Taaak
wiem, zawaliłam :')
Ale
teraz już mogę powiedzieć, że prawie mam wakacje, więc czas na
pisanie będzie o wiele większy XD
Co do
rozdziału...Przeczytajcie i samo go oceńcie :)
Miłego
czytania
Z niepokojem patrzałam, jak szatyn
zasiadł przy łóżku. Na jego twarzy pojawiła się ta mała
pulsująca żyłka, którą miałam okazje widzieć tylko raz w
życiu, kiedy to opuszczałam jego apartament. Nie wiem czy to
bardziej oznaka złości, czy przygnębienia, ale jedno mogłam
stwierdzić na pewno- Mimo, że Leon jest na nią cholernie zły, to
jeszcze bardziej się martwił. Cień ulgi, który przebiegł po jego
twarzy po prostu mnie uspokoił.
-Przepraszam- Monica obdarowała
swojego brata skruszonym spojrzeniem. Ona również nie była z
siebie zadowolona, ale dotarło to do niej dopiero teraz, kiedy jej
życie było zagrożone. Każdy uczy się na swoich błędach.
Verdas chwycił jej dłoń i przyłożył
sobie do ust mocniej zaciskając.
-Nie masz pojęcia jak bardzo się o
ciebie martwiłem- Mimowolnie na moją twarz wkradł się uśmiech.
Stojąc tam z boku byłam świadkiem tego ile dla Leona warta jest
rodzina. Ponownie dostrzegłam w nim mężczyznę, który te półtora
roku temu uratował mnie, albo bardziej moje ostatnie dni wakacji,
które spędzałam w Nowym Jorku. Był ze mną wspaniałe trzy dni,
gdzie zdążył pokazać mi większa część tych sławnych
nowojorskich atrakcji poprawiając przy tym moje samopoczucie. Może
i byłam kilka godzin po zerwaniu, ale wystarczył jego ciepły
uśmiech, a rysa na sercu została sklejona. Nie przeszkadzało mu
to, że byłam zwykłą smarkula, a on ustatkowanym biznesmenem. Przy
mnie był młodym chłopakiem, który wydawał się naprawdę
szczęśliwy. Tak myślę, że wtedy był, bo dla mnie były to
najcudowniejsze trzy dni wakacji, które miały być spisane na
straty.
Czasem po prostu łatwiej byłoby go
nienawidzić, uznać za dupka i wykreślić ze swojego życia,
ponieważ dużo trudniej jest żyć ze świadomością, jak wiele
cudownych chwil z nim przeżyłam i jak cudownym jest człowiekiem,
mimo swoich dziwnych upodobań.
-Naprawdę przepraszam
-To już nie ważne, ale po powrocie ze
szpitala na jakiś czas zatrzymasz się u mnie- Rozkazał Verdas.
Katem oka widziałam jak Monica przewraca oczami i zaciska dłoń na
pościeli. Osobiście, dla jej dobra nie protestowała bym, ale ja to
ja.
-Nie potrzebuje niańki- Mruknęła
niezadowolona.
-Nie ty będziesz o tym decydować-
Jego głos był bardziej donośny, rozdrażniony. Gdyby nie dzwoniący
telefon Verdasa doszłoby zapewne do jakiejś ostrzejszej wymiany
zdań.
-Przepraszam na chwilę- Wyszedł z
pomieszczenia, a ja nareszcie mogłam po prostu porozmawiać z
dziewczyną. Zajęłam uprzednie miejsce Leona i chwyciłam ją za
dłoń.
-Jak się czujesz?- Uśmiechnęłam się
do niej i lekko musnęłam kciukiem jej dłoń.
-Jest dobrze. Jestem osłabiona, ale to
przecież minie. Chciałabym cie przeprosić, wiem, że zachowałam
się jak ostatnia kretynka – Pokręciłam jedynie głową.
-Nie wracajmy do tego, ważne że
wszystko z tobą w porządku
Odwróciłam głowę, kiedy drzwi do
sali się otworzył, jednak Leon wciąż rozmawiał przez telefon.
-Nie, nie ma potrzeby. Widzimy się
wieczorem, Do zobaczenia Amando- Usłyszałam za sobą i nieco się
wzdrygnęłam. Nie trudno było się domyślić, że to właśnie
jakaś Amanda zajmowała teraz moje miejsce. Nie wiem czy zrobił to
specjalnie, czy nie, ale nie zamierzałam się tym przejmować. A
przynajmniej taki miałam zamiar. Grać niewzruszoną, bo to co
siedziało we mnie było tylko i wyłącznie moja prywatna sprawą.
-Amanda chciała tu przyjechać,
powiedziałem jej, że nie ma potrzeby- Skierował się do Monic'i,
ale czułam, że kątem oka spogląda w moja stronę.- Odebrałem
jeszcze telefon z firmy. Maja jakiś problem z umową, muszę
niestety wracać, ale przyjadę tu wieczorem.
-Jasne- Uśmiechnęła się krzepko.
-Może cię podwieźć?- Nieco się
ocknęłam, kiedy zrozumiałam, ze mówi do mnie.
-Jeśli nie byłby to problem-
Podniosłam się szurając nieco krzesłem i pożegnałam z Monic'ą.
Leon zrobił to samo, a następnie skierowaliśmy się do jego
samochodu.
-Violetta- Zaczął cicho, kiedy
staliśmy już pod akademikiem. Spojrzałam na niego zaciekawiona,
ale i nieco zaniepokojona. Ton jego głosy przybierał taka barwę,
zawsze kiedy chciał powiedzieć mi coś ważnego. To nie do
pomyślenia, jak bardzo go znam, kiedy jestem w stanie wyłapać
takie maleńkie szczegóły.
-Chcę, żebyś wiedziała, że nadal
cię kocham
-Leon nie zaczynaj tek tematu- Jęknęłam
zdenerwowana. Nie chciałam płakać, nie przy nim, a zaczynając ten
temat wiedziałam, ze to może się skończyć tylko w jeden sposób
-Daj mi dokończyć- Chwycił mnie za
rękę i muskał palcami moją skórę, przez co poczułam
przechodzący mnie po ciele dreszcz. Chciałam ją wyrwać, jednak
umocnił uścisk, nieco ściskając moje kostki.- To co zobaczyłaś
tamtego dnia to naprawdę da się wyjaśnić- Pokręciłam przecząco
głową i wysiadłam szybko z samochodu. Verdas pochylił się na
miejsce pasażera połapując tym mój wzrok.
-Nie sadzisz, że już trochę za późno
na wyjaśnienia?-Warknęłam zirytowana i trzasnęłam drzwiami
odchodząc.
-Nigdy nie jest za późno.- Krzyknął
za mną, Nie odwróciłam się tylko dzielnie szłam przed siebie.
Łapałam płytkie oddechy jeden za drugim, uspokajając się przy
tum. Nie mogłam określić, czy byłam bardziej zła, czy moja
bariera, którą sama sobie wybudowałam ,pozwalająca mi normalnie
funkcjonować pękła. Jednego byłam pewna, że to podłe z jego
strony, aby naprawiać coś, po półrocznej przerwie. Miał
wystarczająco czasu, by zadzwonić, wyjaśnić. Tymczasem teraz, dla
mnie jest to skończone. Nie chce rozdrapywać starych ran, które i
tak się jeszcze do końca nie zagoiły.
W pokoju byłam sama. Loretta siedziała
najprawdopodobniej w szpitalu, więc miałam cały pokój dla siebie.
Nie tego teraz chciałam. Pragnęłam z kimś pogadać, gdzieś
wyjść, aby nie myśleć. W ciszy to wszystko stawało się jeszcze
bardziej duszące. Muzyka, nie potrafiła zagłuszyć tych głupich
myśli, a sięganie po alkohol byłoby najidiotyczniejszym czynem
jaki mogłabym zrobić. Była dziewiętnasta wieczorem, więc nie
miałam co liczyć na Francisa. Prócz niego i dziewczyn nie znałam
tu zbytnio nikogo. Nie miałam czasu się z nikim spoufalać, bo jak
możecie się domyślić, pan Verdas zajmował moja głowę przez
większość dnia.
Obracałam telefon w palcach, chcąc do
kogoś zadzwonić. Powiadomienie, które przyszło wybiło mnie z
rytmu i przykuło moja uwagę. Jak się okazało ten dzień mógł
być jeszcze gorszy. Na ekranie wyświetlił mi się komunikat, że
moje pieniądze są na wykończeniu. Chciałam czymś rzucić, i to
najlepiej tak, aby trwale uszkodzić, jednak nie miałam nic pod
ręka. Nie mogłam zadzwonić do mamy i prosić ją o pożyczkę.
Chciałam zacząć sama być odpowiedzialna za swoje życie, jak się
okazało - szło mi to na razie idiotycznie.
Nie miałam siły myśleć o tym, więc
po prostu długo się nie zastanawiając zadzwoniłam do Marcela.
-Halo?- Odebrał po trzech sygnałach,
co bardzo mnie ucieszyło.
-Hej, tu Vils. Masz może czas na
jakieś piwo?- Zdecydowanie moje postanowienie poszło się bujać.
-Jasne, gdzie i kiedy?- Słyszałam
jego dźwięczny śmiech w słuchawce, a mi nieco poprawił się
humor.
Od dobrej godziny siedziałam z
Marcelem w knajpie i piłam piwo z sokiem owocowym.
-Jak ci się podoba w Seattle?- Zapytał
mnie podczas gdy ja bawiłam się słomka.
-Miasto jest bardzo ładne i
zdecydowanie bardziej ruchliwe od Buenos Aires, chyba po prostu muszę
się tu zaaklimatyzować.
-Tak, Cambridge, czyli moje rodzinne
miasto z niczym nie może się tu równać, ale tęsknie czasem za
tym spokojem- Zaśmiał się cicho. Mimo, że wcześniej nie znałam
go zbytnio, to jednak Marcel okazał się całkiem w porządku. Był
miły i często się śmiał. Dobrze się czułam w jego
towarzystwie. -Opowiesz mi coś o sobie?- Chłopak chwilę się
zastanawiał, do czasu gdy na jego twarzy pojawił się szeroki
uśmiech, który swoją droga był zaraźliwy.
-Przyjechałem tutaj spełniać swoje
marzenia. Jak możesz się domyślić, pragnę być muzykiem, a w
mojej miejscowości miałem marne szanse na rozwinięcie skrzydeł.-
Chłopak miał ambicje i widziałam w jego oczach, że to co robi
kocha całym sercem, ponieważ opowiadając o tym w oczach mieniły
mu się iskierki podekscytowania.
-A ty, od zawsze chciałaś być
dziennikarką?
-Nie, jak byłam mała chciałam być
policjantką- Zaśmiałam się głośno.
-Cóż, nie narzekałbym gdybyś
chciała wypisać mi mandat- Pokręciłam głowa zrezygnowana.
-Wlepiłabym ci największy jaki tylko
się da- Mruknęłam.
-Dlaczego?- Udawał skruszonego.
-A po znajomości- Uśmiechnęłam się.
Spojrzałam przelotnie na zegarek i wiedziałam, że muszę się
zbierać.-Musze spadać. Jutro muszę być wyspana i pełna sił, aby
gonić za pracą.
-W barze, w którym teraz pracuje
potrzebują kelnerki, więc jeśli chcesz mogę podać ci numer-
Skinęłam głową. Może to nie była praca moich marzeń, jednak
musiałam jakoś się ratować. Chłopak zapisał mi numer na
serwetce, po czym sam udał się do domu na swojej deskorolce.
Kiedy wróciłam do akademika, Loretta
była już w pokoju. Jak zwykle mogłam ją zastać siedzącą na
swoim łóżku z laptopem na nogach i serialem w tle. Nie
przeszkadzało mi to. Była tak zwaną lokatorką idealną. Mało
mówiła, bałagan po sobie sprzątała i pomimo, że się lubiłyśmy,
to każda z nas z reguły miała swoje sprawy. Tego dnia, jednak moja
obecność nie była jej obojętna, bo gdy tylko zobaczyła mnie
siadając na łóżku, odłożyła wszystko i poszła do łazienki.
Wróciła z pełnym bukietem czerwonych róż, z których łodyżek
kapała woda.
-To dla ciebie- Wcisnęła mi to w
ręce, a ja jedynie wzrokiem odnalazłam bilecik. Chwyciłam go
między palce i skupiłam na nim wzrok.
Pamiętasz? Mieliśmy
przetrwać wszystko.
Leon
Chyba coś się zacznie zmieniać między Leonetttą.
OdpowiedzUsuńCiekawe jak się to rozwinie.
Czekam na kolejny
Nowy rozdział juz jest :D
UsuńPrzepraszam, ze nie odpisywałam wcześniej, ale miała ograniczony dostęp do internet ostatnimi czasy :/