UWAGA UWAGA, OGŁASZAM RAKA.
Nie no poważnie, nie umiem pisać, zamykam biznes. XD
W każdym razie... Znowu umarłam na jakiś czas. ;-;
Więc... Druga część Stony, polski tytuł - Drogi Ty - Część Druga "Drodzy My"
Drodzy my, ludzie.
Dodaje obrazy, bo tak.
Ekhem, nieważne... Znowu staram się spisać zaległości, a teraz... Miłego czytania i zapraszam do komentowania!
Podkład muzyczny: Little Parade
***
Steve skłamie mówiąc, że od
początku nie żałował. Właściwie, jest wprost przeciwnie, mimo
tego, że Tony mylił się co do podjęcia decyzji „trzymania
Avengersów pod kluczem” to jednak codzienność boleśnie
przypominała mu dlaczego podjął taką decyzję i przede wszystkim,
gdyby miał wymienić jedną rzecz, której żałuje najbardziej,
byłaby to właśnie cała „wojna”, której przecież mogli
uniknąć.
Nie ukrywając, obwiniał się za to.
Bo gdyby tylko od początku spróbował
porozmawiać z Tonym (co przecież, gdy już darowali sobie rzucanie
się sobie do gardeł, wychodziło im na świetnie) o przeszłości,
o ich wspólnych decyzjach czy choćby nawet po to, by oczyścić ich
relacje, mogliby wszystkiego uniknąć. Mogliby oszczędzić bólu i
rozdarcia Avengersów, on am mógłby oszczędzić bólu Tonemu.
I za to się obwiniał.
Zawiódł jako lider, nie starając się
komunikować zresztą drużyny i zamiast tego samemu podjął szybką
decyzję. Zbyt szybką. Stracił zdrowy rozsądek dowiadując się o
Bucky'm i teraz niejednokrotnie musiał sobie zadawać pytanie czy
Bucky tak naprawdę potrzebował jego pomocy. Bucky stał się
mistrzem znikania i ukrywania, a on lekkomyślnie zwrócił na niego
uwagę. Najgorsze było to, że nawet nie udało mu się go do końca
uratować i teraz pozostawał w samotności na wyspie Wakandy. Miał
czas, mnóstwo samotnego czasu, żeby wszystko przemyśleć, co
wprawiało go tylko w coraz większą ponurość, jako iż zauważał
więcej i więcej nawarstwiających się błędów. Tonego, swoich,
całej drużyny.
Mylił się myśląc, że może
poradzić sobie bez Bucky'ego, który zawsze był jego głosem
rozsądku. To Steve zawsze porywał się na akcję, a Bucky
przypominał mu o jego możliwościach. Teraz zdawał sobie sprawę
jak młody był i jak brakowało mu doświadczenia. Nie wiedział czy
ma rację, po prostu ślepo walczył za swoje zdanie, gnając za
straconym przyjacielem.
A może Tony miał rację? Przecież to
zawsze Tony był tym inteligentnym.
Z drugiej strony, to Steve był tym
odpowiedzialnym. Zazwyczaj.
Sytuacja w jakiej się znaleźli
wydawała się być zupełnie abstrakcyjna. Steve czasami budził się
w środku nocy przypominając sobie, że to wcale nie sen, tylko
chora rzeczywistość, którą sami stworzyli.
Dlatego też wysłał list do Tonego, w
nadziei, że może uda mu się to wszystko jakoś wyprostować. Było
już za późno na rozmowę osobistą, gdyby nawet spróbował, to
skończyłby w więzieniu, albo, nawet jeśli jakimś cudem zdołałby
umknąć niezauważony, Tony prawdopodobnie wystrzeliłby mu w twarz
z jednej ze swoich rękawic. Z resztą, Steve też miał ochotę go
przytemperować, gdy zachowywał się jak samolubny palant. Czyli,
wbrew pozorom, nie cały czas.
Właściwie, nie był pewien, czy w
ogóle wysyłać list. Bo Tony nie przepraszał. Z drugiej strony,
Tony był jednak kilkakrotnie bardziej dziecinny i miał swój
temperament. Gdyby zdał się na jego, pożal się Boże, dojrzałość,
to choćby i zbliżał się koniec świata, brnąłby w swoje. Może
i byli z w pewnym sensie podobni, ale Steve wierzył w siłę ludzi,
a Tony w, cóż, siebie.
Tylko że dzięki swojej matce
Bucky'emu, Peggy, wszystkim ludziom, którzy kiedykolwiek w niego
wierzyli, Steve znał prawdziwą cenę przyjaźni i dlatego gotów
był rzucić się za Buckym, choćby i porzucając całe swoje życie,
tytuł.
Bo Bucky był jego przyjacielem.
So was I.
Nieprzyjemne echo
odbija się wewnątrz jego czaszki. Prawie sięga po telefon, ale
reflektuje się w ostatniej chwili. Tony zadzwoni kiedy będzie na to
gotowy. Mimo to, mimo otaczających go ludzi, czuje się dziwnie
samotny.
To były złe
czasy, dla obu z nich.
Podnosi się z
pojedynczego łóżka, na którym leży nieruchomo od prawdopodobnie
kilku godzin. Mimo klimatyzacji, dzięki otwartemu oknie, jest gorąco
jak w piekle i już sam nie wie czy bezsenność to wina temperatury
czy wartkim strumieniu myśli. Agresywnie ściąga z siebie mokrą od
potu koszulkę i zrzuca ją na ziemię, nie dbając w tej chwili o
utrzymanie porządku. Opiera nagie plecy o zaskakująco zimną ścianę
i odchyla głowę do tyłu. Myśli.
Znowu, po raz
tysiąc pierwszy od dotarcia na wyspę, myśli o wszystkim i o
niczym.
Aż za dobrze zdaje
sobie sprawę, że w czasie takich to bezsennych nocy, gdyby wszyscy
mieszkali jeszcze w wierzy, mógłby spokojnie zejść do
laboratorium Tonego, który nie kończył pracy o tak „wczesnej”
godzinie, czasami przez kilka dni pod rząd, aż wreszcie padał z
wycieńczenia. Steve nie lubił widzieć go w takim stanie, ale jego
skromnym zdaniem, nie byli wystarczająco blisko, żeby robił mu o
to dyskusje. Za to jednak jego rutyną było ściąganie Tonego z
krzesła i oddalenie go od mniej lub bardziej niebezpiecznych
narzędzi, wokół których radośnie zasnął. Zawsze zastanawiał
się wtedy czy przenieść go do sypialni, jednak również zawsze
kończył tylko układając go na kanapie w laboratorium, bo za
każdym razem łapał się na myślach „A co gdyby” i wolał
jednak zostawić go w spokoju.
Ale tak było
wcześniej.
Teraz zmuszony był
siedzieć sam w średniej wielkości pokoju i szkicował swoje
wspomnienia, od Buckyego z amerykańską tarczą w dłoni (zawsze
uważał, że Bucky stałby się jeszcze lepszym Kapitanem niż on),
dzielną Peggy uśmiechającą się pogodnie z kartek (wolał
zapamiętać ją w ten sposób) do Tonego, który przysnął
opierając się na jednej ręce, z rozkopanymi włosami i twarzą w
smarze, nie zdającego sobie sprawy z czyjejś obecności.
Steve uśmiecha się
nieświadomie, nagle zdając sobie sprawę z tych cudownych,
przedziwnych ludzi, których okazję miał spotkać w swoim nad wyraz
długim, ciekawym życiu.
Na stronie ze
śpiącym Tonym zapisuje dwa krótkie słowa i mruży bolące od
zmęczenia oczy.
Po raz pierwszy od
przyjazdu na wyspę czuje błogość, powoli tulącą go do snu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz