Strony

sobota, 31 października 2015

PurpleMike "Pianino", Część 1 - Najbardziej samotnym jest się wśród ludzi.

Nareszcie stworzyłam! Dłusze rozdziały yeah. To dopiero częś pierwsza i dziwne dodanie tytułu...
No i PurpleMike, mój fav. (`・ω・´)”
***

Mike siedzi na widowni.
Widzi jak palce Vincenta intensywnie poruszają się po czarnych i białych klawiszach.
Słyszy energiczną muzykę.
Jego słuch, jak i z resztą pozostałych przebywających na widowni, jest nią pieszczony. Ta muzyka zdecydowanie jest jedną z piękniejszych jakie w życiu usłyszeli.
Mimo to, Mike nie czuje nic poza obrzydzeniem.
Głębokim, nienawistnym obrzydzeniem do autora, co przekłada się też nad obrzydzenie do muzyki.
Bo pomimo tego, że Vincent mógł tworzyć coś tak zadziwiająco pięknego, to raczej nie był typem osoby, która zazwyczaj to robi.
O nie, Vincent wolał niszczyć.
Ale nie ograniczał się do prostych sprzętów, to by było... Takie "nudne".
On niszczył ludzi.
Ich psychikę, zdrowie, poczucie własnego ja.
Tak jak zniszczył Mike'a.
Kawałek po kawałku wyrywając normalność z jego życia, zostawiając go  zupełnie nagiego.
Obdartego z godności.
Mike brzydził się upodobaniami Vincenta, tak samo jak brzydził się samym Vincentem.
I nie mógł powstrzymać lekkiego obrzydzenia do ludzi dookoła.
Wiedział, że oni nie są niczego świadomi. Ale czy coś zmieniłoby, gdyby byli?
Gdyby wiedzieli, ze po zejściu ze sceny, Vincent zwiąże jego nadgarstki tak mocno, że ledwo będzie je czuł, że zdrętwieją całe ze słabego dopływu krwi, i że dopiero wtedy zaczną się pieprzyć?
Nie kochać, nie uprawiać seks. Zwyczajnie pieprzyć.
Mike myśli, że całkiem zabawnie byłoby widzieć ich zmieniające się twarze i nagle czuje najsilniejsze obrzydzenie.
Obrzydzenie do samego siebie.
Bo Mike z własnej woli dawał się związać, pieprzyć, bić i poniewierać. Dał Vincentowi to, co Vincent kochał.
Kontrolę.
Kontrolę nad sobą.
Dał się otruć na tyle mocno, by zgodzić się, żeby Vincent z nim mieszkał i na to, by przywlekł ze sobą tyle swoich rzeczy, że sami ledwo się mieścili.
Takich, jak to piękne, czarne pianino.
Ale Mike nigdy go nie dotknął, nie ruszył. Rzadko nawet na nie patrzał.
Nie umiał na nim grać, więc nie widział sensu w robieniu tego.
A Vincent przy nim nawet się do pianina nie zbliżał.
Tylko czasem, gdy myślał, że Mike już śpi, to wygrywał sobie ciche, zupełnie spokojne nuty.
Tak niepasujące do niego samego.
Ale Mike często słyszał jak Vincent grał. Parę razy nawet zobaczył.
I na prawdę był to widok za który mógłby zabić.
Vincent w pełnym skupieniu, bez jakiś głupich uśmieszków, rozluźniony i przygarbiony.
Wydawał się wręcz nie-Vincentem. Osobą z innego wymiaru.
Mike, pomimo najwyższego obrzydzenia, musiał przyznać, że mógłby zostać dziwką Vincenta, nawet do końca życia.
Byleby móc na to patrzeć.
Dlatego Mike czuje się, jakby zaraz miał zwymiotować. Poważnie, bolał go brzuch.
Bo to właśnie wiedza o tym, co był gotów poświęcić była taka okropna.
Mike widzi jak Vincent odchyla głowę, w zupełnym poruszeniu chwilą.
Równocześnie lubi i nie znosi tego widok.
Vincent był nawet bardziej otwarty na scenie niż przy Mike'u, tego naprawdę w tym nienawidził.
Vincent może grać dla wszystkich tych ludzi, którzy się tutaj znajdują, a nigdy nie zagrał dla Mike'a.
Może Vincent brzydził się go tak samo, jak on brzydził się Vincentem?
Mike wbija palce w drewniane siedzenie i oddycha powoli, równomiernie.
Może tylko to pozwala jakoś uchronić go przed dziwnym, dokuczliwym i nieprzyjemnym uczuciem, które nagle zaczęło gromadzić się w jego wnętrzu.
Vincent kończy występ i kłania się, dopiero teraz podnosząc wzrok.
Tłum klaszcze z wyraźnym podziwem i aprobatą.
Jednak Mike nie rusza się ani o milimetr.
Patrzy tylko na scenę, na Vincenta.
I ma nadzieję, że Vincent nie zauważy jego obecności. Jego dziwnie płonących oczu.
Jednak Vincent widzi, zawsze jakimś cudem go dostrzega.
Uśmiecha się półgębkiem i schodzi ze sceny, a Mike tylko czuje jak wywraca mu się żołądek.
Nagle robi mu się strasznie duszno, ma wręcz trudności z nabieraniem powietrza. Wstaje więc z miejsca i również wychodzi.
W łazience omywa twarz lodowatą wodą, rozluźnia muszkę i zaczyna ciężko dyszeć, wręcz walcząc o każdy oddech.
Prawie śmieje się panicznie, widząc swój stan.
"Nie pojmuje po co ciągle tu przychodzisz." Mike nie musi się odwracać by wiedzieć. Prostuje się gwałtownie, nie pozwalając sobie na żadne słabości.
Wie, że to Vincent, który wygodnie opiera się o ścianę i przygląda mu się ze znudzonym wyrazem twarzy. Mike'a martwi jedynie to, że nie usłyszał jego wejścia. "Przecież nienawidzisz tych występów."
Mimo wszystko, Mike nie wie co mógłby odpowiedzieć, więc tylko wzrusza ramionami, starając się wyglądać zupełnie tak jak zazwyczaj.
Na silnego, niezależnego i niewzruszonego.
Wydaje mu się, że wypadł perfekcyjnie (jako iż nie pierwszy raz musiał zachować kamienną twarz), ale Vincent przewierca go spojrzeniem. Mike czuje się jak dziecko, które coś przeskrobało, chociaż wie, że to idiotyczne.
"Będziesz tak stał i się gapił?" Odzywa się możliwie najbardziej opryskliwie, chociaż wie, że Vincent w tym stanie, stanie wyciszenia spowodowanego graniem, i tak nie odpowie na zaczepkę.
Mike'a to wkurza, jeszcze bardziej niż jego normalne zachowanie, ale zaciska zęby, milcząc. Prowokacyjnie, robi parę kroków do przodku, zmuszając Vincenta do ruchu. Vincent przymyka oczy, stając prosto, nagle przewyższając Mike'a. Zazwyczaj korzysta ze swojego niewątpliwie wysokiego wzrostu, by patrzeć na niego z góry, lecz tym razem tego nie robi.
Mike czuje, że jest już na granicy panowania nad sobą, ale dalej milczy i patrzy jak Vincent rozluźnia się zupełnie, wkładając ręce w kieszenie spodni.
Teraz już nie wygląda jak typowy dżentelmen. Mike uważa, że to nawet lepiej.
Czeka aż Vincent opuści pomieszczenie, bo na prawdę nie ma ochoty iść z tyłu i narażać się na ten obojętny wzrok.
Wychodzi więc drugi, patrząc się tylko w podłogę. Ma nadzieję, że nikt nie zaczepi Vincenta, bo chce jak najszybciej wrócić do domu i pooddychać powietrzem bez towarzystwa tylu snobów i pseudointeligentów.
Zaczyna boleć go głowa, ma cholernie dosyć tego miejsca.
Czuje, jakby zaraz miał eksplodować. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz