Wzięłam przykład z Anon i wstawiam
dokończony, ale nie poprawiony bo północ się zbliża, jednak
wykonam to zaraz po publikacji.
Ten rozdział trochę krótki, ale mam
nadzieję, ze mi wybaczycie.
Miłego czytania
Następnego ranka obudził mnie
telefon. Nie miałam nigdy w zwyczaju wyciszania go, mimo że za
każdym razem, gdy ktoś próbował się ze mną kontaktować budząc
mnie przy okazji, mówiłam sobie, że tej nocy to zrobię.
Można się domyślić, że nie
poradziłam sobie z przyswojeniem tego i kiedy telefon wydał ten
charakterystyczny dźwięk jęknęłam dość głośno i przyłożyłam
go sobie do ucha.
-Halo?
-Hej Vils- W słuchawce rozbrzmiał
przemiły głos blondyna. Uśmiechnęłam się lekko sama do siebie i
leniwie podniosłam się z łóżka.
-Hej, Francis- Przywitałam się-
Przepraszam, że wyszłam. Moja przyjaciółka wylądowała w
szpitalu, rozumiesz?- Tłumaczyłam się. Oczywiście pominęłam te
kilka szczegółów, że byłam na imprezie, a w szpitalu widziałam
się z Verdasem. Od razu się broniąc- to nie było kłamstwo, ja po
prostu zataiłam kilka zbędnych informacji.
-Oczywiście, to coś poważnego?-
Zapytał z troską, którą chłopak zdecydowanie się wyróżniał i
to już od naszego pierwszego spotkania.
-Po zajęciach jadę ją odwiedzić,
także dowiem się czegoś. Zobaczymy się dzisiaj?
-Mam dzisiaj drugą zmianę w hotelu,
przykro mi
-Spoko, będę kończyć szykuje się
na zajęcia. Pa- Dość chamsko rozłączyłam się, za nim cokolwiek
powiedział i rzuciłam telefon na pościel. Chwyciłam zwykłe
legginsy i dłuższą koszulkę udałam się do łazienki.
Musiałam przyznać- nie czułam się
najlepiej. Odpuściłam sobie makijaż i jakąkolwiek stylizacje
włosów. Upięłam je w kucyk i gotowa wyszłam z pomieszczenia. Do
plecaka wrzuciłam to co zwykle- notes, kilka długopisów i laptop.
Nie miałam w zwyczaju robienia sobie
śniadania, więc patrząc na spora ilość wolnego jeszcze czasu
wskoczyłam na rower i pojechałam do kawiarenki. Zamówiłam rogala
na wynos, kawę i z tak o to gotowym śniadaniem skierowałam się
prowadząc rower w stronę uczelni.
Na parkingu szamotali się już ludzie.
Jak zwykle. Podpięłam swój ekologiczny środek lokomocji do
barierki i kończąc swój ciepły i stawiający trochę na nogi
napój weszłam do środka. Było tam o wiele więcej ludzi i
zdecydowanie panował większy szum- jak w liceum, tyle, że każdego
dnia spotykało się różne twarze, bo przecież nikt nie miał
codziennie zajęć o tej samej porze.
Tego dnia zaczynałam od korekty
tekstów i jak zdążyłam się dowiedzieć, profesorka była niezłą
żyletą i wszyscy w kolo radzili być skupiony na jej lekcjach.
Znając moje szczęście, tego dnia
zdecydowanie nie mogłam tego osiągnąć. Moje myśli uciekały do
Monici, tej całej imprezy, do Leona (ale to już tak codziennie od
pół roku?) i jedyne o czym marzyłam, to tylko o tym, aby wyjść i
znaleźć się w szpitalu.
Kierowałam się, aby gdzieś usiąść,
kiedy zatrzymał mnie męski głos krzyczący moje imię. Odruchowo
odwróciłam się w stronę dźwięku i uśmiechnęłam się do
chłopaka.
-Hej Marcel- Szatyn odwzajemnił gest.
Wyglądał nieco bardziej zwyczajnie, niż wczorajszego dnia. Swoje
dłuższe włosy związał w koka, a koszule zastąpił luźnym,
czarnym swetrem z przydługawymi rękawami. Na plecach miał
charakterystyczny dla gitary futerał.
-Jak się trzymasz?- Oboje zajęliśmy
miejsca, tuż przy auli, w której miałam mieć niedługo zajęcia.
-Jest okej, co z Lorettą? Nie wróciła
na noc do akademika- Zapytałam miętosząc w palcach papierowy
kubek.
-Ta, wszystko okej. Została wczoraj u
mnie i pomogła mi posprzątać. Powiedziała, że jak tylko się
ogarnie to wpadnie do szpitala- Skinęłam głową. Potem już tylko
siedzieliśmy w ciszy. Nie miałam ochoty, ani siły na jakąkolwiek
dalsza rozmowę.
Wybiła dziewiąta, a nasza profesorka
dumnie skierowała się do sali wystukując przy tym swoimi
szpilkami. Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu i obdarowała
mnie krzywym spojrzeniem. Jęknęłam w duchu. Korektę tekstów
miałam dwa razy w tygodniu, dodając wykład były to trzy dni na
pięć, kiedy miałam zajęcia z panną McDonowell. Czy ten dzień
mógł być jeszcze piękniejszy?
Cale zajęcia, przynajmniej starałam
się wyglądać na zainteresowaną. Prawda była taka, że
bezsensownie kreśliłam krzywe szlaczki na marginesach i myślałam
tak naprawdę tylko o tym, czy Leon był już w szpitalu, co było
idiotycznym pytaniem, bo znając Verdasa jakiś czas mogłam śmiało
stwierdzić, że siedzi tam odkąd tylko się przebudził i to
zapewne jedynie o kubku kawy. Może ktoś uznałby mnie za idiotkę
wiedząc, że martwię się o swojego byłego faceta, jednak tak już
miałam. Troszczyłam się o osoby, które były dla mnie ważne.
Ocknęłam się, kiedy Marcel (tak on
również uczęszczał na te zajęcia w ramach dodatku do zajęć z
kompozycji piosenek) dźgnął mnie lekko łokciem w żebra.
Gwałtownie obróciłam się w jego stronę i uniosłam brew w
pytającym geście. Ręka pokazał, abym się do niego przysunęła.
-Zrobimy razem ten wywiad?- Wyszeptał,
a ja nie do końca wiedziałam o co chodzi i odsunęłam się lekko.
Szatyn tylko westchnął- Mamy napisać wywiad w parach, aby potem
mieć podkład do redagowania- Wytłumaczył.
-Jasne, przepraszam, zamyśliłam się.
-Spoko, każdemu zdarza się gorszy
dzień- Uśmiechnął się i wrócił do słuchania.
O piętnastej byłam już po zajęciach.
Po lekcji na temat praw autorskich i historii prasy, oraz nudnym
wykładzie nareszcie byłam wolna, co nie ukrywajmy, ale znacznie
poprawiło mi humor. Wskoczyłam na rower i pojechałam do akademiku,
aby odnieść rzeczy. Zrobiłam tylko lekki makijaż i rozpuściłam
włosy. Chwyciłam torebkę i udałam się do szpitala. Po drodze
wstąpiłam do restauracji, którą kiedyś polecił mi Verdas, aby
kupić nam lunch, ponieważ moja kobieca intuicja podpowiadała mi,
ze jeszcze tego dnia nic nie jadł.
Weszłam do szpitala i od razu
skierowałam się do sali, trzymając w dłoniach dwa pudełka z
jedzeniem oraz torbę z owocami i wodą.
Znając Verdasa nie było opcji, abym
się pomyliła. Tak ja przypuszczałam siedział przy łóżku, kiedy
jego siostra była nadal nieprzytomna i podpierał się o szafkę
szpitalną, a jego oczy były przymknięte- zapewne spal.
Weszłam do środka tak cicho, jak
tylko się dało i zatrzymałam się na chwile w progu. Jego twarz
była zmęczona, co tylko utwierdziło mnie w tym, że nie spał
ostatniej nocy za wiele, albo wcale. Na półce stały dwa (zapewne
już puste) kubki po kawie.
Odłożyłam rzeczy przy ścianie i
podeszłam do niego. Delikatnie wplotłam mu palce we włosy, co było
zupełnie odruchowym gestem, bo kiedy to sobie uświadomiłam
chciałam cofnąć rękę, ale Verdas ją przytrzymał.
-Dobrze, że jesteś- Wymruczał cicho,
a ja tylko uśmiechnęłam się blado. Odsunęłam się i chwyciłam
pudełko, które mu podałam.
-Wiedziałam, że nie będziesz na tyle
odpowiedzialny, aby coś zjeść- Zaśmiałam się lekko.
-Jesteś aniołem- Wyszeptał kiedy
zobaczył, że było to jego ulubione danie- makaron z pomidorami.
-Wiem- Zabrałam się za rozpakowywanie
rzeczy.- Co z nią?- Zapytałam i kątem oka spojrzałam na
przyjaciółkę.
-Trzeba czekać- Odpowiedział nieco
zirytowany- Jeszcze się nie obudziła, ale lekarze każą być
dobrej myśli- Warknął.- Jeśli będzie potrzebował jakiś
zabiegów, przeniosę ją do prywatnego szpitala- Cały Leon.
-Jeżeli lekarze mówią ,że trzeba
być dobrej myśli to tak zrób- Próbowałam do uspokoić.
-Violetta, wiesz, że wpakowała się w
niezłe gówno. Nikt nie wie co wzięła i ile tego ma w swoim
organizmie- Warknął. Nie byłam ani trochę zdziwiona jego
zachowaniem. Znałam Leona i wiedziałam o jego nastawieniu do takich
używkach. Nienawidził tego i teraz martwił się o swoją siostrę.
-Przepraszam- Kucnęłam przed nim.
Verdas prychnął.
-Za co? To nie twoja wina- Zapewnił.
-Byłam tam, mogłam z nią być.
Powinna mi się zapalić czerwona lampka, kiedy Loretta mi
powiedziała, ze poszła gdzieś z tym chłopakiem- Tłumaczyłam.
-Czekaj, jaki chłopak do cholery?!-
Podniósł się z krzesła i obdarzył mnie natarczywym spojrzeniem.
-Jason, James, nie wiem nie znam go.
Loretta mówiła, ze podobał się twojej siostrze- Wyjaśniłam
podchodząc bliżej i łapiąc go za ramię. Lekko przytuliłam się
do jego pleców, co po raz kolejny tłumaczyłam jako idiotyczny
nawyk, którego nie potrafiłam się wyzbyć w jego towarzystwie.
-Boże, dlaczego ona jest taka głupia-
Jęknął i objął mnie ramieniem, kiedy ja zacisnęłam dłonie na
jego koszuli.
To był czysto przyjacielski gest,
prawda?
-Dzięki, braciszku- Usłyszeliśmy
słaby, ochrypły głoś, który po chili się urwał, a cisza
została wypełniona ostrym kaszlem. Szybko podeszłam do półki i
odkręciłam wodę podając jej.
-Spokojnie- Mówiłam, kiedy po raz
kolejny zakrztusiła się. Leon patrzył na nią, a ja mogłam
zauważyć widoczną ulgę w jego oczach i lekki uśmiech, który
zaraz zastąpił pokerowym wyrazem twarzy, którym zazwyczaj
posługiwał się w firmie.
-Zdajesz sobie sprawę, jak gówniane
to było posunięcie?!
Cześć i czołem!
OdpowiedzUsuńRozdział to prawdziwa perełka i
błagam, abyś jaknajszybciej dodała next.
(oczywiście bez presi)
Asia Blanco
Dziękuję jak tylko wyzdrowieje to napiszę rozdział :)
OdpowiedzUsuń