Strony

niedziela, 26 marca 2017

Wartość Wspomnień. - Rozdział Ósmy "Kiedy moje serce rozpadało się na milion kawałków"

Ktoś jeszcze pamięta, że to pisałam? Bo ja nie do końca... XD
Nigga, ale no jest rozdział, który był w trakcie pisania od huhu. Właściwie stwierdziłam, że jebać to i rozkręcam fabułę kilka razy szybciej niż planowałam, bo czemu nie... Co nie znaczy, że rozkręci się szybko. :')
Jak zwykle musiałam to dodać niezedytowane, bo północ mnie goniła, a ja jej odmówiłam. Proszę nie zadawać pytań. XD
Okej to ja lecę pisać Destiel bo mam dokładnie... Chwila... Piętnaście pomysłów na Destiel i jakieś cztery na Cockles. Oczywiście nigdy tego nie napiszę... Chyba. Ale to okropne. XD
No nic, zapraszam do komentowania, a ja postaram się nie utonąć w swoich myślach, jak zwykle. ;-;
***
Naokoło robi się nieznośnie gorąco, żar pryska mu w twarz, opada z sufitu i powoli dotyka jego stóp, ale on się nie rusza. Nie może.
Ściska palce, które mimo wszystko pozostają chłodne i blade, bez życia.
Coś ścieka mu po policzku i nie jest już pewien czy to pot czy łzy.
On coś krzyczy, ale nie może tego usłyszeć. Nie teraz. Wtedy słyszał i doskonale pamięta jego słowa, pewne dziwnej pewności siebie, której on sam nie mógł teraz z siebie wykrzesać.
Idź!”
Ale on się nie rusza. Teraz jest już pewien że płacze, bo wyrywa się z niego bolesny szloch. Kręci głową, bo nie ma powodu uciekać. Chce zostać, bo gdy on tu jest, nie ma powodu opuszczać tego miejsca.
Nawet jeśli całe zawali mu się na głowę.

Kakashi znał ten sen na pamięć i doskonale pamiętał jak się kończy. Mimo lat zawsze budził się z niego tak samo – gwałtownie, w strachu, który chwile później przeradzał się w zrozumienie i niesamowite zmęczenie.
Bo w nocy, cichej chłodnej spokojnej nocy, zawsze pamiętał. Przypominał sobie. Doganiały go wyrzuty sumienia, które za dnia głęboko grzebał pod niekończącą się pracą. Ale w nocy pamiętał dokładnie każdy szczegół i skąpał się w poczuciu winy, głosy w jego głowie krzyczały „Dlaczego odszedłeś?”
Dlatego teraz, gdy sen nagle urwał się w połowie, a on był jak najbardziej obudzony, przez chwile był tak zdezorientowany, że zapomniał nawet gdzie jest, nie wiedział czemu już nie śni.
Chwilę później dotarło do niego że leżał na łóżku w swojej własnej sypialni i że wyraźnie słyszał dzwonek telefonu – wesoła muzyczka kontrastująca z prawie przerażającą ciemnością jego sypialni i lepką od potu pościelą prawie sprawiła, że sam do siebie przewrócił oczami.
Sięgnął po telefon i poczuł się zaskoczony tym jak bardzo chciałby żeby osobą, która wydzwania do niego o chyba trzeciej nad ranem okazał się Tobi.
Kakashi pomyślał że to dziwne. Nie był przyzwyczajony do uczucia niepokoju i oczekiwania przewracającego jego żołądek.
Pamiętał go z dzieciństwa...
Ale nie chciał pamiętać.
Ekran telefonu na chwile go oślepił, więc przymrużył oczy, przecierając je palcami drugiej dłoni i zastanowił się czy ciągłe koszmary nie przyprawiły go o halucynacje.
Bo na ekranie naprawdę widniał kontakt, cztery litery wyraźnie mówiące „Tobi”.
Odebrał, mówiąc po prostu „Halo”, nie ukrywając swojego zdziwienia. Po drugiej stronie usłyszał długi gwizd, sprawiający, że tym razem się nie powstrzymał i po po prostu przewrócił oczami, nawet jeśli świadkiem tego mogła być tylko i wyłącznie ciemność, i pustka.
- Więc tak brzmisz rano. - I z tymi słowami Kakashi był stuprocentowo pewien, że w tej chwili miał najbardziej negatywną minę od jakiś piętnastu lat. Co mówiło bardzo dużo biorąc pod uwagę, że kawał swojego życia spędził z całą trójką, Naruto, Sasuke i Sakurą, naraz.
- Tak. Czy to kolejna z naszych nowych rutyn?
- Cóż, mogę zacząć dzwonić odrobinę wcześniej.
- Nie ma potrzeby. - Odpowiedział, a dreszcz przeszył całe jego ciało, bo myśl, że dalej mógł spać, pogrążony w swoim małym koszmarze, z którego nigdy nie mógł się wyrwać nie była, delikatnie mówiąc, zbyt przyjemna.
Złapał się na tym, że automatycznie, może z powodu braku snu, może już z przyzwyczajenia, zwrócił się do Tobiego na per „ty”, chociaż mężczyzna sam wielokrotnie przypominał mu o tym, żeby zaczął to robić, więc nie czuł zbytniej potrzeby poprawiania się.
- Czy to bezsenność? - Zapytał, a w słuchawce Tobi zaśmiał się, jednak jest to śmiech zupełnie bez humoru.
- Mniej więcej. - Brzmiała odpowiedź, a Kakashi dopiero teraz zwrócił uwagę na jego głos, który brzmiał po prostu... Zużycie. Bez energii, której zazwyczaj posiadał za dnia, nawet ze swoją zwyczajną chłodną aurą. Zamilkł przez następne kilkanaście sekund, nie będąc pewnym na co czeka, czy wypowiedź będzie miała swoją kontynuację, ale krótko później jego cierpliwość została nagrodzona, bo faktycznie, po chwili przyszło kolejne poddańcze wyznanie. - Właściwie to koszmary. - Znowu pusty śmiech. - To głupie, wiem. Powinniśmy być przykładem dla reszty, niewzruszonym fundamentem, a ja nie mogę się nawet powstrzymać od dzwonienia za każdym razem, gdy nie mogę usnąć. Gdy powinienem móc usnąć.
Kakashi westchnął. Znał to uczucie. Czuł się już za stary na cały ten bałagan, czuł że powinien, dla swojego dobra, stać się tym na co od początku próbowano go przygotować. Zimnym, bezuczuciowym dupkiem.
I był nim, przez pierwsze czternaście lub nawet piętnaście lat swojego życia, stając się coraz bardziej zdrętwiałym, oderwanym od emocjonalnej rzeczywistości.
Ale wtedy przyszedł chłopiec o wesołym uśmiechu i pomarańczowych goglach, i nauczył go jak ważne jest trzymanie się swojego człowieczeństwa.
Zmarszczył brwi, myśl plątająca się głęboko w jego mózgu starała się wydostać na wierzch. Tylko małe, nieprzyjemne swędzenie, którego nie dało się podrapać, przeczucie. Kakashi jednak nie wiedział jeszcze zupełnie co oznaczało.
- Nie ma nic złego w byciu człowiekiem. - Słowa same spłynęły z jego języka wprost do słuchawki telefonu. Używał tych samych zdań raz po raz ucząc i Naruto, i Sasuke, i Sakurę, jednak teraz brzmiały dziwnie i nieswojo. Nie w sposób jakby się mylił.
Po prostu coś mówiło mu, że nie musiał ich używać. Że mówił je złej osobie.
- Wydaje mi się, że... - Przerwa. Kakashi nie był w stanie określić czy Tobi brzmiał na nieprzekonanego czy zaskoczonego. Może obydwa? - Ta. Jest w tym jakaś racja.
- Kiedyś miałem bardzo mądrego przyjaciela. - Kakashi odpowiedział, nie mogąc powstrzymać wzroku delikatnie zwieszonego na oknie naprzeciwko jego łóżka.
Było ciemno. Bardzo ciemno. Całe miasto wydawało się spać.
Tobi nie popychnął tematu, a między nimi zaległa lekko niekomfortowa cisza.
Kakashi wstał i stanął pod tym samym sporym oknem, wyglądając na zewnątrz. Dopiero gdyby spojrzał w dół mógłby zauważyć światła rozpostarte lampami po ulicy, jednak zamiast tego on patrzał dalej, w gęstą ciemność spowijającą miasto.
Zastanawiał się czy gdzieś tam, może również przy oknie, może ciągle w swoim łóżku, stał Tobi, którego spokojny oddech mógł teraz usłyszeć tuż przy swoim prawym uchu.
Nagle, zaskakując samego siebie, zaczyna się śmiać.
- Bał się ciemności. - Sam nie wiedział czemu o tym mówił, podczas gdy milczał przez ponad szesnaście lat swojego życia. Tym razem czuł, że powinien mówić, i mimo tego, że zazwyczaj nie słuchał swojego serca, jedynym co dopuszczał do swojego codziennego życia był zimny rozsądek, ale teraz historia wydawała mu się odpowiednia. - Starał się nie wyglądać na przestraszonego, ale zawsze mogłem zauważyć. Tłumaczył, że jej nie lubi.
Tobi zaśmiał się lekko, ale Kakashi uważał to za odpowiednią reakcję. Lubił wspominać swoje dzieciństwo.
- Brzmi jak idiota.
- Był idiotą. - Kakashi przyznał, chociaż jego wzrok zmiękł. - Ale też bohaterem.
Nagle poczuł tęsknotę za przeszłością. Nie było to nic nowego, ale za każdym razem bolało.
Bo już nigdy nie mógł wrócić.
- Wiesz co? - Tobi nagle zabrzmiał ochryple, jakby jego organizm zapomniał o prostym procesie jakim jest przełykanie śliny, jednak nie próbował tego zmienić. Zamiast tego kontynuował, nawet nie czekając na odpowiedź. - Jeśli oboje nie możemy spać, to następnym razem może po prostu zostaniemy na dłużej w pracy?
- Mówiono mi wcześniej, że jestem pracoholikiem, ale w biurze nie ma prysznica. Nie zrozum mnie źle, ale wolałbym fizycznie od tego odpocząć.
- To co powiesz na spacer? - Kakashi znowu miał wrażenie, że ma halucynacje, tym razem głosowe, z drugiej strony prawie mógł w myślach zobaczyć twarz Tobiego, uśmiechniętą prawie złośliwie, próbującą dopasować się wyrazem ironicznemu tonu głosu.
Gdyby to było takie proste...
Ale nagle czuł wzbierającą w sobie ciekawość pomieszaną z dziwnym uczuciem – melancholią – powoli wpływającą na jego myślenie.
Brzmiało głupio. Idiotycznie. Ale również...
- Dobrze.
Głośny gwizd w słuchawce spowodował, że Kakashi nagle chciał odsunąć ją daleko od ucha, ale tego nie zrobił, zamiast tego przewrócił oczami na nagły, dziwny wybuch radości.
- Fajnie. - Chwila ciszy po jego stronie, gdy Tobi chrząknął i nagle jego głos zabrzmiał głośniej, wyraźniej, jakby zbliżył się do słuchawki...
Jakby stał tuż obok niego, nachylał się tuż za jego prawym ramieniem...
- Więc dobranoc Kakashi. - Usłyszął wyraźnie obniżony głos docierający do jego, powodujący, że dreszcz przeszedł po jego szyi, przez cały kręgosłup, zanim sygnał się urwał.
Tobi się rozłączył.
Kakashi nagle zdał sobie sprawę, że stał pośrodku swojego pokoju z świecącym telefonem, patrząc się na niego w oszołomieniu, gęsia skórka zdawała się pokrywać całe jego ciało.
Wcale nie było zimno.
Mimo to wkradł się do łóżka, pod kołdrę, mając nadzieję że dziwne uczucie szybko minie. Jednak w dłoni trzymał ciągle telefon z ciągle świecącym ekranem, wyświetlającym ostatnio wybrane kontakty, w których wyraźnie odznaczała się jedna niepasująca nazwa, dzwoniąca zawsze o tak nieboskich godzinach po zmroku.
Tobi.
I tylko to drobne źródło światła padające na jego twarz zdawało się wystarczać w całym gęstym od czerni pokoju, dzielnie oddzielając go od ciemności.
Kakashi nie zdawał sobie sprawy z drobnego uśmiechu plątającego mu się na ustach.

sobota, 25 marca 2017

Dwa Światy cz.7- Mały błąd

Cześć Wam!
No,ten rozdzialik dłuuugi mi wyszedł, bo calutkie 4 strony w wodzie XDDD
Nie ważne...Dzieję się, powiem wam. I to całkiem sporo i wydaje mi się, że ciekawię.
Mam nadzieję, że wam się spodoba :) Komentujcie!

Teraz jestem na etapie Supernatural...kurde...to takie cudowne, jednocześnie bolące w serce...a przede wszystkim...TO TO JEST WINNE KAŻDEMU OPUŹNIENU!!! Nie polecam...wciąga niemiłosiernie...Destiel...argfhdjd

~                                                                                               ~*~*~*~*~*

Nie wiem co myślałam chwytając do reki telefon i wybierając ten nieszczęsny numer. Był to samodzielnie wymierzony cios w policzek, po którym nie byłam pewna czy dam radę się podnieść. Słysząc jego głos w słuchawce, nie tyle co zatęskniłam, to zapragnęłam powrotu do tych sielankowych dni, tych podróży samolotem, które zaczynały się namiętnym pocałunkiem tęsknoty, a kończyły gorzkim smakiem łez na ustach, które usilnie próbowałam przed nim ukryć. Wiedziałam, że jemu też nie było łatwo. Przybijała nas ta cała sytuacja. Wydawało mi się, że gdy tylko wracałam do mojego rodzinnego domu stawałam się robotem. Robiłam wszystko machinalnie nie wkładając w to żadnej energii. Wstawałam rano, szykowałam się do szkoły, a po powrocie jedyne o czym myślałam, to o tym, aby dostać tego sms'a, że wszystko jest w porządku i zadzwoni jak będzie już w łóżku. I tak mijały mi dni, aż do kolejnego weekendu, kiedy zaczynałam żyć od nowa. Budziłam się z tej hipnozy i byłam szczęśliwa, szczęśliwa tylko przez dwa dni, bo potem wszystko wracało do normy. Ja jechałam na lotnisko, a on szedł do pracy w niezbyt dobrym humorze. Lecz mimo wszystko było to lepsze niż unikanie go i życie ze świadomością, że pierwszy raz jesteśmy tak blisko siebie, a jednocześnie tak daleko. Wiedziałam, że to moja wina. Nie chciałam słuchać, a przecież jeśli nie mogłam bez niego żyć, to powinnam przymknąć na to oko. Wybaczyć to, że przez tak długi czas ukrywał przede mną swoją przeszłość, że prawdopodobnie zakochałam się w zupełnie innym człowieku. Jednak ciężko było mi spojrzeć w jego oczy po tym wszystkim.
Mówią, że miłość przetrwa wszystko, jeśli jest tak naprawdę, to los znów nas połączy, ale nie teraz.
Otrząsnęłam się z myśli. Wyzbyłam się wszelkich sentymentów. Popełniłam błąd dzwoniąc do niego, jednak rozmawiałam z nim.
-Oh, nie udawaj poruszonego.-Syknęłam. Kątem oka spojrzałam na cicho pochrapującego blondyna, którego włosy z lekka tkwiły w nieładzie.
-Violetta, porozmawiajmy, spotkajmy się-Błagał.
-Przestań!-Warknęłam wkurzona jego paplaniem. Może dla niego było to proste, jednak dla mnie niekoniecznie.-Czy ty nie widzisz, że już nie ma czego ratować?-Zapytałam wychodząc z sypialni. Jeszcze tego mi brakowało, aby Francis był świadkiem tego mojego małego „błędu” Wychodząc wzięłam ze sobą moje majtki i flanelową koszulę chłopaka.
-Proszę, daj to wytłumaczyć- Byłam zdziwiona jego tonem. Pierwszy raz w życiu słyszałam w jego głosie smutek, rozpacz. Był to cios w moje serce, bo miałam świadomość, że to poniekąd z mojej winy.
Narzuciłam na siebie miły materiał i owinęłam się nim. Ciągle trzymając telefon między uchem a ramieniem naciągnęłam bieliznę.
-Leon...-Wyszeptałam cicho.- Ty masz swoje życie, ja swoje. Nie komplikuj tego jeszcze bardziej.- Łyknęłam trochę wina, ale nie odczułam ulgi. Wręcz przeciwnie.
-Gdzie jesteś?
-Bliżej niż ci się wydaję-Podniosłam się z podłogi i pewnym krokiem podeszłam do balkonu. Mimo iż było chłodno to stanęłam na zimnych kafelkach. Odsunęłam dłoń i pozwoliłam materiałowi koszuli opaść bezwładnie na dół. Tym sposobem czerwono-czarna krata zasłaniała tylko moje sutki. Nie chciałam tego robić, nie chciałam łamać mu serca w ten sposób, ale nie widziałam innej opcji.
-Wyjrzyj przez okno-Wyszeptałam. Słyszałam, jak szurnął krzesłem, a wzrok wlepiłam w okno apartamentu, które po chwili rozbłysło światłem. Przeklinałam siebie w duchu. Postać Verdasa patrzyła na mnie przez szybę, a w słuchawce słyszałam jak przeklinał pod nosem.
-W moim życiu już nie ma dla ciebie miejsca-Wydusiłam z siebie łamiącym się głosem. Słyszałam tylko trzask, a przez szklana szybę jak Verdas uderzył pięścią w ścianę tuż obok okna. Odwróciłam się prędko i schowałam w mieszkaniu zalewając się dużą ilością łez. To było ponad moje siły. Spieprzyłam wszystko w jednej minucie. Co z tego, że to było coś czego pragnęłam.. Chciałam zakończyć to, ale nie w tak podły sposób. Poczułam się jak szmata. Byłam szmatą.
Wiedziałam, że tej nocy już nie zasnę. Była dopiero dwudziesta druga. Ubrałam się w swoje rzeczy i zgarnęłam torebkę z przedpokoju. Zostawiłam chłopakowi jedynie karteczkę i szybkiego całusa na policzku. Potem nie było w mieszkaniu po mnie ani śladu.
Nie łapałam taksówki. Chciałam się przejść, pomyśleć. Jednak po jakiś piętnastu minutach siebie i swojej głowy.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Loretty. Trochę zajęło, abym usłyszała jej zdyszany głos w słuchawce.
-No co tam?-Zapytała, Słyszałam, że musiała wyjść gdzieś na zewnątrz, bo głośna muzyka ucichła, a ja byłam w stanie bez problemu ja zrozumieć.
-Gdzie macie tą domówkę?- Przestępowałam z nogi na nogę, bo chłodny wiatr dał o sobie znać.
-Sms'em podeślę ci adres. Do zobaczenia- I zakończyła połączenie. Wzruszyłam tylko ramionami. Skierowałam się w kierunku sklepu, aby zaopatrzyć się trochę w alkohol i zerknęłam na ekran, gdzie wyświetliła mi się nazwa ulicy. Nie było to daleko, więc spokojnie mogłam isć na nogach. Rozgrzałam się nieco po drodze. Czułam wciąż na sobie zapach blondyna, ale nie miałam czasu na kąpiel. Byłam w drodze do raju, aby zapomnieć.
Miejscem docelowym okazał się akademik, z czego było mi wiadomo to męski. Znajdował się on niedaleko mojego, przez co kojarzyłam go. Głośnej muzyki nie dało się nie usłyszeć i idąc za źródłem dźwięku dotarłam do wielkiego salonu, gdzie basy wprawiały w drganie panele. Loretta, która stała przy barku zlokalizowała mnie jako pierwsza i podeszła do mnie. Powitała mnie uściskiem, a zaraz potem podejrzliwym spojrzeniem. Jej dłoń wylądowała na moim rozgrzanym policzku. Niepokojąco przymrużyła oczy.
-Mam nie zadawać pytań?-W odpowiedzi pokiwałam energicznie głową i uśmiechnęłam się wręczając jej siatkę z zakupami. Ta odebrała ja ode mnie i pociągnęła w stronę grupki swoich znajomych.
-To jest Marcel-Przedstawiła mnie. Marcel był wysokim szatynem. Miło się do mnie uśmiechał, przez co jakoś lepiej poczułam się w jego towarzystwie.
-Violetta- Uścisnęłam jego dłoń.- Mogę coś do picia?-spojrzałam na dziewczynę. Jednak Marcel ją uprzedził i po chwili wręczył mi w dłonie plastikowy kubek z drinkiem.-Dziękuję- Upiłam łyk alkoholu. Może i ostatnio nadużywałam go nieco, ale czy tym martwiłam się w tamtej chwili? Oczywiście, ze nie. Wręcz przeciwnie. Pragnęłam tej nocy wlewać go sobie do ust wielkim dawkami tylko po to aby ogłuszyć poczucie winy.
-Gdzie Monica?-Skierowałam się w stronę blondynki, która westchnęła ciężko.
-Poszła gdzieś z James'em- Może się przewidziałam, ale dziewczyna nerwowo zaczęła popukiwać palcami w kubek i lustrowała salon. Zignorowałam to rzucając ciche „okej” i skierowałam się w stronę Marcela, który wydawał się całkiem miłym gościem. Rozmawialiśmy popijając drink za drinkiem. Chłopak z tego co mi mówił wrócił niedawno i ma w planach zatrzymać się u przyjaciela, jednak nie powiedział co dokładnie tu robi. Opowiedział mi o tym, że gra na gitarze a wtedy byłam zbyt wstawiona aby połączyć fakty. Z każdym procentem więcej bawiłam się lepiej. Zapomniałam kompletnie o tym, że pozostawiłam blondyna po raz kolejny i , ze odbyłam dość „niewygodną” rozmowę z Verdasem.
Rzuciłam się w wir zabawy. Byłam pijana. Tańczyłam w tłumie studentów zapominając o Bożym świecie. Mimo iż wiedziałam, że to nie jest wyjście z sytuacji to brnęłam w to dalej pozwalając sobie na coraz to bardziej odważniejsze ruchy. Z dnia na dzień nie poznawałam siebie. Byłam taką niepozorna nastolatką, a teraz? Teraz topiłam smutki w alkoholu i sypiałam z chłopakiem nie wiążąc w to uczuć. A może taka była moja prawdziwa natura, którą uśpiłam tylko przez Verdasa? A co jeśli to właśnie jest to co jest mi pisane To chlania i ocieranie się o spoconych ludzi tańcząc w rytm głośnej muzyki. Na to właśnie zasługiwałam. Byłam nikim, odkąd potraktowałam tak Leona.
Poczułam gwałtowne szarpanie za ramię. Odwróciłam się i zobaczyłam zapłakaną Lorettę.
-Co się stało?-Zapytałam przerażona. Blondynka wyciągnęła mnie z tłumu i zaciągnęła do łazienki, gdzie leżała nieprzytomna siostra Leona. Stanęłam jak wryta. Byłam przestraszona i nie wiedziałam co robić. Przetarłam dłońmi oczy i podbiegłam do niewładnego ciała. Przytknęłam rękę do jej szyi i sprawdziłam puls.
Żyła
-Dzwońcie po karetkę!-Darłam się na cały głos. Loretta ryczała gdzieś w kącie, a Marcel, który przybiegł tu zaraz po tym jak usłyszał mój krzyk uciszył imprezę i wykonał telefon.
Klęczałam nad dziewczyną z jej głowa na kolanach. Gładziłam ja po włosach, bo nie wiedziałam co innego mogłam zrobić. Miałam kompletną pustkę.
-Będą za dziesięć minut-Poinformował mnie szatyn a ja skinęłam głową.
-Loretta, co tu się do cholery stało?-Warknęłam przez płacz.
-Przedawkowała-Wypaplała po chwili. Spojrzałam na czarnowłosą. Zacisnęłam powieki. Bałam się tego jak poważna jest sytuacja.
-Kurwa!-Zaklęłam.
Siedziałam na kafelkach nadal trzymając Monicę w ramionach kiedy przyjechało pogotowie i zabrało ja do szpitala. Zaraz po tym, jak dziewczyna odjechał na sygnale, ja wsiadłam w taksówkę i pojechałam tuż za nimi. Loretta nie była w stanie. Powiedziała, że jak tylko się uspokoi to do mnie dołączy, a ja byłam zbyt zdenerwowana, by odczuwać alkohol w swojej krwi.
Kidy dojechałam na miejsce, wręczy wybiegłam z auta i błądziłam po budynku. Nie mogłam wejść za ratownikami, dlatego zmuszona byłam iść dłuższą drogą. Kiedy otworzyłam drzwi od oddziału powitał mnie lekarz, który wychodził właśnie z sali.
-Co z nią?-Zapytałam. Nawet nie zdawałam sobie sprawy w jak ciężkim stanie mogła być.
-Jest pani z rodziny?-Zapytał średniego wieku mężczyzna.
-Jestem jej przyjaciółka-Wydukałam.
-Niestety nie mogę powiedzieć więcej, niż to, że zabieramy ją na płukanie żołądka.- Wyrecytował zapisując coś w jej karcie- Mogłaby pani zawiadomić kogoś z rodziny?-Zapytał a ja już chciałam zaprzeczyć, dopóki nie pomyślałam o Verdasie. Przecież to jej brat.
-Tak-Wymamrotałam. Lekarz zamknął za sobą drzwi od pokoju zabiegowego, gdzie zabrał dziewczynę, a ja wyciągnęłam telefon i po raz kolejny wybrałam numer Verdasa.
-Czego znowu chcesz?-Warknął oschle, a ja poczułam dziwny niepokój. Nie brzmiał jak Leon, z którym rozmawiałam kilka godzin wcześniej. Znów powrócił ten gburowaty ton głos, oraz chłód.
-Musisz przyjechać do szpitala. Monica przedawkowała- Wypłakałam. Mężczyzna urwał połączenie. Wiedziałam, że to nie wróży niczego dobrego, ale mogłam tylko czekać. Czekać na Verdasa, czekać na informacje na temat stanu jej zdrowia. Czekać.
Nie minęło dwadzieścia minut, kiedy do szpitala wparował szatyn awanturując się z pielęgniarka. Zerwałam się z krzesła, aby podejść w ich kierunku. Nie wyglądał najlepiej. Miał rozczochrane włosy, dresy i zwykły t-shirt. Nie wyglądał tak jak co dzień. Zniknął ten nienagannie ułożony garnitur i profesjonalny wyraz twarzy. Teraz był wkurzony, jakby ledwo co wyciągnięty z łóżka.
Spojrzał na mnie i zignorował pielęgniarkę. Podszedł do mnie szybkim krokiem i chwycił mocno za ramiona.
-Dlaczego do tego dopuściłaś!-Krzyczał, a ja starałam się nie rozpłakać. Był zły na mnie, ale nie do końca wiedziałam o co bardziej.
-Nie krzycz na mnie!-Wyszarpałam się- Pojawiłam się tam całkiem przypadkiem. Nie widziałam jej od początku imprezy-Broniłam się. Verdas nerwowo wplótł dłonie we włosy i wziął głęboki oddech.
Był roztrzęsiony. Widziałam obawę w jego oczach i to jak bardzo martwił się o swoją młodszą siostrę. Gdzieś w środku pękłam na ten widok i przyciągnęłam go za kark zamykając w uścisku. Miałam wrażenie jakby się rozluźnił, a moje powolne ruchy, które błądziły po jego plecach uspokajały go. Wciąż to na niego działało. Nadal tak małymi gestami byłam w stanie poskromić tą bestię, którą budziła się w nim pod wpływem silnych, dość sprzecznych uczuć.
-Spokojnie-Szeptałam mu do ucha- Wyjdzie z tego- Leon objął mnie mocniej, a ja nie miałam serca tego przerywać. Wiedziałam, że tego potrzebował, a ja byłam w tym momencie jedyną osoba, która mogła mu to dać.
Siedziałam godzinę na szpitalnych krzesłach. Nie mogłam już ukryć swojego zmęczenia, ale nie chciałam zostawiać przyjaciółki samej, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam, bo w głębi siebie czułam, że jestem tu bardziej dla Vaerdasa. Obracałam w palcach telefon. Chciałam zadzwonić do Francisa i wszystko mu opowiedzieć, jednak byłam pewna, że śpi.
Leon pojawił się przede mną z kubkiem kawy, za co bardzo mu dziękowałam. Odrobina kofeiny mogła mnie chodź na chwilę postawić na nogi. Verdas usiadł obok i oparł łokcie na kolanach. Mimo,że dziewczyna była już po zabiegu, to lekarz wciąż kazał nam czekać. Widziałam, jak bardzo zniecierpliwiony był tą ciągła niewiedzą. Chciał już do niej wejść.
-Zmieniłaś się-Zaczął rozmowę przerywając niezręczną ciszę.
-Masz na myśli styl? Wiesz nie jestem już dzieckiem-Odpowiedziałam przygryzając zębami brzeg kubeczka.
-Mam na myśli twoje zachowanie. Nigdy nie piłaś i nie imprezowałaś. Nie mówiąc już o tej szopce...-Posmutniał? Miałam taki cień nadziei, że nie jednak wiedziałam, że to złudzenia.
-Pewne wydarzenia mnie do tego zmusiły-Warknęła chyba dość zbyt nerwowo, patrząc na sytuację w jakiej się znaleźliśmy. Kątem oka patrzałam na niego. Na to przemęczoną i smutną twarz, od której widoku krajało mi się serce.
-Violetta, jeśli chodzi o to, to ja ci to wytłumaczę...-Odwrócił się w moją stronę. Patrzał na mnie prośbą.
-Nie teraz- Przerwałam mu dość ostro- Teraz najważniejsza jest twoja siostra- Położyłam dłoń na jego ramieniu i delikatnie go pogładziłam.
-Tak...-Wyszeptał.
W korytarzu pojawił się lekarz, na którego widok Leon gwałtownie wstał i zamienił kilka słów. Potem spojrzał na mnie przelotnie i zniknął za drzwiami. Podniosłam się lekko i niepewnie skierowałam się w tamtym kierunku. Moim oczom ukazał się widok, który połamał mi serce na jeszcze większa ilość kawałeczków. To jak siedział przy łóżku swojej siostry ujmując jej dłoń i przykładając do policzka. To był widok, którego nie chciałam widywać częściej. Niepewnie weszłam do sali i podeszłam bliżej. Blada skóra i podkrążone oczy. Była wrakiem człowieka. Przełknęłam gulę w gardle i schyliłam się nad nią gładząc po włosach. Spojrzałam ukradkiem na Verdasa, którego oczy przymykały się kiedy siedział.
-Wróć do domu. Jutro rano przyjedziesz do niej- Zwróciłam się do niego, a on wręcz od razu zaprzeczył.-Musisz odpocząć. Jesteś wykończony- Argumentowałam dalej. Podeszłam do niego.- Leon, proszę- Nalegałam. Przyłożyłam dłoń do jego policzka i byłam pewna, że wyczułam lekki zarost kiedy wtulił się w moją dłoń- Proszę-Wyszeptałam ponownie. Szatyn westchnął ciężko. Podniósł się z krzesła i po raz ostatni podszedł do siostry i złożył na jej czole długi, przepełniony troską pocałunek.
-Chodź-Powiedziałam zwracając na siebie uwagę. Niepewnie oddalił się od łózka i wyszedł z sali. Nim jednak zamknął drzwi po raz ostatni przyjrzał jej się.
-Odwiozę cie- Zaproponował, a ja przytaknęłam. Nie miałam siły tłuc się taksówka. Udaliśmy się w stronę auta i już po chwili siedziałam w czarnym maserati. Nie rozmawialiśmy. Żadne z nas nie miało siły, aby wydobywać z siebie jakiekolwiek słowa. Oboje byliśmy wykończeni, a niektórzy pijani.
-Dziękuje-Wszeptał, kiedy byliśmy już pod akademikiem.-Dziękuje, że przyjechałaś za nią, że prawdopodobnie uratowałaś jej życie- Wydusił z siebie. Pokręciłam głowa i złapałam go za dłoń pocierając uspokajająco kciukiem jej wierzchnią część.
-Zrobiłbyś na moim miejscu to samo- Wzruszyłam ramionami.
-Masz rację, ale dziękuje- Uniósł moją rękę i ucałował ją.-Do zobaczenia- Posłał mi blady uśmiech.
-Do zobaczenia, Leon- Odwzajemniłam gest i wysiadłam z auta.
Było już zimno, a na zegarku wybijała trzecia w nocy. Nie chciałam nawet myśleć o tym, że muszę wstać jutro na zajęcia. Wdrapałam się po schodach do pokoju, a kiedy byłam już w łazience rzuciłam ciuchy i wzięłam szybki, zimny prysznic. Chciałam zmyć to wszystko. To poczucie winy i to zamartwianie się. Nie mogłam wyzbyć się z głowy widoku, tego załamanego Leona, którego miałam okazję poznać w szpitalu. Dotarło do mnie jak podle go potraktowałam. Byłam winna, winna temu smutkowi, który tak, czy siak widniał na jego twarzy, a przecież nie o to mi chodziło. Chciałam by był szczęśliwy, beze mnie, mimo, że mnie zranił, jednak jak zwykle coś musiało pójść nie tak.
Jak zwykle, jak zwykle spieprzyłaś Castillo.



środa, 15 marca 2017

Pewnie nie wiecie, ale...

Ha, podoba mi się tytuł tej notki! Może jeszcze go użyje... XD
W każdym razie, tytuł tytułem, bo jestem pewna, że nie wiecie, ale mamy zamiar zmienić nazwę bloga. I zasadniczo jakoś go uporządkować.
W każdym razie, jak ktoś ma jakieś sugestie, pomysły, coś co mogłoby mu ułatwić czytanie, proszę się nie krępować i komentować, najlepiej pod tą notką. ;P

Uwaga, teraz nudne tłumaczenia:
1. Dlaczego zmieniamy nazwę?
Cóż, to proste. obecna nazwa jest nieoryginalna jak nie wiem i nas irytuje. W dodatku niby opisuje bloga, ale jednocześnie nie opisuje nic i bardzo łatwo go pominąć. Więc chciałybyśmy go jakoś wyodrębnić, ale ja i Alex piszemy tak różnie, że nie mamy pomysłu na remis. No to znowu, jak ktoś ma jakiś dobry pomysł, to serio się przyda. ;-;
2. Co mamy na myśli "uporządkować"?
Bądźmy szczerzy, ten blog to jeden wielki burdel. Więc mamy dwa wybory, albo się rozdzielić albo jakoś uporządkować nasze notki. No a że ja lubię trudne i nienormalne rozwiązania, to na razie przystajemy na porządkowaniu. Raz się żyje. XD
Aha, no i są opowiadania wspólne albo takie którymi dzielimy się pomysłami, także... Wspieramy się nawzajem.

E... To chyba na razie na tyle? Nie wiem co powiedzieć, więc powiem, że ostatnio Supernatural coś gwałci fabułę i postaci, więc naprawiam wszystko w moich osobistych notatkach. To męczące i nigdy tego nie dokańczam, ale jestem upartym człowiekiem. XD
Po prostu... Jeszcze raz, jak ktoś ma jakieś pomysły albo coś to zapraszam. ;-;
Obrazek bo mogę. Ta grupa ma świetny obrazek, a ja jestem w pewien sposób zakochana w BDSM, więc cóż.
Mimo że wolę Leviego jako uke. Bo to Ereri chyba, prawda? (・・。)ゞ

Ciekawy Pacjent cz. 26 - Czym jest szaleństwo?

Rozdział wyszedł znacznie krótszy niż planowałam... Ale spodobał mi się ton na jakim skończyłam, więc... ;-;
Jak ktoś chce to mogę dopisać coś w stylu części drugiej do tego rozdziału... Zawiera przechadzkę Toby'ego i Damiena po mieście i ich dialogi, więc za dużej straty nie ma. XD
No ale mogę. Bo lubię. (◡‿◡✿)
Tak, wszyscy świrują w moich opkach, a ja ostatnio pisze na evernote po angielsku - oznaka że też świruję. XD
W każdym razie, zapraszam do komentowania, a ja dodałam opko przed kolejnym dniem, jestem z siebie dumna, dziękuję dobranoc. Nie. XD
Ekhem, zapraszam do wszystkiego, a ja teraz zastanowię się co robić dalej ze swoim życiem. (ʘ‿ʘ✿)
Dziękuję za czytanie! 
Spoiler po czytaniu rozdziału: Tak, staram się zaznaczyć jak bardzo "inna" jest ta historia. Bo to to będzie szło w dziwnym kierunku i nawet nie wiem jak to zakończę. XD
***

Toby powiedziałby, że reszta dnia poszła szybko. Pożegnał się z rodzicami, jak dobry syn pomógł im spakować się do samochodu, i z powrotem udał się do salonu, czekając aż Damien będzie gotowy na wyjście z pokoju. Z doświadczenia wiedział, że lepiej było dać ludziom trochę przestrzeni, komfortu samotności. Z drugiej strony niektóre osoby nie powinno się zostawiać samemu, ale Damien nie był człowiekiem, który nie poradził by sobie ze sobą. Wprost przeciwnie, wydawał się sobą wprost nienaturalnie zadowolonym. Poza tym, z tego co się orientował,a mógł się orientować źle, to Damien musiał spędzić większość swojego życia w zupełnej samotności, i najwyraźniej dobrze się z tym czuł.
Jednak się martwił. Nie mógł powstrzymać drobnego zmarszczenia brwi, wiercenia się czy tego obrzydliwie znajomego mu z nastoletnich lat uczucia zimna wpełzającego mu przez klatkę piersiową, rozprzestrzeniającego się aż po ramiona, sprawiającego, że nawet jego serce wydawało się bić ciężej, lepko i boleśnie.
Toby nigdy nie mógł skrywać drobnych szczegółów, co niezmiernie go irytowało. Zawsze dawał te drobne sygnały, które zazwyczaj pozostawały ignorowane i nie wiedział czy w związku z tym czuł bardziej ulgę czy zawód.
Teraz jednak miał większe zmartwienia niż użalanie się nad sobą. Tego miał już dosyć.
Martwił go Damien. Wcale nie podobał mu się jego pusty wzrok, ton głosu. Nie przypominał tego samego gościa, który popisywał się przed rodzicami Toby'ego znajomością jego życia romantycznego. Ten Damien przypominał tylko pustą skorupę człowieka udającego, że ma emocje, opinie, życie. Dobrze wiedział, że z Sophią i Barney'em przeszło to bez problemu, ale Toby znał go nieco dłużej i widział go w takim stanie tylko jeśli był zły. A tym razem nie był zły. Dlatego wszystkie alarmy w jego głowie odpaliły się naraz, a mimo to coś przyszpiliło go do miejsca na kanapie, pusto wpatrzonego w ścianę, zastanawiającego się co zrobić. Co mógł zrobić.
Był psychiatrą do cholery, powinien wiedzieć co zrobić z własnym pacjentem. Mimo to, teraz, gdy byli w domu, nie mógł myśleć prosto. Nie mógł myśleć wcale.
Zerkając na zegarek przekonał się o tym, że nie ma już zbyt wiele czasu czy to na myślenie, czy na rozmowę.
Westchnął, zbierając się do wstania. Jakoś teraz poruszanie się sprawiało mu trud, a z każdym kolejnym krokiem w stronę pokoju, ich pokoju, co usilnie starał się podkreślić jego mózg, wydawało mu się to... Czymś czego nie powinien robić. Walczył z tymi instynktami wystarczająco długo, żeby po prostu móc powiedzieć im „nie”, jednak mimo to, z jakiegoś powodu miał ochotę zwiać.
Pod drzwiami uspokoił oddech i zapukał, chociaż nie musiał. Drzwi otworzyły się szybko, a pierwszym co zobaczył był telefon wyciągnięty w jego stronę. Odebrał go, wsadzając sobie w kieszeń, łapiąc kontakt wzrokowy z Damienem, którego już po chwili zimny, wyprany z emocji wyraz twarzy zmienił się w nieco złośliwy, nieco szczęśliwy uśmieszek. Ku uldze Toby'ego, wydawał się zupełnie szczery.
- Strasznie upierdliwy, ale dałem radę. - Powiedział Damien, pełny dumy, jakby dokonał właśnie najtrudniejszej rzeczy w uniwersum, ale to nie powstrzymało Toby'ego od bycia podejrzliwym. - Co jest?
- Nic. - Znowu westchnął, starając się pozbierać swoje myśli, sformułować zdanie, z którego nie dało się uciec zbyt prosto, jednak z drugiej strony pierwszy raz w życiu bał się zadać proste pytanie.
„Wszystko w porządku?”
Pierwszy raz w życiu bał się odpowiedzi. Bo tym razem nie był w stanie czegoś naprawić, pomóc. Jego umysł odmawiał normalnej pracy, mieszając się z uczuciami. To było dziwne, nie mógł do końca tego objąć. Zależało mu, dlatego nie był w stanie zadać pytania. Bo zależało mu na odpowiedzi.
- Nic. - Powtórzył, głośniej, jakby do siebie, starając się przekonać samego siebie do własnego kłamstwa. - Musimy się zbierać. - Damien skinął głową, bez słowa rozbierając się, ignorując zupełnie obecność Toby'ego, który oparł się o futrynę, starając się nie patrzeć.
Może i ze sobą spali, w przenośnym znaczeniu więcej niż raz, ale to nie znaczyło że czuł się w pełni komfortowo z takim widowiskiem.
Damien przebrał się w swoje własne, uprane ubrania, po czym puścił oczko Toby'emu, przechodząc obok, zakładając buty przy drzwiach frontowych – Toby zrobił drobną notkę mentalną, że będą musieli pójść na zakupy, żeby Damien bez przerwy nie chodził w jego ubraniach, które zresztą i tak nie były pewnie za wygodne, bo z tego co Toby zdążył się zorientować, Damien musiał mieć nieco większy rozmiar.
Sam zaczął ubierać się w swoje ubrania, orientując się, że, co więcej, jedynym ciepłym ubraniem Damiena była bordowa bluza i chociaż Cole nie narzekał na zimno, Toby wolał nie mieć jego choroby na sumieniu.
Ubrali się w ciszy, właściwie zupełnie się ignorując, oboje będąc pogrążonymi we własnych myślach, albo raczej, to Damien był, a Toby starał się rozgryźć jak miał zachować się w nowej sytuacji. Zupełnie nowej sytuacji, bo teraz „naturalność” nie wydawała się być opcją. Albo raczej, nie wiedział zupełnie jak miał wrócić do naturalności, bo teraz wydawało mu się, że wrócił do bycia maszyną. Coś co bardzo dobrze wypraktykował aż do dwudziestego roku życia. A może nawet trochę później.
Czas wydawał się kurczyć, wraz z nakładaniem kolejnych warstw ubrań. Dramatyzował, dobrze to wiedział, a mimo to musiał coś zrobić. Coś powiedzieć. Miał wrażenie, że z jakiegoś powodu był na skraju ataku paniki.
Damien wyprostował się, patrząc jak zapinał guziki swojego płaszcza, zachowując wzrok na podłodze.
Powoli.
Przedłużając moment wyjścia.
Wydawało mu się, że czegoś brakuje. Że coś jest nie tak.
Sekretnie spojrzał na Damiena.
Nie angażował się, nic nie mówił. To było do niego nie podobne. Jakby wizyta rodziców Toby'ego pomogła Damienowi z podjęciem decyzji i Toby'emu się to wcale nie podobało. Dobrze wiedział, że będzie w stanie zapytać się o takie rzeczy jako lekarz, ale to nie było to samo. W dodatku, jako lekarz, nie powinien w ogóle o tym wiedzieć.
Skończył zapinać guziki, starając się nie wyglądać, jakby specjalnie przedłużał czynność i podniósł wzrok na Damiena, oczekując następnych wydarzeń. Czegokolwiek.
Jednak zamiast tego Damien odwrócił się, sięgając po klamkę od drzwi, sprawiając że Toby zareagował zanim pomyślał, z powrotem je zatrzaskując. Damien uniósł brew, niemo pytając o sytuację, na co na policzkach Toby'ego pojawiły się czerwone rumieńce wściekłości i zawstydzenia. Nie miał zamiaru się tłumaczyć.
Zamiast tego obiema dłońmi objął twarz Damiena i bezceremonialnie go pocałował, po chwili czując ręce obejmujące go w talii.
Tak lepiej.
Damien oderwał się od niego, opierając swoje czoło o Toby'ego, patrząc mu w oczy z czymś czego Toby nie do końca mógł określić. Coś poważnego.
Zaraz potem zniknęło, a Damien znowu przybrał swoją standardową uśmiechniętą maskę pod którą zawsze ukrywał wszelką powagę, wyrażał nią złość, wahanie. Emocje które nie wydawały mu się już tak „łatwe w obsłudze”. Toby dosłownie mógł zauważyć zmianę w jego oczach – teraz wydawały się puste, nieludzkie.
I kolejny raz zostało mu przypomniane z kim tak naprawdę ma do czynienia.
Jednak, kolejny raz, nie obchodziło go to.
Być może oszalał. Być może lata rodzicielskiej represji wreszcie odcisnęły na nim swoje piętno i wykorzystałby każdą okazję do ucieczki.
Od siebie, od codzienności, od nudy, która otaczała go na każdym progu, bo rzeczywistość nigdy nie była dla niego wystarczająca.
Ale nie obchodziło go to.
Bo teraz, stojąc w salonie z tym mężczyzną – zwierzęciem, któremu od początku nie powinien ufać wreszcie czuł się dobrze. Wolny, jak nigdy.
Wreszcie czuł, że znalazł swoje własne miejsce w świecie.

niedziela, 12 marca 2017

Nadzieja Umiera Ostatnia #18-Nie ma kary bez winy. Ale czy na pewno?

Heloł maj lityl frends <3
Dawno nie było tak tak XD

Ale biere się już do roboty!


Głucha cisza.
A może jednak nie do końca?
Jedyne co słyszała, to bicie własnego serca. Głośne oddechy Erica.
Pierwszy raz doświadczyła uczucia, którego sama się przestraszyła. Lek przed samą sobą kiedy poczuła tak silną nienawiść do drugiego człowieka
Palce zaciskające się na jej ręce, potęgowały, to jak bardzo to wszystko się nasilało. Obrzydzenie, niechęć do mężczyzny, który potraktował ją jak śmiecia, a przecież na dobrą sprawę nic nie zrobiła. A może zrobiła, tylko w tym domu panowały chore zasady, niczym za czasów średniowiecza? Wszytko było możliwe, ale to tylko przekonało ją w tym, że jak widać Erick Blake nie jest taki za jakiego początkowo uważała go Alicja.. Niewiele pamiętała swego ojca, ale była pewna, że on nigdy by jej tak nie potraktował. Był cudownym człowiekiem. Zawsze uśmiechniętym mężczyzną. Kiedy wracała z pracy, mała Alicja rzucała mu się na szyję i opowiadała wszystko co działo się tego dnia, a on zawsze jej wysłuchał. Mimo, że jej rodzice dość często się kłócili, a matka wychodziła z domu trzaskając drzwiami, to nie mogła narzekać na swoje dzieciństwo. Do czasu...
Kiedy żył, ona była szczęśliwym dzieckiem, które nie zdawało sobie sprawy jak cenne jest życie. Jakie jest nieprzewidywalne. Bo dzień przed śmiercią swojego swojego ojca, ona wdrapała mu się na kolana z ciężką książką pod pachą i z błagalnym uśmieszkiem położyła ją na swoich kolanach. Spędzali tak każdy wieczór, czasem jeszcze w towarzystwie jej matki. Następnego dnia, jakby przeniosła się do innej rzeczywistości. Nagle kolory przestały się liczyć. Bo kiedy jego zabrakło, w domu zniknęło to co najważniejsze- miłość. Kilka dni później pamiętała jedynie dzień, kiedy zabrali ją do bidula. Dzień, który jeszcze wiele razy potem nawiedzał ją w koszmarach.
-Puść mnie-Wysyczała. Erick jednak nie wziął sobie tego do serca nie zmieniając swojej pozycji. Lustrował jej twarz, tymi poszarzałymi tęczówkami. Nikt nie mógł przewidzieć tego co zrobi. Był człowiekiem nieprzewidywalnym, a przynajmniej tak wydawało się Alicji.-Puść mnie, słyszysz!-Krzyczała i siłą próbowała wyswobodzić się z uścisku. Facet był jednak zbyt silny, a w dodatku niemiłosiernie zły. -Kim ty jesteś aby mówić mi co mam robić?
-Kim ja jestem?-Uśmiechnął się przebiegle- Zaraz ci pokaże-Wystarczył jego jeden ruch, aby pchnąć dziewczynę na ścianę, by ta uderzyła dość mocno o nią i syknęła z bólu. Rudowłosa przymknęła powieki. Pulsujący ból w skroniach poważnie ją zdekoncentrował. Otrząsnęła się i kątem oka spojrzała na Jasminne. Obecność matki tylko ja irytowała. Kobieta stała tam ze stoickim spokojem wymalowanym na twarzy. Nic nie zrobiła. Zza pleców dość sporego mężczyzny, ujrzała Dawida, który wpatrzony w komórkę schodził ze schodów. Wiedząc, ze sama nie była w stanie dać rady Blake'owi, błagała, aby spojrzał w ich kierunku. Kiedy brunet uniósł wzrok przyglądał się im przez chwilę. Zaciskając szczękę pewnym krokiem podszedł do siwowłosego mężczyzny.
-Zostaw ją-Warknął ostro.-Mówiłem coś- Powtórzył, kiedy Erick nie zdawał się chętny aby jakkolwiek się ruszyć.
-O synu, jak miło cię widzieć- Uśmiechnął się złośliwie w stronę dziewczyny i gwałtownie ją puścił. Ta odsunęła się szybko w bok i złapała odruchowo za rękę, na której siniak powoli stawał się widoczny. Rudowłosa tylko obserwowała, jak Dawid rzucił się na swojego ojca i zamierzał go uderzyć.
-Zastanów się co robisz, twoja dziewczyna ciągle jest na celowniku- Widziała jak jego pięści zaciskają się na kołnierzu jego koszuli, a po dłuższej chwili niechętnie rozluźnił palce.. Nie trudno było zauważyć, że jego złość, to już nowy etap, którego Alicja nie miała jeszcze okazji zobaczyć. Ruchem łowy dal jej znak aby poszła na górę. Nie zastanawiała się. Nie chciała dłużej patrzeć na to wszystko. Po drodze rzuciła tylko zawiedzione spojrzenie matce i wspięła się na piętro.
Rozglądała się po piętrze. Gdyby nie podparła się o ścianę osunęłaby się w dól tracąc świadomość. Mdliło ją, a serce chciało chyba pozwiedzać świat na zewnątrz bo wręcz rozrywało jej klatkę. Trudno powiedzieć, czy to była reakcja na nagły skok adrenaliny, czy może bóle brzucha to po prostu nadal te cholerne dolegliwości, z którymi próbowała zmagać się od kilku dni. Wzięła głęboki oddech, może dwa. Tak na uspokojenie, co i tak nie pomogło. Była przestraszona , musiała to przyznać. Nigdy w życiu nie widziała takiej furii, jak w oczach Ericka. Ciężko przechodziła jej ta myśl przez głowę, ale brunet naprawdę ją uratował. Aż trudno w to uwierzyć.
Lekko trzęsącymi się dłońmi zacisnęła palce na klamce, chcąc dostać się do pokoju.
Tuż za jej plecami poczuła czyją obecność. Nie trudno było się domyśleć kto to mógł być. Obstawiać można było dwie opcje, ale charakterystyczny zapach zarezerwowany wyłącznie dla chłopaka rozwiązało tą jakże trudną zagadkę.
-Jaka ty jesteś głupia- Usłyszała tuz za uchem ochrypły głos. Dawid był wściekły, nie dało się ukryć, co źle wróżyło. Mimo,że stal naprawdę blisko, to dziewczyna nie odwróciła się w jego stronę. Jedynie zacisnęła dłoń w pięć, wbijając przy tym paznokcie w skórę.-Gdyby mnie tam nie było siedziałabyś teraz z obita mordką- Zakpił.
-Mówisz to po to, aby podkreślić jaki to jesteś dobroduszny? Tak, uratowałeś mi prawdopodobnie życie, dzięki. Przypominam ci jednak, że to ty pierwszy prawie mnie uderzyłeś.- Obdarzyła go morderczym spojrzeniem, zaraz po tym jak stała do niego twarzą w twarz.-To u was rodzinne?
-Nie moja wina, że czasem jesteś naprawdę bardzo wkurzająca.- Dotknął ręką jej włosów, lekko mierzwiąc je na górze- A prawie robi tutaj wielką różnicę- Nie mogła powiedzieć, ze ten gest poprawił jej humor. Wciąż była wściekła do granic możliwość, jednak to nieco ją uspokoiło? W każdym razie, mimo,że stała przed człowiekiem, któremu jeszcze chwile temu miała ochotę złamać nos, to patrząc na niego i ten uśmiech, którym nie codziennie ją obdarzał, zapomniała o wszystkim. O tym, że potraktował ja jak szmatę, o tym, że przez niego miała ciągłe wyrzuty sumienia, kiedy spoglądała na Nikole, o raz o tym, że przed chwila nazwał ją głupią, chodź liczyła się z tym, że może mieć nieco racji. Lecz tylko na chwile. Znów powrócił gniew i chęć rozerwania mu tętnicy. Czy to normalne, żeby darzyć kogoś takimi dwoma sprzecznymi ze sobą uczuciami? Jak widać tak.
-To po kija mnie tu przywlokłeś?- Warknęła ostro spoglądając w jego oczy., które zbytnio nie wyrażały żadnych emocji. Był tak samo obojętny jak co dzień. Cisza, której nikt nie przerwał trwała chwilę. Dawid lustrował ją wzrokiem, jakby upewniając się, czy na serio zadał to pytanie.
-Chciałaś do mamusi- Uśmiechnął się do niej, kiedy dłoń przyłożył do jej policzka. Alicja tym razem nie oddała się dotykowi i gwałtownie strąciła rękę z buzi, ukazując przy tym lekko zasiniały nadgarstek, na którym Dawid skupił swój wzrok.-Nie moja wina, że polubiła takie klimaty.
-Jaka matka? To zwykła dziwka- Podsumowała bez żadnego zawahania. Właśnie w takim świetle widziała swoją rodzicielkę.
-To u was rodzinne?-Przedrzeźniał ją , nie ukrywając swojego zadowolenia. Nie czekając na reakcje dziewczyny zszedł na dół.
Alicja słysząc to zamknęła oczy i w myślach widziała już ten wymierzony cios prosto w jego twarz. Kiedy jednak Blake'a już nie było podbiegła do balustrady. Zdążyła, nim chłopak zniknął za ciężką konstrukcją frontowych drzwi,.
-Pieprz się Blake! Pieprz się!-Wydarła się na cały głos, drażniąc przy tym swoja krtań. Chłopak nie przejął się tym jakoś szczególnie. . Pomachał jej na odchodne i trzasnął drzwiami. Po domu rozległ się tylko cichy szelest na dole. Odruchowo jej wzrok powędrował w tamta stronę. Kiedy okazało się, że Jasminne stała tam od początku całej sytuacji wymamrotał coć pod nosem i zamknęła się w pokoju. Mimo,że pomieszczenie nie było w jej stylu, to czuła się tu najbezpieczniej, chodź ciężko mówić, o pewności, że nic jej się tu nie stanie. Sytuacja z dzisiejszego dnia obudziła w niej wiele obaw o swoje życie, którego nie chciał kończyć w taki sposób. Na pewno, nie tak jak skończyła jej matka.
Padła na łóżko. Zmęczona tym wszystkim , po prostu zwinęła się kulkę i przyłożyła dłonie do twarzy, pocierając lekko skronie. Tak znikąd po prostu łzy zaczęły spływać po jej policzkach, ale w takiej ilości, ze dziękowała sobie, że nie była fanką makijażu, bo tusz spływałby jej od oczu, aż po samą brodę. Czuła się bezradna. Tkwiła sama w tym wszystkim. Może faktycznie była głupia, licząc na to, że po dziesięciu latach samotnej próby odszukania swojej rodzicielki, ta będzie skakała z radości i jej wszystkie wyciszone instynkty macierzyńskie się włączą. Jednak naprawdę, liczyła na to, że może chodź spróbować odbudować jakąkolwiek rodzinną relacje z Jasminne, która na samym początku wcale nie wydawała się taką zlą osobą. Racja, była nieco wycofana, jeśli chodzi o Alicję, ale czego można się spodziewać. Nie wiedziała na kogo dziewczyna wyrosła. Tyle, że wszystko zaczęło układać się w jedną całość, po tym jak zachował się wobec niej Erick. Spoglądając na Jasminne, nigdy nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Była uzależniona od mężczyzny, który zdaniem Alicji był tylko jedynym wielkim chodzącym ścierwem. Nie był dobrym człowiekiem i zapewne skrywał wiele tajemnic. W dodatku ciągłe porachunki ze swoim synem, któremu nieustannie grozi, jaki normalny ojciec zachowuje się tak w stosunku do własnego dziecka?
Podniosła się z łóżka i stanęła przed lustrem. Otarła zaczerwienione oczy. Twarz miała nieco popuchnięta od łez, a wyswobodzone włosy z kucyka przylepiły jej się do policzków. Postanowiła pogrzebać w szafie, aby znaleźć coś godnego założenia. Ciężko było, ale udało jej się wśród tych kilku sukienek i pantofelków odnaleźć zwykły biały top i czarne spodnie. Poprawiła włosy i chwyciła za plecak. Nie miała zbyt wiele swoich rzeczy, ale schowała do niego przede wszystkim telefon, który był jej niezbędny. Kilka ciuchów, z którymi tutaj przyszła. Niemalże była gotowa, aby opuścić to miejsce, tak by nikt jej nie zauważyła. Chciał to zrobić, teraz w tamtym momencie. Po prostu wybiec z domu i i prosto przed siebie, po drodze dzwoniąc do Aleksa, aby po raz ęty uratował jej dupę.
-Co robisz?-Odwróciła się gwałtownie w stronę głosu. Jej matka stała w drzwiach i uśmiechała się do niej lekko.
-Pozwoliłam ci wejść?-Podeszła do niej. Początkowo chciała ją wypchnąć z pomieszczenia, jednak coś podkusiło ją, aby wysłuchać tego co ma do powiedzenia.
-Pukałam, ale nie raczyłaś otworzyć- Tłumaczyła się. Poprawiła nerwowo ruda grzywkę, która zasłaniała jej czoło i zaczesała za ucho jeden kosmyk włosów, który luźno wystawał z jej koka.
-Widocznie nie chciałam z tobą rozmawiać- Wzruszyła ramionami. Obdarzyła ja najbardziej obojętnym wzrokiem, na jaki było ja stać. Nie czuła nic. Żadnej więzi, żadnych skrupułów co do niej. Czuła się jakby stała przed zupełnie obcą osobą, lub raczej przed wrogiem.
-Musimy porozmawiać- Brzmiała na zatroskaną? Nie, to nie jest Jasminne Luton. Jasminne Luton ze spokojem patrzy jak ktoś krzywdzi jej dziecko, to na pewno było zwykłe przesłyszenie.
-O tym?-Uniosła rękę w górę pokazując ślady- Nie martw się, w życiu byłam gorzej traktowana- Posłała jej ironiczny uśmieszek. Rudowłosa kobieta spoglądała niepewnie na swoja córkę nie wiedząc o co dokładnie mogło jej chodzić. Czy ktoś ją skrzywdził?-Pojawił się pytanie w jej głowie.
-Wybacz, ale spieszy mi się-Warknęła w jej stronę.
-Gdzie?-Zapytała stanowczo, kiedy z lekka się ocknęła. Dziewczyna splotła ręce n klatce piersiowej i odwróciła wzrok.
-Nie musisz nadrabiać straconych lat, kontrolom rodzicielską mamusiu- Ironicznie zaakcentowała ostatnie słowo patrząc na kobietę, która wyraźnie się spięła- Wychodzę, więc nara mamciu- Gestem ręki kazała jej się wynieść. Jasminne wycofała się i zamknęła za sobą drzwi.
Rudowłosa spakowała ostatnie rzeczy do torby i usiadła na łóżku. Chwile rozglądała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu, czegoś co mogłaby założyć na siebie, aby nie zamarznąć na dworze. W oczy rzuciła jej się skórzana kurtka, której swoją drogą wcześniej nie widziała. Ubrała ją i o dziwo była w odpowiednim rozmiarze. Ostatni raz przejrzała się w lustrze, kiedy usłyszała zgrzyt w zamku. Szybko podeszła do drzwi i zaczęła szarpać za klamkę. Konstrukcja nie drgnęła.
-Co do chuja..-Szepnęła pod nosem ciągle szarpiąc za uchwyt. Uderzyła pięścią w drzwi, a z po drugiej stronie usłyszała jedyne ciche „Przepraszam”- Wypuść mnie do cholery!-Krzyczała i waliła w drewniane drzwi, na marne. Kobieta prawdopodobnie zostawiła ja samą. Po raz ostatni uderzyła dość mocno i nerwowo zaczęła chodzić po pokoju, Została uwięziona, to było wręcz niedorzeczne. A jeszcze bardziej niedorzeczny był fakt, że osobą do, której musiała się zwrócić z pomocą był Dawid. Wyciągnęła z plecaka komórkę i w kontaktach odszukała jego nazwisko. Niechętnie wykonała połączenie, ale nie miała innego wyjścia. Chłopak odebrał po kilku sygnałach.
-Tego to się nie spodziewałem- Zaśmiał się.
-Ja też nie, ale nie zaczynaj. Musisz wrócić do domu. Jasminne zamknęła mnie w pokoju.- Mimo,że chciała być stanowcza to jednak dało się w tym wszystkim usłyszeć nutkę prośby.
-Od kiedy dyktujesz mi warunki rudzielcu?-Słysząc to zacisnęła ręce na aparacie. Powstrzymała się jednak od powiedzenia czegoś niestosownego, bo w tym momencie to od niego zależało, czy spędzi tu zamknięta do wieczora (lub kiedy jej mamuśce się odwidzi) czy też okaże trochę dobroci i otworzy te drzwi.
-Dobra, jeszcze raz. Chciałbyś uratować księżniczkę z wierzy?- Zapytała żartobliwie, a w słuchawce usłyszała prychnięcie.
-Jeśli siebie nazywasz księżniczką, to przykro mi to stwierdzić, ale nie jestem chętny.- Hamowała się aby nie wybuchnąć, i mogła sobie tylko wyobrazić jak szczerzył się w tamtym momencie.
-Naprawdę próbuję być miła, a ty nie pomagasz- Warknęła.
-Słoneczko, jeszcze się nie nauczyłaś, że aby coś u mnie wskórać, musisz spojrzeć na świat moimi oczami?- Przerwał na chwilę. Była niemal pewna, że palił papierosa. Nabrała głęboko powietrza. Wiedziała, że w tym przypadku musiała schować swój honor do kieszeni.
-Mógłbyś wrócić do domu i otworzyć drzwi żałosnej i rudej lasce?-Jęknęła w desperacji, dając nacisk na „rudej” tak jak zrobiłby to Blake.
-Nie można było tak od razu? Daj mi dziesięć minut- Przerwał połączenie. Alicji , jakby kamień spadł z serca. Usiadła na brzegu łóżka, obracając w palcach telefon. Patrzyła przed siebie i bacznie obserwowała drzwi. W ciszy nic nie mówiąc układała dokładny plan, co zrobi, jeśli uda jej się stąd wydostać. Z tego co dowiedziała się od Aleksa, nie było go w mieście, więc pojawienie się go tutaj zajęłoby mu trochę. Do tego czasu musiałaby coś ze sobą zrobić, aby ukryć się prze Erickiem, bo jeśli naprawdę zależało mu na jej obecności, to nie była pewna do czego ten mężczyzna był zdolny.
Kiedy drzwi nie otwierały się od dłuższego czasu spoglądnęła na zegarek. Z Dawidem rozmawiała osiem minut temu, więc miał jeszcze trochę czasu. Kiedy chciał wygasić ekran, spojrzała niechcący na datę. Zadrżała lekko. Była zbyt przejęta ostatnimi wydarzeniami, aby jakkolwiek pamiętać o tym dniu. Teraz, kiedy było już sporo po terminie, oczy lekko jej się zaszkliły. Ze strachu.
Długo jednak nie była zmuszona o tym myśleć, bo drzwi do jej pokoju się otworzyły, a w nich stanął brunet z kpiącym uśmieszkiem.
-Dawaj portfel- Wypaliła nagle, kiedy Blake wszedł do środka.
-A gdzie, dziękuje mój wybawicielu?-Zapytał z lekką dumą.-Zaraz, po co ci mój portfel? Zapomnij!Zaprzeczył i odruchowo złapał się za tylną kieszeń czarnych spodni. Nie umknęło to uwadze zdenerwowanej Alicji
-Dawid, potrzebuje iść do sklepu. Pożycz mi trochę forsy-Poprosiła , jakby wyprana z emocji.
-Nie ma takiej opcji. Poproś swoją mamuśkę- Podszedł do niej bliżej- A co? Znów chcesz zatopić smutki w alkoholu?-Zapytał się gładząc jej policzki. Rudowłosa zacisnęła usta w wąską linię. Uniosła dłoń na wysokość jego ramienia i podtrzymała dzięki temu równowagę. Nieco zakręciło jej się w głowie.
-Proszę-Wyszeptała. Dawid nieco zbity z tropu zachowaniem dziewczyn przyglądał jej się. Była blada, a oczy miała nico zaszklone. Nie chcąc się dłużej z nią spierać wyciągnął portfel z kieszeni i wcisnął go w jej dłonie. Ta uśmiechnęła się lekko. -Dziękuje- Powiedziała ledwo słyszalnie i nim Dawid się zorientował jej już nie było w pokoju.