niedziela, 1 października 2017

Nadzieja Umiera Ostatnia #22- Moje uczucia to nic, w porównaniu z tym jak bardzo się o nią martwię

Nie zauważył klientów, którzy niecierpliwie wyczekiwali jego obsługi. Nie słyszał krzyków, które ciągły się za nim, aż do opuszczenia budynku. Jedyne co co czuł, to własną furię, która rosła z każdą chwilą w jego ciele.
Wiedział, że kiedyś to nastąpi, że ta dziewczyna doprowadzi go do takiego stanu, gdzie wiecznie poukładany chłopak wracając z pracy, albo raczej uciekając z niej rozwali po drodze śmietnik, wydrze się na bogu ducha winną kobietę, która na niego wpadnie, a sam z nieuwagi wbiegnie na czerwonym świetle wprost pod koła samochodu zatrzymując się na ich masce.
Powrót do domu nigdy nie zajął mu tak mało czasu, wspinaczka na szóste piętro jeszcze nigdy nie była tak relaksująca, a zadyszka wywołana ciągłym bieganiem taką ulgą dla jego ciała. Czuł to bardziej. Wyrywające się wręcz serce z piersi i płytki oddech, było tym, co przyniosło mu ulgę.
Grzebał w kieszeniach szukając kluczy.
Oczywiście, że ich zapomniał, przecież ten dzień nie mógł być bardziej gówniany.
Zaczął walić w drzwi, aby zagłuszyć dudniące basy z mieszkania, które towarzyszyły Leo w jego samotnej egzystencji.
-Leo otwórz do chuja!- Darł wie głośno uderzając mocno pięścią w drzwi czując po chwili ból w kostkach, które przybrały czerwony odcień.- Wpuszczaj mnie do środka, kutafonie!
-Co to za wulgarne słownictwo- Zrzędliwy głos obił mu się o uszy. Błagał w myślach, aby się już więcej nie odezwała, w innym przypadku zdecydowanie mógłby się nie pohamować- Ciszej młody człowieku, moje dzieci próbują spać- Aleks parsknął.
Ta urocza i jakże miła sąsiadka miała na utrzymaniu czworo małych, łysych i syczących kotów, które śmiałą nazywać dziećmi. Nie było słów, które byłyby w stanie opisać, to jak Aleks bardzo ich nienawidził, kiedy wchodziły mu na balkon miaucząc, lub wylegiwały się na jego wycieraczce, kiedy o mało co nie nadepnął na nie. Kilka razy próbował to zrobić, jednak te małe, złośliwe gady odbiegały z prędkością światłą sycząc tak głośno, aby wybudzić swoją matkę z jaskini, by ta zaczęła prawić swoje monologi, na temat tego, jak jej dzieciaczki są ważne i lepiej wychowane od nich.
-Akurat teraz musiała pani włączyć swój aparat słuchowy?- Mruknął kąśliwie- Niech się pani idzie zając tymi łysymi stworami.
Zignorował kobiecinę, która miała już w zwyczaju mruczeć coś pod nosem, kiedy po raz kolejny dobijał się do drzwi, jedna tym razem usłyszał zgrzyt zamka, a kiedy drzwi się otworzyły po prostu przepchnął swojego współlokatora i znając na pamięć układ mieszkania wlazł do swojego pokoju trzaskając drzwiami.
Nie wysilając się na pozbycie kurtki po prostu uwalił się na łóżku spuszczając nogi w dół i wziął głęboki, długotrwały oddech, po czym po prostu schował twarz w dłoniach.
Zupełnie wyparł swoje uczucia, które toczyły ze sobą sprzeczną sprzeczną walkę, a w zamian za to zaczął się martwić. Co mógł powiedzieć o tym całym Dawidzie? Nic, zupełnie nic. Kilka dni temu nie miał pojęcia o jego istnieniu, a niecałą godzinę wcześniej dowiedział się, że jego najlepsza przyjaciółka będzie miała z nim dziecko. To było tak niedorzeczne, że aż wywołało o niego śmiech, który przepełniony był jedynie obawą. Już dawno stracił jakąkolwiek nadzieję na to, że Alicja choć raz w życiu podejmie decyzję, która będzie chodź trochę rozsądna, która nie będzie gówniarskim wyskokiem, bo jak na razie tylko takie jej wychodziły.
Po raz kolejny wziął głęboki oddech, bo kiedy przez głowę przechodziły mu myśli,że może i ma już tego dość? Tego ciągłego martwienia się o nią, troszczenia prowadzenia za rączkę, aż sam się ich wystraszył. Z resztą, wszystko co w tamtym momencie siedziało mu w głowie w jakiś sposób go przerażało. Nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek chciał wstać i zdemolować swój pokój. Nigdy nie chciał komuś przywalić, tylko po to, aby samemu sobie przynieść ulgę.
Kiedy miał czternaście lat i dowiedział się, że Alicja raz na zawsze ma zniknąć z jego życia, nawet wtedy nie był aż tak wściekły, mimo tego, że był w takim okresie, gdzie każdy problem nie miał rozwiązania. Wszytko było czarne i każdy na świecie był przeciwko niemu. Nie pomyślało o telefonach i weekendowych spotkaniach, bo jedyna rzecz, którą w tamtym momencie widział to brak jej obecności przy ich wspólnym stoliku co rano, brak ich jakiejkolwiek tajemniczości, którą tworzyli jak dwójka nikogo nie dopuszczających do siebie ludzi. On po prostu się bał. Nie tyle co swojej samotności, co tego, że Alicja kiedyś o nim zapomni, ponieważ sam (już wtedy) wiedział, że on nigdy nie wyrzuci jej z serca.
Tak jak wtedy, Aleks teraz też się bał, tak naprawdę, po raz drugi w swoim życiu był przerażony. Bał się tego, że już nigdy nie będzie jej potrzebny, bał się tego, że jakimś cudem Dawid zajmie jego miejsce. Nawet jeśli to już było bardziej uzależnienie, niż przyjaźń, czy było to naprawdę złe? Czy wyrządzał tym komuś krzywdę? Czuł się w takiej relacji po prostu bezpiecznie, mimo tego, że to on zawsze dbał o jej los.
Najbardziej na świecie cenił sobie właśnie tę przyjaźń, która łączyła ich od wielu lat. Nie wiązał ich seks, nie własność, nie dzieci. Łączyło ich coś co pozwalało na bycie świadkiem dręczących nieszczęść przyjaciela, długich okresów nudy i rzadkich triumfów, ale dało im też pozwolenie, aby być przy tej drugiej osobie w najcięższych chwilach i świadomość, że samemu, można się przy niej czuć się podle.
I kiedy tak dogłębnie rozmyślał, uświadomił sobie, ze złamał jedną z najbardziej liczących się zasad w ich relacji. Zawiódł po całości, kiedy dziewczyna zapewne najbardziej go potrzebowała, kiedy prawdopodobnie sama nie wiedziała co dalej zrobić ze swoim życiem, on po prostu się rozłączył, bo sam przeraził się tego co miało dziać się dalej w jej życiu. Stchórzył, jakby to on dowiedział się, że zostanie ojcem. Po prostu się poddał.
Gwałtownie zerwał się w poszukiwaniu swojego telefonu. Grzebał w kieszeniach kurtki, w spodniach, a kiedy nigdzie go nie było wypadł jak oparzony z pokoju rozglądając się nerwowo po mieszkaniu.
-Tego szukasz?- Odparł znudzony Leo siedząc na kanapie, jak zwykle w towarzystwie swojej sziszy. Tak wyglądały dni w tej londyńskiej kamienicy, gdzie na co dzień ich życiu towarzyszyła głośna muzyka i ciągły dym unoszący się z fajki, bądź skrętów. Aleks miewał chwilę, że sam siebie podziwiał za to, że był w stanie złapać z nim kiedykolwiek wspólny język. Byli zupełnie inni, a mimo to, Aleks czuł, że ma w nim jakieś oparcie, mimo że rzadko z niego korzystał. Leo może i był typem wyluzowanego człowieka, który uwielbiał chodzić upalony, a słowo „koszulka” było mu obce, to jednak nie był oderwany od rzeczywistości. Ponad wszystko stawiał sobie studia prawnicze , ponieważ jak to kiedyś powiedział „Porzuciłem swoje idealne życie, komicznie w swojej idealności, by być tutaj, w pełni legalnie i studiować to prawo. Wywaliłem na to sporo kasy, nie chce tego zawalić” I za to Aleks go cenił najbardziej. Nie zniechęcił się złośliwymi komentarzami wykładowców na temat jego dredów, czy też nisko osadzonych spodni. Wręcz przeciwnie, to bardziej pchało go w kierunku udowodnienia tym wszystkim szują w krawacikach, że jest w tym zajebiście dobry.
Aleks odwrócił się w jego stronę i wyciągnął znacząco dłoń. Posłusznie oddał mu urządzenie, a ten od razu wybrał numer i zadzwonił.
Kilka dźwięków później opadł na kanapę obok przyjaciela i przyglądał się jamajskiej fladze, która byłą przywieszona tuż nad stolikiem zbitym z kilku palet.
-Mam zimne piwo w lodówce- Odezwał się po chwili, kiedy tak oboje siedzieli w tej samej pozycji nie odzywając się do siebie.
-Chętnie- Mruknął i przytrzymał fajkę wodną, która wiecznie wędrowała po mieszkaniu w dłoniach jego kumpla. Obracał ją w palcach przyglądając się dość uważnie, kiedy w kuchni słyszał charakterystyczne dźwięki upadających kapsli na blat, następnie kanapa obok ugięła się, a na udzie odczuł zimną butelkę przepełnioną chmielnym napojem.
-Miałem dzisiaj rozmowę z promotorem- Aleks spojrzał na przyjaciela pytająco, kiedy ten upijał pianę z butelki.- Wiesz co mi powiedział?- Zaśmiał się.- Że, aby zaliczyć ostatni rok, będę się musiał tego pozbyć- Szarpnął za wystające dredy z kucyka.
-Co zrobiłeś?- Bardziej skwitował, niż zapytał.
-Pokazałem mu fucka, mówiąc, że ze wszami we włosach mam większe szanse, aby przeciwnik się poddał- Zaśmiał się gardłowo, nieco się krztusząc.
-Nie przyjął tego dobrze, prawda?- Leo pokręcił głową.
-Powiedział, że osobiście dopilnuje tego, abym oblał w tych, jak on to określił „kudłach”- Westchnął i pociągnął nieco tytoniu z fajki.- Jestem tutaj tylko ze względu na studia. Został mi ostatni rok, aby przebywać tu legalnie. Jeśli nie zakończę ich zgodnie z systemem, nie będę miał szansy zacząć w nowym roku, bo będą mnie deportować, a patrząc na tego skurwysyna, to dołoży wszelakich starań, aby mnie olać.
W przypadku Leo nie było mowy o pozbyciu się jego „znaku”. Dla niego to było coś więcej, niż zwyczajna fryzura, która byłą jego widzi misie. Jego wygląd był czymś, co trzymało go w Londynie, ale nadal pozwalało pamiętać o swoim domu. O tym jak ważne to jest dla niego miejsce, jak wielka część jego została tam- na wyspie oblewanej przez Morze Karaibskie. Wiele razy powtarzał, że gdyby tego się pozbył, zabił by w sobie tę część jamajskiego pochodzenia. Stałby się normalnym Londyńczykiem w oczach wielu ludzi, a on nim nie był. Jego życie to Jamajka, a Londyn to tylko konieczność do spełnienia marzeń.
-Oboje mamy gówniany dzień- Mruknął Aleks.
-Zdecydowanie- Siedzieli oboje w ciszy, która byłą dla nich obojga relaksującym doznaniem. Sami z własnymi myślami w głowie, ale żaden z nich nie był samotny, ponieważ mimo, że oboje toczyli zupełnie inne walki w swoim umyśle, robili to razem.
Takie oparcie wystarczyło Aleksowi w zupełności. Cisza, spokój i ktoś, kto doskonale rozumiał jego dzisiejsze samopoczucie.
-Potrzymaj- Wcisnął w dłonie Aleksa swoją butelkę, a sam podniósł się z kanapy i podszedł do brązowej skrzyneczki, która stała na komodzie. Aleks doskonale wiedział, co robi i przywykł do tego, że jego kolega relaksował się w ten sposób i nie miał z tym żadnego problemu. Chwilę to trwało nim Leo powrócił na swoje miejsce i przechwycił swoją własność w dłonie.
-Trzymaj- Podał mu w palce skręta i uśmiechnął się lekko.
-Przecież wiesz, że nie...- Chciał już go oddać, kiedy Leo zatrzymał jego dłoń.
-Przestań pieprzyć. Ten dzień jest zjebany, zrelaksuj się- Mruknął po czym sam rozłożył się wygodniej na kanapie i odpalił papierowy rulonik w swoich ustach. Zaciągnął się, a jego twarz momentalnie przybrała łagodniejszy i spokojniejszy wyraz.
Aleks nigdy nie był do tego przekonany, jak i do zwykłych papierosów. Nie miał w zwyczaju sięgać po coś takiego, ale chwilą zastanowienia uświadomił sobie, że i tak nie ma nic do stracenia. Nigdy nie miał, a widok tak uspokojonego kumpla jedynie go zachęcił. Może to właśnie było jedyne wyjście z tej sytuacji. Nie mógł zrobić nic więcej. Alicja byłą na niego wkurzona i rozumiał to, a on sam był zbyt rozbity, aby nie sięgnąć po coś co mogłoby mu chodź na trochę poprawić humor.
Chwycił za zapalniczkę, którą trzymał już od kilku chwil przed jego twarzą.


Godzinę później oboje byli upaleni, nieco wstawieni i szczęśliwi. Oboje spełnieni. Oboje zapomnieli o szarej rzeczywistości, która miała dopaść ich następnego ranka. Nie liczyło się nic, bo to co złe w tym stanie, było nawet zabawne.
-Wiesz co jest najgorsze?- parsknął Aleks leżąc w pół na sofie, wpół na swoim kumplu. Leo przyglądał się mu z poważną miną, jakby to co miał powiedzieć zaraz Aleks miało zaważyć na życiu politycznym na Kubie.
-Ona jest kurwa ruda- Mruknął z grobową powagę, a Leo teatralnie złapał się za serce i spojrzał na niego z przejęciem. Minutę później oboje wybuchli gromkim śmiechem dławiąc się powietrzem.
-Że rudy gówniak, powiadasz?- Jęknął przez śmiech, kiedy próbował regulować oddech Leo.- No to faktycznie problem stary, od małego będziesz go farbował. Nie wiem jak ty, ale ja bym się wstydził.
-Może powinienem się od niej odciąć, skoro ma mieć rude dziecko, to lepiej się w to nie będę mieszał. Jeszcze pójdzie plota na uczelnie i co będzie?- Zmartwił się.
-A ojciec?- Zapytał szukając po opacku kolejnej butelki piwa.
-Co ojciec?- Zmarszczył brwi.
-Jakie ma umaszczenie jego ojciec- Napił się piwa, i wręczył butelkę Aleksowi.
-A bo ja wiem, nie znam go- Wzruszył ramionami.
-Przysięgam ci na moje jamajskie obywatelstwo, że jeśli faktycznie jej pierworodny syn będzie rudy, to wyślę jej kondolencje- Oboje zaczęli się śmiać.
Kiedy Aleks otwarł łzy, które napłynęły mu wskutek śmiechu, a Leo oddychał już normalnie, nie dławiąc się, Aleks poczuł twardą powierzchnię pod sobą i zgrzyt odsuwanego stolika, który prawdopodobnie poruszyło się na skutek jego upadającego ciała.
-Pojebał się?- Przeklął, pocierając się po dole pleców. Leo wzruszył ramionami.
-Sory, muszę się iść odlać- Wytłumaczył i zniknął za drzwiami ich skromnej łazienki, która z łazienką nie miała nic wspólnego, ale jak to określił Leo „Jeśli coś jest użyteczne, to jest dobre”
Aleks powrócił do swojego wygrzanego miejsca na kanapie i zarzucił nogi na kawowy stolik, który również zbity był z desek.
Pierwszy raz tego dnia po prostu się wyłączył. Przestał myśleć i ciągle się zastanawiać, jak wyjść z sytuacji, która nie ma wyjścia. Poczuł chwilową ulgę, która zdystansowała go do całej sprawy.
Jego spokojne wylegiwanie się na kanapie z przymkniętymi powiekami przerwał dźwięk telefonu, który wibrował na stoliku. Leniwie sięgnął po komórkę i spojrzał na ekran.

Błagam, zabierz mnie stąd, proszę...

W jednej chwili cały spokój, gdzieś uciekł, a stan upalenia znikł.

Jeszcze nigdy tak bardzo nie był zdezorientowany...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz