wtorek, 8 listopada 2016

Totalna psychoza - Część 6.

Ech... Myślę, że fakt, że miałam to dodać dokładnie tydzień temu mówi sam za siebie... XD
Otóż mamy listopad, miesiąc jesienny kojarzący się ze wszelkimi smutami... A my oficjalnie żegnamy się z Totalną Psychozą!
To trwało niezwykle długo...
No ale, pod koniec zrobił się z tego jakiś totalny shounen, mam nadzieję, że nikt nie uśnie. XD
Lol, odkryłam nową chińską piosenkę. 
Oh, i dostałam drogę Zena w Mystic Messenger. Chociaż jestem tylko w połowie zadowolona...
A co tam u was?
Chyba przedłużam... XD
Więęęc... OTO OSTATNIA CZĘŚĆ PSYCHOZY I ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA! ;D

***

Gdy obserwowałem Olivera ostrożnie stawiającego każdy swój krok, ze zmysłami wyostrzonymi na każdy najmniejszy szczegół, nawet zapach, dziwacznie wydawał mi się jeszcze bardziej dojrzały niż wtedy. Mimo że przewyższałem go o niejaką stopę, to podążałem za nim jak mały dzieciak, milcząc. Ciesząc się małym show. Wiedziałem jak bardzo Oliverowi nie spodobałaby się ta postawa, jako iż zawsze chciał bym zachował swoje człowieczeństwo, ale nic nie mogłem na to poradzić. Nieważne jak bardzo myślałem o cierpieniu ludzi, o cierpieniu mojej rodziny, przyjaciół, szkoły... Nie zależało mi.
Przestało mi zależeć.
Tam gdzie wcześniej znajdywałem tony współczucia zalegała ciemność z bladymi przebłyskami światła, które w większości nie przedostawały się przez zbitą masę. Wszystkie uczucia wydawały się przygłuszone, jakby ktoś ściszył dźwięk na pilocie do telewizora. Z resztą, podobnie było z wizją, wszystko wydawało się być dziwnie szarawe, ponure. Bez życia.
Mimo to, Oliver wyraźnie żył. Od jego postaci emanowało jedyne ciepło, jedyny kolor w całym świecie. Wydawało mi się, że łączy nas lina, której nie mogę rozdzielić, że nie mogę się oddalić.
Że tak od teraz będzie wyglądało moje życie. Wieczne podążanie za samym cieniem, tyle że teraz wydawało mi się to wyjątkowo właściwe.
Podobało mi się to, że teraz mogłem na niego patrzeć, nie przypominać sobie, tylko patrzeć na jego żywy obraz, na wyjątkowo wyprostowaną postawę, oczy skupione na dalekim punkcie wysuniętym daleko przed nas. Na jego niezmożone dążenie do celu.
Tylko że...
Był powolny.
Niesamowicie wręcz powolny, biorąc pod uwagę fakt, że teoretycznie bardzo się spieszył. Wiedziałem jaką prędkość mogłem rozwinąć w tym lesie, Oliver nie był nawet w jednej dziesiątej.
- Wiem. - Mruknął zły na siebie, znowu mnie zaskakując. Czekałem na kontynuację, zastanawiając się. Czyżby... - Ale ciągle jestem człowiekiem. Choćby nie wiem jak bardzo bym chciał, nie mogę przyspieszyć. To moje głupie słabe ciało... - Brzmiał jakby był na siebie zły. Niby się nie dziwiłem, bo przecież mu zależało, ale jednak... Ja nie mogłem go winić
- Twoja moc nie działa? - Zapytałem pustym, monotonnym głosem. Tak naprawdę nie widziałem powodu ratowania tych ludzi. Nie rozumiałem za czym Oliver gonił przez te wszystkie lata.
Potrząsnął głową, patrząc na swoje trzęsące się dłonie. Mimo tego jego twarz pozostawała bez wyrazu. Czasami wydawało mi się, że jest pusty jak porcelanowa lalka, z dużymi szklanymi, zgniło zielonymi oczami. Zawsze tylko patrzył z oddali. Z resztą, do tej pory nie mogłem być pewien czy jego nagle wyrażane emocje nie są tylko dobrze zagraną rolą. Ale szczerze, nie obchodziło mnie to. - Jak dziwnie, jednocześnie tak bardzo przejmować się czyimiś uczuciami i mieć je kompletnie gdzieś.
