środa, 3 maja 2017

Dwa Światy cz.8- Jesteś Aniołem

Wzięłam przykład z Anon i wstawiam dokończony, ale nie poprawiony bo północ się zbliża, jednak wykonam to zaraz po publikacji.
Ten rozdział trochę krótki, ale mam nadzieję, ze mi wybaczycie.
Miłego czytania



Następnego ranka obudził mnie telefon. Nie miałam nigdy w zwyczaju wyciszania go, mimo że za każdym razem, gdy ktoś próbował się ze mną kontaktować budząc mnie przy okazji, mówiłam sobie, że tej nocy to zrobię.
Można się domyślić, że nie poradziłam sobie z przyswojeniem tego i kiedy telefon wydał ten charakterystyczny dźwięk jęknęłam dość głośno i przyłożyłam go sobie do ucha.
-Halo?
-Hej Vils- W słuchawce rozbrzmiał przemiły głos blondyna. Uśmiechnęłam się lekko sama do siebie i leniwie podniosłam się z łóżka.
-Hej, Francis- Przywitałam się- Przepraszam, że wyszłam. Moja przyjaciółka wylądowała w szpitalu, rozumiesz?- Tłumaczyłam się. Oczywiście pominęłam te kilka szczegółów, że byłam na imprezie, a w szpitalu widziałam się z Verdasem. Od razu się broniąc- to nie było kłamstwo, ja po prostu zataiłam kilka zbędnych informacji.
-Oczywiście, to coś poważnego?- Zapytał z troską, którą chłopak zdecydowanie się wyróżniał i to już od naszego pierwszego spotkania.
-Po zajęciach jadę ją odwiedzić, także dowiem się czegoś. Zobaczymy się dzisiaj?
-Mam dzisiaj drugą zmianę w hotelu, przykro mi
-Spoko, będę kończyć szykuje się na zajęcia. Pa- Dość chamsko rozłączyłam się, za nim cokolwiek powiedział i rzuciłam telefon na pościel. Chwyciłam zwykłe legginsy i dłuższą koszulkę udałam się do łazienki.
Musiałam przyznać- nie czułam się najlepiej. Odpuściłam sobie makijaż i jakąkolwiek stylizacje włosów. Upięłam je w kucyk i gotowa wyszłam z pomieszczenia. Do plecaka wrzuciłam to co zwykle- notes, kilka długopisów i laptop.
Nie miałam w zwyczaju robienia sobie śniadania, więc patrząc na spora ilość wolnego jeszcze czasu wskoczyłam na rower i pojechałam do kawiarenki. Zamówiłam rogala na wynos, kawę i z tak o to gotowym śniadaniem skierowałam się prowadząc rower w stronę uczelni.
Na parkingu szamotali się już ludzie. Jak zwykle. Podpięłam swój ekologiczny środek lokomocji do barierki i kończąc swój ciepły i stawiający trochę na nogi napój weszłam do środka. Było tam o wiele więcej ludzi i zdecydowanie panował większy szum- jak w liceum, tyle, że każdego dnia spotykało się różne twarze, bo przecież nikt nie miał codziennie zajęć o tej samej porze.
Tego dnia zaczynałam od korekty tekstów i jak zdążyłam się dowiedzieć, profesorka była niezłą żyletą i wszyscy w kolo radzili być skupiony na jej lekcjach.
Znając moje szczęście, tego dnia zdecydowanie nie mogłam tego osiągnąć. Moje myśli uciekały do Monici, tej całej imprezy, do Leona (ale to już tak codziennie od pół roku?) i jedyne o czym marzyłam, to tylko o tym, aby wyjść i znaleźć się w szpitalu.
Kierowałam się, aby gdzieś usiąść, kiedy zatrzymał mnie męski głos krzyczący moje imię. Odruchowo odwróciłam się w stronę dźwięku i uśmiechnęłam się do chłopaka.
-Hej Marcel- Szatyn odwzajemnił gest. Wyglądał nieco bardziej zwyczajnie, niż wczorajszego dnia. Swoje dłuższe włosy związał w koka, a koszule zastąpił luźnym, czarnym swetrem z przydługawymi rękawami. Na plecach miał charakterystyczny dla gitary futerał.
-Jak się trzymasz?- Oboje zajęliśmy miejsca, tuż przy auli, w której miałam mieć niedługo zajęcia.
-Jest okej, co z Lorettą? Nie wróciła na noc do akademika- Zapytałam miętosząc w palcach papierowy kubek.
-Ta, wszystko okej. Została wczoraj u mnie i pomogła mi posprzątać. Powiedziała, że jak tylko się ogarnie to wpadnie do szpitala- Skinęłam głową. Potem już tylko siedzieliśmy w ciszy. Nie miałam ochoty, ani siły na jakąkolwiek dalsza rozmowę.
Wybiła dziewiąta, a nasza profesorka dumnie skierowała się do sali wystukując przy tym swoimi szpilkami. Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu i obdarowała mnie krzywym spojrzeniem. Jęknęłam w duchu. Korektę tekstów miałam dwa razy w tygodniu, dodając wykład były to trzy dni na pięć, kiedy miałam zajęcia z panną McDonowell. Czy ten dzień mógł być jeszcze piękniejszy?
Cale zajęcia, przynajmniej starałam się wyglądać na zainteresowaną. Prawda była taka, że bezsensownie kreśliłam krzywe szlaczki na marginesach i myślałam tak naprawdę tylko o tym, czy Leon był już w szpitalu, co było idiotycznym pytaniem, bo znając Verdasa jakiś czas mogłam śmiało stwierdzić, że siedzi tam odkąd tylko się przebudził i to zapewne jedynie o kubku kawy. Może ktoś uznałby mnie za idiotkę wiedząc, że martwię się o swojego byłego faceta, jednak tak już miałam. Troszczyłam się o osoby, które były dla mnie ważne.
Ocknęłam się, kiedy Marcel (tak on również uczęszczał na te zajęcia w ramach dodatku do zajęć z kompozycji piosenek) dźgnął mnie lekko łokciem w żebra. Gwałtownie obróciłam się w jego stronę i uniosłam brew w pytającym geście. Ręka pokazał, abym się do niego przysunęła.
-Zrobimy razem ten wywiad?- Wyszeptał, a ja nie do końca wiedziałam o co chodzi i odsunęłam się lekko. Szatyn tylko westchnął- Mamy napisać wywiad w parach, aby potem mieć podkład do redagowania- Wytłumaczył.
-Jasne, przepraszam, zamyśliłam się.
-Spoko, każdemu zdarza się gorszy dzień- Uśmiechnął się i wrócił do słuchania.
O piętnastej byłam już po zajęciach. Po lekcji na temat praw autorskich i historii prasy, oraz nudnym wykładzie nareszcie byłam wolna, co nie ukrywajmy, ale znacznie poprawiło mi humor. Wskoczyłam na rower i pojechałam do akademiku, aby odnieść rzeczy. Zrobiłam tylko lekki makijaż i rozpuściłam włosy. Chwyciłam torebkę i udałam się do szpitala. Po drodze wstąpiłam do restauracji, którą kiedyś polecił mi Verdas, aby kupić nam lunch, ponieważ moja kobieca intuicja podpowiadała mi, ze jeszcze tego dnia nic nie jadł.

Weszłam do szpitala i od razu skierowałam się do sali, trzymając w dłoniach dwa pudełka z jedzeniem oraz torbę z owocami i wodą.
Znając Verdasa nie było opcji, abym się pomyliła. Tak ja przypuszczałam siedział przy łóżku, kiedy jego siostra była nadal nieprzytomna i podpierał się o szafkę szpitalną, a jego oczy były przymknięte- zapewne spal.
Weszłam do środka tak cicho, jak tylko się dało i zatrzymałam się na chwile w progu. Jego twarz była zmęczona, co tylko utwierdziło mnie w tym, że nie spał ostatniej nocy za wiele, albo wcale. Na półce stały dwa (zapewne już puste) kubki po kawie.
Odłożyłam rzeczy przy ścianie i podeszłam do niego. Delikatnie wplotłam mu palce we włosy, co było zupełnie odruchowym gestem, bo kiedy to sobie uświadomiłam chciałam cofnąć rękę, ale Verdas ją przytrzymał.
-Dobrze, że jesteś- Wymruczał cicho, a ja tylko uśmiechnęłam się blado. Odsunęłam się i chwyciłam pudełko, które mu podałam.
-Wiedziałam, że nie będziesz na tyle odpowiedzialny, aby coś zjeść- Zaśmiałam się lekko.
-Jesteś aniołem- Wyszeptał kiedy zobaczył, że było to jego ulubione danie- makaron z pomidorami.
-Wiem- Zabrałam się za rozpakowywanie rzeczy.- Co z nią?- Zapytałam i kątem oka spojrzałam na przyjaciółkę.
-Trzeba czekać- Odpowiedział nieco zirytowany- Jeszcze się nie obudziła, ale lekarze każą być dobrej myśli- Warknął.- Jeśli będzie potrzebował jakiś zabiegów, przeniosę ją do prywatnego szpitala- Cały Leon.
-Jeżeli lekarze mówią ,że trzeba być dobrej myśli to tak zrób- Próbowałam do uspokoić.
-Violetta, wiesz, że wpakowała się w niezłe gówno. Nikt nie wie co wzięła i ile tego ma w swoim organizmie- Warknął. Nie byłam ani trochę zdziwiona jego zachowaniem. Znałam Leona i wiedziałam o jego nastawieniu do takich używkach. Nienawidził tego i teraz martwił się o swoją siostrę.
-Przepraszam- Kucnęłam przed nim. Verdas prychnął.
-Za co? To nie twoja wina- Zapewnił.
-Byłam tam, mogłam z nią być. Powinna mi się zapalić czerwona lampka, kiedy Loretta mi powiedziała, ze poszła gdzieś z tym chłopakiem- Tłumaczyłam.
-Czekaj, jaki chłopak do cholery?!- Podniósł się z krzesła i obdarzył mnie natarczywym spojrzeniem.
-Jason, James, nie wiem nie znam go. Loretta mówiła, ze podobał się twojej siostrze- Wyjaśniłam podchodząc bliżej i łapiąc go za ramię. Lekko przytuliłam się do jego pleców, co po raz kolejny tłumaczyłam jako idiotyczny nawyk, którego nie potrafiłam się wyzbyć w jego towarzystwie.
-Boże, dlaczego ona jest taka głupia- Jęknął i objął mnie ramieniem, kiedy ja zacisnęłam dłonie na jego koszuli.
To był czysto przyjacielski gest, prawda?
-Dzięki, braciszku- Usłyszeliśmy słaby, ochrypły głoś, który po chili się urwał, a cisza została wypełniona ostrym kaszlem. Szybko podeszłam do półki i odkręciłam wodę podając jej.
-Spokojnie- Mówiłam, kiedy po raz kolejny zakrztusiła się. Leon patrzył na nią, a ja mogłam zauważyć widoczną ulgę w jego oczach i lekki uśmiech, który zaraz zastąpił pokerowym wyrazem twarzy, którym zazwyczaj posługiwał się w firmie.
-Zdajesz sobie sprawę, jak gówniane to było posunięcie?!

2 komentarze:

  1. Cześć i czołem!
    Rozdział to prawdziwa perełka i
    błagam, abyś jaknajszybciej dodała next.
    (oczywiście bez presi)
    Asia Blanco

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję jak tylko wyzdrowieje to napiszę rozdział :)

    OdpowiedzUsuń