc „zawsze” Toby miał na myśli, że dał już radę jedną, w pewnym sensie wywołać, a był tu, z tego co się orientował, nie więcej niż dwa tygodnie. W dodatku nie z byle kim, bo z facetem, który wśród personelu uchodził za łagodnego olbrzyma, takiego co o trzeźwym umyśle nie skrzywdziłby nawet muchy i podobno miał nieziemską delikatność i cierpliwość... Widocznie Damien miał niezwykły talent do wyprowadzania ludzi z równowagi. Toby już coś o tym wiedział, chociaż sam nie został wyprowadzony z podobnego spokoju co olbrzym... Spotkanie niesamowicie namąciło mu w głowie, zaburzyło dotychczasowy spokój rutyny, bo łapał się na myśleniu o tym, odtwarzaniu wydarzeń w kółko i w kółko, chociaż wiedział, że do niczego to nie prowadziło...
No, albo raczej mogło prowadzić tylko do jednego, o czym z własnej przyzwoitości medycznej wolał nie myśleć...
W każdym razie, obeszli się tylko z siniakami i otarciami, ale nawet i od tego Damien zdążył sobie nieźle nagrabić jako sadystyczny złośliwiec, który zdołał wkurzyć anioła.
Toby prawie współczuł gościowi, bo doskonale wiedział jak biedny olbrzym musiał się teraz czuć przez sytuację, która nawet nie była jego winą... Jednak, jakby okrutnie to nie brzmiało, póki nie był to jego przypadek, to nie była to jego sprawa. Nawet Damien nie do końca był jego przypadkiem. Damien był przypadkiem kilku psychiatrów, sęk w tym że tylko z nim dotąd współpracował...
Ktoś szybko machnął mu przed twarzą, akurat gdy przechylał się do tyłu, patrząc w sufit, od razu opadając na cztery krześlane nogi, spodziewając się kogo może zastać. Pewnie przestraszył się ”wypadku”, gdyby nie był sobą. Na niego akurat nie działały gwałtowne straszaki, ale osoba która starała się go zaskoczyć przez ostatnie kilka lat najwyraźniej jeszcze się łudziła.
- Dobry Toby, jak tam poranek? - Znowu poprawił wyjątkowo niesforne dzisiaj włosy, spoglądając na człowieka, który widocznie bardzo chciał go zabić.
Jayden Stoner, wiecznie zadowolony z życia ciemny blondyn o zabawnym dla Toby'ego nazwisku, zajmujący głównie logopedią przy dzieciakach. Reus po prostu nie mógł czuć do niego niczego innego niżeli podziw. Dla niego cały jego styl życia był zupełnie niewyobrażalny, nie mówiąc już o tej wiecznie szczęśliwej twarzy. Samemu nie przepadał za dziećmi. Albo raczej, nigdy nie przepadał za zajmowaniem się nimi, nie miał do tego ani głowy ani ręki. Nie był opiekuńczy, brakowało mu dystansu. Poza tym, lubił rozmawiać i to raczej na głębsze tematy niż te biedne dzieciaki mogły mu zapewnić. Zdecydowanie bardziej „bawiła” go praca z dorosłymi.
Właściwie, sam nigdy nie marzył ani o posiadaniu dzieci ani swojej własnej rodziny. Pewnie ku nieskończonej grozie swoich rodziców, oczywiście gdyby o tym wiedzieli, bo mimo tego, że żyli w dwudziestym pierwszym wieku to jego rodzina była... Przewrażliwiona. Zawsze chcieli, żeby szybko się ustatkował i miał gromadkę własnych dzieci...
Sęk w tym, że on nie chciał.
Za każdym razem, gdy starał się o tym myśleć na poważnie, wydawało się to nie jego życiem, tylko głupią iluzją.
- Aż tak? - Z rozbawioną miną zapytał Jayden, wybudzając go nieco z letargu. Nieco.
- Aż tak. - Odpowiedział, chyba po raz tysięczny tego dnia ziewając.
Aha, no i jako że Jayden był jedynym normalnym kumplem jakiego miał na całym Bożym świecie i jedynym którego parę razy dla przyjemności spotkał poza psychiatrykiem to oczywiście znał się z Tobyego siostrą, Bellą, i często ze sobą pisali. Za często, jak na jego gust, bo praktycznie nie odrywali się od telefonu, ale co on tam wiedział.
Tyle że jako iż doskonale znał naturę i Jaydena i Belli, przewidywał, że tylko kwestią czasu było zanim się zejdą, mimo że sami jeszcze wcale o tym nie myśleli. Tak to już z nimi było. Nie żeby specjalnie miał coś przeciwko.
- Albo nawet gorzej niż „aż tak”.
- Cóż, dla mnie dzień jak każdy.
- O tym mówię. - Wzruszył ramionami. Gdyby nie to że w większości żartował, pewnie już dawno wykryliby u niego malutką depresję. No ale ten swoisty typ podejścia do życia był jego wizytówką i ludzie którzy go znali po prostu do tego przywykli. Na szczęście. - Ten cały Damien... Słyszałeś coś o nim? - Zapytał starając się brzmieć jak najbardziej obojętnie, mimo tego że szczerze był ciekawy. Jayden zastanowił się chwilę po czym pokręcił głową.
- Tylko o tej bójce. Jeszcze go nawet nie widziałem.
- Miałem z nim jedną godzinkę jakiś czas temu. Moim zdaniem zdecydowanie za mało. Koleś powinien mieć zajęcia co najmniej siedem dni w tygodniu.
- Co z nim? - Zauważył ten błysk zaciekawienia w oczach blondyna. Zboczenie zawodowe, nawet jeśli Damien nie był jego przypadkiem albo nawet jego rodzajem przypadku, musiał wiedzieć. Z resztą, powołaniem Jaydena nie było pracowanie z dorosłymi, ale zawsze chętnie wysłuchiwał historii od Tobyego. Jakichkolwiek historii.
- Jeśli o mnie chodzi, to powiedziałbym, że zrobił to dla uwagi. Może pewnego rodzaju szacunku. Innymi słowy... Ma skłonności do sadyzmu. Spore skłonności. I do kłamania. Przy tym nie wydaje się mieć wyrzutów sumienia.
- Socjopata?
- Wydaje się, Jayden. Nie wiem czy to prawda. Jeszcze. - Jayden odchrząknął, wycofując się z rozmowy. Dobrze wiedział, że Toby choćby chciał to nie powiedziałby nic więcej z braku informacji. Tajemnica lekarska niespecjalnie ich interesowała i nie specjalnie musiała. Takie coś zawsze zostawało między nimi.
- Powodzenia.
- Dzięki.
Gdy Stoner miał już otworzyć drzwi i wyjść z pomieszczenia, zmierzając do swojej własnej niedoli zwanej pracą, Tobyemu przypomniał się jeden mały szczególik i zatrzymał go krótkim „hej”.
- Co? - Zapytał blondyn, właściwie w połowie będąc już w swoim własnym świecie. Toby nie do końca mógł go winić.
- Zamknij okno w moim gabinecie. I włącz ogrzewanie.
I w taki oto sposób po pretensjonalnym „na serio?” Jayden Stoner miał troszeczkę gorszy i chłodniejszy dzień, bo Toby był znany nie tylko ze swojego nie do końca pozytywnego nastawienia, ale też i z wyjątkowego utrzymywania czystości, dzięki której sprzątaczki praktycznie nie miały co robić, ale z rana w gabinecie było dokładnie tak jak na dworze, przez wyjątkowo dłużące się piętnaście minut.
Tak, Toby uchodził tu trochę za nieco... Innego. Wszyscy chyba myśleli, że uważa się za lepszego. Ale to nie był pierwszy raz i się tym nie przejmował, pomijając oczywisty fakt, że się mylili.
I tak nie był specjalnie rozmowny, a życie nie było łatwe. Wiedział to może i zbyt dobrze.
Dosłownie w momencie w którym za Jaydenem zamknęły się drzwi, wyjął z kieszeni telefon i szybko otworzył kontakt swojej siostry, pisząc jej krótkiego sms'a.
„Pierwszy”
Tak, dziecinne, ale jakoś musiał im to przekazać.
„Co?”
„O czym ty mówisz?”
Dwa teksty pojawiły się na ekranie. Nieważne od sytuacji, Bella zawsze miała telefon przy sobie i zawsze odpisywała z prędkością światła. W tym jednym nie mógł jej nigdy dorównać.
Czekał. Nie długo zresztą, bo dosłownie dwie minuty dłużej pojawiły się kolejne wiadomości.
„Haha”
„Skąd wiedziałeś? :D”
Uśmiechnął się pod nosem. Tak, zdecydowanie znał tą dwójkę. Jakby obydwoje uparli się żeby na siłę zrobić go najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Dokładnie tak jak jego rodzice.
Była to jednocześnie najmilsza i najgorsza rzecz jaką mogli mu zrobić. Bo przecież sam doskonale dawał sobie radę... Przynajmniej tak mu się wydawało.
Cóż, najwidoczniej już cztery osoby uważały inaczej.
Odpisał tylko mrugającą emotką i wyciągnął się na krześle, sprawdzając godzinę. Okazało się że musi wstać w ciągu pięciu minut i przypomniał sobie, że jego pierwszym pacjentem znowu jest rudowłosa idealistka Lauren.
Powinien być szczęśliwy, ale jednak, w jakiś sposób zupełnie go to nie obchodziło i trochę źle się z tym czuł. Lauren nie będzie już u niego długo, dobrze to wiedział i powinien, jak dziwnie by to nie brzmiało, świętować kolejną stratę.
Mimo to, czuł ziejącą lepką pustkę, której nie mógł powstrzymać.
To był dzień jak co dzień.
I to zżerało go od środka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz