Strony

poniedziałek, 28 listopada 2016

Dwa Światy cz.4- Moralniak

Hej ho!
Wiecie co? Po raz kolejny zacznę narzekać na szkołę, bo jest ona winna każdemu spóźnionemu rozdziałowi na tym blogu ;---;
5 sprawdzianów w przyszłym tygodniu, czy to nie lekka przesada? :')
Co do rozdziału...Meeeh...Co tu się odpinkala XDDD
Szczerze mówiąc...jeden gorszy od drugiego XD Czekam na jakiś konkurs testosteronu, booo...Biedna ta nasza Violka...same problemy z tymi facetami haha
Dobra, nie zanudzam miłego czytania!






Telefon wydawał z siebie tego ranka głośniejszy dźwięk niż zazwyczaj. Głowa bolała mnie okropnie lecz próba podniesienia jej oferowała mi odczucia, niczym wirowanie w pralce. Ciało było jakby przykute z każdej strony do materaca. Okropny dźwięk umilkł, a komórka roztrzaskała się na podłodze. Tylko tyle mogłam zrobić, zrzucić to cholerstwo z półki, aby jak najszybciej ucichło. Pulsowanie głowy minęło, ale wcale nie poczułam się lepiej. Powoli otworzyłam powieki i przez dobre kilka minut wpatrywałam się w sufit. Nie miałam sił, aby poruszyć kończynami, więc leżałam bez ruchu. Francis jednak nie miał takich problemów, i spokojnie odwrócił się w moją stronę, ciągle śpiąc. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że chłopak leży obok mnie prawdopodobnie nago, bo ja sama nie miałam na sobie ubrań. Przycisnęłam kołdrę z całej siły do klatki piersiowej i podniosłam się, aby usiąść i spuścić nogi na podłogę. Panele były zimne, więc od razu podkuliłam stopy i nerwowo zaczęłam rozglądać się po pokoju. Nic nie było dla mnie zaskoczeniem, ani te puste pudełka po pizzy, ani tym bardziej stłuczona butelka, lecz między opakowaniami po lodach, a skarpetką chłopaka leżała zużyta prezerwatywa, której nigdy nie chciałam tam widzieć. Próbując przypomnieć sobie zdarzenie, do którego nigdy w życiu nie miała zamiaru dopuścić spojrzała na Francisa, który wciąż spał, tyle że dokładnie tak, jak Bóg go stworzył. Niczym nie okryty, niczego nieświadomy smacznie spał, a włosy zakrywały mu twarz, pozwalając jedynie na odkrycie jego lekko wydętych warg. Speszona tym widokiem chwyciłam bieliznę, która leżała na ziemi i dyskretnie założyłam ją na siebie, tak aby kołdra nie odsłoniła za dużo. Mimo tego, że blondyn wciąż spał, a z okna nikt nie miał prawa widzieć mojego nagiego ciała w tamtym momencie zdołowana kacem moralnym zadbałam o każdą możliwość. Będąc jednak w negliżu rzuciłam niedbale pościel na chłopaka, aby zakryć odpowiednie miejsca i zabierając wszystkie rzeczy, które były w zasięgu mojego wzroku wyszłam z pokoju zamykając drzwi. Ubrałam się najszybciej jak tylko mogłam i nie zostawiając po sobie ani śladu wybiegłam z mieszkania. Kurczowo przyciskając torebkę do siebie szłam z opuszczoną głową. Pogrążyłam się w myślach, aby odpędzić od siebie uczucie mdłości. Nadmiar alkoholu dał o sobie znać, ale dzielnie szłam przed siebie, aby złapać jakikolwiek autobus, który mógłby zawieźć mnie do akademika. Próbując sobie cokolwiek przypomnieć z zeszłej nocy kończyłam na etapie naszych pocałunkach, bo o reszcie, cóż nie musiałam nawet pamiętać, by wiedzieć do czego doszło.
-Violetta- Usłyszałam za sobą wołanie. Odwróciłam się w stronę dźwięku, a Leon zmierzył w moim kierunku.
-Przepraszam, spieszę się- Sapnęłam i odwróciłam się, aby móc dalej iść. Chciałam go zbyć, ale mój głos nie brzmiał pretensjonalnie, tylko inaczej-grzeczniej, a przecież wciąż miałam żal do tego mężczyzny. Verdas chwycił mnie za łokieć i przyciągnął w swoją stronę zmuszając mnie, aby chodź chwilę z nim porozmawiać.
-Leon, naprawdę muszę iść- Trzymałam się swojej wersji, chodź sama twierdziłam że żałośnie to brzmiało. W tamtym momencie nie mogłam być stanowcza. Nie miałam na to siły. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie, po prostu jak najszybciej chciałam znaleźć się w swoim łóżku.
Przekręciłam głowę i zacisnęła powieki. Nogi zaczęły mi się niefortunnie trząść, a ja miałam wrażenie, że za chwilę upadnę jak długa i szatyn będzie mnie musiał zbierać z chodnika. Mężczyzna-jak zwykle pozwolił sobie na złapanie mnie za podbródek i skierował moją twarz na niego. Z lekko przymkniętych oczu widziałam, że uważnie mi się przygląda i krzywi się.
-Wyglądasz okropnie- Skwitował. Faktycznie. Nie widziałam się w lustrze, ale nie sądzę, że był to wystarczający powód, aby mógł mi zwrócić uwagę, szczególnie w tak chamski sposób. I tak w tamtym momencie było mi wszystko jedno. Leon dotknął mojego policzka i lekko je pogładził. Nie zareagowałam, tylko wyciągnęłam lusterko z torebki i przejrzałam się w nim. Było źle. Oczy podkrążone, usta spierzchnięte, a do tego blada cera, która w tym wypadku wcale nie dodawała mi uroku.
-Muszę iść- Wyszeptałam odchylając głowę w bok co był ewidentnie błędem. Mężczyzna zsunął dłoń na moją szyję i palcem przejechał tuż nad moim obojczykiem. Twarz wyraźnie mu spoważniała, oczy pociemniały, co w jego przypadku nigdy nie niosło za sobą nic dobrego. Przełknął ślinę, ale miałam wrażenie, że nawet to w tym momencie sprawiło mu kłopot. Zacisnął powieki, a kiedy je otworzył wbił we mnie wzrok przepełniony złością.
-Spałaś z kimś- Wypalił. Palec lekko docisnął do mojej szyi i odkładnie mi się przyglądał. Serce moje zabiło szybciej, a w gardle stanęła mi gula, której nie mogłam przełknąć. Odciągnęłam jego rękę i zrobiłam krok w tył.
-C-co?-Wyjąkałam lekko spanikowana. Verdas bywał często zazdrosny i zawsze kończyło się to kłótnią, lecz teraz było gorzej. Nic nie mówił tylko patrzał na mnie z istną złością. Nie wiedziałam co może teraz zrobić, a co gorsza, jak mnie przejrzał. Poczucie winy uderzyło we mnie. Poczułam się jakbym, go zdradziła, co nie powinno mieć miejsca. Od ponad pół roku nie byliśmy razem, każdy z nas miał prawo robić co ze chce,ale jednak czułam się z tym źle. Leon zaśmiał się i pokręcił głową.
-Nawet nie umiesz zaprzeczyć. Widzę, że się zestresowałaś, a poza tym- Wyciągnął mi lusterko z dłoni i nakierował je na moją szyję, tak abym mogła na nie spojrzeć-Ja ci tego nie zrobiłem- Był jak tykająca bomba. Nie mogłam przewidzieć, kiedy wybuchnie, jednak wzrok nakierowałam, na trzymany przez niego przedmiot i przyglądałam się odbiciu. Przyjrzałam się czerwonemu śladowi, który widniał tuż nad moim obojczykiem i zakryłam go ręką. Przeniosłam wzrok na Leona, który przyglądał mi się, ale nie wyrażał zbędnych emocji.
-To nic nie znaczy- Zaczęłam się tłumaczyć-Poza tym nie jesteśmy razem, nie powinno cię to interesować, a teraz naprawdę muszę już iść- Warknęłam na niego i zaczęłam odchodzić.
-Stój!-Rozkazał mi, lecz nie posłuchałam go. Dogonił mnie i dość mocno zacisnął dłoń na moich policzkach, tak aby odchylić mi głowę. Nie było to przyjemne, bo jego palce wbijały mi się w żuchwę.-Jesteś tylko moja, nie masz prawa bzykać się z innym- Krzyknął, a ja zacisnęłam dłoń na jego nadgarstku wbijając w niego paznokcie.
-A ty nie masz prawa dotykać mnie w ten sposób- Odepchnęłam jego rękę i szybkim krokiem podeszłam do taksówki, która stała nieopodal. Otworzyłam drzwi dość agresywnie i wsiadłam do środka. Po raz ostatni spojrzałam w kierunku Verdasa, a kiedy taksówka odjechała zacisnęłam palce na swoich spodniach, a wzrok wlepiłam w przestrzeń za oknem.
Zapłaciłam taksówkarzowi i weszłam do akademiku. Otwierają drzwi widziałam, że moje schronienie było puste, co bardzo mnie ucieszyło. Ściągnęłam buty, wyjęłam z szafy wygodne ciuchy i zamknęłam się w łazience. Napuściłam wody do wanny, a w międzyczasie dokładnie obejrzałam się w lustrze. Oprócz moich podkrążonych oczu i jednej malinki nie widziałam nic, co mogłoby mnie zaniepokoić. Ulżyło mi. Weszłam do wanny z wypełnioną po brzegi ciepłą wodą. Wszelkie dolegliwości minęły, kiedy ciało otuliło się przyjemnym ciepłem. Zanurzyłam się prawie cała, łącznie z włosami. Nad powierzchnią wody pozostał tylko nos, abym mogła swobodnie oddychać. W takim miejscu spokojnie mogłam oddać się myślą i przypomnieć sobie ostatnią noc z Francisem. Przymykając oczy, mogłam wręcz poczuć, jak jeździł dłońmi po całym moim ciele. Robił to inaczej niż Verdas, bardziej delikatnie, jakby bał się mnie skrzywdzić, ale równie zmysłowo. W głowie odtworzyłam jego głosy, który tej nocy szeptał mi słowa, których nigdy nie usłyszałam w takiej sytuacji od Leona. I to ich różniło. Francis był czułym chłopakiem, który wydawał się dbać o swoją ukochaną najlepiej jak tylko umiał. Jeśli mógłby chciałby jej przychylić nieba, a Verdas? Nie był taki. Był romantyczny, ale nie zawsze tak delikatny i czuły. Czasem wręcz brutalny i chamski w takich sprawach, ale to zawsze mnie kręciło. Do czasu, kiedy naszym związkiem zawładnęły kłamstwa.
Zanurzyłam się cała, kiedy moje myśli znów zwróciły się w stronę biznesmena. Wyszłam z wanny, a po wytarciu się ręcznikiem ubrałam się i wyszłam z łazienki. Wciąż byłam sama. Otworzyłam laptopa, aby przejrzeć mój plan. Wykład, zajęcia z dziennikarstwa i lekcje włoskiego. Pierwsze lekcje więc i tak nie miałam nic do roboty w związku z nimi. Pragnąć zupełnie wyłączyć myślenie, chciałam włączyć jakiś film, lecz do pokoju weszła moja współlokatorka wraz z Monicą.
-O, Violetta- Zauważyła Loretta i przywitała się ze mną. W duszy jęknęłam, ponieważ pragnęłam pobyć jeszcze trochę w samotności, ale nic nie mogłam na to poradzić. Monica posłała mi blady uśmiech i usiadła obok mnie, na łóżku.
-Mogę cię o coś zapytać?-Zaczęła niepewnie uważnie mi się przyglądając. Domyśliłam się, że będzie chciała dowiedzieć się coś o Leonie, ale pokiwałam głową na „tak”.-Łączyło cię coś z moim bratem?-Zapytała, a ja zastanawiałam się co jej tak naprawę powiedzieć. Mogła m skłamać, ale po co? Nie było to żadną tajemnicą, poza tym prędzej czy później dowiedziałaby się.
-Byliśmy razem- Wymamrotałam nieco smętnie unikając jej spojrzenia. Słyszałam ciche jęknięcie ze strony brunetki.
-Mogę wiedzieć jak długo?
-Nieco ponad rok- Uśmiechnęłam się do niej niemrawo, bo tylko na taką reakcje było mnie stać. Nie ukrywałam, że chciałabym zakończyć to przesłuchanie, lecz dziewczyna dalej ciągnęła temat.
-Dawno się rozstaliście?-Przekręciła się w moją stronę oczekując na odpowiedź. Czułam się niezręcznie opowiadając o Leonie, w sumie obcej dla mnie dziewczynie. Do rozmowy przyłączyła się Loretta.
-Monica, nie musisz być tak ciekawska, widać że spieprzył jej życie. Nie musi ci od razu spowiadać się ze wszystkiego, a jak będzie miała ochotę to się wygada, proste- Wzruszyła ramionami i położyła się na swoim łóżku. W duszy dziękowałam jej za taką reakcję. Nie chciałam kontynuować tej rozmowy.
-Przepraszam- Wymruczała Monica spuszczając głowę.
-Nic się nie stało, a odpowiadając, to nie jesteśmy razem pół roku- Dziewczyna nic nie mówiła, lecz przytuliła mnie do siebie. Zaskoczona tym nie odwzajemniłam jej gestu.
-Sorry za tego dupka- Przeprosiła odrywając się ode mnie. Zastanawiałam się nad faktem, dlaczego osoby ze sobą spokrewnione tak bardzo się różnią, a potem naszła mnie myśl, że przecież nigdy o niej nie słyszałam.
-Monica, dlaczego nigdy nie miałam okazji cię poznać?- Brunetka uśmiechnęła się do mnie.
-Cóż, jestem tylko przyrodnią siostrą Leona. Wiesz inna matka jeden ojciec, historia jest trochę zagmatwana, kiedyś może ci ją opowiem- Poklepała mnie po ramieniu.-Cóż będę się zbierać- Wstała z łóżka i udała się do drzwi wyjściowych-Idę popatrzeć na mojego romea- Rozmażyła się, a ja lekko zaśmiałam się pod nosem. Kiedy dziewczyna wyszła Loretta westchnęła ciężko.
-Kto to „romeo”?-Zapytałam dość ciekawa.
-Jej ukochany. James. Musisz się przyzwyczaić, często o nim wspomina- Westchnęła. Nie rozmawiałyśmy już o niczym, ponieważ każda zajęła się swoimi sprawami. Podeszłam do torebki, kiedy telefon wydał z siebie dźwięk. Chwyciłam przedmiot i odblokowałam ekran. Miałam tam kilka wiadomości od Francisa i jedno nieodebrane połączenie. Nie chciałam z nim ani rozmawiać, ani pisać. Potrzebowałam przerwy.
Dlaczego uciekłaś?
Aż tak cię wystraszyłem?
Vils, odpisz
Przepraszam, trochę mnie wczoraj poniosło
Vilss, żyjesz?
Zablokowałam telefon kompletnie ignorując sms'y. Nie miałam zamiaru widywać się z nim, ani utrzymywać jakichkolwiek kontaktów przez najbliższe dni. Musiałam to przemyśleć. Przemyśleć, to co tak naprawdę powinnam teraz zrobić.


wtorek, 22 listopada 2016

Dear You - Część Trzecia "Dear Steve"

Polski tytuł - Drogi Ty - Część Trzecia "Drogi Steve'ie"
Pls, ja już nie wiem co pisze, dostałam nagłej inspiracji o drugiej w nocy i tak jakoś wyszło... Mam nadzieję, że się podoba przynajmniej w części... Później postaram się to poprawiać jak wyłapie jakieś błędy.
Aha, no i została ostatnia część tego i kończę~~
Zapraszam do wspólnego płakania, enjoy! ;D
Muzyjszyn inspirejszyn: Irony.
***

Tony nie może spać już od ponad czterdziestu godzin, zamiast tego zapracowuje się w warsztacie do utraty tchu. Nie może zapomnieć. Za każdym razem jak chociażby próbuje przystanąć, złapać oddech, przypominają mu się wydarzenia z przeszłości, teraz nie tylko tej ich małej wojny.
Pepper, jako jego sekretarka i przyjaciółka, próbuje przemówić mu do rozsądku raz po raz, ale on nawet nie ma ochoty tego słuchać. Ma wrażenie, że za każdym razem gdy wychodzi z warsztatu wszystkie oczy wpatrują się w niego z wyrzutem. Ma wrażenie, że cały jebany świat ma do niego jakieś pretensje, a on ma tego serdecznie dosyć. Dlatego pracuje i pracuje, mimo tego że w tym momencie nawet nie do końca wie co robi i że poranił sobie całe ręce zapominając o rękawicach zabezpieczających. Wydawało się oczywiste, ale jednak zapomniał. Obandażował je byle jak, założył na to rękawice i kontynuował prace.
Bo Starkowie zrobieni są ze stali.
Mimo to, nie może zatrzymać swoich naturalnych ludzkich odruchów i wie że kiedyś będzie musiał to przerwać, umyć się, zjeść coś porządnego, przespać się i wrócić do spotkań z ludźmi.
Tylko jeszcze nie teraz.
Dzwoni telefon, a on odbiera go mechanicznie, nawet o tym nie myśląc.
„Tony, przestań zachowywać się jak dziecko, kiedyś będziesz musiał to przerwać”.
Dobrotliwa mamusia panna Potts. Jest jej wdzięczny za wszystko, ale w tej chwili zupełnie nie potrzebuje. Ma dosyć, jest złamany. Dlatego milczy, nie wie nawet co miałby powiedzieć, w głowie świta mu zupełna pustka.
„Tony, od kilku dni bez przerwy otrzymuje telefony, wiesz jak musiałam się namęczyć, żeby to wszystko odwlekać?”
Tony wie, bardzo dobrze wie i chce jej podziękować, przeprosić, jednak nie może wydobyć z siebie głosu. Zdejmuje rękawice i gogle ochronne, pusto patrzy się w ekran telefonu. Za Pepper również tęskni, ale jej tego nie powie. Nie chce jej niczego utrudniać, wie ile przez niego nacierpiała. Pepper zasługiwała na szczęście.
Może on nie?
„Tony wszystko w porządku?”
Nie jest w porządku i Pepper pewnie również zdaje sobie z tego sprawę, ale pewnie nie o to teraz pyta. Ma ochotę dalej zachowywać się jak rozwydrzony bachor i po prostu się rozłączyć, tak samo jak i rozłączył się dotychczas od świata zewnętrznego, ale nie chce jej martwić. Poza tym, ma jakieś dziwne wrażenie, że jeżeli się nie odezwie to niedługo drzwi do laboratorium wyważy mu cała ekipa ratunkowa z SWAT i ekipą saperów. Z resztą, sam by się Pepper nie dziwił, gdyby znał siebie z perspektywy trzeciej pewnie już oglądałby wiadomości w poszukiwaniu informacji na temat „dziwnego wybuchu w Nowym Jorku, prawdopodobnie w rodzimym Stark Tower”. Mimo to, jeszcze nie zamierza budować atomówki.
Jeszcze.
„Tony?!”
Słyszy w słuchawce zanim w ogóle zdąży się odezwać, chociaż pewnie minęła już dłuższa chwila, po prostu jego reakcje są poważnie spowolnione. Nie na długo jednak, bo zaraz po usłyszeniu głosu podskakuje w szoku, cała senność na chwile zupełnie opuszcza jego organizm.
Usłyszał Steve'a.
„Obecny i prawie gotowy do akcji.” Odpowiada wpół żartobliwie, ale jego nieużywany głos brzmi skrzekliwie i martwo. Będzie musiał nad tym popracować. „Nie martw się, tylko na chwilę odpłynąłem.”
„Przepraszam, obudziłam cię?” W jej głosie naprawdę brzmi zmartwienie i skrucha. Pewnie czułby się z tym źle, gdyby już nie czuł się najgorzej na świecie.
„Byłoby miło. Przepraszam za kłopot Pepper. Ale biorę sobie wolne do końca tygodnia.” Kończy zanim zdążyłaby zapytać o to kiedy ostatnio spał, za dobrze ją zna. I pewnie nie kontynuuje tematu tylko dlatego, bo on wyraźnie nie ma ochoty o tym rozmawiać.
„To zdecydowanie za długo.”
„Jestem tylko człowiekiem, potrzebuje urlopu.”
„Nie tak długiego.”
Tony przewraca oczami korzystając z faktu, że Pepper go nie widzi. Nie dało się ukryć, że od razu poprawił mu się humor, przynajmniej nie myślał już o świecie poza laboratorium. Teraz myślał o tym jaką cudowną kobietę stracił.
„Dwa dni, brzmi sensownie?”
Po drugiej stronie zalega chwila ciszy. Normalnie w życiu by się nie zgodziła, ale...
„Dwa dni Tony. Pamiętaj chociaż o funkcjach życiowych.”
Ostatnimi czasy nic nie było normalne...
Pepper znowu chwile milczy, po czym mówi cicho, jakby bała się jego reakcji;
„Namierzyłeś go?”
Tony natychmiast domyśla się o kim mówi i nie może zatrzymać gorzkiego tonu wymieszanego z odrobiną palącego jadu.
„Chyba obydwoje wiemy, że nasz harcerzyk nie jest teraz moim problemem.” Pepper wzdycha, ani nie zaprzeczając ani nie przyznając mu racji. Po prostu kończy temat, bo nie chce gadać o takich sprawach przez telefon. W ten sposób mu nie pomoże.
Potem pyta o zdrowie Rhodey'a, a Tony krótko jej go opisuje, ona wyraża wyrazy współczucia... Nie brzmią naturalnie, ale nie wiedzą jak ze sobą rozmawiać. Dawno tego nie robili.
W końcu Pepper dostaje drugi telefon i musi się rozłączyć, ale przed tym nie rzuca żadnego pożegnania, pozdrowienia... Ale samo „Prześpij się” i wyłącza się zanim Tony mógłby cokolwiek odpowiedzieć. Z resztą, o uważa, że zachowuje się jak jego opiekunka a nie asystentka, ale i tak ma zamiar spełnić jej wytyczne. Teraz czuje dziwną ulgę.
Otwiera laboratorium, paranoicznie rozglądając się przed wyjściem, mimo że wieża jest zupełnie pusta. Dopiero wtedy wychodzi i jedzie windą na swoje piętro, po drodze podrzuca nowym telefonem, nie dbając właściwie o jego stan. Na miejscu bierze krótki prysznic i siada na łóżku.
Jego wzrok ucieka na pudło leżące obok i wszystko do niego wraca. Czuje jakby na jego ramiona zwalił się stukilogramowy ciężar, serce ściska mu się w piersi. Przez chwile zastanawia się czy jest jeszcze zdolny do płaczu, ale myśl szybko wypada mu z głowy, gdy otwiera pudło i wyciąga z niego stary telefon.
Rzuca się na plecy i ogląda go ze wszystkich stron ze szczerą ochotą by powrócić do laboratorium i przerobić go na części pierwsze, z czystej zachcianki.
Ale nie robi tego.
Zamiast tego kładzie go na klatce piersiowej obraca go w palcach, nie nerwowo, delikatnie, i myśli nad ciężarem starocia.
To tak bardzo w stylu Steve'a.
Śmieje się, mimo że wcale nie jest mu do śmiechu, serce znowu boleśnie zaciska się w piersi.
Zastanawia się nad miną Steve'a, gdy pisał list, gdy wybierał model telefonu... Widzi ją w swojej wyobraźni i nie zatrzymać potoku bolesnych myśli. Mógł zmienić tyle rzeczy... Mógł słuchać, mógłby przeprosić.
Trzymał się swojej idiotycznej dumy.
Ostrożnie przyciska klawisze wyłączonego telefonu i podoba mu się jego chłodna tekstura. Przypomina mu o ich ostatnim spotkaniu, ostatniej bitwie. O spojrzeniu Steve'a, zimnym jak lód.
Łapie go zmęczenie, czuje się jakby miał zemdleć, sam nie wie już co czuje...
Wie że czegoś mu brakuje...
I że tak bardzo by chciał wszystko naprawić.
Przymyka oczy przed którymi i tak robiło już się ciemno, jego ciało nie może się ruszyć. Ma wrażenie, że Tonie...
„... Gdybyś czegoś potrzebował...”
Nagle otwiera szeroko oczy i zrywa się z łóżka, chwytając laptopa, otwiera notatnik i wypisuje tam słowa, które od tygodni plączą mu się w podświadomości.
"Dear Steve"
I pisze.
List, którego nigdy nie wyśle.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Elementy Układanki- Domek nad jeziorem

Możecie mnie zabić, proszę bardzo...
Nie pamiętam kiedy był jakikolwiek rozdział, a co dopiero kiedy było to opko.
Przepraszam ;---;
Tak strasznie nienawidzę nie trzymać terminów...wal się szkoło grherhjcv
Btw. Dla czy tylko ja widzę w Biberze potencjał na menela? XDD Z całym szacunkiem dla jego fanów (DOTCHNĘŁAM BIBERA, JUŻ NIGDY NIE UMYJE TEJ RĘKI)...sądzę że Biber to mój menelowaty ideał XD
Nie ważne...raaak

Miłego czytania!


Jak będzie wyglądało jego przyszłe życie?-Zadawał sobie to pytanie w kółko i w kółko, kiedy wzrok pusto wlepiony miał w szybę. Krajobraz przemykał mu przed oczami szybko, przez co wszystko zlewało się w jedna plamę z lekkimi konturami. Dokładnie to widział, kiedy próbował sięgnąć w przeszłość. Czuł się bardzo słaby z tego powodu. Łatwo było można go złamać, a co gorsza nie był w stanie nic z tym zrobić, prócz przyzwyczajenia się do braku dość dużej cząstki siebie. Czuł, że zapomniał o bardzo istotnych rzeczach, które wiele by zmieniły, ale nie mógł doszukiwać się czegoś, czego mogło tak naprawdę nie być. Możliwość, że jego umysł płatał mu figle w tym przypadku była bardzo prawdopodobna, a przynajmniej tak sądził
Spuścił wzrok, kiedy poczuł delikatny dotyk na swoim udzie. Przeszedł go dreszcz, więc gwałtownie złączył nogi, tym samym zmuszając Naruto, aby zaprzestał dotyku. Lekki grymas zawitał na twarzy blondyna. Wymamrotał ciche „Już jesteśmy” i wysiadł z auta bez słowa. Uchicha kiedy opuścił samochód przeciągnął się leniwie, pokazując przy tym nisko noszone spodnie i wystające kości tuż przy biodrach. Blondyn przyglądał im się dokładnie. Sasuke zauważając to chrząknął głośno, aby wyrwać go z letargu.
-Przestań-Mruknął nudno i oparł się o drzwi. Naprzeciw stał mały drewniany domek, otoczony dużą ilością zieleni i małym jeziorkiem, po którym spokojnie pływały kaczki. Szum wiatru i ciche odgłosy ptaków dochodzące z lasu tworzyły spokojną i miła aurę wokół tego miejsca.-Twoja znajoma, nie będzie miała nic przeciwko, że trochę się tu zatrzymamy?-Zapytał spoglądając na Uzumakiego dość podejrzliwie, kiedy ten nerwowo szczerzył się i drapał po głowie.
-Hinata? Coś ty- Mruknął i pospiesznie otworzył bagażnik. Wyciągnął dwie torby i niedbale przerzucił je sobie przez ramie. Sasuke podszedł nieco bliżej zbiornika kompletnie ignorując fakt, że Uzumaki mógł potrzebować pomocy. Delikatnie zanurzył dłoń w wodzie, która okazała się nie być, aż tak zimna na jaką wyglądała.
-Mógłbyś mi pomóc?-Krzyczał potykając się o własne nogi blondyn. Brunet podniósł się z wygodnej pozycji i podszedł do Naruto. Wyszarpał od niego swoją torbę i mierząc go wzrokiem mówiącym „Kretyny” odszedł w stronę ganku chatki. Niebieskooki dotrzymał mu kroku, lecz nieco bardziej zdyszany chwilowym truchtem. Przystanął i z ulgą opuścił torbę na ziemię.
-Cienias- Mruknął uszczypliwie, jakby sam do siebie, ale wystarczająco głośno, aby oberwać w tył głowy. Spojrzał na niego morderczo, dając mu tym samym do zrozumienia, że policzą się później. Blondyn wyszczerzył się nerwowo i zapukał do drzwi. Kiedy nikt nie otwierał przez dłuższy czas Sasuke zaczął się denerwować. Niska, o granatowych włosach dziewczyna powitała ich ciepłym uśmiechem.
-Cieszę się, że przyjechaliście- Gestem dłoni zaprosiła ich do środka. Było tam przytulnie, a po pomieszczeniu roznosiła się przyjemna mieszanka drewna i ramenu.
-Nie wierzę!-Krzyknął Naruto rzucając torbę na ziemie i podbiegając do garnka, który przepełniony był po brzegi ulubiona potrawą niebieskookiego. Hyuga chichotała pod nosem.
-Wiedziałam, że się ucieszysz- Skwitowała widząc minę Uzumakiego- Usiądź przy stole, zaraz wam podam- Ponagliła bruneta. On nic nie mówiąc zajął swoje miejsce, a obok niego Naruto. Kobieta podała im danie i również zaczęła kosztować przysmak.
-Dawno was tu nie było. Co robiłeś przez ten czas?-Skierowała się w stronę Uzumakiego, który zdążył już opróżnić jedną porcję.
-Nic ciekawego. Ciągle pracuje, nic się nie zmieniło- Odpowiedział poważniejszym tonem prostując się na krześle. Hinata tylko uśmiechnęła się do niego, a swój wzrok wbiła w bruneta, który siedział naprzeciwko.
-A ty Sasuke? Zmieniłeś się. Jesteś bardziej przygaszony. Coś się stało?-Zapytała dociekliwie, a brunet poczuł nieprzyjemne ciarki, które pojawił się na całym jego ciele. Przełknął ślinę i spojrzał się lekko spanikowany na Naruto.
-Hinata bo- Zaczął niepewnie chwytając dłoń bruneta pod stołem, aby nieco go uspokoić.-Sasuke cię nie pamięta- Westchnął. Dziewczyna wyszczerzyła oczy, a ręką przytknęła usta. Wstała od stołu i podeszła do Sasuke nie przerywając z nim kontaktu wzrokowego.
-Żartujesz, prawda?-Zapytała.-Pamiętasz mnie. Musisz mnie pamiętać. Sasuke. Chodziliśmy razem do szkoły, siedzieliśmy razem w ławce- Mówiła dość szybko.
-Chciałbym- Westchnął Naruto dokładnie obserwując swojego przyjaciela, który wydawał się być zagubiony jeszcze bardziej. Uciekał wzrokiem w każdą stronę, tylko po to, aby nie widzieć zapłakanych oczu dziewczyny.
-Przepraszam-Wymruczał i odszedł od stołu opuszczając domek. Naruto odprowadził go wzrokiem. Hyuga chciał iść za nim, lecz blondyn skutecznie ja powstrzymał.
- Musi się uspokoić, a ja w tym czasie wszystko ci wyjaśnię- Przyciągnął ją do siebie i przytulił.
Sasuke pragnął się przejść. Nie myślał o tym, że jest w kompletnie nieznanym mu miejscy i łatwo mógłby się pogubić. Szedł przed siebie, wąską dróżka, która wiodła w głąb lasu. Przy zakończeniu ścieżki stał ścięty pień drzewa, który idealnie nadawał się do tego, aby na nim usiąść. Zrobił to. Usiadł na pieńku i schowawszy twarz w dłonie zaczął dość intensywniej oddychać.. Po raz kolejny próbował przypomnieć sobie cokolwiek, co miało miejsce przed wypadkiem, ale nie był w stanie. Ilekroć próbował czuł silne pulsowanie w skroniach, a świat zamieniał się w jego prywatną karuzelę. Tym razem wcale nie było inaczej, a wręcz odczuwał to silniej niż zazwyczaj. Zacisnął dłonie w pięść. W jego ciele toczyła się walka między zdenerwowaniem a rozpaczą. Łapał łapczywe oddechy, aby znaleźć równowagę. Robił ta za każdym razem, kiedy miewał takie ataki. Nigdy nie wspomniał o tym blondynowi, bo nie uważał tego za nic groźnego. Teraz nie miał zamiaru o tym mówić, tym bardziej, że był na niego cholernie zły. Niebieskooki doskonale zdawał sobie sprawę, że Uchiha miał dość ciągłego wspominania o jego stanie. Skoro nie umiał odtworzyć swojej przeszłości, chciał zapomnieć o tym, że było coś przed wypadkiem i zacząć od nowa. Poznać życie od początku z „nowymi” znajomymi. Panował kompletny zakaz wspominania, że kiedyś coś. Blondyn złamał tę zasadę już na samym początku nie wspominając nic wcześniej młodej kobiecie, która była załamana tym faktem. Jedyne co mógł wywnioskować z jej reakcji, to, że była dla niego bliska. Tak bardzo czuł się nieswojo w towarzystwie osób, które próbowały mu wmówić, że kiedyś istniały w jego życiu. Teraz byli oni dla niego kompletnie obcy i nic nie wskazywało na to, aby kiedykolwiek ich sobie przypomniał.
Ból głowy zmusił go do powrotu. Z łatwością się odnalazł i kiedy odgarnął gałęzie, które jakby wyrosły przed sekundą zasłaniały mu przejście widział dom, w którym zatrzymał się wraz z Naruto. Co do pędu, to Sasuke był wstanie sobie rękę uciąć, ze kiedy tu szedł jego nie było, lecz po głębszym zastanowieniu w ostatnim czasie chodził z głową w chmurach. Nic dziwnego, że jeśli porządnie nie oberwał to nie zwrócił na nią uwagi.
Miał wrócić i zaszyć się w swoim pokoju, ale możliwość przycupnięcia przy brzegu wody wydawała się bardziej imponująca. Usiadł na trawie spuszczając jedną nogę w dół, zaś drugą przyciągnął do siebie. Patrząc na horyzont zachodzącego już powoli słońca rozkoszował się ciszą, która nie trwała długo.
-Już wróciłeś- Zauważył Naruto. Usiadł tuż obok bruneta i przyglądał mu się z zaciekawieniem. Ten nie zareagował. Wzrok pusto wlepiony miał w przestrzeń. Nic nie mówił.-Sory- Lekko przechylił się w bok popychając bruneta barkiem. Na jego ustach zawitał cień uśmiechu, który usilnie chciał ukryć. Niebieskooki oparł brodę na ramieniu Uchichy i wpatrywał się w niego swoimi dużymi oczyma. Sasuke czuł jego oddech na swojej szyi, pomieszany z chłodnym podmuchem wiatru. Brunet odwrócił głowę i wzrok wlepił w uśmiech Naruto. Patrzał na niego z lekkim przymrużeniem oka. Naruto pocałował go w usta, a następnie opadł na ziemię śmiejąc się głośno.
-Ty naprawdę jesteś głupi- Bąknął brunet. Uzumaki zebrał się z ziemi i siadając zaczął czochrać włosy bruneta, lecz ten próbował go odepchnąć.
-Nie zaprzeczam- Cmoknął go w policzek i przyciągnął go do siebie, zmuszając aby oparł się o jego ramię.

wtorek, 15 listopada 2016

Ciekawy Pacjent cz. 24 - Jestem dominujący z definicji. [+18]

Nie chce tego publikować... Mogę nie? 
Tytuł nieoficjalny: ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Jestem okropnym człowiekiem. Zasługuję na śmierć w męczarniach. Jak ktoś nie wie o co chodzi, to zapraszam do czytania... O nigga. ;-;
Bardzo za siebie przepraszam, to już się chyba nie powtórzy... Chociaż pewnie kłamię...
ALE TO MA SIEDEM STRON W WORDZIE BICZYS.
I tak przepraszam... Zapraszam do komentowania... Możecie mnie zabić, pozwalam. XD 
Przepraszam. Serio. *macha chusteczką* 
Uznajmy że to istnieje bo przegrałam zakład i tyle. ¯\_(ツ)_/¯
Właśnie to przeczytałam fragmentowo. Przepraszam jeszcze bardziej. Idę umrzeć rly. ;-;
Edit: Zacznę przycinać te posty bo się robią za długie. ;-;
PO DŁUGICH KUFA NAMOPWACHADFJIa{QOPio2wei

***

Dzwonek do drzwi już drugi raz przerwał ten dziwnie melancholijny spokój panujący w mieszkaniu. Tym razem dla Tobyego brzmiał on jednak jak skrzek przypominający drapanie tablicy.
Czy cieszył się na przyjazd rodziców?
Nie, absolutnie nie.
Ich wizyty zawsze przypominały bardziej inspekcje sanitarną i za każdym razem miał niesamowitą ochotę ironicznie ubrać się w garnitur. Oczywiście rozumiał troskę i był wdzięczny za wszystko co dla niego zrobili, ale czasami marzył, jak prawdziwy człowiek, a nie robot na którego próbowali go wychować. Chciał by Bella zaczęła się z nimi dogadywać, chciałby znowu mogli być normalną rodziną...
I chciał wreszcie pójść własną drogą, mimo że ciągle nie miał na to odwagi. Wiedział jak źle mogłoby się to skończyć.
Na sam dźwięk dzwonka wyprostował się jak struna, przypominając sobie nagle wszystkie wpajane mu przez rodziców zasady, ignorując wlepiony w niego wzrok. Kiwnął na Damiena głową by wstał, a samemu postanowił otworzyć drzwi, dalej nie reagując na mężczyznę, który teraz chodził za nim dosłownie krok w krok, będąc wyraźnie nieco zagubionym co do tego co powinien zrobić. Toby zatrzymał się gwałtownie tuż przed samymi drzwiami, pozwalając mu wpaść na siebie, i wziął głęboki, jednak drżący oddech.
- Będziesz bardzo grzeczny.
- Będę? - Damien wyszczerzył się w złośliwym uśmiechu, mimo że Toby wcale nie mógł go zobaczyć, kładąc obydwie dłonie na jego biodrach, wsuwając kciuki pod gumkę bokserek. Przywarł do jego pleców całym ciałem, opierając brodę na jego ramieniu, mrucząc mu do ucha głębokim zachrypniętym głosem. - Będę?
Toby zamarł, zaciskając dłoń na klamce, przywracającą mu chłodne myślenie. Odepchnął Damiena łokciem, puszczając klamkę, odwracając się do niego przodem. Pochwycił dekolt koszulki Damiena i pociągnął go mocno, naprawdę mocno, zmuszając go do zniżenia swojej postawy i zrezygnowania z tych paru dzielących ich centymetrów.
I w tej chwili nie obchodziło go uczucie nagiej skóry Damiena na wierzchu jego dłoni, ani przychodzące z niej niesamowite ciepło.
- Tak. - Warknął powoli i wyraźnie, nakładając szczególny nacisk na ostatnią literę, po czym puścił go bez ostrzeżenia i natychmiast otworzył drzwi, z tak samo zimnym wyrazem twarzy jak podczas ich pierwszego spotkania.
Damien nie mógł się jednak powstrzymać przed chociaż tym drobnym uśmieszkiem, który nie chciał zejść mu z twarzy. Bardzo mu się to podobało.
- Cześć. - Odezwał się Toby, pozwalając by niska kobieta pocałowała go w policzek. - To mój współlokator, Damien Cole. - Damien posłusznie skinął głową, grając normalnego, miłego gościa. To zawsze wychodziło mu najlepiej. - Wybaczcie, że wcześniej was nie uprzedziłem. Damien, to moi rodzice, Barney i Sophia Reus. - Cole podał rękę obydwóm z rodziców Toby'ego, wykrzesując z siebie maksymalną ilość pozytywnej energii. Nie to że nie umiał udawać, ale od jakiegoś czasu jakoś wyjątkowo niesprawnie szło mu udawanie.
Przyglądając się jego rodzicom, Damienowi wyraźnie świtało podobieństwo. Cała trójka miała wyprostowaną, dumną postawę, wstrzemięźliwe gesty i ograniczoną mimikę, pomijając podobieństwo genetyczne, ale do tego akurat niespecjalnie miał oko. Mimo wszystko, jeżeli uważał Tobyego za faceta średniego wzrostu, to jego ojciec był zwyczajnie niski, mając co najwyżej metr siedemdziesiąt pięć z wielkim naciskiem na „co najwyżej”. Matka zresztą też nie była wysoka, a już na pewno niższa niż Bella. Obydwoje mieli brązowe włosy, jednak w innych odcieniach – Sophia jaśniejsze, prawie blond, a Barney z odcieniami rudawego. W dodatku kobieta miała błękitne oczy, niepodobne ani do Belli ani do Tobyego.
Toby zaprowadził ich do pokoju, rozmawiając o bardzo praktycznych, a dla Damiena, również bardzo nudnych, rzeczach typu ich tygodnia, pracy czy nawet podróży, brzmiąc przy tym zupełnie pusto, dostając w zamian takie same puste odpowiedzi. Cole miał chwilową szansę, tylko jeden dzień, by przyjrzeć się całym tym relacją rodzinnym. Było to... Trudne. Przede wszystkim, zupełnie nie podobało mu się patrzenie. Przypominało stare, zabliźnione już dawno rany, ale również zwyczajnie nie chciał patrzeć na Tobyego wyglądającego w ten sposób... Jak zwykły robot.
Myśląc pozytywnie, na szczęście jeszcze nie zaczęli zadawać pytań na jego temat, co znaczyło po prostu że nie musiał uruchomić swojego „patologicznego kłamcy”. I zaczynał lubić to określenie.
- Wygląda na to, że będę musiał dzisiaj spać w twoim pokoju Damien. - Odezwał się w jego stronę, wchodząc do salonu, stojąc opartym o otwarte drzwi i nagle w jego głosie zatliła się nutka zduszonych emocji. Z resztą, jego ton w ogóle brzmiał w pół zduszenie.
Damien spojrzał na niego, spotykając jego zimne oczy, niewzruszoną minę in defensywną postawę ze skrzyżowanymi ramionami, co dawało całkiem zabawny kontrast z czerwonymi policzkami i lekko rozchylonymi wargami.
Dla niego wyglądało to jak wyzwanie, którego nie mógł podjąć. Albo przynajmniej nie całkiem.
- Nie ma problemu. - Wzruszył ramionami i korzystając z faktu, że obydwoje z rodziców Tobyego odwróceni byli do niego tyłem, puścił mu oczko, uśmiechając się zuchwale. Toby przez chwilę wyglądał na totalnie niewzruszonego, po czym oderwał się od drzwi, wskazując swoim rodzicom rozkładaną kanapę. I kiedy Damien tracił już nadzieję na dalsza reakcję, nieznacznie odwrócił się w jego stronę i wystawił koniuszek języka, zmysłowo oblizując górną wargę.
Dziwne, wydawało mu się, że w pomieszczeniu właśnie skoczyła temperatura.
- Jesteście może głodni? - Zapytał Toby, powróciwszy do swojego płaskiego tonu. Będąc szczerym, czasami mu to pasowała. Ta naturalne trzymanie się na wodzy sprawiało tylko że Damien jeszcze bardziej i bardziej chciał mieć go na własność i pozwolić mu odciąć się od tych bezsensownych przyzwyczajeń. Chciał zobaczyć jakim człowiekiem byłby wtedy, bo już teraz mógł zobaczyć przebłyski jego prawdziwiej osobowości.
Ani razu nie stracił uwagi na tyle by nie zauważyć, że Toby i od niego chciałby odpowiedzi. Znaczy, zapewne chciałby żeby Damien zamknął się w jego pokoju i najlepiej nie wychodził aż do późnej nocy, ale on nie pierwszy raz nie miał zamiaru współpracować.
Dlatego pokiwał mu tylko głową, siadając przy blacie, wesoło podpierając się na ręce. Cóż, i tak nie był na tyle dobry aby robić wszystko czego by sobie zapragnął ktoś inny. Gdzie byłaby w tym zabawa?
Zanim jednak zdążył się odprężyć i porządnie poobserwować jak państwo Reusowie rozpakowują niewielką torbę przy kanapie, Toby przywołał go do siebie gestem dłoni. Nie był z tym zbyt szczęśliwy, ale co zrobisz? Wyciągnął się porządnie zanim wstał, podchodząc będąc pewnym by przejechać ręką po każdej powierzchni, nawet jeśli Toby i tym razem na niego nie patrzał. Miał wewnętrzną potrzebę.
- Hm? - Zapytał cicho, stojąc tuż przy Tobym, który z kolei praktycznie wszedł do otwartej lodówki w samym rogu pokoju, zanim odpowiedział mu, również szeptem, który w salonie został na szczęście zagłuszony wcześniej włączonym telewizorem:
- Myślisz, że dasz radę zachowywać się w miarę przyzwoicie do wieczora?
- Ja i nieprzyzwoitość? - Zaśmiał się i bezwstydnie złapał go za tyłek, wkładając dłoń w tylną kieszeń jego spodni. - Nie żartuj.
- Serio, jesteś najgorszy.
- Wiem... Dlatego zamierzam w pełni to wykorzystać. - Włożył druga rękę zanim Toby wyjął je obydwie w stoickim spokoju i potrzymał je tak chwilę zanim nie westchnął ciężko i nie puścił go, wyciągając z lodówki jakąś dziwną zieleninę, którą oczywiście wepchnął mu w ręce.
- Skoro tak to się do czegoś przydaj i połóż to na stole. Myślisz że dasz radę? - Damien prychnął pod nosem „pewnie” i znowu wykonał „prośbę”. Miał wrażenie, że robi się za miękki...
Rozłożył i zieleninę i talerze, i nawet szklanki. I dał radę, niczego nie psując, co dla niego było jednocześnie niczym wielkim bo przecież robił nie takie rzeczy, ale i sporym osiągnięciem, bo wcale nie miał ochoty, a z wykonywaniem rzeczy na które nie miał ochoty było już gorzej.
Znowu usiadł przy blacie, z Tobym obok i Sophią naprzeciwko, nie mogąc do końca uwierzyć w to co się właśnie działo. Jakoś totalnie nie pasowała mu rola kogoś rodzinnego... Z resztą, Tobyemu też nie za bardzo.
Ciekawym było to jak mało teraz Toby na niego patrzał, ignorował, unikał. Mimo to, a może właśnie przez to, jedno spojrzenie tych zimnych zielonych oczu wystarczyło by Damien czuł się zahipnotyzowany. Gotowy by zrobić wszystko, nie ważne że mu się to nie podobało. Jakby Toby nałożył na niego niewidzialna pseudo obrożę posłuszeństwa. Nie żeby kiedykolwiek miał coś przeciwko nakładaniu na siebie obroży. Z drugiej strony, nie od dzisiaj wiedział, że był bardziej sadystą niż masochistą, dlatego tak bardzo chciał przywłaszczyć sobie Tobyego. W całości. Cóż, nie od dzisiaj również wiedział, że był okropnie, może nawet za, zaborczy.
Nie żeby mógł coś z tym zrobić.
- Więc Damien, wybacz, nie mieliśmy jakoś czasu porozmawiać. Czym się zajmujesz? - Oprócz tego, że Damien prawie zakrztusił się wcześniej wspomnianym zielskiem słysząc swoje imię wypowiedziane w tak poważny sposób (co nie stało się albo nigdy albo od co najmniej piętnastu lat), to... Oczywiście. Nie można było uniknąć zwłaszcza tego pytania. Nie do końca mógł winić tak poważnego człowieka za zadawanie poważnych i bardzo oklepanych pytań, ale naprawdę nie widział nic ciekawego w cudzych zarobkach. No, może oprócz faktu, że gdy zanim trafił do psychiatryka i mówił im faktyczna ilość, to zazwyczaj opadała im szczena i robili bardzo zabawną minę.
- Można powiedzieć, że pracuję w służbie. - Usłyszał krótkie kaszlnięcie po swojej lewej i naprawdę cudem powstrzymał nadchodzący wybuch śmiechu. Grunt że się udało, bo Toby nie odniósł nic wielkiego w ukrywaniu swojego szoku. Z resztą Barney też nie, bo wgapiał się go przez chwilę z szeroko otwartymi oczami. Cóż, element zaskoczenia zadziałał aż za dobrze.
- Wyobrażam sobie, że to ciężka praca?
- Nie dla mnie, mam całkiem sporo energii. - Mógł właściwie poczuć ponurą aurę wydobywającą się od Tobyego, co nagle wydało mu się bardzo zabawne. Nie spodziewał się, że będzie się tak dobrze bawił przy czymś takim.
- Przepraszam, ale... - Tym razem odezwała się Sophia, zastanawiając się przez chwile jak dobrać słowa. - Toby jest skryty i... Wiesz może czy ma już dziewczynę? - Wyglądała na jednocześnie zupełnie poważna i zupełnie zmartwioną, sprawiając, że Damien musiał mocno ugryźć się w język aby od razu nie wypowiedzieć czegoś idiotycznie zabawnego. Domyślił się, że to dla nich byłoby bardzo niezręczne. Potajemnie zerknął na Tobyego, który wyglądał jakby cierpiał pod maską fałszywego spokoju, a jego twarz była czerwona jak burak. Nie chciał żeby rodzice dalej nieświadomie dawali mu w kość, ale z drugiej strony...
- Akurat ma.
Nie mógł się powstrzymać.
Z drugiej strony nie miał pojęcia co innego mógłby powiedzieć, a zwykłe „nie wiem” nie było w jego stylu. Później prawdopodobnie zapłaci za swoje błędy.
- Oh? Jaka jest? - Sophia natychmiast wyraziła zainteresowanie, aż zaświeciły jej się oczy.
Załapała haczyk.
- Wysoka... I przede wszystkim bardzo zazdrosna o każdego znajomego. Przysięgam, że chciałaby go mieć tylko dla siebie. - Toby wydawał się nadążać, bo mocno złapał go za udo, z daleka od wzroku jego rodziców. Z drugiej strony, mimo znaku ostrzegawczego, wydawał się pośrednio zainteresowany jego słowami. To dobrze, bo Damien starał się bardzo uważnie je dobierać. - I, cóż, będąc szczerym, bardzo bardzo ładna. - I Barney i Sophia przyglądali mu się z zainteresowaniem, prawie dosłownie spijając jego słowa. Toby natomiast poddał się, chowając twarz w dłoni i powoli kręcił głowa. Damien swobodnie splątał swoje palce z jego, a do dwójki naprzeciwko niego uśmiechnął się czarująco. Był świetnym aktorem i doceniał publikę.
Państwo Reusowie wymienili zaskoczone spojrzenia, ale zanim zdążyli zapytać o coś jeszcze, Toby zerwał się z miejsca uprzednio puszczając jego rękę i począł zbierać talerze, w ten sposób komunikując, że dla niego temat jest już skończony.
Włożył je do zlewu, nie zmywając, po czym podszedł do Damiena właściwie wciskając mu banknot, na który Damien nawet nie zdążył spojrzeć.
- Miło by było, gdybyś chociaż zrobił zakupy.
- Do usług. - Odpowiedział wesoło, jednak gdy tylko zniknął za drzwiami, jego optymizm znikł, zostawiając za sobą tylko szeroki szelmowski uśmiech...

wtorek, 8 listopada 2016

Totalna psychoza - Część 6.

Ech... Myślę, że fakt, że miałam to dodać dokładnie tydzień temu mówi sam za siebie... XD
Otóż mamy listopad, miesiąc jesienny kojarzący się ze wszelkimi smutami... A my oficjalnie żegnamy się z Totalną Psychozą!
To trwało niezwykle długo...
No ale, pod koniec zrobił się z tego jakiś totalny shounen, mam nadzieję, że nikt nie uśnie. XD
Lol, odkryłam nową chińską piosenkę. 
Oh, i dostałam drogę Zena w Mystic Messenger. Chociaż jestem tylko w połowie zadowolona...
A co tam u was?
Chyba przedłużam... XD
Więęęc... OTO OSTATNIA CZĘŚĆ PSYCHOZY I ZAPRASZAM DO KOMENTOWANIA! ;D

***

Gdy obserwowałem Olivera ostrożnie stawiającego każdy swój krok, ze zmysłami wyostrzonymi na każdy najmniejszy szczegół, nawet zapach, dziwacznie wydawał mi się jeszcze bardziej dojrzały niż wtedy. Mimo że przewyższałem go o niejaką stopę, to podążałem za nim jak mały dzieciak, milcząc. Ciesząc się małym show. Wiedziałem jak bardzo Oliverowi nie spodobałaby się ta postawa, jako iż zawsze chciał bym zachował swoje człowieczeństwo, ale nic nie mogłem na to poradzić. Nieważne jak bardzo myślałem o cierpieniu ludzi, o cierpieniu mojej rodziny, przyjaciół, szkoły... Nie zależało mi.
Przestało mi zależeć.
Tam gdzie wcześniej znajdywałem tony współczucia zalegała ciemność z bladymi przebłyskami światła, które w większości nie przedostawały się przez zbitą masę. Wszystkie uczucia wydawały się przygłuszone, jakby ktoś ściszył dźwięk na pilocie do telewizora. Z resztą, podobnie było z wizją, wszystko wydawało się być dziwnie szarawe, ponure. Bez życia.
Mimo to, Oliver wyraźnie żył. Od jego postaci emanowało jedyne ciepło, jedyny kolor w całym świecie. Wydawało mi się, że łączy nas lina, której nie mogę rozdzielić, że nie mogę się oddalić.
Że tak od teraz będzie wyglądało moje życie. Wieczne podążanie za samym cieniem, tyle że teraz wydawało mi się to wyjątkowo właściwe.
Podobało mi się to, że teraz mogłem na niego patrzeć, nie przypominać sobie, tylko patrzeć na jego żywy obraz, na wyjątkowo wyprostowaną postawę, oczy skupione na dalekim punkcie wysuniętym daleko przed nas. Na jego niezmożone dążenie do celu.
Tylko że...
Był powolny.
Niesamowicie wręcz powolny, biorąc pod uwagę fakt, że teoretycznie bardzo się spieszył. Wiedziałem jaką prędkość mogłem rozwinąć w tym lesie, Oliver nie był nawet w jednej dziesiątej.
- Wiem. - Mruknął zły na siebie, znowu mnie zaskakując. Czekałem na kontynuację, zastanawiając się. Czyżby... - Ale ciągle jestem człowiekiem. Choćby nie wiem jak bardzo bym chciał, nie mogę przyspieszyć. To moje głupie słabe ciało... - Brzmiał jakby był na siebie zły. Niby się nie dziwiłem, bo przecież mu zależało, ale jednak... Ja nie mogłem go winić
- Twoja moc nie działa? - Zapytałem pustym, monotonnym głosem. Tak naprawdę nie widziałem powodu ratowania tych ludzi. Nie rozumiałem za czym Oliver gonił przez te wszystkie lata.
Potrząsnął głową, patrząc na swoje trzęsące się dłonie. Mimo tego jego twarz pozostawała bez wyrazu. Czasami wydawało mi się, że jest pusty jak porcelanowa lalka, z dużymi szklanymi, zgniło zielonymi oczami. Zawsze tylko patrzył z oddali. Z resztą, do tej pory nie mogłem być pewien czy jego nagle wyrażane emocje nie są tylko dobrze zagraną rolą. Ale szczerze, nie obchodziło mnie to. - Jak dziwnie, jednocześnie tak bardzo przejmować się czyimiś uczuciami i mieć je kompletnie gdzieś.
Oliver znieruchomiał i znowu pokręcił głową,
- Miło mi, ale to naprawdę nie pora na wymyślanie poezji.
- Czyżby? To znaczy... - Poprawiłem się szybko, wiedząc przecież jak bardzo nie podoba mu się moja zmiana. Jednakże naprawdę nie widziałem żadnych plusów w ratowaniu tych wszystkich ludzi. Nie byłem rycerzem. Mimo to... - To znaczy... Nie wiem dlaczego po prostu nie ruszymy dalej. - Powiedziałem, wzruszając ramionami, przegrywając z nową naturą.
Oliver uśmiechnął się smutno.
- Bo ta umowa to podwójny blef. Kiedy tylko wyjdziesz z tego stanu, choćby po to żeby swobodnie móc ukrywać się wśród tłumu... Wszystko wraca. To co zrobiłeś lub to czego nie zrobiłeś... O tym się nie zapomina. Tylko że zdajesz sobie z tego sprawę dopiero wtedy. - Ruszył przed siebie ze zdwojoną szybkością, nawet nie oglądając się na mnie. Ale jeśli Oliver cały czas jest człowiekiem, czy to możliwe że...
Że on...
Robił to dla mnie?
Od początku naszej znajomości cały czas mi się poświęcał, a ja odpłacałem mu się coraz większymi kłopotami. Miałem już tego dosyć. Przecież dlatego się przemieniłem.
Gdybym tylko mógł płakać...
Ale Oliver miał rację, nie było na to czasu.
Dlatego nie zamierzałem znowu się mazać. Zdecydowałem.
Jednak zamiast podążać za nim wolałem iść obok niego.
Zastanowiłem się przez chwilę. W sumie to znałem rozwiązanie na nasz mały problem.
- Nie widzę problemu. Znaczy... Od początku nie było problemu. - Nie zatrzymał się, ale bez problemu go dogoniłem i nachylając się, złapałem go pod kolanami i w talii, bez problemu podnosząc. Mógłbym się założyć, że już wcześniej nie byłoby to dla mnie żadne wyzwanie, a co dopiero teraz. Właściwie ledwie czułem jego ciężar.
- Właściwie to to rozważałem, ale to trochę... Radykalne. - Nie odpowiedziałem, czując zbierającą się we mnie energię. Zabawnie było patrzeć na zbierającą się wokół nas złotą aurę, która z każdą chwilą wydawała się gęstsza i większa. Czułem prawdziwą potęgę. Oliver złapał mnie za poszarpany kawałek koszuli, która dalej trzymała się na moim ramieniu.
Czułem się tak... Na miejscu.
Odbiłem się od podłoża zgrabnie wzbijając się w powietrze. Oliver nawet się nie wzdrygnął, dalej patrzał tylko przed siebie. A ja patrzałem na niego. Mogłem patrzeć tylko na niego przy mizernie jaśniejącym słońcu, które oświetlało jego twarz.
Nie pragnąłem niczego więcej.
Wylądowałem, czując pod stopami drżenie ziemi i znowu wybiłem się do przodu, dosłownie czując własną szybkość. Nie mogłem powstrzymać szerokiego uśmiechu. Nigdy w życiu tak dobrze się nie bawiłem.
Oliver delikatnie mnie pociągnął, odwracając moją uwagę od dotychczasowej rozrywki.

- Mówiłem już, że będziesz tego żałował, prawda? - Mówił, jednak on też się uśmiechał. Już prawie zapomniałem, że nigdy nie miał problemów tak podobnych do moich.
Nie odpowiedziałem, nie zwracając uwagi na przyszłość. Nawet jeśli przed sobą miałem... Mieliśmy, bo przecież nie byłem już sam, ten dziwaczny pojedynek z demonem, mogłem się śmiać.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Nadzieja Umiera Ostatnia #15- Wchodzę do jego gabinetu.Do tak dobrze znanego mi miejsca.

Tak ciężko jest pisać regularnie, kiedy po całym męczącym dniu w tej szkole jedyne co masz ochotę to spać ;-;
Musicie nam wybaczyć tą mniejszą aktywność niż, w wakacje, ale siły i jakiekolwiek chęci na pisanie gasną wraz z kolejną kartkówka zanotowaną w dzienniku na kolejne tygodnie :x

Btw...czas na trochę historii z życia Dawida bo on tylko taki ujek postrzegany :)
Reszty dowiecie się czytając ;D



*~*~*


Kiedy tylko Nikola przekroczyła próg mieszkania on zrozumiał, że już nigdy nie powróci do dawnego życia. To nie był przypadek, że dziewczyna znalazła się w tym samym domu i w tym samym momencie co Alicja. Nie było trudno się domyśleć, że to wszystko był spiskiem Erica, który jednak trochę przeliczył się ze swoimi założeniami. Mimo iż brunet nie dawał tego po sobie poznać łatwo doszukiwał się szczegółów, które w tym wypadku wyjątkowo dawały o sobie znać. Cały plan polegał na tym, aby to Dawid stanął w niewiadomym punkcie. Mimo iż nie dał się złapać w pułapkę starego Bleyk'a, to i tak nie był w stanie porzucić myśli, że niedługo stanie się coś, czego nigdy nie będzie chciał być światkiem. Może to głupie, ale nie mógł wierzyć w czyste intencje ze strony Erica. Żył z nim wystarczająco długo, by zrozumieć, że każdy chodź dający cień nadziei na zmianę mężczyzny gest niósł za sobą albo szkody, albo zyski dla jego osoby.
Wykorzystał moment w którym to jego ojciec był bez swojej „ochrony” i zawitał u niego w gabinecie. Nie pukając, bo przecież nigdy tego nie robił wszedł do doskonale znanego mu miejsca. Wiele razy tu siedział. Nic przyjemnego. Lądował tu za każdym razem kiedy sprzeciwiał się Ericowi. Robił to dość często. Dawid nie należy do osób, którym dyktuje się warunki, tym bardziej nie mógł znieść faktu, że robiła to osoba do, której nie miał ani grama szacunku.
Rozsiadł się wygodnie w fotelu i zarzucił nogi na biurko. Uwielbiał chodź takimi małymi gestami podnosić napięcie między nimi. Brunet od śmierci matki za każdym razem, kiedy tylko zdarzała się okazja pokazywał, że kompletnie stracił do niego respekt. Mężczyzna znaczył dla niego tyle co przypadkowy menel z ulicy, a przecież nie tak powinny wyglądać relacje syna z ojcem.
-Rozgość się- Wymamrotał sarkastycznie i odpinając jeden guzik marynarki usiadł po drugiej stronie masywnego mebla.
-Gdzie jest haczyk?-Wypalił od razu rozsiadając się w bardziej dogodnej pozycji. Analizował Ericka lodowatym spojrzeniem. Szansa na to, że mężczyzna powie mu prawdę była nikła, więc próbował chodź trochę wyczytać z jego postawy, ale był wyjątkowo profesjonalny. Nie wyrażał nic, zupełnie nic. Nawet nie wydawał się być zaskoczony tym pytaniem, jakby był już na to przygotowany od samego początku.
-O czym ty mówisz?- Jego głos był niski, ale dziwnie spojony co trochę zbiło go z tropu, jednak nie zmienił swojej postawy.
-Ha! Nie rozśmieszaj mnie- Wyprostował się a nogi niedbale opadły mu na ziemię tworząc hałas, który nieprzyjemnie rozniósł się po pokoju.-Oboje wiemy, że nigdy się nie zmienisz. Najpierw Alicja, potem Nikola, o co ci chodzi?- Warknął uderzając otwartymi dłońmi w blat tym samym podnosząc się z miejsca.
-Jesteś bardzo spokojny- Wycedził przez zęby starszy mężczyzna lekko uchylając szufladę w biurku.
-No i co? Znów zaczniesz mi wymachiwać pistoletem przed twarzą?- Zapytał prześmiewczo przyglądając się otwartej półce. Leżała tam broń, którą stary Blake muskał palcami, aby w każdym momencie módz ją wyciągnąć i przystawić do czoła swojego syna. Dawid odpuścił i zajął swoje miejsce.-Nie baw się ze mną w podchody. Powiedz czego ode mnie chcesz- Wysyczał a mężczyzna się zaśmiał.
-To, aż nie możliwe, że niczego się jeszcze nie nauczyłeś. Oczekuję od ciebie tego samego co od Xaviera-Uśmiechnął się podle. Brunet pokręcił głową w niedowierzaniu. Uśmiechnął się pod nosem.
-A ty nie nauczyłeś się, że nigdy nie będę twoim chłopcem na zlecenie? To co robi mój brat mało mnie obchodzi, to jego życie, ale ja nie zamierzam dla ciebie pracować i wydaje mi się, że wystarczając ci już to pokazałem- Mówiąc to przewrócił ramkę ze zdjęciem, które stało na biurku jego ojca. Nie mógł patrzeć, że wciąż miał obraz tak złudnie szczęśliwej rodziny Nie wiedział, czy to dlatego, aby ludzie, którzy przychodzą tutaj mieli go za normalnego wdowca? Cóż z pewnością taki nie był.
-Nie raz ci to mówiłem, twoje decyzję będą mieć wpływ na twoją przyszłość- Brzmiał dość pretensjonalnie. Gdyby nie fakt, że mężczyzna już zdążył chwycić pistolet w dłoń ,bez namysłu zamachnąłby się tak, aby dość boleśnie pozostawić ślad na twarzy swojego ojca, ale czuł, że jego stu procentowa sprawność może się niedługo przydać.
-Zastrzelisz mnie? Proszę bardzo, nie będę musiał na ciebie patrzeć- Gwałtownie odsunął krzesło i wstał. Patrzał na mężczyznę z góry, który uśmiechał się złośliwie.
-Jesteś jeszcze taki młody i głupi. Gdyby zależało mi na twojej śmierci już dawno leżałbyś dwadzieścia metrów pod ziemią obok swojej mamusi. Cudowna z niej była kobieta, nie prawda? Zawsze obroniła cie przed złym tatusiem- Zaśmiał się podle, a Dawid nie wytrzymując podszedł do Ericka i chwytając go za kołnierz koszuli popchnął go na ścianę ściskając mu gardło. Stary Blake był czerwony, od braku powietrza, a broń, którą trzymał w dłoni swobodnie upadła na panele.
-Nigdy więcej nie waż się o niej tak mówić, kutasie- Ścisnął dłoń jeszcze mocniej, po czym gwałtownie ją opuścił. Mężczyzna upadł na ziemię kaszląc i łapczywie oddychając.
-Zdychaj, zaoszczędzisz mi roboty- Rzucił na koniec, nim drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Był zły. Był wkurwiony. Ten śmieć nie miał prawa mówić nic na temat jego matki. Kobiety, która pierwsza pokazała Dawidowi, że życie nie jest tylko jedną wielką rutyną przepełnioną kłótniami z ojcem. Pokazała mu, że jest coś więcej. Aż ciężko w to uwierzyć, że tak chłopak jak on tak bardzo przejmował się słowami Ericka. Może normalnie puściłby to płazem, ale nigdy nie mógł znieść, tego jak traktował jego matkę i za życia, jak i po śmierci. Kobietę, która dla niego była chodzącym ideałem i autorytetem.
Czuł gdzieś w środku, że ja zawiódł. Zawiódł ja swoją przeszłością. Miał poczucie winy, które w tym momencie jedynie takim zachowaniem mógł złagodzić. Zabrał kluczę od samochodu jego ojca, które leżały na półce. Wsiadł do auta i skierował się do miejsca, gdzie niegdyś często je odwiedzał. Jako młody chłopak, któremu los zbyt wcześnie odebrał matkę przychodził do niej na grób, aby poużalać się nad swoim życiem. Niby brzmi żałośnie, ale pomagało mu. Dawało mu siłę na nowy dzień nim kompletnie pogubił się w swoich czynach. Miejsce to był zwykle opustoszałe. Rzadko kiedy widział tu innych ludzi. Ze smętną miną zapalił znicz, który kupił po drodze i usiadł na ławce. Schował twarz w dłonie i westchnął ociężale. Kiedyś przychodził tu codziennie. Mówił do niej, bo wiedział, że to jedyna osoba, która zawsze go wysłuchała.
Przez głowę przemknęło mu wspomnienie, kiedy tak trudno był mu się pogodzić z jej stratą i tak naprawdę nigdy się nie pogodził. Chciał jej coś powiedzieć, ale nie wiedział nawet jak. Tak dawno z nią nie rozmawiał, że zapomniał jak to jest. Jak jest z powrotem zdać sobie sprawę, że jej już nigdy nie zobaczy. Doszedł do takiego punktu w swoim życiu, ze po raz kolejny bał się następnego dnia, bo wiedział, ze ojciec tym razem nie odpuści i znów zrobi tak ohydne świństwo, jak zrobił tamtego dnia. Odebrał mu jedyną osobę, w którą kochał jak nikogo innego.
Zacisnął mocno powieki. Po raz kolejny od bardzo dawna bał się, że to co jest dla niego ważne zostanie mu odebrane.
-Clara Blake- Usłyszał głos, który dochodził zza jego pleców. Odwrócił się gwałtownie. Nie mógł ukryć, że trochę się przestraszył, bo nie spodziewał się, że kogoś tu spotka.
-Co ty tu robisz?- Warknął na rudowłosą dziewczynę.
-Mogłabym ci powiedzieć, ze jestem wariatką, która czasem lubi posiedzieć sobie na cmentarzu, ale byś mi nie uwierzył- Sapnęła spychając go lekko z ławki, aby zrobić sobie miejsce.
-Ej, zaraz to byłoby do ciebie całkiem podobne. Jesteś trochę walnięta- Zaśmiał się na co poczuł gwałtowne dźgnięcie w brzuch- No dobra dobra- Uniósł ręce w geście obronnym- Po coś tu przylazła?
-Śledziłam cię- Powiedziała smętnie patrząc się w dal jak gdyby nigdy nic.
-Często to robisz?- Zapytał ironicznie. Nieco się wkurzył. Nie wiedział ile dziewczyna za nim łazi.
-Tylko jak mi się nudzi- Zaśmiała się, ale Dawidowi do śmiechu nie było. Spojrzał na nią lodowatym spojrzeniem, a ta przestała.-Oj, daj spokój. Widziałam jak idziesz w tę stronę nie mogłam się oprzeć. Przysięgam to był mój pierwszy i ostatni raz- Poklepała go po plecach.
-Mam nadzieje-Wypowiedział jakby od niechcenia. Nie miał ochoty na niczyje towarzystwo.
-Kto to był?-Zapytała cicho.
-Moja matka
-Przykro mi- Alicja znacznie posmutniałą. Nie za bardzo wiedziała co powiedzieć więc po prostu siedziała już cicho. Nie chciała wypytywać, bo wiedziała, że Dawid i tak jej nic nie powie. Po prostu siedziała i kątem oka obserwowała postawę bruneta.
-Pogodziłem się już z tym- Nie było to prawdą. Nie mógł zaakceptować jej braku. Dlatego całe liceum spędził w internacie. Nie mógł mieszkać z ojcem, a co gorsza przebywać w domu, w którym wszystko przypominało mu jego matkę. Liceum to był burzliwy etap w jego życiu. Mnóstwo problemów i gówien w które się wpakował. Wtedy poznał Nikole, która pomogła mu wyjść z większości problemów, ale nigdy nie mogła zastąpić mu pustki w sercu, którą wywołał śmierć Clary. -Chodź już, odwiozę cię- Powiedział dość smutno i wstał udając się do auta. Alicja w ciszy szła za nim. Całą drogę milczeli. Niezręczna cisza była denerwująca, ale żadne z nich nie było w stanie lub nie chciało jej przerwać.
Już w progu z Dawidem przywitała się drobna szatynka. Rudowłosa tylko parsknęła i skierowała się w stronę schodów.
-Nie zjesz z nami?-Zapytała Nikola zatrzymują tym samym Alicję w półkroku.
-Nie-Warknęła i weszła na górę. Dawid podszedł do Nikoli i przytulił ją.
-Ja naprawdę, chciałam być miła- Wymruczała, a on potarł jej ramiona i pocałował w policzek.
-Porozmawiam z nią- Posłał jej blady uśmiech i udał się do pokoju Luton. Nie było jej tam. Dziewczyna wszyła z łazienki ocierając usta.
-Znów wymiotowałaś?-Zapytał z jakby troską?
-Nie twój interes- Warknęła. Chciała wyminąć go w przejściu ale Blake ją zatrzymał.
-Ej, czemu taka jesteś?- Zapytał. Dziewczyna spojrzała na niego krzywo.
-Jaka?- Splotła ręce na piersi i przekręciła głowę. Nie rozumiała o co brunet mógł się czepiać. Starała zachowywać się najnormalniej jak tylko mogła.
-Taka chłodna i wredna- Skwitował robiąc dość znaczny krok w jej stronę. Dawid musiał przyznać, że dziewczyna urodą nie grzeszyła, więc uwodzenie jej przychodziło mu z łatwością, ale zauważył to. Tą inność, od kiedy w domu pojawiła się Nikola. Rudowłosa wycofała się kompletnie. Unikała chłopaka i było to można zauważyć, nie zbyt się wysilając. Zastanawiał się czy to z nim jest coś nie tak, że nie był w stanie zrozumieć dlaczego sprawa przybrała taki obrót? W sumie jedyne czego mógł się obawiać, to nieczystego zagrania ze strony Erica. Nie brał pod uwagę sercowych rozterek, choćby dlatego, że nigdy nie był w takiej sytuacji. Nigdy nie musiał o kogoś zabiegać. Zawsze uczucia dziewczyn miał podane na tacy i mógł wybierać. Kompletnie tego nie rozumiał i czuł się nieco zagubiony.
-Ha! Kto mi to mówi? Chłopak, który jest największym dupkiem, jaki chodzi po tej planecie- Parsknęła i kręciła głową w niedowierzaniu. Blake zmarszczył brwi.
-Nie mówimy teraz o mnie- Stał już na tyle blisko aby spokojnie móc dotknąć jej policzka. Delikatnie musnął go palcami nim Alicja gwałtownie odwróciła głowę.
-Nie rób tego nigdy więcej- Warknęła, a w oczach zbierały jej się łzy. Nie płakała z rozpaczy. Płakała z piekielnej złości, którą w sobie dusiła.- Idź do swojej laski, a mnie zostaw.
-Dlaczego jesteś dla niej taka?-Był spokojny, co rzadko mu się zdarzało. Nienawidził, kiedy ktoś próbował udowodnić mu, że to on jest najgorszy. Normalnie użyłby jakiejś cholernie długiej plątaniny słów, które miałby czule dotknąć jego przeciwnika, ale nie w takiej sytuacji kiedy patrząc na Alicje czuł coś dziwnego. Czuł to od pierwszego dnia kiedy pojawiła się w tej norze, w której zmuszony był się schować. Nie była to miłość. To było coś na wzór obowiązku czuwania nad nią, ale jak miał to zrobić, kiedy ledwo sam panował nad swoim życiem?
-Wiesz dlaczego?-Zapytała, a głos wręcz drżał jej ze złości. Otworzyła drzwi do swojego pokoju i odwróciła się w stronę bruneta, który stał naprzeciwko niej.-Bo cię kocham, kretynie- Zatrzasnęła mu drzwi przed oczami, a on jakby analizował każde słowo z osobna. Nie sądził, że będąc takim chujem mógł ją w sobie rozkochać. Miał nadzieję, że odkręcił to w dobrym momencie, że przerwał to wszystko ujawniając swą prawdziwą stronę jednak jak widać za późno.
-Kochasz ją?-Dobiegł go głos zza pleców.
-Co?-Zapytał odwracając się w stronę drobnej szatynki.
-Kochasz ją, czy nie?-Była już bardziej stanowcza, a swoimi wyraźnymi tęczówkami wywiercała go na wylot.
-Popieprzyło cię? Przecież, wiesz że cię kocham-Westchnął zirytowany. Ostatnimi resztkami spokoju opanowywał swoje emocje. Miał już tego dnia dość. Pragnął aby się już skończył.
-Nie kłam. Doskonale wiem jak wygląda nasza relacja. Tylko mi zależało. Jestem dla ciebie przyjaciółką i nigdy nie byłam i nie będę nikim więcej- Powiedziała z wyrzutem. Dawid przetarł skronie i spojrzał na nią chłodnym i pozbawionym jakimkolwiek uczuciem wzrokiem.

-Odczep się. Skoro lepiej wiesz co czuje, to sama odpowiedz sobie na to pytanie- Odwrócił się i pospiesznie otworzył drzwi swojego pokoju by po chwili je zatrzasnąć i uwalić się na łóżku. Sięgnął na półkę przy łóżku i z paczki wyciągnął papierosa, którego włożył do ust i zapalił końcówkę zapalniczką. Zaciągnął się dość mocno, aby smak opanował całe jego ciało dając lekkie poczucie rozluźnienia. Na coś musiał umrzeć, nie widział problemu aby nie mógł być to rak płuc. Nigdy nie zwracał uwagi na swoje zdrowie, bo zawsze miało większe problemy, a w tym momencie o dziwo nie martwił się ani nieszczęśliwie zakochaną Alicją, ani rozzłoszczoną Nikolom. Martwił się Erickiem i tym co ten skurwiel może kąbinować.