wtorek, 22 grudnia 2015

PurpleMike "Pianino", Część 2 - Najlepszym lekarstwem dla człowieka jest drugi człowiek.

Może nudne, może OOC... Nie wiem nie pytam, mam dość. XD
Oto druga i ostatnia część mojego opowiadania... Enjoy~~

***

Mike stoi w kuchni, pusto patrząc w ścianę.
Myśli, masując obolałe ramię. Nie wie nawet czy to mięśnie czy skóra. Nie obchodzi go to.
Mimo tego, że w mieszkaniu jest chłodno, to on stoi w samych bokserkach i wcale nie jest mu zimno. Nie żeby zazwyczaj jakieś „zimno” czuł.
Wzdycha cicho, przymykając oczy.
Jest cholernie, ale nie może spać.
Przez chwilę zastanawia się, czy nie urządzić sobie dłuższego spaceru lub joggingu, lecz dochodzi do wniosku, że jest za ciemno i za późno na takie wycieczki. Nie żeby się bał, wiedział jak sobie dać radę w prawie każdej sytuacji. Po prostu nie miał ochoty słuchać kolejnych (niebezpodstawnych) oskarżeń policji i nie chciało mu się testować ich cierpliwości.
Otwiera więc oczy, nagle zaglądając w ciemność, do której zresztą już przywykł.
Nie zapala światła, tak jest dobrze.
Zachciewa mu się pić.
Idzie więc do kuchni, ziewając rozdzierająco. Na blacie zauważa kubek z niedopitą cieczą, może zgadnąć, że to Vincenta, bo on w ostatnim czasie nie pił nic ciepłego.
Podnosi więc kubek, oglądając go z każdej strony, próbując przypomnieć sobie co takiego może być w środku. Zdaje sobie sprawę, że zapalenie światła mogłoby rozwiązać sytuację, lecz dalej tkwi w ciemności.
Tak było zdecydowanie lepiej.
Ustami dotyka jego krawędzi i jeszcze tylko chwilę się waha zanim go przechyla, a zimna ciecz wlewa się do jego gardła.
Kawa.
Bardzo gorzka kawa.
Krzywi się nieco, bo zawsze wolał słodsze rzeczy, ale mimo to dopija do końca. Wyciera potem usta, jednak dalej czuje ten gorzki smak.
Przypomina mu on Vincenta.
Pogrążając się we wspomnieniach, ssie wargę, czując metaliczny smak krwi.
Klnie cicho, powstrzymując silną chęć rozbicia przeklętego kubka.
Bo przypomina mu to Vincenta.
Vincenta, który pije tę cholernie mocną kawę, bo bez niej nie jest w stanie funkcjonować przed południem.
Vincenta, który w przypływie namiętności zbyt mocno jego wargę przygryzł.
Bolało.
Ale kurwa, było seksowne.
Odkłada kubek do zlewu, próbując skupić się na czymś innym.
Tylko jak tu się skupić na czymś nie związanym z Vincentem, skoro każde miejsce, każda rzecz w mieszkaniu była z nim związana?
Mike jęczy z zażenowaniem i pociera swoje szczypiące oczy. Słyszy pewien dźwięk, dźwięk ruchu dobiegający z sypialni i zupełnie zamiera. Nie chce budzić Vincenta, bo czuje, że zapadłby się pod ziemię, jeśli ten by go teraz zobaczył. Przekrada się więc cicho koło kanapy i i kładzie się na niej.
Jest zimna i dopiero to sprawia, że przechodzą go zimne dreszcze, przez to łapie się na myślach, by wrócić do swojego (no prawie swojego...) ciepłego łóżka. Powoli ogarnia go chłód, ale szybko je odrzuca.
W sypialni jest Vincent. Może i ciepły, ale Vincent.
Patrzy więc w sufit i myśli.
Jak on się w ogóle wpakował w ten związek?
Stawiałby, że zaczęło się to w biurze, jak wszystko. Potem było zbyt zabawnie żeby tak po prostu skończyć i jakimś pieprzonym cudem zaszli tak daleko, jednocześnie nie zabijając się nawzajem. Nie mógł powiedzieć, że byli przykładnym związkiem, albo że chociaż takim średniej jakości, ale... Było to w pewnym sensie przyjemne... Przyjemne?
Mike nie ma pojęcia czy to jakkolwiek dobre słowo, ale nie wie również jak mógłby inaczej to określić.
Miłe? Dobre?
Puste synonimy z tym samym niepasującym znaczeniem.
To był układ.
Miał swoje plusy i minusy, to prawda, ale ciągle był układem. Bardziej raczej układem niż związkiem.
Vincent teoretycznie mógłby być mniej Vincentem, ale Mike nie za bardzo chciałby go zmieniać, chociaż nie przyznałby się do tego nawet i pod groźbą śmierci. Nawet pomimo tego, że Vincent zwyczajnie i niemoralnie go wkurwia to tak jest... Inaczej. Po prostu inaczej. Nic nie mówiące, więc i idealne słowo.
Och, i z pewnością nie nudno.
Mike zerka w bok bo czuje się dziwnie z własnymi myślami... I zauważa czarne pianino. Śmieje się prawie, bo zdążył zapomnieć o jego istnieniu, jednak dalej pamięta o tym, by być cicho. Zamiast więc tego, uśmiecha się krzywo i wstaje. Chyba pierwszy raz podchodzi tak blisko obok tego instrumentu i na pewno po raz pierwszy przygląda mu się tak dokładnie. Siada przy nim i dotyka pokrywy, zbierając z niej kurz.
To całkiem ciekawe...
Mike myśli, że teraz mógłby nieco poudawać Vincenta, ale nie jest wystarczająco dziecinny, żeby wprowadzić ten plan w życie.
Otwiera je więc, dotykając klawiszy Całę życie twierdził, że granie to głupota. Nie miał poza tym zbyt dużej cierpliwości i od zbyt szybko się poddawał lub denerwował. Teraz jednak trochę żałuje. Dobrze wie, że nie umie nic stworzyć...
Umie tylko niszczyć.
Opiera się o swoje kolano i delikatnie naciska jeden, biały klawisz. Natychmiast po tym jak wydaje dźwięk, Mike zdaje sobie sprawę co zrobił. Sztywnieje cały i nasłuchuje, jednak nie znowu nie dochodzi do niego żaden dźwięk. Wzdycha cicho, teraz jest naprawdę zmęczony.
- Nie możesz spać? - Podskakuje zaskoczony, niemal spadając z krzesła... To na pewno nie był jego głos.
Jest wkurzony, ale zanim się odzywa, Vincent kładzie mu palec na ustach. - Pamiętaj, że jest po trzeciej w nocy. - Jego twarz rozświetla złośliwy uśmieszek. Mike zamiast się odezwać, ściska jego dłoń z całej siły, zachowując grobową minę. Słyszy strzelające kości i to trochę spuszcza z niego parę.
- Nie. Podkradaj. Się. Do. Mnie. - Cedzi wreszcie, powoli i cicho, i dopiero wtedy puszcza. Vincent rozmasowuje rękę w milczeniu i dalej mu się przygląda, dalej widocznie żądając odpowiedzi.
- Nie mogłem. - Przyznaje wreszcie Mike, z powrotem odwracając się w stronę białych i czarnych klawiszy. Vincent obejmuje go od tyłu, opierając głowę na jego ramieniu, a Mike wygodnie się odchyla, opierając się na jego, jak się okazuje, całkiem nagi tors. Nie może się powstrzymać od przewracania oczami.
- Proszę, powiedz, że masz na sobie spodnie.
- Mam. - Mruczy Vincent w jego szyję, powoli podwijając podkoszulek Mike'a, dotykając nowo odkrytej skóry. - Jeszcze. - Chichocze z własnego żartu, nosem przejeżdżając po jego szczęce.
- Przestań. - Mike jest stanowczy, mimo tego nawet, że jest mu całkiem dobrze. Jest zbyt zmęczony, jedyne czego pragnie to chociaż chwilę błogiej drzemki.
- Pozbycie się energii to najlepszy sposób na sen.~
- Już jestem zmęczony, chcę spać. - Vincent zamiera, po czym go puszcza, mrucząc coś w stylu „szkoda”. Mike znowu przez chwilę czuje zimno, jednak Vincent siada koło niego, a jest on wyjątkowo rozgrzany. Mike jest zaskoczony podejrzliwy, bo taka „potulność” była raczej niezgodna z naturą tego wiecznie uśmiechniętego psychopaty.
- Granie poprawia mi humor. - Mówi Vincent, szczerząc się, a on tylko przewraca oczami. Wyciąga nogi i kładzie je na tych Vincenta, usadawiając się wygodniej, a ten tylko przyciąga go bliżej, ruchem pełnym zaborczości. - O to chodziło, co? - Mówi Vincent, z gracją naciskając klawisze. - Od samego początku?
- Zamknij się. - Ucina Mike, jednak kładzie głowę na jego ramieniu i nieco przymyka oczy. - Chociaż na trochę.
Vincent kiwa głową, chociaż dla niego jest już to niezauważalne.
Po czym zaczyna grać.
Jest to powolna i spokojna melodia, tak strasznie podobna do tych granych przez niego przez tyle samotnych nocy, kiedy on sam nie mógł usnąć.
A teraz był tak dziwnie spokojny, cierpliwy.
Mimo tego, że prawie zawsze lubił grać i zawsze kochał żyć w ten sam pokręcony sposób, to teraz czuje się inaczej...
To dziwne i zupełnie nieznajome mu uczucie kiełkuje, dając mu dziwną melancholijną ciepłotę. Jest tak dziwnie spokojny.
Myśli, że to całkiem nowa sytuacja i uśmiecha się lekko pod nosem, lecz tym razem nie jak zazwyczaj. Tym razem jest to zwyczajny uśmiech, bo po prostu czuje, że nie może już tego dłużej powstrzymać.
Łapie się na tym, że staje się sentymentalny, ale nie zwraca na to specjalnej uwagi.
Kończy melodią i z zaciekawieniem przechyla głowę słysząc ten charakterystyczny oddech.
Mike usnął. Usnął przy nim.
Vincent znowu uważa, że to zupełnie dziwne, bo chyba właśnie zrobił dla niego coś dobrego...
Starzeję się, myśli gdy ukradkiem spogląda na śpiącego Mike'a.
Bo chyba go kocha... Kocha go na swój własny, totalnie pokręcony sposób.
Jednak kochać to kochać, prawda?
Kładzie policzek na głowie Mike'a i również zamyka oczy. Jakoś nie ma ochoty teraz się ruszać.
- I co ty ze mną zrobiłeś? - Mruczy cicho, czując jak odpływa. Zdaje sobie sprawę, że gdy już się obudzą, to będzie boleć ich totalnie wszystko i pewnie będą czuć się niezręcznie i nawet możliwe, że o coś się pokłócą, ale mimo to, daje się ponieść.
I powoli zapada w sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz