czwartek, 9 lutego 2017

Gra Flirtu - Część Trzecia. - "Nie będę walczyć"

Okej, jako iż jestem prawie pewna, że nikt tego nie czyta... To powiem parę rzeczy. 
Po pierwsze, tak wrzuciłam rozdział przed skończeniem, ale spanikowałam pięć minut przed północą i... Cóż. XD
Ale już jest cały, także spokojnie.
Po drugie, wow znowu jestem chora, także teraz się zdrzemnę i poprawie to jak się obudzę... Postawię tu wtedy jakiś znaczek, że jest poprawione, także jak kogoś rażą błędy, to proszę nie czytać dopóki znaczka nie będzie ->   C===3
Po trzecie... Jak ktoś czyta, to mam sekrecik... Planuję podobny walentynkowy maraton jak w 2015... Nie wiem czy mi się uda, ale planuje. :^
I jako iż zaczęłam oglądać Supernatural (Ale jestem już w 6 sezonie, lol), oczywiście mam już 4/5 pomysłów na nowe opowiadania z Destiel w roli głównej, bo tak. XD
Ale przynajmniej 3 byłyby długie, więc z tymi się na razie wstrzymuje i... Jak na razie nadrabiam caaaały czas.
A teraz, zapraszam do czytania i komentowania, bo może i to jest trochę ooc i za szczęśliwe, ale jakoś się dobrze bawię. XD
#Multishipper

***

Tego ranka słońce świeciło zbyt jasno, samochody jeździły za głośno, a zapach jego pokoju zdawał się przesadnie dobry.
Generalnie, wszystko zdawało się zbyt.
Nie to że Tony spodziewał się czegoś innego wstając przed czternastą, ale mimo wszystko, był wyjątkowo gburowaty otwierając oczy i czując obok siebie duże ciepłe ciało. Przez chwilę (dłuższą chwilę, jeśli miałby być specyficzny) zapomniał jak się tu znalazł, co wczoraj robił i kim jest wpół tajemnicza osoba, która leżała obok (naprawdę nie chciało mu się sprawdzać), ale po szybkiej inspekcji swojej zdolności logicznego myślenia, przypomniał sobie co tak naprawdę się stało i że tym razem nie przyprowadził sobie „przyjaciela na jedną noc”.
W pewien dziwny sposób mu ulżyło.
Z resztą, i tak nigdy nie przepadał i za imprezowaniem i za sypianiem z ludźmi w wieży.
Podniósł się, opierając o swoje kolana, ziewając i wyciągając się jak leniwy kot.
Bucky obok widocznie w nocy poczuł się jak u siebie, bo rozebrał się zupełnie do naga, czarne bokserki i szare dresy, które każdy członek Avengers dosłownie wielbił po godzinach pracy, leżały luźno na podłodze, dołączając do białej bluzki, która osadziła się tam pierwsza.
Tony nie oceniał, sam był prawie nago, bardzo chętnie byłby nago i, pomijając wszystko inne, stroje, które nosiło większość tak zwanych „superbohaterów” i tak często nie pozostawiało wiele wyobraźni.
Szturchnął mało delikatnie śpiącego w bark, ale on tylko burknął i przewrócił się na drugi bok, w stronę Tonego, który uśmiechał się złośliwie. Nie ma mowy żeby tego dnia mu odpuścił i żeby był jedynym z irytującym bólem głowy. Miał w planach zepsuć dzień pierwszej osobie jaką zobaczy, a to że doskonale pamiętał z kim spał w jednym łóżku wcale nie było nie fair. Przecież mógł sobie pójść.
Jednak jego żołądek ścisnął głód, definitywnie skrócając dalsze molestowanie śpiącego (nic mu nie mogą udowodnić) i postanowił najpierw coś zjeść, zawsze była szansa, że Bucky będzie dalej spał, gdy wróci.
Zgramolił się z łóżka, przekraczając Barnes'a, mimo wszystko nie starając się być nawet cicho i, o ironio, było to chyba jedynym powodem dlaczego się nie obudził. Chociaż z drugiej strony było to perfekcyjnie logiczne, bo instynkty wzbudzały w nim alarm gdy ktoś starał się do niego zakraść, a nie specjalnie obudzić. Złośliwość ludzkiego organizmu.
Gdy już dosięgnął podłogi, z umiarkowanie głośnym tąpnięciem, wreszcie zdołał rozejrzeć się po pokoju, w którym się znajdował...
Zdecydowanie nie swoim pokoju.
Zmarszczył brwi, zdając sobie sprawę, że właściwie nie pamięta do którego z Avengersów może należeć, bo ostatnim razem sprawdzał kamery ochrony... Cóż, na pewno przed wprowadzeniem się tu Bucky'ego, co mogło znaczyć, że jeśli są w jego pokoju, nie miałby o tym pojęcia i jakoś nie miał ochoty grzebać po szafkach w poszukiwaniu wskazówek. Nie jego sprawa.
Tony szybko przeszukał podłogę wzrokiem, nie znajdując tam żadnych swoich ubrań, nagle zdając sobie sprawę, że jego spodnie pewnie dalej są zagubione gdzieś w łóżku albo nawet za nim, a koszulka, przy odrobinie „szczęścia” dalej leży w strzępach na podłodze w pokoju gościnnym.
Ale nie szkodzi, bo jeszcze raz obejmując podłogę wzrokiem, wpadł na lepszy pomysł.
Podniósł białą koszulkę i powąchał ją ostrożnie, z ulgą zauważając, że nie jest nawet specjalnie brudna, pewnie miało to coś wspólnego z ciałem superżołnierza, ale w tym momencie był tylko szczęśliwy, że jego plan mógł wypalić. Tony więc przewiesił ją sobie przez ramię i wziął szybki prysznic, po nim jeszcze raz powąchał koszulkę, która dalej miała na sobie słabą woń alkoholu i Bucky'ego, ale „słaba” to słowo klucz, bo nie było to wcale nieznośne.
Przez otwarte drzwi, stojąc we framudze zerknął na Barnesa, który dalej spał. Tony nie był pewien czy mu ulżyło czy wprost przeciwnie, bo nagle plan wydawał mu dziwny nawet jak na niego, ale kierując się życiową zasadą „nikt nie zawstydza Tony'ego Starka z wyjątkiem Tony'ego Starka”, już bez zbędnego rozglądania się, założył na siebie „pożyczoną” bluzkę, z pewnym zdziwieniem zauważając, że jest jeszcze luźniejsza niż się spodziewał, lekko opadała mu z ramienia i dosięgała ud.
Ale to nawet lepiej, bo zupełnie nie było widać, że ma na sobie bieliznę... A właściwie...
Tony zatrzymał się przed samym wyjściem z pokoju i, nie obracając się nawet w stronę łóżka, bezwstydnie zdjął z siebie własne bokserki, miotając je za siebie i szybko wymknął się z pokoju, chichocząc pod nosem jak obłąkany. Nie mógł już się doczekać się oglądania nagrań z kamery, miny Bucky'ego, który obudzi się, zastanawiając się gdzie też podziały się jego ciuchy... Z resztą, przy odrobinie szczęścia będzie mógł osobiście zobaczyć jego twarz, gdy uświadomi sobie prawdę. Albo w pół prawdę.
Dobra, kłamstwo zmyślnie wymyślone przez Tony'ego, ale było warto.
Na wszelki wypadek zapytał Friday o godzinę (przecież nie będzie sprawdzał nagrania z całego dnia), wyciągając z lodówki resztki śniadania, które zrobił sobie Steve. Na początku wściekał się na Tony'ego za każdym razem, gdy akurat go przyłapał, ale po pięciu czy sześciu razach chyba się przyzwyczaił, że żyje z istotom, która nie ma najmniejszej ochoty na dostosowywanie się do jego norm społecznych ani nawet głupiej współlokatorkiej kultury, poza tym, zawsze używała argumentu „Moja wieża, moje zasady.” i teraz specjalnie zostawiał porcję dla osoby, która akurat się napatoczy. W ponad dziewięćdziesięciu procentach był to Tony, ale nikogo specjalnie to nie obchodziło.
O wilku mowa, pomyślał Tony, gdy do kuchni wparował Kapitan, najwyraźniej po swoim porannym bieganiu, bo o dziwo, wyglądał na bardziej zdyszanego niż zwykle. Dziwne, bo zazwyczaj odzyskiwał energię jeszcze w windzie.
Gdy Tony już zdążył pomyśleć, że nie zauważy go dopóki się porządnie nie napije, Steve stanął w miejscu tak gwałtownie, jakby ktoś nacisnął przycisk „stop”, wpatrując się w niego z wyraźnym grymasem na twarzy, jakby na czymś myślał, przesuwał wzrokiem po jego generalnej sylwetce, nieświadomie krzyżując ramiona na piersi.
- Hej – Pomachał mu Tony, siedząc na wysokim krześle przy blacie. Jego głos widocznie uświadomił coś Steve'owi, bo zarumienił się on lekko, mrucząc ciche „dzień dobry” i wreszcie wyjął sobie wodę z lodówki, naraz łykając większość butelki, tym razem unikając zupełnie patrzenia w stronę rozbawionego Tony'ego.
Bo doskonale wiedział o co chodzi, a Steve, w momencie w którym Tony się odezwał, też musiał się nagle domyśleć co takiego mu nie pasowało, bo widok Starka bez spodni nie był nikomu specjalnie obcy. I tym razem nie chodziło tu nawet o jedynego obecnie żyjącego Starka. - Gdzie wczoraj zniknąłeś? - Tony, jako rasowy złośliwy drań, nie miał zamiaru mu jeszcze odpuścić, bo wewnętrznie zwijał się ze śmiechu, natomiast zewnętrznie udawał niewiniątko, obserwując jak Steve stara się brzmieć i wyglądać, jakby cała sytuacja jest zupełnie normalna i wcale go nie rusza, jednocześnie nie do końca świadomie patrząc na wszystko w pomieszczeniu, oprócz swojego rozmówcy.
- Szkicowałem miasto na balkonie, ale widziałem jak... - Ugryzł się w język, wydając z siebie krótkie „u”, bardziej czerwieniejąc na twarzy i uszach, starając się ubrać myśli w słowa. - Wychodziłeś.
- Aha. - Odpowiedział Tony, w sposób mówiący bardziej „a więc to tak” niż „gówno mnie to obchodzi”, samemu prawie czując zawstydzenie, bo szczerze mówiąc ostatnią osobą, którą chciał jako świadka w jego nie do końca grzecznych „flirtach” był Steve, który nie dość że był przyjacielem ich dwoje i prawie bratem dla Bucky'ego, to jeszcze chyba jedyną osobą z Avengersów, która wzięłaby to na poważnie, nawet dobrze znając Tony'ego. Jednak jako iż Tony nie był dobry w tłumaczeniu się i pewnie po tym wszystkim Kap pewnie i tak by mu nie uwierzył, to tylko wzruszył ramionami. - Nie miałem humoru.
Co do następnych kilkunastu minut, Tony miał tylko szczęście, że Steve ulotnił się z kuchni zanim cokolwiek się wydarzyło, bo tym razem na pewno nie dałoby się uniknąć „poważnej rozmowy”.
Otóż do kuchni (kuchnio-jadalni?) wparował Bucky, oczywiście samej bieliźnie, dobrze że swojej, i jednym zdecydowanym ruchem, łapiąc go za ramiona, odsunął Tony'ego od zlewu, wsadzając pod strumień zimnej wody praktycznie całą głowę, przy okazji łapczywie wypijając wpadający mu do ust płyn.
- Zdajesz sobie sprawę, że w pokojach jest łazienka, prawda? - Zapytał ze złośliwym uśmieszkiem, nie dostając odpowiedzi, dopóki Buck nie oderwał się od kranu, zakręcając lecącą wodę, mokrą dłonią odgarniając włosy kompletnie do tyłu.
Dobra, może i był często ponury, niezbyt dobry we współpracy z większą drużyną i uwielbiali się drażnić, ale był przystojny jak diabli.
Wtedy Bucky zaśmiał się, wpół nerwowo, wpół faktycznie rozbawiony, pocierając swój kark, patrząc na lodówkę.
- Wolałem wyjść. - Mruknął, wyraźnie odznaczając jeszcze oznaki snu, brzmiał bardzo zachrypnięcie, a w połowie prawie załamał mu się głos. Tony jednak zupełnie nie rozumiał o co mu chodziło i czemu nagle zachowywał się jak przyłapany nastolatek, ale swoje emocje wyraził tylko grymasem konsternacji, co nie umknęło uwadze Bucky'ego, bo cisza u Tonego nie była zbyt częstym zjawiskiem. Teraz jednak wydawał się być zaskoczony, ręka pocierająca szyję, luźno opadła do boku, a on lodowato błękitne oczy wreszcie zwróciły się na Starka. - Byliśmy... - Tym razem odchrząknął, kręcąc głową, rozbawiony wpół ukrywany uśmiech wkradł mu się na usta. - To pokój Steve'a.
Tony zamarł, jego mózg powoli wchłonął znaczenie zdania, po czym wybuchnął krótkim śmiechem, potem przestawił się w chwilę powagi i przerażania, zanim jego psotna natura znowu wtrąciła swoje trzy grosze i nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, bliźniaczo podobnego do tego Barnesa.
Żartujesz sobie?
- Nope. - Bucky potrząsnął głową z zakłopotaniem, kładąc specjalny chropowaty nacisk na „p”, wydając z siebie specyficzne puknięcie. - Myślisz, że wie?
Tony zmarszczył brwi, krzyżując ramiona na piersi, dalej nie ukrywając tego, że cała sytuacja bardzo go śmieszy. Czy Steve wiedział? Cóż, wygląda na to że użyje nagrań ochrony do czegoś innego niż planował.
Jednak nagle sobie o czymś przypomniał... Szczególik, którego Bucky chyba nie zauważył, albo w to zwyczajnie nie uwierzył, podczas gdy Tony o fakcie zapomniał.
- Nawet jeśli nie wiedział, to już chyba wie. - Uniósł brwi w sugestywnym geście, łapiąc za dół koszulki i ciągnąc ją nieco do dołu, pokazując Bucky'emu jej wygląd. Ten przez chwilę patrzał się na nią w osłupieniu, będąc żywym zjawiskiem nieświadomości.
Wreszcie coś widocznie klikło na swoje miejsce, bo teraz i Bucky wyglądał na dziwnie zadowolonego, z siebie. Albo też Tonego.

- To moja koszulka.

- Dedukcja żołnierzu. - Tony wzruszył ramionami, a na proste „dobra, to całkiem zabawne, ale teraz ją oddaj”, puścił przód materiału i wycofał się tylko mały kroczek, wyciągając przed siebie obie dłonie, palcami wskazującymi pokazując Bucky'emu, że jeśli tak bardzo jej chce to żeby wziął ją sobie sam. Mina zastygła w żartobliwym wyrazie, nie mając zamiaru zdradzać za dużo.
Bucky, prawie, prawie przewrócił na niego oczami, ale zamiast tego bez żadnego zastanowienia położył obie dłonie na jego opalonych udach, tuż pod końcem koszulki, krótko zerknął mu w oczy, szukając znaku poddania się i oddania jej dobrowolnie, ale Tony nie miał zamiaru odpuścić i tylko przechylił głowę, ponaglając go żeby robił dalej to co robić musi.
Bucky pokręcił lekko głową, nie wierząc w dziwnie dobry humor Tony'ego (nie żeby mu przeszkadzał, ktoś musiał być tutaj zabawny) i kontynuował przesuwać palcami w górę, pod zwisającą luźno koszulkę, w pewien sposób mając nadzieję, że nikt akurat nie wejdzie do pomieszczenia, bo to mogłoby się dziwnie skończyć dla nich obu. Z drugiej strony, po tym wszystkim już nic raczej by go nie zdziwiło ani tym bardziej nie przeszkadzało...
Z wyjątkiem... Był pewny, że już...
Zacisnął lekko dłonie, sprawdzając czy aby na pewno mu się nie przewidziało, ale nie... Tony definitywnie...
- Nie masz nic pod spodem, prawda?
- Nope. - Uśmiech Tony'ego rozciągnął się jeszcze bardziej, o ile było to możliwe bez nagłego spontanicznego wybuchu śmiechu, jako iż był małym (Tony upierałby się, że średnim, ale każdy faktycznie średni obywatel wiedział lepiej) złośliwym gadem, naśladując mowę Bucky'ego, poruszył tylko sugestywnie brwiami i dopiero po tym jak Bucky odsunął się od niego z małym rumieńcem na policzkach i westchnięciem oznaczającym mniej więcej „coś czuje, że już nigdy jej nie zobaczę”, zaśmiał się krótko, klepiąc go po ludzkim ramieniu.
- Nie wygrasz ze Starkiem, mój drogi.
- Kiedykolwiek odzyskam swoje ubranie?
- To tylko mała cena jaką mogłeś zapłacić za wczorajsze rozerwanie mojego.
- Brzmi fair. - I Bucky nie jest do końca pewny czy nawet ma to na myśli, ale musiał dać tą mała wygraną Tony'emu, choćby i dlatego, że dzięki niemu ma gdzie mieszkać. Za to w małym odwecie, gdy Tony na sekundę stracił z pola widzenia swój kubek kawy, Bucky ukradł parę łyków, bez krzywienia się, nawet jeśli ten smak był dokładnym przeciwieństwem jego upodobań i na wpół zirytowaną minę Tony'ego posłał mu tylko swoje najbardziej czarujące oczko (jakoś będą musieli ze sobą przeżyć) i poczochrał go po już wyjątkowo nieułożonych włosach, w duchu przeklinając siebie za dawanie Starkowi pomysłów, bo jeśli Tony wyjątkowo uprze się na czochranie włosów Bucky'ego, to ten prawdopodobnie będzie musiał spędzić godziny pod szczotką Natashy i jej szorstkim „bądź mężczyzną” za każdym razem, gdy mocno pociągnie jakiś wyjątkowo zaplątany kołtun, oczywiście wszystko w akompaniamencie Tony'ego, który prawdopodobnie odeśmiałby sobie swój zgrabny tyłek.
No nic, wszystko ma swoją cenę.
Bucky począł wyjadać resztki z lodówki (Steve widocznie będzie musiał zacząć gotować dla „siebie” przynajmniej trzy razy więcej) a Tony zajął się swoją hologramową gazetą (Tony czasem nazywał to „tablet”, ale z tego co pokazywał mu doktor Banner, Bucky nie uważał że coś bez powierzchni, zupełnie bez powierzchni, powinno być tak nazywane. Jeśli tak, musiał się jeszcze wiele nauczyć o Starkowej elektronice, co zresztą nie było specjalnym zaskoczeniem) a Bucky jedzeniem, chociaż z zainteresowaniem przyglądał się jego działaniom. W przeciwieństwie do Steve'a, który mimo całego swojego dobrego serca, często zachowywał się aż za bardzo starodawnie, Bucky chciałby i wolałby iść z duchem czasu.
I siedzieli tak we dwoje, dopóki do kuchni nieśmiało nie zajrzał Steve, widocznie jeszcze raz przemyślając to co chce powiedzieć widząc dwójkę razem, zanim nie przywołał swojego Kapitana, co dalej wydawało się Bucky'emu zupełnie niedorzeczne, i nie przypominał dumnego symbolu ameryki, pytając się czy nie przeszliby się czasem na trening.
I zanim Bucky zdążył wykrztusić z siebie chociaż jedną literę, Tony gwałtownie podskoczył ze swojego siedzenia i objął ramiona Steve'a (przynajmniej na tyle na ile był w stanie przez różnice rozmiarów), rzucając im dwóm karcące spojrzenie.
- To nie dzień na ratowanie świata staruszku. - I na zaciekawione spojrzenie Barnesa, tym razem to on puścił mu oczko, zanim wrócił w stronę Steve'a ze swoim firmowym perłowym uśmiechem. - To dzień filmowy. Nie ma mowy ani mocy że zrobię dzisiaj cokolwiek innego.
- Tony... - Zaczął Steve, ale ten uciszył go jednym syczącym dźwiękiem, przypominającym karcenie psa.
- Żadnego „Tony”, Steve. Robię naszemu przyjacielowi, Jamesowi, skróconą terapię. - I kiedy biedny dobroduszny i pracowity Steve nie wyglądał wcale na przekonanego, dodał pretensjonalnie. - Robię to też dla ciebie. Przyda wam się małe nadrabianie kultury, skamieliny. - I wtedy, w niesamowicie podobny i rozbrajający sposób, i Tony i Steve automatycznie zwrócili się w stronę Bucky'ego, brązowa para oczu rzucająca pioruny i ostrzeżenia, a niebieska prośbę o pomoc, Bucky nie mógł nic poradzić na automatyczny obronny gest jakim było wzruszenie ramion zanim westchnął (który to już raz tego dnia?) i szczerze wyznał, że;
- Nadrabianie nie brzmi źle. - I nie chodziło nawet o możliwość chodzenia właściwie tylko w bokserkach, co było niesamowicie wygodne, i zwykłe egzystowanie w towarzystwie przyjaciół, czego, mógłby przysiąc, nie robił przez jakieś osiemdziesiąt lat, ale autentycznie zaciekawiła go propozycja. Nie miał zbytnio czasu na nadrabianie niczego innego oprócz sytuacji w jakiej się znalazł i starania się w nadążeniu za zmianami społeczno-Starkowymi jakie nadeszły. Poza tym, gdy ostatnio zobaczył w telewizji trailer filmowy, nie wspominając o samym telewizorze, pomylił go z dokumentem i od jakiegoś już czasu chciał zobaczyć ulepszenie tych wszystkich efektów specjalnych, dźwięków, niedorzecznych scenariuszy o jakich słyszał czy nawet zwyczajnej jakości obrazu.
No i oczywiście, jakoś ciekawiło go co też Tony może zaproponować...
W skrócie, tak, propozycja bardzo mu się spodobała i nawet Steve, którego myśli zdawały się w tej chwili formować tylko w zdanie „trafiła kosa na kamień” nie mógł go powstrzymać.
I w taki sposób Tony wrócił do swojego naturalnego zabawno-szczęśliwego, rozmownego nastawienia, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu, wymieniając prawdopodobnie z dwadzieścia tytułów zanim chociażby zdążył usiąść z powrotem na krześle i zacząć „listę do obejrzenia”, drugą ręką wyszukując najlepszych pozycji.
- Uwolniłeś potwora. - Wyszeptał do niego Steve, siadając obok, nagle wyglądając jak siedem nieszczęść, ale Bucky niespecjalnie się tym przejął, ciesząc się nagłym, niespodziewanym towarzystwem dwóch zupełnie różnych, ale i zabawnych towarzyszy.

W dodatku, ekscytacja Tony'ego wyglądała zupełnie przeuroczo i nie miał pojęcia jak mógłby teraz powiedzieć „nie”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz