Strony

sobota, 31 października 2015

PurpleMike "Pianino", Część 1 - Najbardziej samotnym jest się wśród ludzi.

Nareszcie stworzyłam! Dłusze rozdziały yeah. To dopiero częś pierwsza i dziwne dodanie tytułu...
No i PurpleMike, mój fav. (`・ω・´)”
***

Mike siedzi na widowni.
Widzi jak palce Vincenta intensywnie poruszają się po czarnych i białych klawiszach.
Słyszy energiczną muzykę.
Jego słuch, jak i z resztą pozostałych przebywających na widowni, jest nią pieszczony. Ta muzyka zdecydowanie jest jedną z piękniejszych jakie w życiu usłyszeli.
Mimo to, Mike nie czuje nic poza obrzydzeniem.
Głębokim, nienawistnym obrzydzeniem do autora, co przekłada się też nad obrzydzenie do muzyki.
Bo pomimo tego, że Vincent mógł tworzyć coś tak zadziwiająco pięknego, to raczej nie był typem osoby, która zazwyczaj to robi.
O nie, Vincent wolał niszczyć.
Ale nie ograniczał się do prostych sprzętów, to by było... Takie "nudne".
On niszczył ludzi.
Ich psychikę, zdrowie, poczucie własnego ja.
Tak jak zniszczył Mike'a.
Kawałek po kawałku wyrywając normalność z jego życia, zostawiając go  zupełnie nagiego.
Obdartego z godności.
Mike brzydził się upodobaniami Vincenta, tak samo jak brzydził się samym Vincentem.
I nie mógł powstrzymać lekkiego obrzydzenia do ludzi dookoła.
Wiedział, że oni nie są niczego świadomi. Ale czy coś zmieniłoby, gdyby byli?
Gdyby wiedzieli, ze po zejściu ze sceny, Vincent zwiąże jego nadgarstki tak mocno, że ledwo będzie je czuł, że zdrętwieją całe ze słabego dopływu krwi, i że dopiero wtedy zaczną się pieprzyć?
Nie kochać, nie uprawiać seks. Zwyczajnie pieprzyć.
Mike myśli, że całkiem zabawnie byłoby widzieć ich zmieniające się twarze i nagle czuje najsilniejsze obrzydzenie.
Obrzydzenie do samego siebie.
Bo Mike z własnej woli dawał się związać, pieprzyć, bić i poniewierać. Dał Vincentowi to, co Vincent kochał.
Kontrolę.
Kontrolę nad sobą.
Dał się otruć na tyle mocno, by zgodzić się, żeby Vincent z nim mieszkał i na to, by przywlekł ze sobą tyle swoich rzeczy, że sami ledwo się mieścili.
Takich, jak to piękne, czarne pianino.
Ale Mike nigdy go nie dotknął, nie ruszył. Rzadko nawet na nie patrzał.
Nie umiał na nim grać, więc nie widział sensu w robieniu tego.
A Vincent przy nim nawet się do pianina nie zbliżał.
Tylko czasem, gdy myślał, że Mike już śpi, to wygrywał sobie ciche, zupełnie spokojne nuty.
Tak niepasujące do niego samego.
Ale Mike często słyszał jak Vincent grał. Parę razy nawet zobaczył.
I na prawdę był to widok za który mógłby zabić.
Vincent w pełnym skupieniu, bez jakiś głupich uśmieszków, rozluźniony i przygarbiony.
Wydawał się wręcz nie-Vincentem. Osobą z innego wymiaru.
Mike, pomimo najwyższego obrzydzenia, musiał przyznać, że mógłby zostać dziwką Vincenta, nawet do końca życia.
Byleby móc na to patrzeć.
Dlatego Mike czuje się, jakby zaraz miał zwymiotować. Poważnie, bolał go brzuch.
Bo to właśnie wiedza o tym, co był gotów poświęcić była taka okropna.
Mike widzi jak Vincent odchyla głowę, w zupełnym poruszeniu chwilą.
Równocześnie lubi i nie znosi tego widok.
Vincent był nawet bardziej otwarty na scenie niż przy Mike'u, tego naprawdę w tym nienawidził.
Vincent może grać dla wszystkich tych ludzi, którzy się tutaj znajdują, a nigdy nie zagrał dla Mike'a.
Może Vincent brzydził się go tak samo, jak on brzydził się Vincentem?
Mike wbija palce w drewniane siedzenie i oddycha powoli, równomiernie.
Może tylko to pozwala jakoś uchronić go przed dziwnym, dokuczliwym i nieprzyjemnym uczuciem, które nagle zaczęło gromadzić się w jego wnętrzu.
Vincent kończy występ i kłania się, dopiero teraz podnosząc wzrok.
Tłum klaszcze z wyraźnym podziwem i aprobatą.
Jednak Mike nie rusza się ani o milimetr.
Patrzy tylko na scenę, na Vincenta.
I ma nadzieję, że Vincent nie zauważy jego obecności. Jego dziwnie płonących oczu.
Jednak Vincent widzi, zawsze jakimś cudem go dostrzega.
Uśmiecha się półgębkiem i schodzi ze sceny, a Mike tylko czuje jak wywraca mu się żołądek.
Nagle robi mu się strasznie duszno, ma wręcz trudności z nabieraniem powietrza. Wstaje więc z miejsca i również wychodzi.
W łazience omywa twarz lodowatą wodą, rozluźnia muszkę i zaczyna ciężko dyszeć, wręcz walcząc o każdy oddech.
Prawie śmieje się panicznie, widząc swój stan.
"Nie pojmuje po co ciągle tu przychodzisz." Mike nie musi się odwracać by wiedzieć. Prostuje się gwałtownie, nie pozwalając sobie na żadne słabości.
Wie, że to Vincent, który wygodnie opiera się o ścianę i przygląda mu się ze znudzonym wyrazem twarzy. Mike'a martwi jedynie to, że nie usłyszał jego wejścia. "Przecież nienawidzisz tych występów."
Mimo wszystko, Mike nie wie co mógłby odpowiedzieć, więc tylko wzrusza ramionami, starając się wyglądać zupełnie tak jak zazwyczaj.
Na silnego, niezależnego i niewzruszonego.
Wydaje mu się, że wypadł perfekcyjnie (jako iż nie pierwszy raz musiał zachować kamienną twarz), ale Vincent przewierca go spojrzeniem. Mike czuje się jak dziecko, które coś przeskrobało, chociaż wie, że to idiotyczne.
"Będziesz tak stał i się gapił?" Odzywa się możliwie najbardziej opryskliwie, chociaż wie, że Vincent w tym stanie, stanie wyciszenia spowodowanego graniem, i tak nie odpowie na zaczepkę.
Mike'a to wkurza, jeszcze bardziej niż jego normalne zachowanie, ale zaciska zęby, milcząc. Prowokacyjnie, robi parę kroków do przodku, zmuszając Vincenta do ruchu. Vincent przymyka oczy, stając prosto, nagle przewyższając Mike'a. Zazwyczaj korzysta ze swojego niewątpliwie wysokiego wzrostu, by patrzeć na niego z góry, lecz tym razem tego nie robi.
Mike czuje, że jest już na granicy panowania nad sobą, ale dalej milczy i patrzy jak Vincent rozluźnia się zupełnie, wkładając ręce w kieszenie spodni.
Teraz już nie wygląda jak typowy dżentelmen. Mike uważa, że to nawet lepiej.
Czeka aż Vincent opuści pomieszczenie, bo na prawdę nie ma ochoty iść z tyłu i narażać się na ten obojętny wzrok.
Wychodzi więc drugi, patrząc się tylko w podłogę. Ma nadzieję, że nikt nie zaczepi Vincenta, bo chce jak najszybciej wrócić do domu i pooddychać powietrzem bez towarzystwa tylu snobów i pseudointeligentów.
Zaczyna boleć go głowa, ma cholernie dosyć tego miejsca.
Czuje, jakby zaraz miał eksplodować. 

Świat snów jest światem szczęścia.

 Yey, remake Jeffa The Killera! XD
Czuję, że to mogło być bardziej rozpisane, ale... Obecnie mam wenę na taki styl. ;-; 
Swoją drogą, Halloweenowy special! 
***
Jak szybko zwykłe, niewyróżniające się niczym życie normalnego nastolatka może się zmienić?
Jeffrey Woods z pewnością był przykładem idealnej normy - miał swoje minusy i swoje plusy, uczył się przeciętnie, miał zwyczajnych znajomych.
Po prostu tkwił w swoich jeszcze dziecinnych marzeniach i nierealistycznych wyobrażeniach o świecie.
Czasem wydawał się być aż zbytnio niewinny.
Z pewnością przyczyniła się do tego rodzina - kochający rodzice, perfekcyjny wręcz młodszy brat, duży dom na prosu ulicy. Czegóż chcieć więcej?
Jeffrey, przez większość nazywany raczej "Jeff", uważał właśnie, że szczęścia miał już w życiu wystarczająco i sam postanowił powolnymi kroczkami zmierzać w dorosłość.
Interesował się medycyną, jako prawdziwy wrażliwy altruista, chciał pomagać ludziom.
Był tym dzieciakiem, który nigdy nie odmawia pomocy, przeprowadza babcie przez ulicę, ale mimo wszystko jest zbyt nieśmiały, by znaleźć sobie dziewczynę.
Zabawne, jak taki altruizm może przerodzić się w coś zupełnie innego.
W zwykły mętlik, czysty chaos.
A wszystko to spowodowane jednym wydarzeniem.
Jednym głosem.
Nie pamiętał nawet kto go zawołał, czyja na prawdę była to wina.
Nie istotne.
Istotne było to, że osoba ta, była zbyt nieuważna.
Narażona na krzywdę.
Na samochód pędzący wprost na nią.
To stało się tak szybko.
Światła.
Klakson.
Ból krew.
Ale co było dalej?
Ilekroć później próbował sięgnąć pamięcią, po prostu zaczynała boleć go głowa.
Witała go czarna pustka.
Nic.
Pamiętał tylko, że po tym wylądował w nowym, innym świecie.
Świecie marzeń.
Medycznie nazwaliby to zwykłą śpiączką, ale on wiedział, że nie było to takie proste.
Nie mogło to być przecież zwykłym określeniem, to było coś zbyt pięknego na zwykłą "śpiączkę".
To był świat idealny.
Bez bólu.
Bez starości.
Po prostu idealny.
Nie wiedział, nie pamiętał i nigdy nie pytał ile spał.
Wiedział tylko, że nieco się zmienił po przebudzeniu.
Jednak jego umysł dalej pozostał na tym samym stadium. A może nawet nieco się cofnął?
Jego skóra... Była biała jak śnieg.
Schudł.
Uważali, że mimo wszystko, przebudzenie nie było cudem.
Oczywiście, że nim nie było!
Było koszmarem.
A gdy błagał o powrót do tego miejsca, nie chcą nawet widzieć swojej rodziny, czy przyjaciół, uznali, że podupadł również na zdrowiu psychicznym.
On wiedział, że nie jest szalony.
Bo widział ten cudowny świat na własne oczy, a świat w którym znajdował się teraz... Był koszmarem.
Przypomniał sobie o tym wkrótce po tym, jak odwiedziła go rodzina.
Byli jednocześnie szczęśliwi i nieszczęśliwi, co za zabawna mieszanka uczuć.
Szczęśliwi, że się obudził.
Nieszczęśliwi, że tak się zmienił.
Ale nie chodziło tylko o to, o nie!
Jeff mógł wyczuć większy smutek... Smutek pochodzący z środka, trawiący ich i duszący.
Smutek, że są akurat w TYM świecie!
I Jeff już wtedy wiedział, że musi ich zabrać ze sobą.
Do świata snów.
Sam zawisł pomiędzy światami, jakby tylko ciało trzymało go na ziemi.
Ale był szczęśliwy, znowu mógł ratować ludzi.
Rodzina wzięła go do domu, "zadbała" o niego.
Teraz jego kolej.
Gdy wszyscy zapadli w swój powierzchowny sen, on musiał zrobić jeszcze jedną rzecz.
Wyrazić, jaki był szczęśliwy!
Był tak szczęśliwy, że wyciął sobie ogromny uśmiech na policzkach.
Największy jaki się dało.
Im większy, tym lepszy... Przecież taki był szczęśliwy!
A jednak, coś poszło nie tak...
Jego mama się obudziła i zobaczyła jego szczęście.
To wszystko przez te przeklęte reakcje słabego, normalnego organizmu...
Ona miała spać! Spać i być szczęśliwa!
A tymczasem, była przerażona!
Przez to Jeff prawie przestał być szczęśliwy, a stał się nieco zły.
Zanim jego mama mogła zrobić cokolwiek innego, złapał ją za włosy, gwałtownie odchylając jej głowę do tyłu i podrzynając jej gardło.
Ostanie co usłyszała, to "Idź spać, mamusiu".
Zabił ją jej własny syn... Tak bardzo zmieniony.
Tak bardzo szczęśliwy.
Tata na szczęście się nie obudził, mógł na zawsze być szczęśliwy i nie poczuć tych okropnych emocji!
Potem skradł się do pokoju kogoś kogo najbardziej kochał.
Liu, jego młodszy braciszek.
Jego snu chciał najbardziej. Chciał jego szczęścia.
Dlaczego musiał się obudzić?!
Dlaczego musiał zobaczyć Jeffa... Szarpać się?!
To nie powinno mieć miejsca!
Jeff jednak zdołał go ugłaskać, szepcząc "Idź spać Liu... Idź spać".
Teraz Liu również mógł być szczęśliwy!
Ale Jeff czuł, że to nie koniec...
Przecież nie tylko jego rodzina miała zaszczyt  być w tamtym cudownym świecie.
Więc zamiast uśpić samego siebie, Jeff ruszył po swych przyjaciół.
Po drodze odwiedzając sąsiadów.
Powoli obchodząc cały świat.
Och, Jeff miał jeszcze tyle roboty.
Przecież cały świat zasłużył na szczęście!

piątek, 30 października 2015

Nadzieja umiera ostatnia #3- Tajemnicze pomieszczenie

Dziewczyna znalazła się w jakimś dziwnym korytarzy. Duża przestrzeń w ciemnych barwach. Szatynka rozglądała się. Podeszła do drzwi. Było ich wiele, ale te jedne szczególnie ja zaciekawiły. Na końcu korytarza, ciemnoszare, stare drzwi. Chwyciła za klamkę, a drzwi bezdźwięcznie sie otworzyły. Wahała się, ale przekroczyła próg ciemnego i nieznanego jej miejsca. Widoczność miała ograniczoną. Prawą ręką  znalazła włącznik. Nacisnęła go, żarówka rozbłysła światło po "pokoju". Nie był to zwykły pokój. Przypominał piwnicę, jakiś składzik, lecz na jego końcu był "legowisko". Ktoś tam leżał, może spał. Alicja bała się podejść, aby w razie czego nie obudzić chłopaka. Miał czarne włosy, t-shirt i spodnie równiez koloru czarnego. Na pierwszy rzut oka przypominał Ali emo. Spodnie, to były raczej rurki, ponieważ był bardzo dopasowane do jego chudych nóg. Szatynka, była zdziwiona i trochę przestraszona, Już miała się wycofać, ale męski głos ją zatrzymał.
-Po co tu przyszłaś- Burknął
-Ja? Yyy...trafiłam tu przypadkowo- Odpowiedziała, nie przyznając mu się do tego jak naprawdę tu się znalazła. Obawiała sie, że uzna ja za tchórza czy coś.
-Nikt nie trafia tu przypadkowo. To korytarz obecnie zamknięty dla pomieszkujących tutaj. Odpowiedział obracając się w stronę Alicji. Dziewczyna stała tam nie ruszając się. Jej oddech przyspieszył gdy ujrzała twarz chłopaka. Był o dziwo przystojny. Nie spodziewała się tego. Spojrzała się w jego jasno błękitne oczy.
-Powiedzmy, że uciekłam od rzeczywistości?
-Od rzeczywistości? W takim razie źle trafiłaś. Rzeczywistość dotyka tutaj bardzo boleśnie. Westchnął i ułożył się na plecach. Zapadła między nimi cisza. Trwałą ona dość długo i była bardzo niezręczna. Brunet w końcu ja przerwał.
-A tak w ogóle to jestem Dawid-Wstał z "łóżka" i podszedł do zdezorientowanej dziewczyny,
-A ja Alicja- podała mu dłoń.- Mogę cię o coś zapytać?
-Chyba- Schował ręce do kieszeni swoich rurek.
-Dlaczego ty tu jesteś?- Zapytała oczekując odpowiedzi, choć była dziwnie przekonana, że jej nie otrzyma.
-To dość długa historia...- Powiedział i wyją z kieszeni papierosa i zapalniczkę. Zdziwiona zachowaniem mężczyzny nadal ciągła temat.
-Mam dużo czasu- naciskała.
-To naprawdę nic ciekawego- Warknął chłopak.- Nie, że cię wyganiam, ale lepiej będzie jak sobie pójdziesz.
Alicji zrobiło się głupio. Kiwnęła głową i odwróciła się w stronę wyjścia. W ostatniej chwili poczuła uścisk na swej dłoni. Spojrzała się w tył.
-Nikt ma nie wiedzieć o naszym spotkaniu, a jeszcze się zobaczymy- Powiedział i posłał coś na znak uśmiechu bardzo lekkiego uśmiechu. Alicja wyszła z piwnicy
i wróciła do swojego pokoju, gdzie czekał na nią Aleks.
-Gdzie byłaś?- Zapytał dociekliwie. Wiedział że nie lubi kontroli
-A gdzie miałam być?- Odpowiedziała pytaniem na pytanie. Aleks tylko zmierzył ją wzrokiem.
-Martwiliśmy się o ciebie- Podszedł do niej i chwycił jej podbródek.
-Niby kto? Ty i dyrektorka?- Spojrzała mu w oczy z lekkim wyrzutem
-I Pani Monika
-Kto?
-Twoja przyszła "matka"- Powiedział i lekko zbliżył się do ust Alicji. Dziewczyna gwałtownie zdjęła jego rękę z swojej twarzy, a wzrok skierowała w dół.
-Ja mam jedną matkę-Warknęła

poniedziałek, 26 października 2015

RinHaru One Shot cz.1- Zimny dzień

Heh...wcaaaale mnie nie było miesiąc. Skąd, że XDDDD
 Brak neta, weny itp, ale już jestem :)
                                                                    
                                                                        

Ten dzień był bardzo mroźny. Śnieżna zamieć utrudniała ludziom widoczność. Haruka przemierzał miasto ubrany w kilka warstw, przez co wyglądał jak bałwan.  Jego kurtka pokryta była białym puchem, przez co nie było widać jej pierwotnego koloru. Jego twarz była zaczerwieniona. Chłopak zatrzymał się, spojrzał na siebie i tylko pokręcił głowa. Zaczął biec, a płatki śniegu wlatywały mu do oczu. Wbiegł do jakiejś klatki. Było w niej cicho. Można było usłyszeć tylko śmiech małych dzieci i poczuć zapach ciepłego kakao. Na sama myśl zrobiło mu się ciepło. Usłyszał za sobą kroki. Próbował gwałtownie się obrócić, ale grube odzienie uniemożliwiało mu to. Nagle ucichły. Miał wrażenie, że osoba stoi tuż za nim. Po chwili chłopak o bordowych włosach odziany jedynie w podkoszulkę i spodenki pojawił się obok.
-Rin?- zapytał zaszokowany. Nie spodziewał się , że go tu spodka.
-Co ty tu robisz?
-Wiesz, chyba tu mieszkam- uśmiechnął się szeroko, pokazując swoje białe kły
-Ja, nie wiedziałem- westchnął- Dlaczego tu zszedłeś? Patrząc na to jak jesteś ubrany wnioskuję, że nie miałeś zamiaru nigdzie wychodzić.
Bordowowłosy spojrzał przed siepie, spoglądając na spadające płatki śniegu.
-Masz rację, nie miałem zamiaru wychodzić, ale przyznam, że nie zwróciłem uwagi na dzisiejszą pogodę.
-Więc, dlaczego tu przyszedłeś?
-Z czystej ciekawości, widziałem jak wchodzisz to mojej klatki.
-Wiesz, zmarzłem i postanowiłem się tu trochę ogrzać- potarł dłoń o dłoń.
-Chodź- podał mu rękę i pociągnął go na górę cały czas ściskając jego dłoń. Rin zaprowadził go do swojego mieszkania. Matsuoka wszedł do swojego pokoju zostawiając niebieskookiego w przedpokoju, Brunet stał zdezorientowany. Po chwili usłyszał głos dochodzący z pokoju obok.
-No, co tak stoisz? Chodź tu- powiedział wskazując miejsce na łóżku. Haru stał w miejscu nieruchomo.
-Z tobą to jak z dzieckiem- warknął Rin rozplątując jego szalik i ściągając resztę wierzchniej garderoby, Chłopak wrócił na swoje miejsce lecz Haru wciąż stał, ale jeszcze bardzie zdezorientowany.
-No, chodź
Nanase skierował się do pokoju, gdzie przycupnął na brzegu łóżka. Rin podszedł do niego i okrył go kocem
-Proszę, masz może ochotę na kakao?- zapytał
-Jasne! Znaczy poproszę-odpowiedział wtulając się w milutki koc, który pachniał Rinem.
Matsuoka wybuchł śmiechem
-Co się stało?
-Nic, nic- skierował się w stronę kuchni wciąż uśmiechając się pod nosem.
Po pięciu minutach wrócił z dwoma kubkami pełnymi ciepłego kakao.
-Proszę- wręczył chłopakowi kubek
-Dzięki- pociągnął od razu duży łyk ciepłego napoju, Brunet poczuł jak jego telefon wibruje. Niepewnie wyjął go z kieszeni i odebrał.
-Halo?
-Haru-chan, może wpadłbym do ciebie na małą partyjkę na playstation?
-Ja, jestem u Rina
-No, tak okej rozumiem- posmutniał. Brunet przyłożył rękę do telefonu zakrywając mikrofon,
-Rin?
-Tak?
-Wiesz, czy mógłby wpaść Makoto na partyjkę playstation?
Bordowowłosy chwile nie odpowiadał, ale potem odrzekł
-Jane, czemu nie?
Nanase powrócił do rozmowy ze swoim przyjacielem
-Makoto, wpadniesz do Rina?
-Tak!
-To do zobaczenia
-Cześć
Niebieskooki odłożył telefon.
-To kiedy przyjdzie Makoto?-zapytał
-W sumie, to nie wiem.
Nanase poczuł się dziwnie, Głucha cisza dudniła w uszach chłopaka, Denerwowało go to. W końcu palnął jakaś głupotę.
-Rin, jak twoje życie sercowe?!- wykrzyknął. Brunet dopiero po chwili kapnął się jak to głupio zabrzmiało. Rin nerwowo podrapał się po głowie. Już chciał coć powiedzieć, ale usłyszał pukanie do drzwi. Ruszył ku nim i otworzył.
-Rin- chan!- powiedział blondyn, wchodząc do jego mieszkania.
Po chwili wszedł do niego jeszcze Rei trzymając w rękach siatki. Zaszokowany zamknął drzwi.
-Haru-chan?- zapytał Nagisa, z zdziwienie malowało mu się na twarzy
Brunet, wbił wzrok w podłogę.
-Napijecie się czegoś?- przerwał gospodarz, uwieszając się na szyi Reia.
-Cola, tak poproszę cole.
Nagisa i Rei rozgościli  się w pokoju Rina, jak by byli u siebie. Porozkładali pudełka z sushi, napoje i inne przekąski. Haru siedział pod ścianom i tylko myślał.
Czy powinien zostać, a może wyjść? Pojawił się tu tak niezaproszony.
Nie był pewien czy robi dobrze.
Chciał zostać, dla Rina.
Dobrze czuł się w jego towarzystwie, tak normalnie? Można to tak nazwać.
Był przy nim "wolny".
Nie zadawał mu niepotrzebnych pytań, które tylko go drażniły.

