Przepraszam, że dodaję z kilku dniowym opóźnieniem, ale weekend jak i początek tygodnia umierałam sobie w towarzystwie Mike'a i Harveya z Suits, z gorączką w łóżku i nawet jeśli zebrałabym się na napisanie, nie sądzę aby było to coś dobrego.
Anyway...
Woow...Nie myślałam, że napisanie rozdziału kiedykolwiek wzbudzi we mnie tyle emocji. Zdażyło mi się płakać kiedy pisałam opko, ale nigdy nie czułąm się tak wstrząśnięta? Poruszona, tak to dobre słowo. Nigdy jakoś tak nie dotknęł mnie to jak ten rozdział i nie wiem dlaczego, co on ma takiego w sobie, ale chyba mogę nazwać go za coś ważnego?
Czuje się po prostu strasznie przejęta po napisaniu tego ¯\_ツ_/¯
Więc, z chęcią poczytam, co wy sądzicie o tym rozdziale, także piszcie kemenciki, czekam z niecierpliwością ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Btw. Nie mam w zwyczaju tego robić, ale piosenka, którą znalazłam już jakiś czas temu bardzo kojarzy mi się z tym opowiadaniem, także zachęcam do przesłuchania, a przede wszystkim do przeczytania tekstu.
Być może, ze nawet pasuje mi do tego rozdziału : Link do pioseneczkiii *.*
Można powiedzieć, ze przez ostatnie
kilka dni zupełnie wyłączyłam się z życia towarzyskiego. Każdy
dzień wyglądał identycznie, jakby na złość mnie świat
uaktywnił jakąś pętle czasową. Mimo wszystko, kiedy po raz
kolejny znalazłam się w totalnym dołku emocjonalnym, a złamane
serce i przelane łzy zamieniły się w maskę obojętności na mojej
twarzy- wszystko mi było jedno.
Celowo unikałam mojej współlokatorki
wymykając się z pokoju z samego rana, wracając dopiero w nocy, aby
być pewnym, że Loretta, wielka miłośniczka snu, będzie już
smacznie pochrapywać na prawym boku. Robiłam wszystko, aby nikt nie
zadawał pytań. Przestałam odpierać telefony od Francisa, a kiedy
fatygował się, by pojawić się u mnie przed uczelnią- zbywałam
go dużą ilością „nauki” .Marcelowi odpowiadałam zdawkowo na
zajęciach i unikałam wszelakich sytuacji, gdzie mógłby do mnie
zagadać. Unikałam wszystkich i wszystkiego, włącznie z zajęciami
u Amandy. Miałam gdzieś to, że coraz bardziej zbliżałam się do
oblania jej przedmiotu. Po raz pierwszy zachowywałam się jak
pieprzona egoistka i nie interesował mnie fakt, że przeze mnie
Marcel mógł zawalić projekt, a Monica z Lorettą się o mnie
martwiły.
I tak o to o siódmej rano, każdego
dnia przemieszczałam się wdychając świeże powietrze ulicami
Seattle i kierowałam się do kawiarenki, gdzie miałam już w
zwyczaju gościć wiele razy. Codziennie zamawiałam duży kubek
czarnej mocnej kawy i siadałam tu gdzie zawsze, czyli przy dużym
oknie, które wychodziło na tylną część kafejki, ukazując mały
ogródek osiedlowych wieżowców. Przesiadywałam tam w zależności
od grafiku zajęć- pół godziny, dwie, a czasem pięć i nikt nie
zadawał pytań. Nikt nie dosiadał się do stolika i morałami nie
próbował uleczać mej skrzywdzonej duszy.
To miejsce, to był spokój dla mnie i
mojego umysłu. Dopijałam kawę, czasem domawiając jakieś ciastko
i mogłam w samotności delektować się cudzym szczęściem.
To miejsce było takim azylem, niczym
mój własny pokój, tyle, że będąc sama wciąż otoczona ludźmi.
Nie chciało mi się płakać, ani użalać nad swoim marnym losem.
Tu po prostu mijało to, czego doznawałam za każdym razem kiedy
wchodziłam na uczelnie, czy wracałam po cichu do ciemnego pokoju w
akademiku. Mijał niepokój i lęk przed pozostanie sam na sam, z
własnymi myślami.
Potem, kiedy wykłady dobiegły końca
nie wracałam już do kawiarni. Kierowałam się wprost do parku.
Wiosna była o tyle ułatwieniem, że bez problemu z słuchawkami na
uszach mogłam swobodnie przechadzać się ścieżkami między
cudowną zielenią, a kiedy dochodziłam do skromnej ławeczki na
skraju parku, bez problemu zajmowałam na niej miejsce i wraz
notesem w dłoniach spisując swoje udręki. Nie były to wiersze,
nie opowiadanie, nie piosenki. To były mieszanki wszystkich myśl
wylane na papier, niekoniecznie sensownie dobrane, potem targane i
rozsypywane na trawę, aby następnego dnia robić to samo.
Było lepiej, moja osobista terapia
działała, a kiedy umysł przestał wszystko analizować, chwytałam
książkę i wczuwałam się w bohaterów, którzy mimo wielkich
problemów radzili sobie zdecydowanie lepiej ode mnie.
Kiedy pogodziłam się z tym, że mój
dzień wygląda tak samo, i przestałam nawet na to narzekać- pogoda
diametralnie się zmieniła i ze słonecznego, ciepłego poranka w
południe, kiedy siedziałam w parku musiało się ochłodzić. Do
tego stopnia, że nie przygotowana do takich warunków, w skórzanej
kurtce siedziałam i dygotałam zaciskając dłonie między udami,
walcząc o to, aby wytrzymać do wieczora.
Poddałam się, kiedy nos odmarzał,
tyłek przykleił się do drewnianych desek, a zęby bolały od
notorycznego obijania się o siebie. I to był najgorszy z możliwych
dni, który mogłam sobie wybrać na wcześniejszy powrót do domu.
Weszłam do środka i niemal od razu,
kiedy nawet nie zdążyłam omieść całego pokoju wzrokiem,
zostałam mocno szarpnięta za ramiona i pociągnięta do środka.
-Co ty do cholery wyprawiasz?- Dobiegł
mnie krzyk, kiedy oniemiałą całą sytuacją zaczęłam dopiero
kontaktować co się właśnie stało. Cała czwórka, włącznie z
osobnikiem, który zaciskał palce na moich barkach znajdowała się
w moim pokoju i wlepiała we mnie swoje pełne żalu, zmartwienia
spojrzenia. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że oaza spokoju-
Loretta, szarpała mną, a w jej oczach dostrzegłam swoje zaszklone
odbicie.
-Puszczaj mnie- Szarpnęłam
agresywnie, bo byłam na nich zła. Poczułam się, jakby każdy
obnażył moje tajemnice, jakby one ujrzały światło dzienne, a
prawda była taka, że nic się nie stało. Nic prócz tego, ze
największy fiut w całym moim życiu, po raz kolejny dał mi
nadzieję, a potem załamał moje serce. Po raz kolejny. I nikomu nie
byłam w stanie przyznać, że czułam się jakbym odniosła
największą porażkę w moim życiu. Czułam wstyd sama do siebie,
za to jak bardzo po raz kolejny dałam się upokorzyć.
-Violetta, co się dzieje?- Znów
zostałam złapana za bark, tym razem delikatniej i w czułym geście,
tak jak najlepiej robił to Francis, jednak to nie zmieniało faktu,
że ten cały komitet, który pragnął wytłumaczeń jedynie mnie
wkurzył.
-Nic się nie dzieje- Mruknęłam
wymijająco i odłożyłam swoje rzeczy.- Możecie już iść.
-Jak to nic się nie dzieje?- Niemal
pisnęłam, kiedy znikąd przede mną pojawi się Marcel- Wychodzisz
nad ranem, wracasz nocą. Przepadasz na całe dnie, nikt nie wie co
robisz w tym czasie, a na zajęciach jak już się pojawiasz, to i
tak nie ma z tobą kontaktu- Przeszywał mnie wzrokiem, w taki
sposób, że po raz pierwszy poczułam się winna. Dotarło do mnie,
ze w jakiś chodź by minimalny sposób przez ten czas zaprzątałam
ich głowę, a tak nie powinno być. Z drugiej strony, nie kazałam
im się mną przejmować.
-Dajcie. Mi. Święty. Spokój-
Wycedziłam przez zęby powoli przyglądając się każdemu z nich,
jakby wyszukując informacji, że na pewno zrozumieli mój przekaz,
ponieważ jedyne czego pragnęłam, to, aby w najszybszym tempie
opuścili to pomieszczenie, w którym powoli zaczynałam się dusić,
pod taflą oskarżeń, która się nade mną budowała.
-Violetta...- Usłyszałam ten
delikatny, spokojny głos, który wydobył się z ust Monici. Czułam,
że byłam w stanie rozpłakać się w każdej chwili. Robiła
dokładnie to co robiła moja mama. Cichym delikatnym głosem,
próbowała przebić się przez barierę, i jej zawsze się to
udawało.- Możesz nam powiedzieć, my chcemy pomóc. Nie ważne co
zrobiłaś, lub ktoś ci coś zrobił, jesteśmy tu wszyscy po to aby
cie wysłuchać...
-Odchrzańcie się! Przestańcie się
mieszać w moje życie- Nie wiedzieć skąd, tak po prostu zaczęłam
na nich krzyczeć, jak największa bezuczuciowa suka, jaka chodziła
po tej planecie. Wszystkie emocje, które ucichły przez te kilka
dni, z taką łatwością opuściły mój organizm- Nie chce żadnej
pomoc, a szczególnie od ciebie- Odwróciłam się w kierunku Monici
wytykając ją placem- Bo jesteś taka sama jak on, i jedyne co
potraficie robić dobrze, to niszczyć innych!- Krzyczałam, a kiedy
dotarło do mnie, jakie słowa opuściły moje usta momentalnie
zamilkłam i bacznie obserwowałam brunetkę. Patrzyła na mnie
przerażona, ale i złamana,a kiedy jej oczy zaszły łzami, poczułam
się jeszcze gorzej, niż tej pamiętnej nocy, kiedy to znów
straciłam grunt pod nogami.
-Może i Leon jest dupkiem, ale o mnie
nie masz prawa tak mówić- Odezwała się w końcu, jej oczy
wydawały się płonąć. Byłam niemal pewna, że mnie uderzy i
zapewne by to zrobiła, gdyby nie Loretta.
-Wtrącamy ci się w życie?- Zwinna
dłoń Loretty prześlizgnęła się przez mój policzek z głośnym
plaśnięciem pozostawiając cholernie piekące uczucie. Patrzyłam
na nią zaszokowana. Marcel przyglądał jej się wściekle, a
Francis złapał jej dłonie z tyłu. Byłam pewna, że słyszałam,
jak wypowiedział ciche „Co to kurwa było?” , ale nie zwróciłam
na to uwagi, bo jedyne co robiłam to patrzałam na nią jednocześnie
zła, ale i wystraszona.- Czy, to, że Marcel odwalił za ciebie
projekt i oddał do zaliczenia, nazywasz się wtrącaniem? Czy to, że
Francis wziął wolne, aby iść do dziekanatu, by usprawiedliwić
twoje nieobecności wyjazdem do domu, nazywasz wtrącaniem? Wraz z
Monicą poszłyśmy ci na rękę. Cierpliwie czekałyśmy, aż
przetrwasz to wszystko i sama zechcesz nam coś powiedzieć, lub po
prostu wszystko wróci do normy, ale dość. Dość tego, należą
nam się jakieś wyjaśnienia!
Miała racje. Udawałam, że to co się
ze mną działo to byłą tylko i wyłącznie moja sprawa. Prawda
byłą taka, że dotyczyła każdego z osobna, bo sama ich w to
wciągnęła. W jakąś gierkę, gdzie udawałam wielce pokrzywdzoną
dziewczynkę. Było mi przykro, i to było normalne, ale to mi Verdas
złamał serce, nie miałam prawa ich w to wciągać. To była tylko
nasza sprawa.
Nie wiem jak to się stało, że nagle
ryczałam zamknięta w szczelnym uścisku całej czwórki. Czwórki
najwspanialszych ludzi, którzy okazali się być moim zbawieniem w
tym piekielnym mieście.
-Przepraszam- Jęczałam żałośnie,
pociągając nosem i rozmazując swój tusz rękawem swetra- Tak
cholernie was przepraszam- Nie odezwali się, jedynie przytulali
gładząc po plecach, a ja po raz pierwszy od kilku dni poczułam, że
powinnam im powiedzieć od razu. To był błąd, bo skrzywdziłam
ich- osoby, które tak wiele dla mnie zrobiły, a ja nawet nie byłam
tego świadoma.
Siedzieliśmy wszyscy w naszym ciasnym
pokoju. Każdy z kubkiem ciepłej herbaty, lub butelka piwa w dłoni
rozmawiając kolejną godzinę, podczas której przepraszałam i
dziękowałam im jeszcze tysiące razy, oraz opowiedziałam wszystko.
To co się stało tamtego dnia i do tej pory, co robiłam i było
lepiej. Poczułam taką ulgę, jakby cały ból, który towarzyszył
mi dotychczas odszedł jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki.
-Może powinnaś wrócić na weekend do
domu?- Zaproponowała Loretta, kiedy wylegiwała się na łóżku i
paliła papierosa.
-Nie- Zaprzeczyłam i podniosłam głowę
z kolan Monici, a nogi ułożyłam między chłopakami, którzy
siedzieli na podłodze również co jakiś czas podbierając tytoń z
paczki.
-Dlaczego? Sądzę, że takie
wyłączenie umysłu, w środowisku, gdzie wiesz, że go nie ma,
rozmowa z mamą. To mogłoby ci pomóc
-Ponieważ, jeśli teraz wyjadę, to
już tu nie wrócę. Za bardzo nienawidzę tego miejsca, aby wrócić-
Powiedziałam zgodnie z prawdą. Tak się teraz czułam. Przepełniona
nienawiścią do tego miasta i wszystkiego co z nim związane.
-To chociaż zadzwoń jutro do mamy. To
ci pomoże- Przytaknęłam głową. Mimo, że nie chciałam jej
martwić, bo widziałam, jak przeżywała moje rozstanie z nim, kiedy
dosłownie byłam wrakiem człowieka to mama zawsze dawała najlepsze
rady i potrafiła podnieść mnie na duchu, jakby doskonale wiedziała
co siedziało mi w głowie.
-Violetta, nie martw się- Poczułam
delikatną dłoń Monici na swojej.- Jutro zaczniemy wszystko od
nowa. My, cała nasza czwórka. Udamy się na start. Razem i razem
dobiegniemy do mety- Zaczęłam płakać. To było, aż niemożliwe
jak cudownych ludzi mam obok. Ile dla mnie zrobili i jak wyrozumiali
są.
To było dla mnie zbawienie. Moje
uleczenie skrzywdzonej duszy.
-A ja zacznę od tego, że skopie temu
nieudacznikowi dupsko
Pierwszy raz tego wieczoru pokój
rozbrzmiał głośnym śmiechem, a ja tego wieczoru poczułam, że
złamane serce to nie koniec świata. Koniec świata jest wtedy,
kiedy prócz ran nie pozostaje nikt inny, ale ja miałam to
szczęście, że byli oni- cudowni przyjaciele, którzy mnie kochali,
tak samo mocno, jak ja niegdyś myślałam, ze kocham Leona Verdasa.
Ludzi jest wielu, ale to przyjaciele są
najważniejsi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz