Może nudne, może OOC... Nie wiem nie pytam, mam dość. XD
Oto druga i ostatnia część mojego opowiadania... Enjoy~~
Mike stoi w kuchni, pusto patrząc w
ścianę.
Oto druga i ostatnia część mojego opowiadania... Enjoy~~
***
Myśli, masując obolałe ramię. Nie
wie nawet czy to mięśnie czy skóra. Nie obchodzi go to.
Mimo tego, że w mieszkaniu jest
chłodno, to on stoi w samych bokserkach i wcale nie jest mu zimno.
Nie żeby zazwyczaj jakieś „zimno” czuł.
Wzdycha cicho, przymykając oczy.
Jest cholernie, ale nie może spać.
Przez chwilę zastanawia się, czy nie
urządzić sobie dłuższego spaceru lub joggingu, lecz dochodzi do
wniosku, że jest za ciemno i za późno na takie wycieczki. Nie żeby
się bał, wiedział jak sobie dać radę w prawie każdej sytuacji.
Po prostu nie miał ochoty słuchać kolejnych (niebezpodstawnych)
oskarżeń policji i nie chciało mu się testować ich cierpliwości.
Otwiera więc oczy, nagle zaglądając
w ciemność, do której zresztą już przywykł.
Nie zapala światła, tak jest dobrze.
Zachciewa mu się pić.
Idzie więc do kuchni, ziewając
rozdzierająco. Na blacie zauważa kubek z niedopitą cieczą, może
zgadnąć, że to Vincenta, bo on w ostatnim czasie nie pił nic
ciepłego.
Podnosi więc kubek, oglądając go z
każdej strony, próbując przypomnieć sobie co takiego może być w
środku. Zdaje sobie sprawę, że zapalenie światła mogłoby
rozwiązać sytuację, lecz dalej tkwi w ciemności.
Tak było zdecydowanie lepiej.
Ustami dotyka jego krawędzi i jeszcze
tylko chwilę się waha zanim go przechyla, a zimna ciecz wlewa się
do jego gardła.
Kawa.
Bardzo gorzka kawa.
Krzywi się nieco, bo zawsze wolał
słodsze rzeczy, ale mimo to dopija do końca. Wyciera potem usta,
jednak dalej czuje ten gorzki smak.
Przypomina mu on Vincenta.
Pogrążając się we wspomnieniach,
ssie wargę, czując metaliczny smak krwi.
Klnie cicho, powstrzymując silną chęć
rozbicia przeklętego kubka.
Bo przypomina mu to Vincenta.
Vincenta, który pije tę cholernie
mocną kawę, bo bez niej nie jest w stanie funkcjonować przed
południem.
Vincenta, który w przypływie
namiętności zbyt mocno jego wargę przygryzł.
Bolało.
Ale kurwa, było seksowne.
Odkłada kubek do zlewu, próbując
skupić się na czymś innym.
Tylko jak tu się skupić na czymś nie
związanym z Vincentem, skoro każde miejsce, każda rzecz w
mieszkaniu była z nim związana?
Mike jęczy z zażenowaniem i pociera
swoje szczypiące oczy. Słyszy pewien dźwięk, dźwięk ruchu
dobiegający z sypialni i zupełnie zamiera. Nie chce budzić
Vincenta, bo czuje, że zapadłby się pod ziemię, jeśli ten by go
teraz zobaczył. Przekrada się więc cicho koło kanapy i i kładzie
się na niej.
Jest zimna i dopiero to sprawia, że
przechodzą go zimne dreszcze, przez to łapie się na myślach, by
wrócić do swojego (no prawie swojego...) ciepłego łóżka. Powoli
ogarnia go chłód, ale szybko je odrzuca.
W sypialni jest Vincent. Może i
ciepły, ale Vincent.
Patrzy więc w sufit i myśli.
Jak on się w ogóle wpakował w ten
związek?
Stawiałby, że zaczęło się to w
biurze, jak wszystko. Potem było zbyt zabawnie żeby tak po prostu
skończyć i jakimś pieprzonym cudem zaszli tak daleko, jednocześnie
nie zabijając się nawzajem. Nie mógł powiedzieć, że byli
przykładnym związkiem, albo że chociaż takim średniej jakości,
ale... Było to w pewnym sensie przyjemne... Przyjemne?
Mike nie ma pojęcia czy to jakkolwiek
dobre słowo, ale nie wie również jak mógłby inaczej to określić.
Miłe? Dobre?
Puste synonimy z tym samym niepasującym
znaczeniem.
To był układ.
Miał swoje plusy i minusy, to prawda,
ale ciągle był układem. Bardziej raczej układem niż związkiem.
Vincent teoretycznie mógłby być
mniej Vincentem, ale Mike nie za bardzo chciałby go zmieniać,
chociaż nie przyznałby się do tego nawet i pod groźbą śmierci.
Nawet pomimo tego, że Vincent zwyczajnie i niemoralnie go wkurwia to
tak jest... Inaczej. Po prostu inaczej. Nic nie mówiące, więc i
idealne słowo.
Och, i z pewnością nie nudno.
Mike zerka w bok bo czuje się dziwnie
z własnymi myślami... I zauważa czarne pianino. Śmieje się
prawie, bo zdążył zapomnieć o jego istnieniu, jednak dalej
pamięta o tym, by być cicho. Zamiast więc tego, uśmiecha się
krzywo i wstaje. Chyba pierwszy raz podchodzi tak blisko obok tego
instrumentu i na pewno po raz pierwszy przygląda mu się tak
dokładnie. Siada przy nim i dotyka pokrywy, zbierając z niej kurz.
To całkiem ciekawe...
Mike myśli, że teraz mógłby nieco
poudawać Vincenta, ale nie jest wystarczająco dziecinny, żeby
wprowadzić ten plan w życie.
Otwiera je więc, dotykając klawiszy
Całę życie twierdził, że granie to głupota. Nie miał poza tym
zbyt dużej cierpliwości i od zbyt szybko się poddawał lub
denerwował. Teraz jednak trochę żałuje. Dobrze wie, że nie umie
nic stworzyć...
Umie tylko niszczyć.
Opiera się o swoje kolano i delikatnie
naciska jeden, biały klawisz. Natychmiast po tym jak wydaje dźwięk,
Mike zdaje sobie sprawę co zrobił. Sztywnieje cały i nasłuchuje,
jednak nie znowu nie dochodzi do niego żaden dźwięk. Wzdycha
cicho, teraz jest naprawdę zmęczony.
- Nie możesz spać? - Podskakuje
zaskoczony, niemal spadając z krzesła... To na pewno nie był jego
głos.
Jest wkurzony, ale zanim się odzywa,
Vincent kładzie mu palec na ustach. - Pamiętaj, że jest po
trzeciej w nocy. - Jego twarz rozświetla złośliwy uśmieszek. Mike
zamiast się odezwać, ściska jego dłoń z całej siły, zachowując
grobową minę. Słyszy strzelające kości i to trochę spuszcza z
niego parę.
- Nie. Podkradaj. Się. Do. Mnie. -
Cedzi wreszcie, powoli i cicho, i dopiero wtedy puszcza. Vincent
rozmasowuje rękę w milczeniu i dalej mu się przygląda, dalej
widocznie żądając odpowiedzi.
- Nie mogłem. - Przyznaje wreszcie
Mike, z powrotem odwracając się w stronę białych i czarnych
klawiszy. Vincent obejmuje go od tyłu, opierając głowę na jego
ramieniu, a Mike wygodnie się odchyla, opierając się na jego, jak
się okazuje, całkiem nagi tors. Nie może się powstrzymać od
przewracania oczami.
- Proszę, powiedz, że masz na sobie
spodnie.
- Mam. - Mruczy Vincent w jego szyję,
powoli podwijając podkoszulek Mike'a, dotykając nowo odkrytej
skóry. - Jeszcze. - Chichocze z własnego żartu, nosem
przejeżdżając po jego szczęce.
- Przestań. - Mike jest stanowczy,
mimo tego nawet, że jest mu całkiem dobrze. Jest zbyt zmęczony,
jedyne czego pragnie to chociaż chwilę błogiej drzemki.
- Pozbycie się energii to najlepszy
sposób na sen.~
- Już jestem zmęczony, chcę spać. -
Vincent zamiera, po czym go puszcza, mrucząc coś w stylu „szkoda”.
Mike znowu przez chwilę czuje zimno, jednak Vincent siada koło
niego, a jest on wyjątkowo rozgrzany. Mike jest zaskoczony
podejrzliwy, bo taka „potulność” była raczej niezgodna z
naturą tego wiecznie uśmiechniętego psychopaty.
- Granie poprawia mi humor. - Mówi
Vincent, szczerząc się, a on tylko przewraca oczami. Wyciąga nogi
i kładzie je na tych Vincenta, usadawiając się wygodniej, a ten
tylko przyciąga go bliżej, ruchem pełnym zaborczości. - O to
chodziło, co? - Mówi Vincent, z gracją naciskając klawisze. - Od
samego początku?
- Zamknij się. - Ucina Mike, jednak
kładzie głowę na jego ramieniu i nieco przymyka oczy. - Chociaż
na trochę.
Vincent kiwa głową, chociaż dla
niego jest już to niezauważalne.
Po czym zaczyna grać.
Jest to powolna i spokojna melodia, tak
strasznie podobna do tych granych przez niego przez tyle samotnych
nocy, kiedy on sam nie mógł usnąć.
A teraz był tak dziwnie spokojny,
cierpliwy.
Mimo tego, że prawie zawsze lubił
grać i zawsze kochał żyć w ten sam pokręcony sposób, to teraz
czuje się inaczej...
To dziwne i zupełnie nieznajome mu
uczucie kiełkuje, dając mu dziwną melancholijną ciepłotę. Jest
tak dziwnie spokojny.
Myśli, że to całkiem nowa sytuacja i
uśmiecha się lekko pod nosem, lecz tym razem nie jak zazwyczaj. Tym
razem jest to zwyczajny uśmiech, bo po prostu czuje, że nie może
już tego dłużej powstrzymać.
Łapie się na tym, że staje się
sentymentalny, ale nie zwraca na to specjalnej uwagi.
Kończy melodią i z zaciekawieniem
przechyla głowę słysząc ten charakterystyczny oddech.
Mike usnął. Usnął przy nim.
Vincent znowu uważa, że to zupełnie
dziwne, bo chyba właśnie zrobił dla niego coś dobrego...
Starzeję się, myśli gdy
ukradkiem spogląda na śpiącego Mike'a.
Bo chyba go kocha... Kocha go na swój
własny, totalnie pokręcony sposób.
Jednak kochać to kochać, prawda?
Kładzie policzek na głowie Mike'a i
również zamyka oczy. Jakoś nie ma ochoty teraz się ruszać.
- I co ty ze mną zrobiłeś? - Mruczy
cicho, czując jak odpływa. Zdaje sobie sprawę, że gdy już się
obudzą, to będzie boleć ich totalnie wszystko i pewnie będą czuć
się niezręcznie i nawet możliwe, że o coś się pokłócą, ale
mimo to, daje się ponieść.
I powoli zapada w sen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz