Polski tytuł - Drogi Ty - Część Czwarta "Droga Miłości"
Kolejne opko zakończone... Mam z nim pseudo love-hate i... Za długo to trwało. ;-;
Mam nadzieję, że podobała wam się ta mini seria i... Do zobaczenia w przyszłości, mam nadzieję x2.
Miłego czytania, zapraszam do komentowania... I anstowania razem ze mną. ;-;
Inspiracja - Hello/ How are you
Inspiracja - Hello/ How are you
***
Tony jest zasadniczo wkurzony. Nie do końca może stwierdzić czy na siebie, na Steve'a czy po prostu swoje podłe życie.
Cały dzień wysiadywał na spotkaniach, które przez ostatni tydzień olał i tylko coraz bardziej się na siebie wkurzał, bo cały czas nosił ten pieprzony Steve'owy telefon w prawej przedniej kieszeni spodni. Dlaczego? Nie ma pojęcia.Kilka razy nawet wyjął go niechcący zamiast swojego własnego telefonu i raz przyłapał go na tym Rhodey, na co tylko gorzko mu wychrypiał, że „polubił antyki”.
Nigdy więcej już nie pytał.
Mimo wszystko ani podejrzanie na niego nie patrzył ani nie sprawiał wrażenia, jakby w ogóle miał ochotę o tym rozmawiać, więc chyba nie uznał go za wariata.
Oczywiście w przeciwieństwie do reszty ekipy, ale Tony nie do końca może ich winić, bo zamiast zachowywać się jak przywykł, czyli jak siedmiolatek sam w parku rozrywki, teraz szlaja się w nocy po wieży jak jakiś latynoski duch.
Sam nie do końca wie dlaczego.
Wie że nie może się już dłużej powstrzymywać i wchodzi do pokoju Steve'a, siada na krześle na którym siedział kiedyś Steve i wspomina przeszłość, patrząc na jego szkice.
„Żałosne.” obija mu się w myślach i nie może się z tym nie zgodzić.
Sam wywołał tą wojnę, nie miał prawa się teraz wycofać. I wtedy i teraz ma do tego dobre powody, a mimo tego... Jakoś nie chce mu się już dłużej.
Avengers się rozpadło i jednej połowy nie da się namierzyć od Ultrona, a druga nie chce go widzieć.
Zabawne, Tony znowu czuje się jakby stracił rodzinę. Obolały, wykończony.
Złamany.
W takich momentach zazdrości wierzącym, mającym dokąd pójść, do kogo się odezwać.
Ale Tony jest realistą.
Nie ma zamiaru, nigdy nie miał zamiaru czy powodu modlić się, wierzyć...
Nigdy nie błagał o przebaczenie.
Mimo to, teraz w jakiś sposób znalazł się w pokoju, Steve'a, na łóżku Steve'a, jeszcze w garniturze, trzymając w dłoni ten idiotycznie staromodny telefon, obok na szafce leżała cała butelka burbonu. Czując się jak zagubiony kundel. Nagle chcąc zadzwonić.
Nagle chcąc... Chcąc zadzwonić i błagać. Błagać o wybaczenie.
Chociaż prędzej wsadziłby sobie własny zasilacz w tyłek niż faktycznie to zrobił.
Brzydził się sobą. Tak okropnie się sobą brzydził, nie poznając własnych myśli...
Kiedy stał się takim desperatem? W którym momencie tak osłabł? Ojciec by się za niego wstydził, byłby rozczarowany wstrętną pokraką bez kręgosłupa jaką ma za syna...
Z drugiej strony, czy nie było to to co robił najlepiej?
Nagle telefon nie wydawał się takim złym pomysłem... Więc zrobił to. Wybrał numer, jedyny numer z kontaktów w starym gracie i zadzwonił, zwyczajnie nie obchodziła go godzina, miejsce.
Czuł palącą wściekłość, pewność siebie.
Pierwszy sygnał.
Tony planuje wszystko mu wygarnąć.
Drugi sygnał.
Ale przecież zrobił to już wcześniej. Jaki był w tym wszystkim cel?
Trzeci sygnał.
Tony powoli traci pewność siebie, więc przełyka chyba z połowę zawartości butelki, krzywiąc się.
Nie był to najlepszy pomysł w jego życiu.
Czwarty sygnał.
Kręci mu się w głowie. Niezbyt przyjemne uczucie przypominające gorąco przepływa mu przez ciało w dół. Mimo to...
Piąty sygnał.
Mimo to alkohol nie podziałał. Przynajmniej nie tak jak on tego chciał, bo dalej jest w stanie myśleć i trzęsą mu się ręce.
W słuchawce zapada cisza.
Tony czeka na uruchomienie się poczty głosowej, potem ma zamiar cisnąć tą brzydką cegłą przez cały pokój.
Ale poczta nie nadchodzi.
Zamiast tego słyszy głos Steve'a. Cichy i pełen szoku, ale to z pewnością głos Steve'a.
- Tony?
I nagle wszystkie myśli wyparowują mu z głowy. Ręce dalej się trzęsą, ale ciało drętwieje. - Steve. - Mówi, ale jego głos nie brzmi wcale jak jego. Mówi przez zaciśnięte gardło, jakby sam trwał w szoku.
- Co się stało? - Steve źle interpretuje jego szok i przeskakuje do mocnego, prawie grożącego tonu. Nie jest już Steve'm, teraz jest Kapitanem Ameryką i Tony myśli, że tak jest zdecydowanie łatwiej, zwłaszcza że w tym czasie zdąża opróżnić butelkę do dna.
- Poważne przestępstwo, Kap. Kto zostawia tak wygodne łóżko podczas swojej podróży poślubnej? - Właściwie bełkocze, a słowa mieszają mu się w głowie, chociaż wie że jego głos brzmi jednocześnie gorzko i wesoło. Prawie próbuje to skontrolować.
- Jesteś pijany.
- Oczywiście, że jestem. Inaczej bym nie zadzwonił. - „I trudno złapać mnie na trzeźwo od kiedy cie tu nie ma” Tony dodaje w myślach, ale nie chce brzmieć żałośnie. Przynajmniej nie bardziej żałośnie niż do tej pory.
Ale to nie ważne.
Ważne jest to, że znowu wreszcie może poczuć tą palącą wściekłość, która kazała mu walczyć w tamtym bunkrze.
- Przepraszam. - Słyszy i to sprawia że krew gotuje mu się w żyłach. Gdyby widział teraz Steve'a, pewnie przywaliłby mu prosto w szczękę. I połamał sobie palce, ale nie obchodziłoby go to dopóki by nie wytrzeźwiał.
- Bądź ze mną szczery Steve, to obrzydliwe.
- Jestem!
- Oczywiście że jesteś! Dlatego powiedziałeś mi jak zginęli moi rodzice... A nie, chwila.
- Tony, posłuchaj...
- Nie Steve, ty posłuchaj. - Syczy wściekle, wstając z miejsca. - Słuchałem cię przez cały czas, słuchałem twojego idealistycznego pieprzenia i gdzie teraz jesteśmy? Przez cały ten czas byłem „częścią drużyny”, kuliłem dla ciebie ogon, a teraz jestem sam w Nowym Jorku, pijany i z jakiegoś powodu w twoim pokoju i czuję się jak ostatni śmieć, bo widocznie nawet nie zasługiwałem na prawdę!
- A co ty byś zrobił, Tony?! Sam wiesz, że nie miałem innego wyjścia!
- Powiedziałbym prawdę. - Głos mu się łamie, nagle wraca zmęczenie. Czuje, jakby tłumaczył to już po raz setny i ma dość. Steve w słuchawce wzdycha, powtarza „przepraszam”, chociaż doskonale słychać, że dalej jest wściekły. - Ta, cokolwiek, chyba nie chce mi się już kłócić. - Mruczy, sam nie do końca wierząc w swoje słowa. Rozpina kolejne dwa guziki koszuli i pada na łóżko bez specjalnego zastanowienia.
Pościel dalej pachnie jak Steve, jakby był z nim w tym pokoju, tylko nie mógł go zobaczyć. Tony już tęskni za tym zapachem, zdając sobie sprawę, że prędzej czy później wywietrzeje.
- Jak się trzymasz? - Pyta niepewnie, nie mogąc znieść ciszy w słuchawce. Nagle przypomina sobie, że Steve przecież również stracił połowę swojej drużyny, strefy komfortu. Tony sam nie wie, czy jest w stanie teraz wykrzesać z siebie współczucie.
- Szczerze, nie mam pojęcia. - Mówi Steve i nagle, dziwnym sposobem, przestawiają się na przyjacielskie stosunki. Tony'emu miło jest posłuchać jego głosu bez całych tych nerwów.
Miło mu po prostu porozmawiać, bo Steve to ważna osoba w jego życiu. Jedna z niewielu jaka kiedykolwiek miał i mimo całej tej wojny, naprawdę go obchodzi i nie może nic na to poradzić.
- Od kilku tygodni plątam się z miejsca na miejsce i nie wiem w co włożyć ręce... Nie wiem w co bym mógł. Nie podoba mi się to.
- Nie bądź pracoholikiem, Kap. Zrób sobie małe wakacje, wyśpij się...
- Spałem siedemdziesiąt lat, a teraz kiedy faktycznie chce coś zrobić, to nie mam na to szansy.
- Powinieneś przestać używać tego argumentu. Zestarzał się. - Śmieje się lekko, bardziej udawanie niż szczerze, ale wie Steve też uśmiecha się po drugiej stronie linii. W jakiś sposób wszystko robi się lżejsze... - Zazdroszczę ci. - Mówi w przypływie szczerości, której jeszcze dzisiaj nie żałuje. Może jutro, o ile będzie pamiętał. - Jakoś trudniej mi się sypia bez tego wiecznego hałasu w wieży.
- Nie wiesz co mówisz, Tony. Tutaj wszystko wiecznie żyje, tylko ja stoję w miejscu... Zupełnie jakbym...
- Był na to wszystko za stary. - Tym razem Steve się śmieje, podczas gdy Tony bezdźwięcznie ziewa, powieki same się zamykają, a ciało rozluźnia. Czuje się z tym prawie nieswojo, bo od przynajmniej dwóch tygodni nie miał wrażenia, że w każdej chwili faktycznie może usnąć. Nigdy nie na trzeźwo.
- Po prostu tutaj... Wszystko jest takie nowoczesne. Zupełnie tutaj nie pasuje. Za to założę się, że ty czułbyś się jak ryba w wodzie. - Tony wydaje z siebie dźwięk podobny do „może” i dziwnie mu słyszeć Kapitana w pełni sił, podczas gdy on powoli się wyłączał. Zazwyczaj to działało w drugą stronę. - Tony... - Wzdycha Steve, a ten próbuje się skupić na słowach, a nie na samym głosie. Teraz, kiedy nieprzyjemny ciężar opadł, jakoś ciężej mu to idzie. - Dużo myślałem o tym wszystkim. O naszej wojnie, o ukrywaniu Bucka i... Nie było warto. Nie było, bo gdybyśmy się słuchali Tony, naprawdę słuchali, to moglibyśmy wyjść z sytuacji zupełnie inaczej... Gdybym ja cię posłuchał to teraz tak bardzo by mi ciebie nie brakowało. - Słucha dziwnego potoku słów i nie wierzy własnym uszom. Wie, że Steve ma rację, ale jakoś nigdy nie był dobry w przepraszaniu
- Miło słyszeć, że jednak cię obchodzę. - Nie do końca żartuje, ale gdy słyszy w słuchawce ostrzegawcze „Tony”, prawie źle się z tym czuje. Nie chce być sarkastyczny, ale słowa same wypływają z jego ust. - Słuchaj, Steve... Od kiedy Pepper odeszła... I ciebie tu nie ma... Dziwnie jest siedzieć w laboratorium więcej niż piętnaście godzin bez kogoś kto niedelikatnie przypomina ci że to co robisz nie jest zdrowe. Nigdy nie myślałem, że to powiem, ale trochę mi tego brakuje... - Obraca się na drugi bok, patrząc w wielkie okno. Widzi tylko swoje samotne odbicie. - I dziwnie jest być w wieży. Za każdym razem, gdy wychodzę z pokoju wydaje mi się, że to wszystko to jakiś jeden wielki i durny sen, ale za każdym razem zdaje sobie sprawę, że naprawdę was już tu nie ma.
- Przepraszam. - Mówi już po raz trzeci Steve, a Tony tylko marszczy brwi, przymykając zmęczone oczy.
- Nie przepraszaj za wojnę Steve, na to naprawdę nie było dobrego rozwiązania.
- Ja... Nie wiem, Tony. Szczerze mówiąc, w tej chwili nie wiem co bym zrobił. Żadne wyjście nie wydaje się być... Wystarczającym.
- Witaj w świecie realistów, Kap. Tu codziennie podejmujemy za trudne decyzje.
- Nigdy nie myślałem, że to powiem, ale twojego humoru też mi tu brakuje. - Naśladuje go Steve, ale skromnym zdaniem Tony'ego, raczej marnie.
- Też bym za sobą tęsknił. - Mruczy do słuchawki, zdecydowanie zbyt śpiąco i zbyt słodko jak na niego. Już tego nie kontroluje. Zawsze chciało mu się spać, gdy Steve zaczynał mówić, ale wtedy było to na konferencjach i na bardzo nudzące go tematy. Nie przyznałby tego, ale poza pracą raczej przepadał za towarzystwem Steve'a... Nie musiał przyznawać.
Obydwoje zasadniczo jakoś podejrzanie dobrze dogadywali się poza pracą.
- Wygląda na to, że właśnie dostajesz to czego chciałeś, Tony. Dobranoc.
- Nie jestem jeszcze śpiący, mamo. - Jęczy udając dzieciaka, bo wcale nie chce iść spać. Nie chce się rozłączać. Nie wie czy jutro będzie miał podobną odwagę, czy jutro zadzwoni...
A co jeśli nie?
- Zadzwoń jutro Tony. Poważnie, umieram tutaj z nudów. - Steve kładzie wyraźny nacisk na słowo „jutro”, ale Tonego nie specjalnie to obchodzi i dalej nie ma zamiaru się rozłączyć. Czuje, że jeśli tylko to zrobi, to i tak cała jego ochota do snu uleci w niepamięć.
Dlatego nie ma zamiaru marnować szansy nawet na głupią rozmowę. Stracił już wystarczająco dużo życia unikając jej i nie ma zamiaru tracić go dalej medytując nad telefonem.
- Inaczej będę zmuszony opowiadać ci historie wojenne.
- Tylko nie to. - Żartuje. Oczywiście że żartuje. Tak naprawdę zawsze całkiem lubił historie wojenne ojca, był fanem Kapitana Ameryki, więc naturalnie że lubił je z ust samego Kapitana. Tylko naturalnie nie mówił o tym głośno. Na każdą historie reagował zazwyczaj przewracaniem oczu, mimo że sam z zainteresowaniem ich słuchał.
Zapadła głucha cisza podczas której Steve pewnie czekał na głuchy sygnał rozłączenia.
Który nigdy nie nadszedł.
Zamiast tego westchnął więc po chichu i zadał pytanie:
- Mówiłem już o tym jak dostałem się do armii?
- Nie. - Mówił. Tony słyszał tę historię przynajmniej trzy razy, raz, w wielkim skrócie, od samego Nicka Furego.
Mimo to, dalej słucha.
Nie mógłby usnąć, jeśli historia byłaby nowa.
Steve zawsze mówi z typowym dla siebie żarem i w tym stanie tym bardziej mu to nie przeszkadza.
Nie zauważa nawet, że Steve stopniowo przycisza głos, uspokaja się, umyślnie wprowadzając Tonego w sen. Uśmiecha się pod nosem, wyobrażając sobie śpiącego Tony'ego. Wyobraża sobie, że jest tam, z nim i że nie jest zupełnie sam na wyspie Wakandy.
- Dobranoc. - Szepcze, słysząc spokojny, równy oddech i samemu teraz czuje się dziwnie spokojny. Po raz pierwszy od całkiem dawna ma ochotę szkicować i krótko później zaczyna to robić, zaczyna szkicować spokojną twarz Tony'ego, tak jak go pamięta, tak jak go sobie wyobraża.
Po drugiej stronie, w Nowym Jorku, Tony śpi głęboko z telefonem wciąż przyklejonym do ucha.
Uspokaja go cichy szum ołówka poruszającego się po kartce papieru.

Weź zrób jeszcze jakąś część
OdpowiedzUsuńProszę
Błagam...PROSZĘ
Usuń