Do pokoju wszedł Rin, z tacą na której miał cztery szklanki coli. Nanase sięgnął po nią, ale zamiast szklanki dotknął ręki bordowowłosego. Od razu ja cofnął. Była zimna, ale nie z powodu niskiej temperatury w pokoju. Odkąd pamiętał Rin miał zimne dłonie. Lubił to.


-Rei, teraz moja kolei!
-Nie, teraz kolei Sousuke!
- Spoko, Nagisa graj- odpowiedziała ze spokojem. Zarzucił rękę na barki Makoto, a on uśmiechnął się pod nosem.
-Będę miał więcej czasu by ci dokuczać- szepnął mu do ucha Sousuke. Makoto tylko kiwnął głową.


Haru obudził dreszcz. Otworzył oczy i rozejrzał się. Na łóżku leżał Sousuke w pozycji na "alfonsa" a Makoto na nim. Zaś na ziemi widział Reia, który chyba przed snem siłował się z Nagisa, bo ich pozycja snu była dość...skomplikowana? Na końcu spojrzał w bok. Usnął na ramieniu Rina. Gwałtownie się zerwał i wstał z łóżka. Matsuoka złapał go za rękę. Sam był tym zaskoczony. Nie umiał zapanować nad swoim ciałem.
-Rin?
-Nie idź- szepnął i pociągnął go łącząc ich usta w pocałunku.

niedziela, 25 października 2015

Ciekawy Pacjent cz. 18 - Wszyscy tu są jacyś nietypowi...

Jestem tu...
Ludzi tłum...
~~
***
Damien świrował.
Nie, właściwie to teraz już zupełnie świrował.
Bo jak inaczej wytłumaczyć mógł to dziwne uczucie, gdy widział Toby'ego? I jeszcze dziwniejsze, gdy go nie widział... Nigdy przenigdy nie czuł się w ten sposób...
Rzadko kiedy w ogóle coś czuł.
A teraz bez przerwy był zdezorientowany i w dodatku ciągle myślał.
O Tobym myślał.
Chwila moment, czyżby się zakochał?
Nie no, stop, przecież to nie on tutaj miał być zabujany.
To on miał udowodnić kto tu rządzi.
A tymczasem... Cholera.
- Totalna masakra. - Stwierdził, dosłownie skacząc po swym "pokoju". Nie było tu zbyt dużo rzeczy do roboty.
A przynajmniej ciekawych rzeczy.
Więc wykonywał wszystko, co miało związek z rozróbą i myślał.
Znowu o Tobym.
Co jeszcze bardziej go denerwowało i zmuszało do większego zasobu ruchu.
No i dlatego stwierdził, że zupełnie już tracił zmysły.
Z resztą, zapewne nie tylko on tak teraz myślał. Mimo wszystko nie bardzo go to obchodziło.
W sumie, dziwnie tak mu było nad tym rozważać, ale chyba serio powinien umówić się z Tobym. Już sama myśl o tym sprawiała, że uśmiechał się głupkowato. Byłoby z nim dużo zabawy. I z reakcjami ludzi.
- Ucisz się kretynie! - A propos reakcji ludzi, pomyślał Damien, śmiejąc się na głos.
Zdecydowanie to lubił.
Więc zamiast się uspokoić, zaczął wysilać się, żeby każdy jego krok brzmiał głośniej i bardziej donośnie. Cały czas się śmiał lub tylko pokrzykiwał, czekając na bardziej dosadną reakcję.
Miał wspaniałomyślnie gdzieś spokojne próby uspokojenia go.
- Chłopie, uspokój się, bo zaraz zaczną cię truć! - Damien zatrzymał się w pół kroku, patrząc na drzwi. Przez szybę mógł zobaczyć jakiegoś wysokiego blondyna, który wydawał mu się być dziwnie znajomy.
Tylko czegoś mu brakowało...
- Weź się uśmiechnij.  - Wskazał na swoje usta, mówiąc w pełnym skupieniu, natychmiast zaprzestając wszelkich działań. Na pewno coś mu świtało...
Blondyn patrzał na niego z czystym zdziwieniem. Wyglądało to co najmniej komicznie, aczkolwiek Damien nie zwrócił na to specjalnej uwagi.
- Nie gap się tak, tylko szeroki uśmiech. - Nakazał znowu. Kiwnął głową widząc, jak blondyn niepewnie wykonuje polecenie. - No szerzej szerzej. Jak typowy kretyn. - Mężczyzna poczuł się nieco urażony, ale mimo wszytko zrobił to. Kto wie przecież, co takim pokręconym chodzi po głowie.
Natomiast Damien nagle pstryknął palcami, doznając olśnienia.
- Jayden... Jayden Stoner? Cholera, nie mam pamięci do nazwisk... - Mówił do siebie. Jayden osłupiał.
Jakim prawem on w ogóle mógł to wiedzieć?
Przecież nigdy wcześniej się nie widzieli, o rozmowie nie wspominając. Jakim więc cudem znał jego imię i nazwisko?
Damien zauważył widocznie jego stupor, bo natychmiast sprostował:
- Słyszałem jak jakaś babka coś do ciebie gadała. Kiedyś tam. No i Toby'emu zdarza się gadać do siebie, zwłaszcza jak myśli, że nikt nie widzi. Idzie skojarzyć.  - Wzruszył ramionami, jakby była to najprostsza rzecz na świecie.
I dzięki temu, Jayden zaczynał powoli rozumieć to dziwne zainteresowanie Toby'ego.
Damien doprawdy był równie charyzmatyczną jak i dziwną osobą.
Uśmiechnął się szeroko, z rozbawieniem.
- Faktycznie, niezwykły z ciebie koleś.
- Dzięki? - Odpowiedział Damien, unosząc brew.
W sumie, nie żeby się nie zgadzał.
- Ale nie myśl, że dam ci jakąkolwiek ulgę za bycie psiapsiółką mojego słodziaka. Właściwie, mam ochotę na coś zupełnie przeciwnego.
- Chyba nie do końca rozumiem... - Przekrzywił głowę w zdziwieniu. Zupełnie nie załapał.
- Słodziaka, księcia, żony, doktorka. Ewentualnie Toby'ego. Jak zwał tak zwał. Mi lepiej idzie po zdrobnieniach, tym lepiej, że jego to denerwuje. - Wyszczerzył się, widząc, że Stoner nie wie co powiedzieć.
Więc wykonał jeszcze jeden skok. I następny.
Blondyn dopiero wtedy zdobył się na otworzenie ust i wydobycia z nich dźwięku, podobnego do zwykłego "och". Na prawdę nie łapał tych ludzi. Może dlatego wolał pracować z tymi dzieciakami?
- Rozumiem. - Wydukał wreszcie, drapiąc się po głowie.
Pacnął się lekko w głowę, przypominając sobie, po co właściwie tu przyszedł.
- Nie masz zamiaru się uspokoić, co?
- No... Nie. - Damien zatrzymał się, ponownie zwracając na niego uwagę. Nie do końca szło im to całe "dogadywanie się". Nawet jako pacjent i lekarz z korytarza.
- I nie chcesz być truty lekami?
- Szczerze ich nie lubię.
- Rozumiem. - Powiedział w zamyśleniu, patrząc się gdzieś w przestrzeń.
A gdy Damien już tracił tę swoją nikłą nadzieję na normalną rozmowę, blondyn podskoczył gwałtownie i zaczął iść korytarzem w tylko sobie znajomą drogę.
- E? Jayden?
- Momencik! - Zawołał na odchodne, odwracając się nieco. Jakby zapomniał, że był w trakcie rozmowy.
I zostawił Damiena w przekonaniu, że w tym ośrodku to nie tylko z pacjentami jest coś nie tak.

czwartek, 22 października 2015

Ezio x Altaïr - Bo miłość jest szalona.

Krótkie, bo krótkie. Bo w szkolę piszę. XD
Od razu mówię, że z tego nic nie będzie.
Choć powstanie~
***

Lubił na niego patrzeć. Nieważne jak bardzo dziwne i niedorzeczne to było.
Kochał te krótkie włosy, ledwo wystające poza kaptur, który zwykle nosił.
Kochał zgrabne ciało, a już zwłaszcza w lato, gdy mógł je do woli podziwiać bez zbędnego odzienia.
Nawet tą siła, z którą często karany był za głupotę i nieumyślność.
A już zwłaszcza kochał piękne, bursztynowe oczy, zazwyczaj poważne i skupione, jednak mimo wszystko cały czas tliły się w nich iskierki.
Iskierki skrywające prawdziwą nawałnicę.
Czasami nachylał się nad nim, szepcząc zawstydzające słowa, których nawet później nie pamiętał.
Liczył się tylko ten rumieniec i bursztynowe oczy, pozornie pełne wrogości.
A skrywające tą samą miłość, jaką darzył go Ezio.
Nawet uwagi nauczycieli, słowne czy pisemne, nie robiły na nim specjalnego wrażenia, a już na pewno go nie zatrzymywały. Skoro on i ten jego ognisty wzrok tego nie zrobili, to gdzieżby oni dali radę?
Umizgujące się dziewczyny dłużej nie miały znaczenia. Choć błysk zazdrości w jego oczach był niezastąpiony.
Ale mimo tego, że Ezio od czasu do czasu lubił pochlebić sobie tym uczuciem, to tak na prawdę tylko on miał tutaj znaczenie.
On, Altaïr.
Jego przystojny kolega z ławki.

RinHaru - Listy.

Fuck yeah, RinHaru. Ciekawe co z tego wyjdzie... 
Uwaga, mogę przez "chwilę" mieć zastój. Pozdrawiam szkołę. <3 
PS: Walentynkowo, ale mi się nie chce do lutego czekać. XD

***
Haruka obracał w palcach czerwoną kopertę, zupełnie normalnej wielkości.
Nie miał pojęcia co to mogło oznaczać. Zero podpisu od kogo to mogło być, ani zero danych nadawcy. Jedynie co na niej było, to ładnie, technicznie napisane imię, jego imię.
I dopiero w ten sposób mógł stwierdzić, że list był do niego, nie było innego sposobu. Sam rzadko dostawał cokolwiek pocztą, dlatego zdziwiło go to okropnie.
Położył kopertę na poduszce, przyglądając jej się podejrzliwie. Wreszcie, po kilku minutach bezczynnego siedzenia, Haru doszedł do wniosku, że nie ma to zamiaru wybuchnąć czy też pożreć mu kończyn, więc ponownie, bardzo delikatnie, ją podniósł i rozpakował.
Wyciągnął... Zwykły list.
Zmarszczył brwi, zafrasowany. List był koloru białego i wyglądał nadzwyczaj typowo. Natchnęło go coś, głupia myśl, ale...
Przecież dzisiaj były walentynki.
Potrząsnął głową, nawet nie zdając sobie sprawy, że jego policzki pokrywają się bladym rumieńcem. Przecież to niemożliwe, nigdy nie dostał walentynki... I co z tego, że miał piętnaście lat? Niektórzy dostawali już takową w wieku, na przykład, dwunastu.
Postanowił rozwiać swoje wątpliwości, czytając pierwszy akapit tekstu i...
Głęboko się zdziwił.
Bo to była walentynka.
Niemal upuścił ją z szoku. Czy to był jakiś żart?
Właśnie, żart!
Jednakże z każdym akapitem coraz bardziej w to wątpił, a jego twarz coraz bardziej oblewała się czerwienią.
Cóż, osoba w liście... Właściwie bardzo dobrze go znała. Wiedziała jakie jest jego ulubione jedzenie, uczucie do wody, możliwości, sytuacja w rodzinie...
"Oczy piękne i czyste niczym woda", tak pisała, zapewne wiedząc jak bardzo mu to pochlebia.
Rozejrzał się nieufnie i powąchał papier...
Pachniał dziwnie znajomo, ale Haru nie potrafił powiedzieć nic więcej.
Po prostu znajomo.
Od tej chili zapach listu kojarzył mu się z wodą, z domem, przyjaciółmi i dziwnym uczuciem w brzuchu.
Uczuciem jakiego właściwie jeszcze nie znał.
Tego wieczora jeszcze parę razy przeczytał list, rozkoszując się jego słowami i bawiąc wonią, zapominając nawet o codziennej, długiej kąpieli i usypiając z policzkiem do nań przyklejonym.
I pomimo tego, że rano czuł się tragicznie wręcz zawstydzony, to nie mógł opanować tego dziwnego uczucia.
Uczucia, przez dorosłych nazywanego miłością.

Młody Haruka już w wieku lat piętnastu poznał smak miłości prawdziwej, nie zauroczenia.
Nie było dnia, w którym by nie myślał o tajemniczym liście i jego właścicielu.
Jednak mimo mijających dni i miesięcy, nadawca nie ujawnił się.
Haruka poczuł się odrzucony. Pomyślał, że jednak ktoś z niego zażartował, a on jak głupi na to poszedł.
I już uwierzył w swoją wersję wydarzeń...
Gdy roku następnego pojawił się następny list.

Ten był bardziej... Dojrzały. Osoba ta, jakby odrzuciła nieco swój stres i uwolniła siebie. Pisała jak bardzo chciałaby "ujawnić rąbka tajemnicy", opisywać swój dzień, ale...
"Nie była jeszcze gotowa"
Haruka nie wiedział co to oznacza, ale był cierpliwy. W tym liście osoba wyjaśniła, że nie może pisać codziennie i nawet od święta nie powinna, ale mimo to, nie mogła się powstrzymać.
Upominała Harukę, żeby nie kąpał się za długo, na zimę zakładał ciepłe rzeczy i ogólnie dbał o siebie jak może, dopóki nie przyjedzie. Bo wtedy będzie mogła sama się nim zająć.
A Haru czytał wszystko z drobnym uśmiechem i wypiekami na twarzy.
Tym razem wiedział już, że na pewno lubił tę osobę... Bardzo lubił tę osobę. I chciał jej odpisać, by również o siebie dbała, ale i tym razem nie było żadnego adresu, więc musiał tylko pożyczyć to w myślach.
List pachniał prawie tak samo jak rok temu. Tylko drobne zmiany.
Ale mu nie przeszkadzały. Wyglądało to, jakby list i jego zapach zmieniały się razem z Haruką.
I razem z piszącym.
Tym razem Haru nie zapomniał o kąpieli, bo nie chciał zawieść tajemniczej osoby. Szybko się umył i przebrał w piżamę, a wchodząc pod kołdrę i gasząc lampkę nocną, wdychał zapach jego białego liściku w czerwonej kopercie.

Haru raczej nie był typem romantyka, a już na pewno nie takiego, który zakochałby się w zwykłej kartce papieru. Nie, Haruka Nanase był realistą.
Realistą bez marzeń.
Więc nie był typem osoby, która zwyczajnie dla takiej "kartki papieru" okłamałaby przyjaciela.
A jednak, zrobił to.
Ponieważ gdy widział list, czuł jego zapach, wyobrażał sobie jego strukturę...
Czuł się... Szczęśliwy.
Niemalże uśmiechał się delikatnie, czym wprawiał Makoto, jak i siebie zresztą, w niesamowite zdziwienie. Tachibana próbował jakoś zacząć temat, ale Haru tym razem nie był skory do zwierzeń.
Istnienie listów miało zostać jego sekretem, tajemnicą.
Dlatego kłamał, że nic się nie zmieniło.
Pomimo tego, że Makoto mógłby pomóc mu z paroma (o ile nie z wszystkimi) odpowiedziami, dalej milczał i brnął w zaparte.
Może i było to głupie, ale bał się.
Bał się, że po zdradzeniu sekretu, listy przestaną przychodzić.
Były jego malutką magią, chwilową wolnością, nawet mocniejszą niż pływanie.
Nie chciał tego zepsuć.
Przepraszał więc w myślach swego przyjaciela za te wszystkie niedomówienia... Pierwszy raz coś tak prozaicznego podzieliło w pewien sposób ich i ich przyjaźń.
Haruka miał wyrzuty sumienia.
Nienawidził kłamać.

Trzeci list był czymś odmiennym. Tym razem osoba napisała coś o sobie - jak to jest zmęczona swoim życiem. Że jest całkiem samotna i zapracowana, zestresowana. Haruka zmartwił się, co się teraz stanie? Chciał porozmawiać z osobą, dać jej się w spokoju wyżalić, zapewnić spokój.
Ale nie mógł nic zrobić.
Adresat napisał też coś zupełnie innego.
Że w chwilach totalnego załamania przypomina sobie Harukę. Jak bardzo kochała jego i jak bardzo kochała jego obecność.
I jak bardzo za nim tęskni.
Haruka przesiąknięty był beznadziejną bezsilnością.
Nienawidził bezsilności.
Ze zdenerwowania nie doczytał kolejnej połowy listu i zaczął chodzić po pokoju. Dopiero po chwili był w stanie kontynuować.
"Wiem, że już niedługo nadejdzie ta chwila, Haru.", pisało wyraźnie. Nanase zdziwił się okropnie. Czuł, że znowu przepełniają go różnego rodzaju emocje.
Już niedługo? Ta chwila?
Co to miało znaczyć?
Haru nie wiedział.
Ale jak bardzo chciał się dowiedzieć!
List zakończył się krótkim "Do zobaczenia".
Do zobaczenia, pomyślał Haru z ekscytacją.
Więc będą mieli szansę się zobaczyć.

Przez najbliższy czas od listu, Haru czuwał. Oczekiwał na spotkanie z osobą.
Jednak ono nie nadeszło.
Każdy dzień wprawiał go w uczucie nadziei nad ranem i desperacji pod wieczór.
Czemu nic się nie działo?!
Nawet nie widział nikogo "niezwykłego". Było po prostu tak samo jak zawsze.
Tak samo nijako.
Gdy minął grudzień, Haru postanowił być bardziej cierpliwy.
Kiedy czas nadejdzie, spotkają się.

Drugi rok szkolny przyniósł wiele nowych "atrakcji".
Spotkanie Nagisy, kółko pływackie, poznanie Reia, przyjazd Rina, zawody i ponownie pojednanie przyjaciół.
No właśnie... Wstyd się przyznać, ale przez to wszystko Haruka trochę zapomniał o liście. Po prostu nie miał czasu o nim myśleć. Po treningach był wykończony i od razu zasypiał, a w czasie wolnym zazwyczaj martwił się o Rina.
Właśnie... Rin.
Rin stał się przyjacielem Haruki... Przyjacielem...
I powodem dla którego Nanase nieco zapomniał o listach.
Oczywiście, były one dla niego ważne, ale... Stały się taką... Straconą nadzieją, wspomnieniem z dzieciństwa.
Rin był tutaj, a Haru... Był nim zainteresowany. A gdzie osoba? Gdzie ona była? Przecież obiecała się z nim spotkać, a tymczasem... Dalej nie było odzewu. Już raz właściwie złamała mu serce, obiecując spotkanie i naglę znikając.
Haruka zdążył odkryć, że za bardzo zainteresowany jest swoim przyjacielem, a osoba na to nic. Pomimo, że go znała.
Czyżby straciła zainteresowanie? Po kilku latach, tak po prostu?
Mimo to, Haru obiecał być cierpliwy.
Ale tym razem obiecał również nie czekać zbyt długo.

Pomarańczowe liście zdążyły zamienić się w biały śnieg, a przelotne opady deszczu w te śniegowe.
Odzewu nie było. Nic nie było.
Do czasu.
Przychodząc do domu, Haruka odkrył coś... A właściwie kogoś, u drzwi jego domu.
Rin.
Rin z czerwoną kopertą w dłoni.
Krew Nanase zawrzała w jego żyłach, poczuł ogromny przepływ emocji.
Bez słowa podszedł do Rina, nie zmieniając wcale wyrazu twarzy.
- H-Haru... Ja mogę wytłumaczyć... - Zaczął Rin, ale Nanase natychmiast mu przerwał.
- Czy to wszystko to był jakiś wielki żart? - Haru naprawdę nie chciał zdradzić żadnych emocji. Mógł opanować twarz, nie było w tym problemu.
Ale w głosie zabrzmiał żal.
Musiał jednak zdradzić za dużo. Rin zamarł, patrząc na niego z zaskoczeniem.
Haru nie mógł patrzeć.
Zwyczajnie uciekł, ignorując nawoływania. Nie chciał wracać do domu.
Przynajmniej nie do swojego.
Dysząc wściekle, zapukał do domu Makoto. Tamten otworzył drzwi z uśmiechem, który zmienił się w zmartwienie zaraz po tym, gdy zobaczył Harukę. Nie pytając o nic, prawie wepchnął go do domu. Wpuścił go i odgonił swoje rodzeństwo, po drodze dając Harucę koc i chusteczki. Haruka przez chwilę nie wiedział dlaczego.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że z jego oczu leciały łzy.
Nawet nie wiedział kiedy to się zaczęło. Zamiast wytrzeć oczy, skrył jednak twarz w dłoniach.
Teraz nie mógł przestać.
Usłyszał tylko zatrzaskiwanie drzwi i poczuł delikatny dotyk na włosach.
- Haru, co się stało? - Spytał Makoto, zupełnie niepewny co zrobić. Nie pamiętał, by widział Harukę w tym stanie. Właściwie, w ogóle nie widział go płaczącego.
Przez dłuższą chwilę nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Żadnego dźwięku.
I gdy już miał zamiar zapytać ponownie, Haru odpowiedział.
Miał dosyć kłamstw.
Opowiedział Makoto o wszystkim. Od pierwszego listu, przez zakochanie w Rinie do przyłapania go z kopertą.
Makoto wysłuchał wszystkiego dokładnie i jego emocje nie zmieniły się właściwie wcale, mimo tego całego wywodu, dalej był zwyczajnie zmartwiony. Na końcu dał Haruce znów się po prostu poryczeć, a sam zmarszczył brwi.
- Musisz porozmawiać z Rinem. - Powiedział i kontynuował, nie dając Nanase dojść do słowa. - Zrobisz to kiedy tylko chcesz, musisz to przemyśleć. Haru, jestem pewien, że Rin nie chciał i nie chce cię skrzywdzić. - Chwilę potem wyszedł, mówiąc Haruce, że idzie zrobić coś do picia i wziąć prysznic. A Haru, pomimo starań, usnął.
Był wykończony.

Obudził się rano i nie znalazł wcale Makoto w pokoju. Wstał i już chciał go zawołać, gdy to zauważył.
W pokoju była czerwona koperta.
Na początku Haru był zły. Co Makoto wyobrażał sobie przynosząc to tu od tak, jakby nic się nie stało?!
Ale mimo wszystko... Nie mógł opanować ciekawości.
Złapał kopertę w palce. Co to miało być? Żart czy...
Był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.
Otworzył kopertę, niepewnie czytając pierwszy akapit tekstu.
I mimo wszystko, dalej była to walentynka. Znów... Inna...
Osoba już tu była. Była blisko. Dotrzymała obietnicy, spotkali się. Sama tak stwierdziła!
Przepraszała za swą nieśmiałość. Twierdziła, że to Haru ją uratował.
Zakończona była najprawdziwszym wyznaniem, powodując u Haruki te dziwne uczucie w brzuchu i rumieniec na twarzy.
A na samym dole, koślawym i jakby mniej starannym pismem dopisane było;
"Myślę, że już teraz wiesz kim jestem..."
Haruka zdziwił się. Porządnie się zdziwił, automatycznie spojrzał na kopertę.
Na niej, równie koślawym pismem, tuż pod jego imieniem i nazwiskiem napisane były tylko dwa słowa.
"Rin Matsuoka"
Czerwona koperta, kilka lat historii, cały smutek, cała miłość...
Więc Rin go kochał? Przez ten cały czas... Przez ten cały czas to Rin?
Haru poczuł się szczęśliwy. Na prawdę szczęśliwy. Bardziej szczęśliwy niż podczas pływania, bardziej niż podczas zakopywania kapsuły.
I bardziej niż podczas wygranej zawodów.
Czuł jak uśmiech automatycznie formuję się na jego twarzy.
Cóż, bezsprzecznie musi podziękować Makoto...

Rin obudził się, dzień po walentynkach. Mimo wszechobecnego "szczęścia" i pozytywnej energii, on czuł się jakby zaraz miał się rozpłakać.
Mimo to, nie mógł za bardzo martwić Nitoriego, przecież już wczoraj nieźle go przestraszył...
Wstał, przeciągając się leniwie. Na prawdę nie miał ochoty na codzienne bieganie.
Zauważył coś dziwnego. Na początku myślał, że porządnie zaspał, ale pora dalej była względnie poranna.
Problem leżał w tym, że samego Nitoriego w pokoju nie było, a przecież zazwyczaj albo sam musiał go budzić, albo szarowłosy już z rana go "oblepiał" swoją obecnością.
Teraz gdy wstał, zauważył jednak coś jeszcze dziwniejszego.
Na jego łóżku leżała koperta.
Myślał przez chwilę, że to nie do niego, ale... Leżała przecież na jego łóżku.
Postanowił ją otworzyć. Był pewien, że jeśli to Nitoriego, to tamten i tak na niego nie nakrzyczy, a w dodatku nie powinien robić bałaganu w nieswoich rzeczach. W sumie, w swoich też nie, ale z tym Rin nie był w stanie nic zrobić.
Obrócił kopertę, szukając nadawcy, jednak nic na niej nie było.
Była ona pięknego lazurowego koloru, przypominająca... Kogoś, kogo Rin nie chciał w tej chwili pamiętać.
Otworzył ją ostrożnie, by za bardzo nie potargać brzegów. W środku była, złożona na pół biała kartka, którą Rin bezzwłocznie otworzył.
Wiadomość była krótka, ale sprawiła, że łzy zawirowały mu w oczach, a on wyskoczył z łóżka jak poparzony, ubierając się i prawie zapominając, że na zewnątrz szaleje zima.
Wybiegł z pokoju, nawet nie do końca zakładając kurtkę, zostawiając otwarty list na łóżku.
List z jedynie czterema słowami.
"Też cię kocham, Rin."

niedziela, 18 października 2015

Ogłoszenia, okazało się, że trzy. (Poprawianie, tłumaczenie, galeria)

Sup? Tu Anonimek/Anon z... Ogłoszeniami. Iloma to wyjdzie w praniu. [*]
Otóż (dzieląc to po ludzku):
1. Razem z Alex chyba będziemy poprawiać stare rozdziały naszych opowiadań, bo jak łatwo zauważyć, ssą. Mówię chyba, bo nie wiem jak Alex, ja już zaczęłam coś robić.
2. Zastanawiam się nad dodaniem do bloga opowiadań tłumaczonych. Jako iż sama jaram się tym zajęciem, a nie mam zbyt dużo do roboty (bo nikt mnie nie chce *sad face*), to zazwyczaj tłumaczę wikię, ale w sumie fajnie by było zająć się opowiadaniami. No i polska górą! (Taa... Jak ktoś coś by chciał to śmiało... Ale najlepiej z już uzyskaną zgodą, bo samo to może sporo potrwać)
3. Chciałabym z boku dodać galerię tego, co jest na blogu, aczkolwiek... Jeśli na przykład miałabym rysować po jednym obrazku do każdego opowiadania (których przybywa), to bym chyba umarła, także... Pomyślę i się postaram. W każdym razie, fajnie by było. (XD)

No i oczywiście wyśmienicie by było, gdybyśmy dostawały więcej komentarzy, bo to naprawdę podbudowuję na duchu. Z góry dzięki. ^^"

Totalna psychoza - Część 2.

Yeah, druga część... Kurna, miałam więcej pisać! Muszę wreszcie rąbnąć się w łeb i zacząć pracować. XD
Staram się ogólnie robić dłuższe notki, ale wychodzi jak wychodzi, czyli wcale. Miała być dłuższa część, ale postanowiłam, że dzielenie tego w ten sposób jest bardziej sensowne. 
Cóż, łapcie wpis, a ja lecę harować dalej. Bye! 
***
Nie mogłem zapomnieć.
Nieważne jak bardzo chciałem uszanować wolę Olivera, nic to nie dawało. W pół świadomie oglądałem każde oglądałem każde wiadomości, szukając informacji o nim... Jakiejkolwiek informacji. Jego złapania, następnego morderstwa, zupełnie czegokolwiek.
Jednak media milczały.
Po czasie zacząłem przeglądać stare zdjęcia klasowe, podchodziłem pod sam dom Carterów (który stał się jako taką atrakcją) i czytałem ten cholerny list.
Codziennie i codziennie, to była moja rutyna, czułem się jakbym powoli świrował.
Tego dnia, przed szkołą (wyższą już niż gimnazjum) znowu oglądałem wiadomości, nie spodziewając się niczego nadzwyczajnego.
Cóż, nigdy nie byłem dobry w przewidywaniu przeszłości.
Nieco mrużąc oczy, zacząłem czytać nagłą wiadomość z paska.
"Kolejne morderstwo ma obszarze..."
Cholera, czyżby?
Mimo wszystko nie miałem czasu na włączenie komputera, więc szybko złapałem telefon i torbę, i wyszedłem z domu. Idąc do szkoły przeglądałem internet w poszukiwaniu... Czegoś. Jakiegoś dowodu udowadniającego lub zaprzeczeniu idei, że to Oliver. Jakiś na pewno musiał być, taki już był "styl" tych "seryjnych".
Oczywiście o ile media raczyły zapisać jakieś szczegóły, bo na razie się nie zapowiadało.
Spokojnie szedłem przez ulicę, w sumie nie zwracając uwagi na otoczenie. Jak mnie przejedzie, to przynajmniej będę miał spokój z tą obsesją.
Jednakże przeznaczenie niewyjątkowo mnie ominęło i dotarłem do szkoły, lekko się denerwując.
Kuźwa, czy w tym kraju naprawdę trzeba używać jakiś nieziemskich haków, żeby uzyskać jakiekolwiek informacje?
Lekcja lekcją, ale szczerze miałem głęboko w poważaniu jej trwanie.
Zabawne, kiedyś pouczałem Olivera na ten temat...
Ups, i znowu i nim myślę.
Tak czy inaczej, uważam, że ważniejszą rzeczą jest znalezienie tego małego zabijaki, niżby nauczenie się na test z matmy.
Kiedy już traciłem nadzieję na łatwe zweryfikowanie sprawy, znalazłem się na jakiejś ciemnej stronce neta. Wiecie, jakieś zupełnie nielegalne gówno. Coś jak sprzedawanie dragów, tylko z większą ilością krwi i śmierci.
Na "ciemnej stronce" były jakieś amatorskie zdjęcia totalnej masakry. Serio, już samo patrzenie na to sprawiało, że zacząłem się zastanawiać co takiego jest w głowie sprawcy.
I z czym zostawili go ludzie.
Gwałtownie potrząsnąłem głową, wyganiając natrętne myśli. W sumie, zdziwiłem się, że "post" dodali je tak szybko po fakcie.
Niecierpliwie przejrzałem materiały i już zdążyłem mieć dosyć tych fantazji.
Krew, ciała, jeszcze trochę więcej krwi. No wspaniale, jakby śniadanie było mi niemiłe.
Ostatnie zdjęcie było jakimś krwawym napisem, krzywo nabazgranym na ścianie. Rozpisałem go na kartce i zamknąłem przeglądarkę, szybko chowając telefon do kieszeni.
W samą porę, bo już się babka zaczęła dziwnie patrzeć, uśmiechnąłem się do niej czarująco (albo przynajmniej próbowałem). Wróciła do tablicy, a ja skupiłem się na szyfrze, który okazał się być stosunkowo prosty. Wnioskuję po tym, że umiałem go rozwiązać (bo nie ma to być szczerym ze sobą!).
29 21 31 23 18 26 7 6 20 26 9 7 26 16 - wystarczyło odwrócić alfabet, by "z" było pierwszą literą i, chociaż miałem malutkie problemy ze zlokalizowaniem odstępów, reszta poszła łatwo (znowu, tylko dopasować najczęściej używane szyfry), a hasłem okazało się być...
"Ciągle tu jestem"
Serce zabiło mi szybciej, a usta same uformowały się w szeroki uśmiech.
I to dopiero jest znalezisko.
***
Musiałem łazić po szkole z jakimś wielkim zacieszem, bo co chwile byłem zaczepiany i wypytywany przez innych, co takiego się stało.
I pomimo tego, że miałem ochotę chichotać jak świr i skakać z radości, to w miarę spokojnie odpowiadałem, że po prostu mam dobry humor. Jedyna rzecz, jaka mnie martwiła, to...
Jak znaleźć (prawdopodobnie) samotnego siedemnastolatka w całym, średnio-dużym mieście? Oczywiście zakładając, że jeszcze się nie przemieścił.
No właśnie, musiałby chyba przeszukiwać owe miasto centymetr po centymetrze, uwzględniając kanały, opuszczone rudery i drobne mieszkanka... Albo podglądać kamery i liczyć, że Oliver jakimś cudem się w nią złapie i rzuci mu się w oczy.
No właśnie, szanse miał praktycznie żadne... W sumie, prawie żadne, bo większe niż wcześniej, ale to tak naprawdę było niczym. Jego dobry humor wyparował w jednej chwili, na co właściwie liczył?
Jaki miał wybór? 
Rozwieszenie plakatów? Zgłoszenie zaginięcia?
Obie opcje odpadały z prostych powodów;
1. Tylko by go to spłoszyło.
2. Zaginięcie już zostało zgłoszone. A nawet możliwe popełnienie morderstwa.
No i dalej nic. Mój kochany karzełek zapadł się pod ziemię.
Uśmiechnąłem się krzywo i zupełnie do siebie. Walić reputację, i tak mam za wysoką. O cyniczny świecie, czemu teraz?
Wróciłem do domu, w sumie dalej nie wiedząc co zrobić. Jak ten ostatni debil, wyszukiwałem w google "jak znaleźć kogoś w mieście".
Serio.
Tak, wiem, jestem kretynem.
Więc zamiast tego dalej szukałem jakiś dowodów na miejscu zbrodni. Nie ma szans, że teraz odpuszczę.
Nie, nie był szans, żebym w ogóle odpuścił.
Kuźwa, pomyśleć, że w gimnazjum byłem na tyle "posłuszny", żeby zostawić to tak w spokoju.
Ale wyrosłem.
Na prawdę wyrosłem.
I tym razem nie mam zamiaru się porządkować, tylko go dorwać, choćby nie wiem co.
Niestety, nic już więcej nie zostawił.
Pewnie zrobił to właśnie na wypadek gdybym go szukał i totalnie już bzikował.
Cóż, nie żeby się mylił.
A co jeśli zrobił to, żeby uspokoić samego siebie? Co jeśli nie może przyjąć do wiadomości, że mogę ułożyć sobie życie bez niego?
Niby mógłbym go nazwać egoistą, ale się nie pomylił. Totalnie zbzikowałem na jego punkcie.
Co nie zmienia faktu, że dalej nie miałem pojęcia co zrobić.
No więc, zamiast zrobić coś sensownego, posłuchałem serca.
Ponownie, jak wielki kretyn, ale przynajmniej coś zrobiłem. A jak to mówią, "głupi ma zawsze szczęście", więc kto wie, może się uda?
Pozdrawia was obecny właściciel biletu do wielkiego miasta pełnego ludzi i poszukiwacz jednego małego ludzika w tym samym mieście.
Cóż, mała cholero, twój stalker po ciebie jedzie i wcale nie uważa twojego uroczego najścia za ostateczne pożegnanie.
I nie ma zamiaru dawać ci więcej uciekać.

niedziela, 11 października 2015

PurpleMike - Nuda, gorąco i kanapa.

Dat tytuł. XD
Spróbuję z tego zrobić komedię... Ciekawe jak wyjdzie...
***
Nudziło im się. 
Tak bardzo im się nudziło.
Nie spodziewali się, że jest to w ogóle możliwe. Jakim cudem wrogowie, którzy do tej pory przy każdej okazji skakali sobie do gardeł, egzystowali spokojnie w jednym pokoju?
Mało tego, siedzieli na jednej kanapie, gapiąc się na siebie i stykając się nogami.
Cóż, trzydzieści ponad stopni w cieniu mogło być dobrym powodem do zachowania spokoju.
- Weź te giry, trupie. - warknął Mike, zadziwiająco lekko kopiąc swojego "przyjaciela" w piszczel. - Gorąco jest, nie czujesz?
- Trupy są zimne. - Odpowiedział wyjątkowo inteligentnie Vincent. Zapewne wiedział z doświadczenia, przecież nikt nie podejrzewałby u niego możliwości posiadania "wiedzy".
- Ty, wyjątkowo, nie. - Odparował równie mądrze Schmidt.
- Sugerujesz, że jestem gorący?
- Sugerujesz, że jestem ślepy? - Mike tracił cierpliwość (późno toć). Gdyby nie ten upał... Och, gdyby nie ten upał... Vincent już dawno zbierałby swoje szczątki (i szczęki) ze ściany.
Przynajmniej takie było jego zdanie w tej jakże zajmującej sprawie... Vincent zapewne miałby inne.
- Tak, tak. - mruknął (nie)zainteresowany, wyciągając się jeszcze bardziej i dobitnie pokazując, że ma niesamowicie gdzieś jakkiekolwiek słowa i groźby drugiego "kanapowca". Tamten natomiast nie miał najmniejszej siły i ochoty ruszyć swego zgrabnego zada, żeby coś z tym zrobić.
- Hej, Mikey~
- Co? - Jak nie trudno zgadnąć, pan "zgrabny zad" nie znosił tego zdrobnienia. I dlatego taki na przykład fioletowy go uwielbiał i tak często, i gęsto się do niego nim zwracał.
- Jak się tak zastanowię, to nie jesteś taki zły, wiesz? - No to się chyba za długo zastanawiał, bo to był ten moment...
Moment, w którym świat zatrzymał, zawalił i zwalił (niczym samotny nolife) się we wszystkim co robił.
Ptaszki przestały śpiewać, wiatr wiać, Ziemia obracać się, a Słoneczko spierdoliło do Niemiec na ogórki. 
W skrócie, kurwa no nie, Boże czy ty to widzisz? Czy był to jakiś PRZEPIĘKNY i równie walnięty sen?
- Vincent, zjebie, majaczysz. - jęknął Mike, odchylając głowę do tyłu, czym wprawił wspomnianego o głupkowaty chichot.
- Ty już przy mówieniu zaczynasz jęczeć?  - I dostał z kopa. Miał jednak farta , że strzał minął bramkę, bo by do końca życia nie zabawił w ciekawe i zajmujące gierki.
Zaległa cisza, podczas której Mike kontemplował nad sensem życia i powodem, dlaczego Vincent jest psychicznym idiotą, a Vincent... Cóż, powiedzmy, że cieszył się obszernością swej wyobraźni z zaprawdę filozoficzną miną.
Chwilę spróbował pomyśleć nad czymś nie związanym z ptaszkami i arbuzami, i...
- Ej, Mike, co byś powiedział na to, żebym na tej cudnej kanapie przeleciał Scotta? - No i mu nie wyszło.
Schmidt wzniósł oczy ku niebu (czyżby dziura w suficie?) i poczuł się dziwie urażony pytaniem.
- A co mnie to? To twój przyjaciel i twoje idiotyczno-wkurzające zagrywki. - Chwila momencik, minutka, sekundka... Urażony? Czym? Przecież fioletowy ta sama zboczona świnia co zawsze.
- A Fritza? - Mike przygryzł wargę, czując specyficzną falę ulgo-urażenia.
- Jak lecisz na rudych piegusów...
- A Jeremy'ego?
- Ej! - I tym razem się nie powstrzymywał, na twarzy Schmidta wykwitł wielki, wypielęgnowany bulwers. - Od niego to się odwal, dobra?! - I strzelił i... Nie goal.
Cóż, niech się jeszcze Vincent pocieszy.
- Nie dobra... - westchnął fioletowy, łapiąc go za łydkę. Pomyślał chwilę intensywnie. Nad jego głową prawie można było dostrzec malutki znaczek buforowania. - A ciebie?
- Hej hej hej! - Mike z niesamowitą agresją się wyrwał. Się chciał wyrwać... - Puszczaj! Nie mam zamiaru zostawać w tym miejscu ani chwili dłużej! - Szarpnął znowu, ale Vincent tylko wzmocnił uścisk, widocznie doznawszy swojej sadystyczno-zboczonej supermocy, ani myślał puścić takiej seksownej pychotki.
- Coś się taki żywiołowy zrobił? Nie gorąco ci? - Zachichotał, zawisając nad poddenerwowanym Schmidtem. - Bo się zaraz zroobi~~ - Mike mógł poczuć na twarzy ciepły oddech i kolano zdecydowanie za blisko swojego krocza. Wniosek? Przestrzeń osobista dawno poszła się chędożyć z Vincentem.
Stop, to idzie w złą stronę.
- Bo wyprowadzasz mnie z równowagi. - Się szlachta znalazła. Mike, nawet jako "pozycja dolna", nie miał zamiaru się poddawać i rozwalił się niczym ukraiński alfons.
- Ty mnie prowokujesz, co?
- Tak. Bo marzę o tym, by być przerżniętym przez fioletowego jebakę na małej kanapie, przy cholernych czterdziestu stopniach. - Zironizował.
Ale doszedł do wniosku, że chyba jednak nie powinien, a z Vincentem nigdy nic nie wiadomo, bo tamten bezwstydnie położył łeb na jego klacie, wkładając mu ręce pod plecy. No, sytuacja za ciekawa nie była. Co on, prywatna poduszka? Zdecydowanie nie.
Zazwyczaj...
Więc szarpnął oponenta za włosy, zwracając na siebie znikomą uwagę. - Wali ci?
- Jeszcze nie. - "Fioletowy zbok" zdecydowanie za bardzo wmruczał się w jego ciało.
I co teraz, walka z kretesem?
Mimo wszystko, Mike poczuł niesamowitą irytację. Najpierw będzie gadał o rżnięciu połowy populacji jego znajomych, a teraz będzie się do niego kleił?
- Mówiłem, żebyś mnie puścił. Nie słyszałeś, kretynie? - Poczuł się jak ostatnia ciota. Nie dość, że się dawał, to jeszcze teraz miał ochotę się rozryczeć.
Nie przez animatroniki, nie przez śmierć najbliższych, tylko przez zwykłą, pedalską szumowinę.
Vincent podniósł wzrok z niedowierzaniem i zadziwiająco delikatnie go pocałował.
Mike w tej chwili naprawdę potrzebował ewakuacji. Czuł, że jest na krawędzi, a przecież nie będzie się rozklejał przy Vincentcie. Szczególnie nie przy nim.
- Nie płacz głupku, przecież żartowałem z tą kanapą. Nie spałem z nikim od kiedy zacząłem to coś z tobą. - Pocałował go w szyję. - Mój mały potworek, jeśli ja bym cię nie pokochał, to kto by miał tą szansę, hm? - I się poryczał. To było nie fair.
- Dupek. Cholerny, niewyżyty dupek. Nienawidzę cię.
- Mike, ja wiem, że...
- Kocham cię, kurwa. Nienawidzę, cię tak mocno, cholerny dupku, że... Się zakochałem się. - Zaczął się śmiać. Oddychał mocniej, próbując się uspokoić, przy okazji wdychał mocny zapach Vincenta.
Nienawidził go.
Kochał go.
I zdecydowanie miał ochotę mu przyłożyć.
Zmierzwił długie kosmyki i przymknął oczy.
- Nie żartuję, zabiję cię. - Powiedział zupełnie spokojnie. - Ale do tego czasu... Nie ruszaj się. Nie ruszaj cię, bo wtedy zupełnie cię zmasakruję. - Vincent pokręcił głową, nie do końca jeszcze rozumiejąc zachowania Mike'a, ale... Przecież tak było ciekawiej.
- Jak wolisz, panie Schmidt. - mruknął, przymykając oczy.
I nie potrzebowali nawet dwóch minut, żeby pogrążyć się w głębokim śnie.

***
Wyszło coś dziwno-słodko-gorzkiego... No cóż, nie miałam pojęcia co z tym zrobić i... Chyba to widać. [*]
Anyway, mam nadzieję, że jakoś się spodobało, to moje dziwne OTP.

środa, 7 października 2015

Totalna psychoza - Część 1.

Robię z tego yaoi, tralala~~
To wina Alex, tralala~~
I muszą ją dogonić z ilością opek, tralala~~ BD

***

Nie mogę w żaden sposób udowodnić jego istnienia, czy też obecności w moim życiu, ale jednego jestem pewien – nie jestem szalony. Doskonale pamiętam jego wygląd, okrągłą twarz bez żadnych znaków szczególnych.
Pamiętam każdy najmniejszy szczegół jego wyglądu i jestem pewien, że gdybym był chociaż trochę lepszym rysownikiem, to bez problemu odtworzyłbym go na kartce papieru, ale jako iż moje umiejętności są raczej niskie, to przynajmniej opiszę go tutaj, moje najciekawsze chwile spędzone z tą niezwykłą osobą.


Na początku muszę jeszcze zaznaczyć – nie pasuje on do końca do wszystkich postaci tak starannie tu opisywanych, dla mnie był bardziej realny. I właśnie przez to mnie przerażał.

Nie potrafię sobie przypomnieć naszego pierwszego spotkania, ale podejrzewam, że było to pierwszego września roku 2010, bo właśnie przestąpiłem próg gimnazjum i wplątałem się w tamtejsze problemy. I tu pojawia się mój kolejny, osobisty dowód na istnienie Olivera Cartera. Otóż jego nazwisko widniało na liście osób wyczytanych, a i ludzie zwracali się do niego normalnie.
Ale nie tak jak on do nich.

W tym miejscu przerwę na chwilę, ale muszę to wyjaśnić, by kontynuować. Moja rodzina należy do tych... Nieciekawych. Może nie jest to jakaś ogromna patologia, ale byłem na tyle samotny, że w szkole próbowałem w jakikolwiek sposób zwracać uwagę moich, niezbyt przyjemnych, kolegów.
I tu kolejny powód, dla którego w ogóle nie kojarzyłem Olivera – nigdy ani mi nie dokuczał, ani nie bronił, był cieniem, który stał z boku i obserwował.
Cóż, może gdyby któryś z nas wtedy coś zrobił, to nie musiałbym tego pisać... Ale nikt nie zrobił nic...

Nasza pierwsza rozmowa odbyła się, bodajże, pod koniec marca, roku 2011.
Dziwne nie? Przez ten czas nie zamieniłem ani jednego zdania z kolegą z klasy. Wtedy to stanąłem obok niego i patrząc na „szkolną parę”, nieświadomie wypowiedziałem słowa „Też bym chciał mieć taką dziewczynę”. Tego co odpowiedział, nie zapomnę.
„Daje im trzy dni”
Spojrzałem na niego w kompletnym szoku. Nie widzieli za sobą świata, czemu mieliby się rozstać?
Ale był taki pewny siebie. Patrzał tylko zimnym wzrokiem prosto w tamte dwie osoby, po czym wzruszył ramionami i ruszył korytarzem.
Nie wiedziałem czy się śmiać, czy żałować człowieka. Doprawdy, dziwna osoba. Ostatecznie machnąłem na to ręką i wróciłem do swoich zajęć.

Dlatego nigdy nie zapomnę co stało się dokładnie trzy dni później. Informacja o ich rozstaniu rozbiegła się po szkole z taką prędkością, że nie dało się nie usłyszeć zdziwionych szeptów. Wtedy też postanowiłem znaleźć Olivera i zapytać, jakże banalne pytanie „Skąd wiedziałeś?”. Lecz zanim zdążyłem to zrobić, on zbył mnie słowami „Po prostu znam się na ludziach”.

Próbowałem go zagadać raz za razem, a on odpowiadał, pomimo że wyraźnie zaczynałem go irytować. Nie mogłem przestać, po prostu musiałem wiedzieć, co jest grane.
Nie dowiedziałem się.

A przynajmniej do połowy kwietnia.

W połowie kwietnia pewna dwójka przesadziła z „zaczepkami” i w efekcie leżałem półprzytomny na ziemi, modląc się o pomoc. Ale moich wołań nie usłyszał anioł, ale raczej sam szatan.
„Może zostawicie go już w spokoju, hmm?” Usłyszałem głos, którego mimo wszystko nie mogłem pomylić z żadnym innym.
„Tylko co na to może zdziałać taki kurdupel?” Tak, wyjęli mi to wprost z myśli. Tak, Oliver był niski. Nawet bardzo niski. Mógł mieć najwyżej metr sześćdziesiąt i ważyć z pięćdziesiąt kilo. Dlatego zawsze się dziwiłem, że nie jest wyśmiewany.
Może to przez tę niesamowitą aurę mówiącą „lepiej zostaw mnie w spokoju”? W każdym razie, stało się coś dziwnego. Oliver totalnie ich pobił. Tak, on sam również ostro oberwał, ale wyglądał, jakby nawet się tym nie przejmował, jakby to była codzienność.
„Rusz się. Może ich załatwiłem, ale znam swoje możliwości.” Warknął, chociaż łatwo dało się poznać, że wcale nie jest zły. Z niemałym trudem wstałem i razem udaliśmy się do miejsca, które według niego było bezpieczne. No cóż, mi opuszczony domek, który wyglądał, jakby zaraz miał się rozpaść wcale nie wyglądał bezpiecznie, ale to wszystko chyba zależy od punktu widzenia. Pamiętam, że wtedy się śmiał z tego co powiedziałem... Może było to coś w stylu „Czy ty jesteś demonem?”, nie wiem.
Pamiętam tylko do dziwne uczucie, kiedy się śmiał. To nie był normalny śmiech, to był śmiech człowieka zmęczonego i bynajmniej chodzi mi tu o walkę.
Wyglądał, jak człowiek w poważnej depresji, chory. Podkrążone zielone oczy, na które opadała za długa grzywka, rozkopane brązowe włosy do łopatek, pogniecione i średniej jakości, nieco za długie ubrania i chorobliwie blada, niemal szara skóra. Może to było powodem tego, że ludzie raczej się do niego nie odzywali?
Cóż, myślę, że to raczej nieistotne.

Istotne jest to, że przez moją wpadkę pozwolił mi w pewien sposób wejść do swojego świata.

Świata chłodnych kalkulacji i wrogich uczuć.

Uwierzcie mi, jego przemyślenia nie mogły być w jakikolwiek sposób normalne, ale nie potrafiłem też konkretnie wskazać, co z nimi jest nie tak. To tak, jakbyś zobaczył na drodze zdechłego kota, z flakami na wierzchu i zastanawiał się, czy to robota psa, czy też samochodu.

Wiem tylko, że każde jego spostrzeżenie było trafne.

Jak się wkrótce potem dowiedziałem, była to zasługa jego niebywałej inteligencji i pamięci. To były jego zalety i asy w rękawie, bo minusy były widoczne na pierwszy rzut oka. Pomimo tego, że wtedy pobił tych gości, jak sam stwierdził, był to „szczęśliwy traf”, bo fizycznie faktycznie był dosyć słaby. Sam nigdy nie byłem dobry ze sportów, ale z łatwością pokonywałem go w, na przykład, siłowaniu na rękę.

Jakby geniusz został zamknięty w ciele małego dziecka.

Cóż, gdy wspominam Olivera, to jedno wspomnienie wręcz świeci na tle innych. Mniej więcej w czerwcu, roku 2011 nie mogłem znaleźć go na terenie szkoły. Myślałem już, że znowu uciekł, gdy nagle przypomniałem sobie o istnieniu pewnego miejsca, w którym mógłby być.
„Zamknięta” łazienka na trzecim piętrze. Czemu „zamknięta”? Otóż wtedy jeszcze odbywał się tam remont, ale tylko i wyłącznie w weekendy, by nie zaburzać pracy uczniów i całe piętro zostało tymczasowo zamknięte, ale i tak łatwo można było się tam dostać, z czego też Oliver często korzystał.
Więc tam się udałem i możliwe, że to był błąd mojego życia.

Ktoś popełnił samobójstwo, powiesił się w toalecie.

Do tej pory nie lubię o tym myśleć. To był jeden z moich dręczycieli, w dodatku z mojej i Olivera klasy. Nie mam pojęcia dlaczego to zrobił... Jak teraz o tym myślę, to nawet mogła być sprawa Olivera, on był to tego zdolny...
Upadłem na kolana, a szalona plątanina emocji zalała mi umysł. Nie mogłem nic z siebie wydusić, ani nic zrobić.
I wtedy usłyszałem:
„Stawiam, że wisi tu już z godzinę... Kiedy przyszedłem był w miarę świeży”
Oliver siedział, opierając się o ścianę, jakby nic się nie stało.
Znajdował się idealnie naprzeciwko trupa i studiował go wzrokiem. Znowu widziałem to zimne spojrzenie.
Zdziwiony wydukałem tylko „Dlaczego nie wezwałeś pomocy?”, zerknął na mnie przelotnie i podparł się na dłoni, mrucząc „To nie moja sprawa”.
Spanikowałem i wezwałem dyrektora. Nawet wtedy Oliver nie ruszył się nawet o milimetr i tak też go zastaliśmy. My dostaliśmy terapeutę, a żaden nauczyciel już nic nie wspomniał o „ciekawym” zachowaniu jednego z uczniów.

Ale już tego samego dnia coś do mnie dotarło, czego nie omieszkałem zresztą wykrzyczeć mu w twarz.
„Wiedziałeś o tym!”. Prawie płakałem, rzadko kiedy czułem coś takiego. Tak bardzo się we mnie kotłowało, że pomimo że zazwyczaj nie okazuję zbyt dużo emocji, to żal prawie się ze mnie wylewał.
„Wiedziałeś o tym, że on to zrobi, prawda?” Zawyłem żałośnie. On uniósł brew i z ironicznym uśmiechem odpowiedział „To twoja teoria”, po czym zostawił mnie samego. To dobrze, jestem pewien, że w innym przypadku bym go pobił. Zwłaszcza, że znowu czułem od niego alkohol.

Nie mam pojęcia, czy Oliver pił naprawdę, czy po prostu przebywał z pijakami, zawsze wyglądał tak samo. Niczego nie dawał po sobie poznać.

Po tym wydarzeniu nie rozmawiałem z nim przez naprawdę długi czas.

A potem wszystko posypało się niesamowicie szybko.

Raz zauważyłem go podczas wakacji... Nie miał się „zbyt dobrze”. Szczerze, to pierwszy raz widziałem go w takim stanie. Był pobity, palił, widziałem, że trzęsą mu się ręce, a gdy podszedłem bliżej, zauważyłem tylko jego, jak zawsze, podkrążone, ale tym razem i przestraszone oczy. Do tej pory nie wiem co mogło się stać, mam dużo pomysłów, ale żadnych potwierdzeń. Próbowałem przywrócić go do porządku, ale zbył mnie zupełnie. Był zbyt roztrzęsiony. Zastanawia mnie co mogło wprowadzić w taki stan człowieka, którego nie ruszyło nawet czyjeś samobójstwo... W każdym razie, nie widziałem go już do końca lata.

A kiedy wreszcie zjawił się w szkole, wydawało się, że nic się nie zmieniło.

Do czasu.

Przyłapałem go na cięciu się w szkolnej toalecie.
„Testuję”, powiedział. Faktycznie, nie wyglądało to jak zwykłe cięcie się nastolatka, tylko jak pewne testy. Najpierw ciął głęboko, po czym zaciskał i rozluźniał pięść, pusto patrząc na zrobioną ranę i nie pozwalał sobie pomóc, dopóki nie był na skraju utraty świadomości.

Przerażały mnie te „stany”, ale nie był to koniec. Czasami na lekcji zaczynał uśmiechać się dziwnie pod nosem, a na niektóre „odzywki” nauczycieli wybuchał ironicznym śmiechem. Nie wiem co stało się w wakacje, ale czułem się winny. Czułem, że zostawiłem go i tak skończył, że zatracił siebie.
Jednak nie umiałem mu pomóc... A może nie chciałem? Cóż, nie skłamię mówiąc, że się bałem. Bałem się, że przesadzi z... Tym wszystkim.
Gdybym tylko wtedy coś zrobił.

Coraz rzadziej pojawiał się w szkole, a pod koniec listopada w ogóle przestał przychodzić.

„Znalazłem” go dopiero szóstego grudnia... A właściwie, to on znalazł mnie...
Nie macie pojęcia jak zdziwiony byłem widząc go w moim pokoju.
„Prezent Mikołajkowy”, mruknął patrząc w podłogę. Chyba wtedy odsłonił część swoich „tajemnic”. Wyglądał tak jak dawniej. Nie był pijany, pobity, czy inne rzeczy tego typu. Za to dostrzegłem coś dziwnego, odległe wspomnienie wróciło. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było to tym dawnym zmęczeniem, tylko że mocniejszym, dużo mocniejszym.
„Chciałem się... No wiesz... Po prostu... Trzymaj się stary, to ciężkie czasy.” Uśmiechnął się, zupełnie normalnie, bez dozy złośliwości czy sarkazmu. Było w tym coś niesamowicie dziwnego, ale potem już o niczym takim nie wspomniał. Wypiliśmy herbatę, po czym wyszedł, przeciągając nieco moment pożegnania i co chwile dziwnie zerkając na boki.

I to był ostatni raz, kiedy widziałem Olivera Cartera.

Przemyślałem to wszystko i to nie było normalne.
Jednak pomimo tego, że porządne poszukiwania zacząłem o dwunastej, siódmego grudnia, już go nie znalazłem. Ludzie mówili, że to głupota, że się znajdzie jak zwykle, ale ja wiedziałem, że coś jest nie tak.

Nie znalazłem go aż do piętnastego grudnia, wtedy zaczęło szukać go miasto, a i może, cały świat. Dokładnie piętnastego grudnia około ósmej nadali wiadomość, że cała rodzina Carterów została zamordowana... Wyjątkiem był Oliver.

Oliver był głównym podejrzanym w sprawie o podwójne morderstwo.

Nie mam pojęcia co działo się w tym domu, kolejna rzecz, której mogę się tylko domyśleć, ale wiem jedno.

Oliver potrzebował pomocy, ja tego nie wiedziałem, nikt tego nie wiedział.

Nie znaleziono już ani jego, ani jego ciała, ale jestem pewien, że żyje i jestem pewien, że to faktycznie on jest sprawcą. Oczywiście, szukałem go jak inni, ale nie jestem pewien, czy znalezienie go jest w ogóle możliwe. Już wtedy był geniuszem, jestem pewien, że w żaden sposób się nie „cofnął”

Cóż, wszyscy chcieli o tym zapomnieć.
Zapomnieć o rodzinie Carter.
Powiedzieli, że szkoda i odpuścili. Jednak ja nie byłem już męczony, bano się, że Oliver wróci i ich wykończy. Cóż, stał się on naszą miejską legendą.
Wkrótce później ja również odpuściłem.

Zrozumiałem, że on nie chce być znaleziony.

Z biegiem czasu mogę stwierdzić, że pomimo tego, że Oliver doskonale rozumiał psychikę innych ludzi, niesamowicie dobrze rozwiązywał działania i świetnie się uczył, to za nic nie mógł zrozumieć jednej rzeczy.

Samego siebie.

Myślę, że, gdy pokłóciłem się z nim przed wakacjami, to został zupełnie sam ze sobą i to go zgubiło.

Przerażał go on sam...

Na koniec mogę tylko oddać wam w ręce notatkę, którą znalazłem w moim pokoju dwudziestego grudnia, Oliver pewnie zostawił ją tu, podczas swojej ostatniej wizyty w świecie „normalnym”:



Drogi Emilu!

Doskonale wiem, że listów nie piszę się w taki sposób, w jaki ja napiszę ten, lecz to chyba nie ma znaczenia, prawda?
Chciałbym omówić tu... Coś...
Zapewne zastanawiasz się, czemu nic nie powiedziałem?
Cóż, jeśli mam być szczery, to po prostu cholernie się boję. To chyba mój lęk.
Strach przed bliskością.
A Ty stałeś się moim przyjacielem...
Chyba rozumiesz, prawda?
Ale muszę ci wyznać, że miałem jeszcze jeden powód.
Prawdopodobnie chciałbyś iść za mną, a nie mogę na to pozwolić, nie zmarnujesz sobie życia ze mną.
Krzywdzę wszystkich, wbrew pozorom potrafię to zauważyć.
O siebie raczej nie musisz się martwić, po tym co zrobiłem już nikt nie powinien Ci dokuczać.
Jeśli chcesz, przekaż ten list policji. Wiem, że w pewnym sensie jest dowodem. Ale nie powiem, czy ja to zrobiłem, to tylko wasza teoria.
Może i jestem tchórzem, ale... Nie mogę żyć tak dłużej. Jestem potworem. Nie możesz powiedzieć, że tego nie widziałeś...
Że nie widziałeś mnie...
Jestem jak wilk żyjący w świecie owiec, nie pasuję tu, wiem to.
Znajdziesz to w święta, prawda?
Będziesz przejęty moim zniknięciem...
Ale niepotrzebnie.
Nie spotkamy się już, nigdy.
Oh, a przynajmniej nie osobiście, może kiedyś zobaczysz "mnie" jeszcze w telewizji, hm?
Cóż, myślę jednak, że kiedy się zjawiłem to pożegnałem się ostatecznie.
No cóż, ten list jest moją... Spowiedzią, ostatnią rozmową na wypadek, gdybym stchórzył.

Przepraszam za wszelkie kłopoty.

Twój „kumpel”

Oliver Carter