Oliver znieruchomiał i znowu pokręcił głową,
- Miło mi, ale to naprawdę nie pora na wymyślanie poezji.
- Czyżby? To znaczy... - Poprawiłem się szybko, wiedząc przecież jak bardzo nie podoba mu się moja zmiana. Jednakże naprawdę nie widziałem żadnych plusów w ratowaniu tych wszystkich ludzi. Nie byłem rycerzem. Mimo to... - To znaczy... Nie wiem dlaczego po prostu nie ruszymy dalej. - Powiedziałem, wzruszając ramionami, przegrywając z nową naturą.
Oliver uśmiechnął się smutno.
- Bo ta umowa to podwójny blef. Kiedy tylko wyjdziesz z tego stanu, choćby po to żeby swobodnie móc ukrywać się wśród tłumu... Wszystko wraca. To co zrobiłeś lub to czego nie zrobiłeś... O tym się nie zapomina. Tylko że zdajesz sobie z tego sprawę dopiero wtedy. - Ruszył przed siebie ze zdwojoną szybkością, nawet nie oglądając się na mnie. Ale jeśli Oliver cały czas jest człowiekiem, czy to możliwe że...
Że on...
Robił to dla mnie?
Od początku naszej znajomości cały czas mi się poświęcał, a ja odpłacałem mu się coraz większymi kłopotami. Miałem już tego dosyć. Przecież dlatego się przemieniłem.
Gdybym tylko mógł płakać...
Ale Oliver miał rację, nie było na to czasu.
Dlatego nie zamierzałem znowu się mazać. Zdecydowałem.
Jednak zamiast podążać za nim wolałem iść obok niego.
Zastanowiłem się przez chwilę. W sumie to znałem rozwiązanie na nasz mały problem.
- Nie widzę problemu. Znaczy... Od początku nie było problemu. - Nie zatrzymał się, ale bez problemu go dogoniłem i nachylając się, złapałem go pod kolanami i w talii, bez problemu podnosząc. Mógłbym się założyć, że już wcześniej nie byłoby to dla mnie żadne wyzwanie, a co dopiero teraz. Właściwie ledwie czułem jego ciężar.
- Właściwie to to rozważałem, ale to trochę... Radykalne. - Nie odpowiedziałem, czując zbierającą się we mnie energię. Zabawnie było patrzeć na zbierającą się wokół nas złotą aurę, która z każdą chwilą wydawała się gęstsza i większa. Czułem prawdziwą potęgę. Oliver złapał mnie za poszarpany kawałek koszuli, która dalej trzymała się na moim ramieniu.
Czułem się tak... Na miejscu.
Odbiłem się od podłoża zgrabnie wzbijając się w powietrze. Oliver nawet się nie wzdrygnął, dalej patrzał tylko przed siebie. A ja patrzałem na niego. Mogłem patrzeć tylko na niego przy mizernie jaśniejącym słońcu, które oświetlało jego twarz.
Nie pragnąłem niczego więcej.
Wylądowałem, czując pod stopami drżenie ziemi i znowu wybiłem się do przodu, dosłownie czując własną szybkość. Nie mogłem powstrzymać szerokiego uśmiechu. Nigdy w życiu tak dobrze się nie bawiłem.
Oliver delikatnie mnie pociągnął, odwracając moją uwagę od dotychczasowej rozrywki.

- Mówiłem już, że będziesz tego żałował, prawda? - Mówił, jednak on też się uśmiechał. Już prawie zapomniałem, że nigdy nie miał problemów tak podobnych do moich.
Nie odpowiedziałem, nie zwracając uwagi na przyszłość. Nawet jeśli przed sobą miałem... Mieliśmy, bo przecież nie byłem już sam, ten dziwaczny pojedynek z demonem, mogłem się śmiać.



***
Miasteczko nie zmieniło się wcale od mojego wyjazdu, co nie było zresztą wcale dziwne. Chociaż mogło zmienić się trochę od wyjazdu Olivera, który teraz rozglądał się po okolicy. Aura demona zniknęła, ale nie spodziewaliśmy się, że po prostu uciekł. To byłoby raczej zupełnie nie w demonim stylu. Z resztą, mogłem się domyślić, że demony potrafiły poskromić swoje... Cóż, istnienie.
Oliver wyswobodził się z moich ramion i, nie ważne jak bardzo podobał mi się nasz poprzedni stan, nie mogłem go nie rozumieć.
Coś tu nie grało. Nawet ja mogłem to poczuć.
- Sprytnie to zaczyna. - Mruknął do siebie obracając głową i wysuniętą we wszystkie strony, oglądając uważnie ulice miasta, jakby zapomniał że mimo wszystko mogę go usłyszeć, albo że w ogóle koło niego egzystuję. Zanim jednak zdążyłem zapytać o co chodzi, sam przemówił; - Stworzył, albo raczej tworzy, telepatyczne pole siłowe naokoło miasta. Po czasie sam nauczysz się rozpoznawać takie rzeczy.
- Więc... Co robimy?
- Nic. - Moje ciało samo drgnęło gwałtownie, a ja wydałem z siebie jęcząco-bełkoczące pytanie podobne do „Ale jak to?”. Oliver opuścił dłoń i skierował się w moją stronę z niejakim zrezygnowaniem. - Nic nie możemy zrobić, aby go teraz powstrzymać. Generalnie mówiąc, ja jestem w stanie obmyślić rozwiązanie, a ty jesteś w stanie je wykonać, jednak aby powstrzymać wysoko wyspecjalizowaną klątwę na poziomie Sharvyna, to nie wystarczy. Musiałbym utrzymywać niewyobrażalny poziom mocy... Albo ty musiałbyś wiedzieć co robisz.
- Chwila, moment... Sharvyna?
- Wybacz, to jego imię. - Uniosłem brew w milczeniu. A myślałem, że nadawanie imienia po rodzicach jest dziwne. Przynajmniej nie mogłem już narzekać. - Ale możemy spróbować ewakuacji jak największej ilości ludzi.
- Chcesz im powiedzieć, że w mieście zaraz uwięzi ich potężny demon?
- Blisko. - Wymruczał Oliver i mocno pociągnął mnie w dół, rzucając na moją głowę swoją bluzę, po czym podwinął rękawy długiej koszulki, splatając wyciągnięte dłonie na wysokości pasa. Nagle spiął się strasznie i powoli zaczął oddalać je od siebie, tworząc między nimi sporą czerwoną kulę mocy... Po czym cisnął nią w najbliżej stojący budynek, który rozpadł się jakby był z kartonu. Zaczął się palić. Usłyszałem krzyk. Ludzie wybiegali chmarami, a Oliver stał pośrodku chaosu z opuszczoną głową i dłońmi, które wyglądały na poparzone. Zacząłem przeciskać się przez tłum, w stronę ognia i ciepła. To było zaskakująco dobre uczucie...
- Zabije was wszystkich! - Oliver zaczął krzyczeć, parę osób rozpoznało go, wyciągali komórki by dzwonić lub robić zdjęcia...
A ktoś złapał mnie za rękę.
Zamarłem.
- Boże Emil, uciekaj!
Głos mojej matki.
No tak, przecież mieszkała u swojego nowego chłopaka. Oliver nie mógł wiedzieć, a ja czułem się zbyt przytłumiony by pamiętać. Pomieszanie zaskoczenia i przerażenia przez chwilę przemknęło mu przez twarz, a ja nie mogłem przestać myśleć o słowie, które najczęściej padało w stosunku do Olivera w gimnazjum.
„Psychol”.
Ani po jego odejściu.
„Potwór”.
Ale on był inny, ani ona ani ojciec ani nawet moje siostry nie rozumiały. A ja czułem się taki zraniony. Winny.
Bez zastanowienia wyrwałem się, widząc jak Oliver cofa się o krok. Musiał wreszcie zrozumieć, że nie byłem już taki niewinny, że zrobiłem to wszystko dla niego.
Złapała znowu, ściągając bluzę z mojej głowy i twarzy. Parę ludzi wytrzeszczyło na mnie oczy, inni dalej krzyczeli, a ja z furią przepychałem się dalej, dopóki znowu nie złapano mnie za rękę. Tym razem odwróciłem się. Zobaczyłem jak mama płacze. Prawie czułem się źle jak obojętny byłem na jej łzy. Teraz ją przerażałem, wiedziałem to.
Uśmiechnąłem się delikatnie, najdelikatniej jak umiałem i złapałem ją za oba ramiona. Zabawne, nad nią też musiałem teraz się nachylać.
- Przepraszam, to koniec. - Wypowiedziałem głośno i wyraźnie zanim lekko ją odepchnąłem i wyskoczyłem w powietrze, lądując obok Olivera. Dalej mogłem zobaczyć jej szeroko otwarte oczy, ale nie dbałem o to. Mocno objąłem Olivera w talii i zacząłem biec w stronę przeciwną do tłumu.
Nigdy nie ustanowił zasady na ukrywanie...
- Dlaczego ich zostawiłeś? - Zapytał gdy już go postawiłem. Znowu patrzał przed siebie. Zaczęło mnie to denerwować.
- Jeśli znowu zaczniesz się obwiniać, to przysięgam że eksploduję.
- Oczywiście, że... - Nie wytrzymałem i złapałem jego twarz, agresywnie obracając ją w moją stronę, patrząc mu w oczy z zaledwie kilku centymetrów.
- Wyraziłem się jasno, prawda? - Uśmiechnął się lekko złośliwie, odciągając moją rękę od siebie, jednak nie puścił jej. Jego oczy nagle zaświeciły czerwienią, a paznokcie pokryły się czernią. - - - - --- Obawiam się, że musisz dorosnąć do rozkazywania mi. - Puścił mnie i zanim zdążyłem się zorientować, już cisnął kolejną czerwono-ognistą kulę w stronę następnego budynku. Zawsze jednak rzucał je tak, aby się nie zawalił. Aby ludzie mieli czas na ucieczkę.
W końcu przyjechała policja, jednak nas średnio to interesowało. Oliver w swojej pół demonicznej postaci podszedł do nich i bezceremonialnie poinformował o „epidemii”, która opanowała miasto i grzecznie (poważnie grzecznie, jednak dalej potrafił mnie zadziwić) odmówił zatrzymania. Policja wyciągnęła broń, ale zanim zdążyłem wypruć im wszystkie flaki, Oliver tak po prostu wzniósł się w powietrze i uniósł rękę nad głowę, wystrzelając czerwony promień w powietrze, jednocześnie wykonując przed sobą szybki ruch, który stworzył przed nim czerwoną, półprzeźroczystą powierzchnię, która na szczęście ochroniła go przed nadlatującymi pociskami. Po tym jak ją opuścił, opadły bezwładnie na ziemię, a on wylądował. Byli w szoku. I dobrze. Oliver obrócił się na pięcie, tym razem tworząc dziwną tarczę za sobą, i pośpiesznie podążył w stronę z której wydobywała się największa ilość mocy, okazyjnie miotając ogniem w otoczenie. Oczywiście popędziłem za nim, będąc w niemałym szoku.
- Jak ty to..?
- Mówiłem ci, że do niektórych rzeczy musisz dorosnąć. Mimo to, wolałbym się raczej oszczędzać. Jak mogłeś zauważyć, nie mam tyle energii co ty. - Zaśmiałem się, zamierzałem szybko mu dorównać... Ba, przerosnąć jego umiejętności po stokroć. Już w tak krótkiej drodze wypróbowałem ruchy tworzenia kul ognistej energii akurat to nie było specjalnie trudne. Co prawda moje były słabsze, ale ćwiczyłem dopiero od paru minut.
- Nagle przed nami zmaterializował się ogromny wybuch i tylko, tym razem moja, szybka reakcja ochroniła nas, albo raczej Olivera, przed prawdopodobnym zmiecieniem z powierzchni ziemi.
- Bawicie się nagrodami, chłopcy? - Demon, Sharvyn, mimo panującego chaosu nie musiał nawet mówić głośno, abyśmy słyszeli go doskonale, co nawet specjalnie mnie nie dziwło, bo od początku był bardzo... Specyficzny.
- Powiedziałbym raczej, że ty od jakiegoś czasu bawisz się zbyt dobrze. - Odpowiedział Oliver, a demon uśmiechnął się tym samym przerażająco rekinim uśmiechem jaki zobaczyłem zaraz przed śmiercią. Drgnąłem wbrew własnej woli, a jego uśmiech jeszcze się poszerzył. Nie dość że dziwak, to jeszcze przerażający dziwak.
- Jeszcze nie. - Lekko skinął dłonią, a na niebie otworzyły się złote wyrwy z których wyleciały kule równie czerwone co moc Olivera. Zanim zdążyłem w pełni zrozumieć co się dzieje, znowu podniosłem Olivera i cała moc wyskoku przeniosłem w bok zamiast w górę czy w przód. Zadziałałem instynktownie. Ale zadziałało.
Jednak miasto zbombardowały kule ognia. Oliver odepchnął mnie, lądując na ziemi, za co w sumie byłem mu wdzięczny, bo dzięki temu byłem w stanie zacisnąć pięści i w jakiś sposób skontrolować swój gniew na tego typa.
Oliver też nie wydawał się być szczęśliwy z tą sytuacją, ale on przynajmniej utrzymywał nerwy na wodzy.
Skoro już obiecaliśmy ochronić ludzi, to faktycznie wypadałoby się do tego zabrać... Jednak jak powstrzymać kogoś z tak dużą potęgą?
- Ciągle nie załapałeś, prawda? - Zerknąłem na Olivera pytająco, jednak on cały czas patrzał na Sharvyna unoszącego się nad nami. - On ma moce nas obu.
Zamarłem w szoku. W takim razie... To znaczyło że...
Nie, nie chciałem już dłużej bronić tego miejsca.
Sharvyn cisnął w nas kolejnym atakiem, który Oliver znowu sparował tarczą. Mogłem tylko w bezsilności obserwować jak nagle z jego nosa zaczęła ściekać krew. Niedbale otarł ją rękawem i odwrócił się do mnie i pokręcił głową.
Co miałem zrobić?
Poczułem ogarniającą mnie wściekłość, która teraz dosłownie materializowała się w , która niszczyła i unosiła resztki niszczonego podłoża. Nawet tylko delikatnie odbijając się od podłoża wzniosłem się na poziom demona i z całej siły zacisnąłem pięść, nie zwracając uwagi na fakt, że moje pazury właśnie przebiły się przez skórę, wyprowadziłem szybki atak. Trafiłem. Tylko że zaraz po tym sam oberwałem niesamowitą dawką energii, która natychmiast sprowadziła mnie na ziemię, robiąc w niej całkiem sporą dziurę.
Nienawidziłem bezsilności.
Szybko podniosłem się na nogi i jeszcze podkręciłem ilość uwalnianej mocy, raz po raz wyprowadzając bezpośrednie ataki, raz trafiałem, a raz nie, jednak dzięki Oliverowi, który atakował z oddali, nie dostawałem już tak mocno. Teraz musiał skupić się na dwóch rodzajach ataków. Po chwili jednak to on utworzył tarczę, której jednocześnie użył jako ataku, uderzając mnie z całą jej siłą. Spadając widziałem tylko niebo. Tak naprawdę... Nigdy nie byłem specjalnie wytrwały. Słyszałem jak uderza Olivera, on w przeciwieństwie do mnie utworzył tarczę, ograniczając swoje obrażenia. Sharvyn wydawał się wpaść w trans, bo znowu sprowadził na nas atak z portali. Dopadł nas obu.
Wylądowałem niemal w tym samym miejscu, dalej patrząc w niebo.
Budynek w jaki trafił zaczął się walić, a ja dalej leżałem, jakby nie mogąc się ruszyć. Chciałem uciekać, ale moje ciało się nie ruszało. Przez chwilę myślałem, że to z powodu jakiejś klątwy, ale... Ale po chwili zrozumiałem że to nie to. Po prostu nawet moje ciało odmawiało posłuszeństwa... Oliver odruchowo złapał się mnie, lecz dalej się nie ruszałem, pusto patrząc się w powietrze.
Demon przekrzywił głowę i wykonał kolejny atak, poczułem wzbierające we mnie emocje. To koniec. Wiedziałem, że to nasz koniec. Nie zostało już nic...
Zamknąłem oczy, sam nie wiem po co... Przecież nie bałem się śmierci... A przynajmniej nie powinienem się jej bać.
Nie poczułem bólu. Właściwie, nie poczułem nic oprócz opadającego na mnie pyłu. Natychmiast otworzyłem oczy.
Nade mną stał Oliver.
Trzęsły mu się ręce uniesione nad głową, jeszcze żarzące się czerwienią, głowa i nos krwawiły obficie, ale mimo to nie przemawiało przez niego nic z wyjątkiem zawziętości.
- Co wcale nie znaczy, że nawet w pojedynkę jesteśmy słabsi, zapamiętaj to sobie! - Teraz on również posiadał pazury, tatuaże wpłynęły na jego całe ciało, a czerwona aura unosiła się wokół. Był tak silny.
Bez ceregieli podniósł mnie za ubrania do góry, patrząc mi prosto w oczy tym swoim przeszywającym wzrokiem. - Weź się w garść, poradzisz sobie, nawet i beze mnie. Dałeś radę mnie znaleźć, dałeś radę to wszystko przeżyj, nie poddawaj się teraz! - Syknął w moją twarz, ale nie widząc żadnej poprawy puścił. Upadłem na kolana patrząc na niego z dołu. Cóż, to w tych czasach nie zdarza się często.
- W porządku. - Westchnął ze zrezygnowaniem. - Pomogę ci.
I tak po prostu złapał moją twarz w dłonie i pocałował mnie, leniwie, powoli poruszając ustami, dalej trzymając mnie sztywno, wcale nie pozwalając mi się ruszyć. A ja z szoku zupełnie nie wiedziałem co zrobić, dopóki nie poczułem że powoli powracają do mnie siły. Mogłem ruszyć rękami, nogami...
Bez zastanowienia wplątałem palce w jego włosy, starając się skopiować jego działania najlepiej jak umiem.
Po chwili oderwał się ode mnie i odwrócił wzrok, uśmiechając się nieco.
- Wygląda na to że do czegoś jednak dorosłeś.
Sharvyn zaczął klaskać powoli, dalej utrzymując swój uśmieszek.
A ja, gdybym jeszcze mógł to zrobić, prawdopodobnie spaliłbym się ze wstydu.
Wstałem na nogi, zaczesując opadające kosmyki, równocześnie starając się poskładać wszystko co się stało.
Jednak wiedząc, że siła do mnie wróciła, ugiąłem kolana, przygotowując się do kolejnego wyskoku.
- Zobaczymy później kto tu dorósł bardziej, krasnalu. - Wykrzyknąłem i wzniosłem się w powietrze zanim mógłby chociażby złapać oddech. Przygotowałem całą moc, aby uderzyć w demona, ale on jedynie przesunął się odrobinkę z toru mojego lotu, powodując rozwalenie kolejnego budynku. Wykręciłem, będąc gotowym zadać kolejny cios, ale demon zatrzymał mnie w miejscu jednym gestem.
Gestem „timeout”, który dumnie mi teraz okazywał. Szczerze, wmurowało mnie i sam nie byłem już pewny co zrobić.
Demon zaczął się śmiać i śmiać, po czym znowu zaczął klaskać, znowu wybuchając śmiechem.
- Było tak zabawnie! Tak zabawnie! - Pół krzyczał, wprawiając mnie w stan poważnego zastanowienia nad jego życiem. - Dziękuję wam obu! - Ukłonił się, posyłając nam całusy, co oczywiście nie miało żadnego sensu. Ale kiedy już zacząłem się irytować i zbierałem się żeby przywalić mu prosto w szczękę, w ułamku sekundy otworzył jeden ze swoich portali i wskoczył do niego jak z trampoliny na basenie, zostawiając mnie w niemałym osłupieniu.
- On tak robi... Od czasu do czasu. - Usłyszałem głos Olivera i bez zastanowienia spadłem z budynku. Po prostu wykonałem jeden krok za dużo i runąłem w dół, za bardzo się jednak tym nie przejmując, bez problemu lądując na nogach. Nie byłem już przecież człowiekiem.
Oliver już dawno wyszedł z trybu demona, ale teraz wydawało się, jakby ledwo trzymał się na nogach. Z resztą, podobnie jak ja. - Myślę że powinniśmy się gdzieś przespać... I umyć. - Mruknął oglądając mnie sceptycznie, a ja zgodziłem się bezsłownie, po prostu ziewając.
- I zmyć zanim przyjedzie cała chwała. - Wymruczałem po chwili ciszy, widząc jak po prostu obydwoje dalej się na siebie patrzymy. Nawet samo stanie obok niego sprawiało, że byłem... Szczęśliwy.
- Zawiesiłem ręce na karku i począłem iść w losowym kierunku, byle dalej od centrum zniszczenia. Byłem na tyle przytłumiony, że nie zorientowałem się nawet, że Oliver idzie daleko za mną. Po raz pierwszy byłem tak wykończony, co zresztą mnie nie dziwiło. Z drugiej strony, chyba nie powinienem był czuć zmęczenia, prawda? Czyżby ciało demonów również musiało się regenerować?
- Wygląda na to, że nawet demony muszą odespać niektóre rzeczy. - Usłyszałem Olivera gdzieś za mną i wzruszyłem ramionami. Przebiegł dzielący nas dystans, asekuracyjnie łapiąc mnie za rękaw, tak po prostu zwalniając moje tempo. Będę musiał przyzwyczaić się do jego chodzenia, pomyślałem uśmiechając się pod nosem. Czyli że jednak został tym samym krasnalem, cóż to dodawało mu swoistego uroku. Jednak coś wydawało się chodzić mu po głowie, nie dalej na mnie nie patrzał, a jego mina wyglądała na prawie przygnębioną.
- Co jest? - Zapytałem równie bełkocząco, ale nic nie mogłem na to poradzić. Byłem naprawdę padnięty, nie mogłem myśleć o niczym innym, tylko o tym jak uroczo w tym momencie wyglądał. W dodatku znowu mogłem przyjrzeć mu się z bliska, widzieć go takim jakim jest i zobaczyć więcej niż te cztery lata temu. Kochałem to.
- Nie żałujesz?
- Czego? - Moja mina wyrażała szczere niezrozumienie. Bo nie rozumiałem. Nie rozumiałem o co mu chodziło, o co mogło chodzić...
- Tego, że cię w to wciągnąłem. Tego, że teraz jesteś taki... Tego, że teraz już na zawsze pozostaniesz na wojnie... - Złapałem go za rękę zanim mógł kontynuować swój wywód. Miałem serdecznie dość jego ciągłego obwiniania się, przez to zawsze wydawał się taki odległy, smutny. Nie odtrącił mnie, ale też nie odwzajemnił chwytu. Po prostu patrzał na mnie dużymi, zielonymi oczami, w których zazwyczaj odbijała się jego błyskotliwość, ale teraz wyraźnie wyglądał na osłupiałego.
- Daj spokój idioto, nie każda decyzja jest zawsze twoją decyzją. Niektóre decyzję muszę podjąć sam. - Uśmiechnął się nieco. Nie mogłem dać mu tak łatwo popaść w depresję, nie teraz, gdy już miałem go obok siebie. Mogłem to naprawić. Objąłem go niezgrabnie, ale nie wydawało się, że mu to przeszkadza. - A moją najważniejszą decyzją było zostanie tutaj... Z tobą. Na zawsze.
Wspólnie ruszyliśmy w niewiadomą stronę, zostawiając za sobą zgliszcza czegoś co dawniej było miejscem naszego życia i jednocześnie czymś w rodzaju naszej osobistej klatki. Teraz były to tylko palące się szczątki, a my byliśmy w stanie iść dalej.
Ku nowemu początkowi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz