Strony

czwartek, 19 października 2017

Dwa Świat cz.11- Prawdziwe Wartości

Cześć Wszystkim,
Przepraszam, że dodaję z kilku dniowym opóźnieniem, ale weekend jak i początek tygodnia umierałam sobie w towarzystwie Mike'a i Harveya z Suits, z gorączką w łóżku i nawet jeśli zebrałabym się na napisanie, nie sądzę aby było to coś dobrego.
Anyway...
Woow...Nie myślałam, że napisanie rozdziału kiedykolwiek wzbudzi we mnie tyle emocji. Zdażyło mi się płakać kiedy pisałam opko, ale nigdy nie czułąm się tak wstrząśnięta? Poruszona, tak to dobre słowo. Nigdy jakoś tak nie dotknęł mnie to jak ten rozdział i nie wiem dlaczego, co on ma takiego w sobie, ale chyba mogę nazwać go za coś ważnego?
Czuje się po prostu strasznie przejęta po napisaniu tego  ¯\_ツ_/¯
Więc, z chęcią poczytam, co wy sądzicie o tym rozdziale, także piszcie kemenciki, czekam z niecierpliwością ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Btw. Nie mam w zwyczaju tego robić, ale piosenka, którą znalazłam już jakiś czas temu bardzo kojarzy mi się z tym opowiadaniem, także zachęcam do przesłuchania, a przede wszystkim do przeczytania tekstu.
Być może, ze nawet pasuje mi do tego rozdziału : Link do pioseneczkiii *.*



Można powiedzieć, ze przez ostatnie kilka dni zupełnie wyłączyłam się z życia towarzyskiego. Każdy dzień wyglądał identycznie, jakby na złość mnie świat uaktywnił jakąś pętle czasową. Mimo wszystko, kiedy po raz kolejny znalazłam się w totalnym dołku emocjonalnym, a złamane serce i przelane łzy zamieniły się w maskę obojętności na mojej twarzy- wszystko mi było jedno.
Celowo unikałam mojej współlokatorki wymykając się z pokoju z samego rana, wracając dopiero w nocy, aby być pewnym, że Loretta, wielka miłośniczka snu, będzie już smacznie pochrapywać na prawym boku. Robiłam wszystko, aby nikt nie zadawał pytań. Przestałam odpierać telefony od Francisa, a kiedy fatygował się, by pojawić się u mnie przed uczelnią- zbywałam go dużą ilością „nauki” .Marcelowi odpowiadałam zdawkowo na zajęciach i unikałam wszelakich sytuacji, gdzie mógłby do mnie zagadać. Unikałam wszystkich i wszystkiego, włącznie z zajęciami u Amandy. Miałam gdzieś to, że coraz bardziej zbliżałam się do oblania jej przedmiotu. Po raz pierwszy zachowywałam się jak pieprzona egoistka i nie interesował mnie fakt, że przeze mnie Marcel mógł zawalić projekt, a Monica z Lorettą się o mnie martwiły.
I tak o to o siódmej rano, każdego dnia przemieszczałam się wdychając świeże powietrze ulicami Seattle i kierowałam się do kawiarenki, gdzie miałam już w zwyczaju gościć wiele razy. Codziennie zamawiałam duży kubek czarnej mocnej kawy i siadałam tu gdzie zawsze, czyli przy dużym oknie, które wychodziło na tylną część kafejki, ukazując mały ogródek osiedlowych wieżowców. Przesiadywałam tam w zależności od grafiku zajęć- pół godziny, dwie, a czasem pięć i nikt nie zadawał pytań. Nikt nie dosiadał się do stolika i morałami nie próbował uleczać mej skrzywdzonej duszy.
To miejsce, to był spokój dla mnie i mojego umysłu. Dopijałam kawę, czasem domawiając jakieś ciastko i mogłam w samotności delektować się cudzym szczęściem.
To miejsce było takim azylem, niczym mój własny pokój, tyle, że będąc sama wciąż otoczona ludźmi. Nie chciało mi się płakać, ani użalać nad swoim marnym losem. Tu po prostu mijało to, czego doznawałam za każdym razem kiedy wchodziłam na uczelnie, czy wracałam po cichu do ciemnego pokoju w akademiku. Mijał niepokój i lęk przed pozostanie sam na sam, z własnymi myślami.
Potem, kiedy wykłady dobiegły końca nie wracałam już do kawiarni. Kierowałam się wprost do parku. Wiosna była o tyle ułatwieniem, że bez problemu z słuchawkami na uszach mogłam swobodnie przechadzać się ścieżkami między cudowną zielenią, a kiedy dochodziłam do skromnej ławeczki na skraju parku, bez problemu zajmowałam na niej miejsce i wraz notesem w dłoniach spisując swoje udręki. Nie były to wiersze, nie opowiadanie, nie piosenki. To były mieszanki wszystkich myśl wylane na papier, niekoniecznie sensownie dobrane, potem targane i rozsypywane na trawę, aby następnego dnia robić to samo.
Było lepiej, moja osobista terapia działała, a kiedy umysł przestał wszystko analizować, chwytałam książkę i wczuwałam się w bohaterów, którzy mimo wielkich problemów radzili sobie zdecydowanie lepiej ode mnie.
Kiedy pogodziłam się z tym, że mój dzień wygląda tak samo, i przestałam nawet na to narzekać- pogoda diametralnie się zmieniła i ze słonecznego, ciepłego poranka w południe, kiedy siedziałam w parku musiało się ochłodzić. Do tego stopnia, że nie przygotowana do takich warunków, w skórzanej kurtce siedziałam i dygotałam zaciskając dłonie między udami, walcząc o to, aby wytrzymać do wieczora.
Poddałam się, kiedy nos odmarzał, tyłek przykleił się do drewnianych desek, a zęby bolały od notorycznego obijania się o siebie. I to był najgorszy z możliwych dni, który mogłam sobie wybrać na wcześniejszy powrót do domu.
Weszłam do środka i niemal od razu, kiedy nawet nie zdążyłam omieść całego pokoju wzrokiem, zostałam mocno szarpnięta za ramiona i pociągnięta do środka.
-Co ty do cholery wyprawiasz?- Dobiegł mnie krzyk, kiedy oniemiałą całą sytuacją zaczęłam dopiero kontaktować co się właśnie stało. Cała czwórka, włącznie z osobnikiem, który zaciskał palce na moich barkach znajdowała się w moim pokoju i wlepiała we mnie swoje pełne żalu, zmartwienia spojrzenia. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że oaza spokoju- Loretta, szarpała mną, a w jej oczach dostrzegłam swoje zaszklone odbicie.
-Puszczaj mnie- Szarpnęłam agresywnie, bo byłam na nich zła. Poczułam się, jakby każdy obnażył moje tajemnice, jakby one ujrzały światło dzienne, a prawda była taka, że nic się nie stało. Nic prócz tego, ze największy fiut w całym moim życiu, po raz kolejny dał mi nadzieję, a potem załamał moje serce. Po raz kolejny. I nikomu nie byłam w stanie przyznać, że czułam się jakbym odniosła największą porażkę w moim życiu. Czułam wstyd sama do siebie, za to jak bardzo po raz kolejny dałam się upokorzyć.
-Violetta, co się dzieje?- Znów zostałam złapana za bark, tym razem delikatniej i w czułym geście, tak jak najlepiej robił to Francis, jednak to nie zmieniało faktu, że ten cały komitet, który pragnął wytłumaczeń jedynie mnie wkurzył.
-Nic się nie dzieje- Mruknęłam wymijająco i odłożyłam swoje rzeczy.- Możecie już iść.
-Jak to nic się nie dzieje?- Niemal pisnęłam, kiedy znikąd przede mną pojawi się Marcel- Wychodzisz nad ranem, wracasz nocą. Przepadasz na całe dnie, nikt nie wie co robisz w tym czasie, a na zajęciach jak już się pojawiasz, to i tak nie ma z tobą kontaktu- Przeszywał mnie wzrokiem, w taki sposób, że po raz pierwszy poczułam się winna. Dotarło do mnie, ze w jakiś chodź by minimalny sposób przez ten czas zaprzątałam ich głowę, a tak nie powinno być. Z drugiej strony, nie kazałam im się mną przejmować.
-Dajcie. Mi. Święty. Spokój- Wycedziłam przez zęby powoli przyglądając się każdemu z nich, jakby wyszukując informacji, że na pewno zrozumieli mój przekaz, ponieważ jedyne czego pragnęłam, to, aby w najszybszym tempie opuścili to pomieszczenie, w którym powoli zaczynałam się dusić, pod taflą oskarżeń, która się nade mną budowała.
-Violetta...- Usłyszałam ten delikatny, spokojny głos, który wydobył się z ust Monici. Czułam, że byłam w stanie rozpłakać się w każdej chwili. Robiła dokładnie to co robiła moja mama. Cichym delikatnym głosem, próbowała przebić się przez barierę, i jej zawsze się to udawało.- Możesz nam powiedzieć, my chcemy pomóc. Nie ważne co zrobiłaś, lub ktoś ci coś zrobił, jesteśmy tu wszyscy po to aby cie wysłuchać...
-Odchrzańcie się! Przestańcie się mieszać w moje życie- Nie wiedzieć skąd, tak po prostu zaczęłam na nich krzyczeć, jak największa bezuczuciowa suka, jaka chodziła po tej planecie. Wszystkie emocje, które ucichły przez te kilka dni, z taką łatwością opuściły mój organizm- Nie chce żadnej pomoc, a szczególnie od ciebie- Odwróciłam się w kierunku Monici wytykając ją placem- Bo jesteś taka sama jak on, i jedyne co potraficie robić dobrze, to niszczyć innych!- Krzyczałam, a kiedy dotarło do mnie, jakie słowa opuściły moje usta momentalnie zamilkłam i bacznie obserwowałam brunetkę. Patrzyła na mnie przerażona, ale i złamana,a kiedy jej oczy zaszły łzami, poczułam się jeszcze gorzej, niż tej pamiętnej nocy, kiedy to znów straciłam grunt pod nogami.
-Może i Leon jest dupkiem, ale o mnie nie masz prawa tak mówić- Odezwała się w końcu, jej oczy wydawały się płonąć. Byłam niemal pewna, że mnie uderzy i zapewne by to zrobiła, gdyby nie Loretta.
-Wtrącamy ci się w życie?- Zwinna dłoń Loretty prześlizgnęła się przez mój policzek z głośnym plaśnięciem pozostawiając cholernie piekące uczucie. Patrzyłam na nią zaszokowana. Marcel przyglądał jej się wściekle, a Francis złapał jej dłonie z tyłu. Byłam pewna, że słyszałam, jak wypowiedział ciche „Co to kurwa było?” , ale nie zwróciłam na to uwagi, bo jedyne co robiłam to patrzałam na nią jednocześnie zła, ale i wystraszona.- Czy, to, że Marcel odwalił za ciebie projekt i oddał do zaliczenia, nazywasz się wtrącaniem? Czy to, że Francis wziął wolne, aby iść do dziekanatu, by usprawiedliwić twoje nieobecności wyjazdem do domu, nazywasz wtrącaniem? Wraz z Monicą poszłyśmy ci na rękę. Cierpliwie czekałyśmy, aż przetrwasz to wszystko i sama zechcesz nam coś powiedzieć, lub po prostu wszystko wróci do normy, ale dość. Dość tego, należą nam się jakieś wyjaśnienia!
Miała racje. Udawałam, że to co się ze mną działo to byłą tylko i wyłącznie moja sprawa. Prawda byłą taka, że dotyczyła każdego z osobna, bo sama ich w to wciągnęła. W jakąś gierkę, gdzie udawałam wielce pokrzywdzoną dziewczynkę. Było mi przykro, i to było normalne, ale to mi Verdas złamał serce, nie miałam prawa ich w to wciągać. To była tylko nasza sprawa.
Nie wiem jak to się stało, że nagle ryczałam zamknięta w szczelnym uścisku całej czwórki. Czwórki najwspanialszych ludzi, którzy okazali się być moim zbawieniem w tym piekielnym mieście.
-Przepraszam- Jęczałam żałośnie, pociągając nosem i rozmazując swój tusz rękawem swetra- Tak cholernie was przepraszam- Nie odezwali się, jedynie przytulali gładząc po plecach, a ja po raz pierwszy od kilku dni poczułam, że powinnam im powiedzieć od razu. To był błąd, bo skrzywdziłam ich- osoby, które tak wiele dla mnie zrobiły, a ja nawet nie byłam tego świadoma.

Siedzieliśmy wszyscy w naszym ciasnym pokoju. Każdy z kubkiem ciepłej herbaty, lub butelka piwa w dłoni rozmawiając kolejną godzinę, podczas której przepraszałam i dziękowałam im jeszcze tysiące razy, oraz opowiedziałam wszystko. To co się stało tamtego dnia i do tej pory, co robiłam i było lepiej. Poczułam taką ulgę, jakby cały ból, który towarzyszył mi dotychczas odszedł jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki.
-Może powinnaś wrócić na weekend do domu?- Zaproponowała Loretta, kiedy wylegiwała się na łóżku i paliła papierosa.
-Nie- Zaprzeczyłam i podniosłam głowę z kolan Monici, a nogi ułożyłam między chłopakami, którzy siedzieli na podłodze również co jakiś czas podbierając tytoń z paczki.
-Dlaczego? Sądzę, że takie wyłączenie umysłu, w środowisku, gdzie wiesz, że go nie ma, rozmowa z mamą. To mogłoby ci pomóc
-Ponieważ, jeśli teraz wyjadę, to już tu nie wrócę. Za bardzo nienawidzę tego miejsca, aby wrócić- Powiedziałam zgodnie z prawdą. Tak się teraz czułam. Przepełniona nienawiścią do tego miasta i wszystkiego co z nim związane.
-To chociaż zadzwoń jutro do mamy. To ci pomoże- Przytaknęłam głową. Mimo, że nie chciałam jej martwić, bo widziałam, jak przeżywała moje rozstanie z nim, kiedy dosłownie byłam wrakiem człowieka to mama zawsze dawała najlepsze rady i potrafiła podnieść mnie na duchu, jakby doskonale wiedziała co siedziało mi w głowie.
-Violetta, nie martw się- Poczułam delikatną dłoń Monici na swojej.- Jutro zaczniemy wszystko od nowa. My, cała nasza czwórka. Udamy się na start. Razem i razem dobiegniemy do mety- Zaczęłam płakać. To było, aż niemożliwe jak cudownych ludzi mam obok. Ile dla mnie zrobili i jak wyrozumiali są.
To było dla mnie zbawienie. Moje uleczenie skrzywdzonej duszy.
-A ja zacznę od tego, że skopie temu nieudacznikowi dupsko
Pierwszy raz tego wieczoru pokój rozbrzmiał głośnym śmiechem, a ja tego wieczoru poczułam, że złamane serce to nie koniec świata. Koniec świata jest wtedy, kiedy prócz ran nie pozostaje nikt inny, ale ja miałam to szczęście, że byli oni- cudowni przyjaciele, którzy mnie kochali, tak samo mocno, jak ja niegdyś myślałam, ze kocham Leona Verdasa.
Ludzi jest wielu, ale to przyjaciele są najważniejsi.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz