Strony

wtorek, 20 czerwca 2017

Dwa Światy cz.9- Problemy, problemy i jeszcze raz problemy...

Taaak wiem, zawaliłam :')
Ale teraz już mogę powiedzieć, że prawie mam wakacje, więc czas na pisanie będzie o wiele większy XD
Co do rozdziału...Przeczytajcie i samo go oceńcie :)
Miłego czytania



Z niepokojem patrzałam, jak szatyn zasiadł przy łóżku. Na jego twarzy pojawiła się ta mała pulsująca żyłka, którą miałam okazje widzieć tylko raz w życiu, kiedy to opuszczałam jego apartament. Nie wiem czy to bardziej oznaka złości, czy przygnębienia, ale jedno mogłam stwierdzić na pewno- Mimo, że Leon jest na nią cholernie zły, to jeszcze bardziej się martwił. Cień ulgi, który przebiegł po jego twarzy po prostu mnie uspokoił.
-Przepraszam- Monica obdarowała swojego brata skruszonym spojrzeniem. Ona również nie była z siebie zadowolona, ale dotarło to do niej dopiero teraz, kiedy jej życie było zagrożone. Każdy uczy się na swoich błędach.
Verdas chwycił jej dłoń i przyłożył sobie do ust mocniej zaciskając.
-Nie masz pojęcia jak bardzo się o ciebie martwiłem- Mimowolnie na moją twarz wkradł się uśmiech. Stojąc tam z boku byłam świadkiem tego ile dla Leona warta jest rodzina. Ponownie dostrzegłam w nim mężczyznę, który te półtora roku temu uratował mnie, albo bardziej moje ostatnie dni wakacji, które spędzałam w Nowym Jorku. Był ze mną wspaniałe trzy dni, gdzie zdążył pokazać mi większa część tych sławnych nowojorskich atrakcji poprawiając przy tym moje samopoczucie. Może i byłam kilka godzin po zerwaniu, ale wystarczył jego ciepły uśmiech, a rysa na sercu została sklejona. Nie przeszkadzało mu to, że byłam zwykłą smarkula, a on ustatkowanym biznesmenem. Przy mnie był młodym chłopakiem, który wydawał się naprawdę szczęśliwy. Tak myślę, że wtedy był, bo dla mnie były to najcudowniejsze trzy dni wakacji, które miały być spisane na straty.
Czasem po prostu łatwiej byłoby go nienawidzić, uznać za dupka i wykreślić ze swojego życia, ponieważ dużo trudniej jest żyć ze świadomością, jak wiele cudownych chwil z nim przeżyłam i jak cudownym jest człowiekiem, mimo swoich dziwnych upodobań.
-Naprawdę przepraszam
-To już nie ważne, ale po powrocie ze szpitala na jakiś czas zatrzymasz się u mnie- Rozkazał Verdas. Katem oka widziałam jak Monica przewraca oczami i zaciska dłoń na pościeli. Osobiście, dla jej dobra nie protestowała bym, ale ja to ja.
-Nie potrzebuje niańki- Mruknęła niezadowolona.
-Nie ty będziesz o tym decydować- Jego głos był bardziej donośny, rozdrażniony. Gdyby nie dzwoniący telefon Verdasa doszłoby zapewne do jakiejś ostrzejszej wymiany zdań.
-Przepraszam na chwilę- Wyszedł z pomieszczenia, a ja nareszcie mogłam po prostu porozmawiać z dziewczyną. Zajęłam uprzednie miejsce Leona i chwyciłam ją za dłoń.
-Jak się czujesz?- Uśmiechnęłam się do niej i lekko musnęłam kciukiem jej dłoń.
-Jest dobrze. Jestem osłabiona, ale to przecież minie. Chciałabym cie przeprosić, wiem, że zachowałam się jak ostatnia kretynka – Pokręciłam jedynie głową.
-Nie wracajmy do tego, ważne że wszystko z tobą w porządku
Odwróciłam głowę, kiedy drzwi do sali się otworzył, jednak Leon wciąż rozmawiał przez telefon.
-Nie, nie ma potrzeby. Widzimy się wieczorem, Do zobaczenia Amando- Usłyszałam za sobą i nieco się wzdrygnęłam. Nie trudno było się domyślić, że to właśnie jakaś Amanda zajmowała teraz moje miejsce. Nie wiem czy zrobił to specjalnie, czy nie, ale nie zamierzałam się tym przejmować. A przynajmniej taki miałam zamiar. Grać niewzruszoną, bo to co siedziało we mnie było tylko i wyłącznie moja prywatna sprawą.
-Amanda chciała tu przyjechać, powiedziałem jej, że nie ma potrzeby- Skierował się do Monic'i, ale czułam, że kątem oka spogląda w moja stronę.- Odebrałem jeszcze telefon z firmy. Maja jakiś problem z umową, muszę niestety wracać, ale przyjadę tu wieczorem.
-Jasne- Uśmiechnęła się krzepko.
-Może cię podwieźć?- Nieco się ocknęłam, kiedy zrozumiałam, ze mówi do mnie.
-Jeśli nie byłby to problem- Podniosłam się szurając nieco krzesłem i pożegnałam z Monic'ą. Leon zrobił to samo, a następnie skierowaliśmy się do jego samochodu.

-Violetta- Zaczął cicho, kiedy staliśmy już pod akademikiem. Spojrzałam na niego zaciekawiona, ale i nieco zaniepokojona. Ton jego głosy przybierał taka barwę, zawsze kiedy chciał powiedzieć mi coś ważnego. To nie do pomyślenia, jak bardzo go znam, kiedy jestem w stanie wyłapać takie maleńkie szczegóły.
-Chcę, żebyś wiedziała, że nadal cię kocham
-Leon nie zaczynaj tek tematu- Jęknęłam zdenerwowana. Nie chciałam płakać, nie przy nim, a zaczynając ten temat wiedziałam, ze to może się skończyć tylko w jeden sposób
-Daj mi dokończyć- Chwycił mnie za rękę i muskał palcami moją skórę, przez co poczułam przechodzący mnie po ciele dreszcz. Chciałam ją wyrwać, jednak umocnił uścisk, nieco ściskając moje kostki.- To co zobaczyłaś tamtego dnia to naprawdę da się wyjaśnić- Pokręciłam przecząco głową i wysiadłam szybko z samochodu. Verdas pochylił się na miejsce pasażera połapując tym mój wzrok.
-Nie sadzisz, że już trochę za późno na wyjaśnienia?-Warknęłam zirytowana i trzasnęłam drzwiami odchodząc.
-Nigdy nie jest za późno.- Krzyknął za mną, Nie odwróciłam się tylko dzielnie szłam przed siebie. Łapałam płytkie oddechy jeden za drugim, uspokajając się przy tum. Nie mogłam określić, czy byłam bardziej zła, czy moja bariera, którą sama sobie wybudowałam ,pozwalająca mi normalnie funkcjonować pękła. Jednego byłam pewna, że to podłe z jego strony, aby naprawiać coś, po półrocznej przerwie. Miał wystarczająco czasu, by zadzwonić, wyjaśnić. Tymczasem teraz, dla mnie jest to skończone. Nie chce rozdrapywać starych ran, które i tak się jeszcze do końca nie zagoiły.

W pokoju byłam sama. Loretta siedziała najprawdopodobniej w szpitalu, więc miałam cały pokój dla siebie. Nie tego teraz chciałam. Pragnęłam z kimś pogadać, gdzieś wyjść, aby nie myśleć. W ciszy to wszystko stawało się jeszcze bardziej duszące. Muzyka, nie potrafiła zagłuszyć tych głupich myśli, a sięganie po alkohol byłoby najidiotyczniejszym czynem jaki mogłabym zrobić. Była dziewiętnasta wieczorem, więc nie miałam co liczyć na Francisa. Prócz niego i dziewczyn nie znałam tu zbytnio nikogo. Nie miałam czasu się z nikim spoufalać, bo jak możecie się domyślić, pan Verdas zajmował moja głowę przez większość dnia.
Obracałam telefon w palcach, chcąc do kogoś zadzwonić. Powiadomienie, które przyszło wybiło mnie z rytmu i przykuło moja uwagę. Jak się okazało ten dzień mógł być jeszcze gorszy. Na ekranie wyświetlił mi się komunikat, że moje pieniądze są na wykończeniu. Chciałam czymś rzucić, i to najlepiej tak, aby trwale uszkodzić, jednak nie miałam nic pod ręka. Nie mogłam zadzwonić do mamy i prosić ją o pożyczkę. Chciałam zacząć sama być odpowiedzialna za swoje życie, jak się okazało - szło mi to na razie idiotycznie.
Nie miałam siły myśleć o tym, więc po prostu długo się nie zastanawiając zadzwoniłam do Marcela.
-Halo?- Odebrał po trzech sygnałach, co bardzo mnie ucieszyło.
-Hej, tu Vils. Masz może czas na jakieś piwo?- Zdecydowanie moje postanowienie poszło się bujać.
-Jasne, gdzie i kiedy?- Słyszałam jego dźwięczny śmiech w słuchawce, a mi nieco poprawił się humor.


Od dobrej godziny siedziałam z Marcelem w knajpie i piłam piwo z sokiem owocowym.
-Jak ci się podoba w Seattle?- Zapytał mnie podczas gdy ja bawiłam się słomka.
-Miasto jest bardzo ładne i zdecydowanie bardziej ruchliwe od Buenos Aires, chyba po prostu muszę się tu zaaklimatyzować.
-Tak, Cambridge, czyli moje rodzinne miasto z niczym nie może się tu równać, ale tęsknie czasem za tym spokojem- Zaśmiał się cicho. Mimo, że wcześniej nie znałam go zbytnio, to jednak Marcel okazał się całkiem w porządku. Był miły i często się śmiał. Dobrze się czułam w jego towarzystwie. -Opowiesz mi coś o sobie?- Chłopak chwilę się zastanawiał, do czasu gdy na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, który swoją droga był zaraźliwy.
-Przyjechałem tutaj spełniać swoje marzenia. Jak możesz się domyślić, pragnę być muzykiem, a w mojej miejscowości miałem marne szanse na rozwinięcie skrzydeł.- Chłopak miał ambicje i widziałam w jego oczach, że to co robi kocha całym sercem, ponieważ opowiadając o tym w oczach mieniły mu się iskierki podekscytowania.
-A ty, od zawsze chciałaś być dziennikarką?
-Nie, jak byłam mała chciałam być policjantką- Zaśmiałam się głośno.
-Cóż, nie narzekałbym gdybyś chciała wypisać mi mandat- Pokręciłam głowa zrezygnowana.
-Wlepiłabym ci największy jaki tylko się da- Mruknęłam.
-Dlaczego?- Udawał skruszonego.
-A po znajomości- Uśmiechnęłam się. Spojrzałam przelotnie na zegarek i wiedziałam, że muszę się zbierać.-Musze spadać. Jutro muszę być wyspana i pełna sił, aby gonić za pracą.
-W barze, w którym teraz pracuje potrzebują kelnerki, więc jeśli chcesz mogę podać ci numer- Skinęłam głową. Może to nie była praca moich marzeń, jednak musiałam jakoś się ratować. Chłopak zapisał mi numer na serwetce, po czym sam udał się do domu na swojej deskorolce.

Kiedy wróciłam do akademika, Loretta była już w pokoju. Jak zwykle mogłam ją zastać siedzącą na swoim łóżku z laptopem na nogach i serialem w tle. Nie przeszkadzało mi to. Była tak zwaną lokatorką idealną. Mało mówiła, bałagan po sobie sprzątała i pomimo, że się lubiłyśmy, to każda z nas z reguły miała swoje sprawy. Tego dnia, jednak moja obecność nie była jej obojętna, bo gdy tylko zobaczyła mnie siadając na łóżku, odłożyła wszystko i poszła do łazienki. Wróciła z pełnym bukietem czerwonych róż, z których łodyżek kapała woda.
-To dla ciebie- Wcisnęła mi to w ręce, a ja jedynie wzrokiem odnalazłam bilecik. Chwyciłam go między palce i skupiłam na nim wzrok.

Pamiętasz? Mieliśmy przetrwać wszystko.

Leon

niedziela, 4 czerwca 2017

Nadzieja Umiera Ostatnia #20- Czas dorosnąć

Cześć Wszystkim!
Z góry chciałam was bardzo przeprosić, za ten równy miesiąc przerwy, ale mam dla was całą listę powodów XD
Byłam chora, nie chciało mi się, wiecie koniec roku, szkoła i te sprawy, nie chciało mi się x1000
Ale wybaczycie mi to prawda? :')

Miłego czytania

Wyszedł domu, tak po prostu. Nie widział większego sensu, aby tam zostać, aby rozmawiać, aby jakkolwiek jej teraz pomóc. Wiedział, że jego ten problem nie dotknął wcale, jeśliby porównywać, to w jakiej sytuacji została Alicja. Tak na dobra sprawę, mógłby zostawić ją z tym samą. Etykietkę dupka i tak już do niego przykleiła, więc co stało na przeszkodzie? No właśnie, że nic, prócz tego okropnego poczucia ochrony. Jego priorytety w jednym momencie zostały przeprowadzone na zupełnie inne tory. Musiał jak najszybciej, znaleźć takie rozwiązanie, które utrzyma ją z dala od tego całego gówna- przynajmniej do końca ciąży.
Udał się tam, gdzie zwykle przychodził w takich sytuacjach. Te kilka lat temu, kiedy sam musiał zbierać swoje życie, to właśnie tam otrzymał pomoc. Nie liczył na nią i tym razem, bo przecież minęło trochę czasu, jednak coś podpowiadało mu, że ten bar dawno go nie witał. To był odpowiedni czas, aby zaszczycić go swoją obecnością.
Nic się nie zmieniło. Był to nadal ten sam, utrzymany w klimacie pub, który zapamiętał jako nastolatek. Nigdy nie było tu dużo ludzi, możliwe, że to właśnie dlatego tak bardzo go tu ciągnęło. Od wejścia zauważył kilka znajomych twarzy, między innymi tego samego barmana, z którym wypijał kolejkę shotów, gdy tamten był w pracy. Co do reszty- nie przyglądał się im zbytnio, tylko szedł przed siebie ze wzrokiem natarczywie wbitym w ziemię.
-To co zwykle, Derrick- Usiadł brzy barze i zaciągnął się zapachem tam panującym. Stare drewno przesiąknięte wódką- to było to co jeszcze do niedawna dawało mu odskocznie i poniekąd go relaksowało.
Widział zawahanie w oczach chłopaka, który przyglądał mu się marszcząc brwi. Cóż mógł zmienić się od tamtego czasu, ale z pewnością nie tak jak on. Na ciele przybyło mu tatuaży, i pojawił się ten upragniony kolczyk w brwi, o którym wiele razy mu opowiadał przy piwie. Trzy lata temu, kiedy Dawid zawitał tu po raz ostatni, chłopak miał siedemnaście lat i pomagał ojcu w prowadzeniu interesu. Teraz powinien być na drugim roku studiów, ale jak widać, nie tylko z niego życie postanowiło sobie zażartować
-Nie wierze- Szepnął polerując szklankę ściereczką, po czym jakby odruchowo zarzucił ja na bark i sięgnął po alkohol, aby przygotować napój
-To uwierz- mrukną zgryźliwie.
-Patrząc na twoją minę, zapytam. To co zwykle, czy może coś mocniejszego na sam początek?- Dawid przez chwile zaczął się zastanawiać, a potem już tylko skinął głową i palcami pokazał dwójkę. Derrick szybko wykonał mieszankę, wlał ją do szklanki i podstawił pod nos brunetowi.
-Rocket Fuel, najlepszy na dola- Dawid uśmiechnął się lubieżnie, do szklanki i upił łyka. Gorzka ciecz przepłynęła mu przez gardło pozostawiając palące uczucie- tak to było to, czego teraz tak naprawdę pragnął.
-Nie sadziłem, że jeszcze kiedyś cie tu zobaczę.- Dawid mógł wyczuć, jak wypala go wzrokiem, aby przeszyć go na wylot. Derrick opuścił swoje stanowisko i podszedł do niego,luźno opierając się o blat tyłem. Skrzyżował ręce na piersi i patrzył się przed siebie, co Dawid zaobserwował kątem oka.
-To samo mogę powiedzieć o tobie. Nie powinieneś być teraz studentem drugiego roku?- Zapytał uszczypliwie, a chłopak jedynie westchnął.
-Zmieniły mi się priorytety
-Każdemu zmieniają się priorytety- Spojrzał na niego i stuknął szklankę, która stała tuż obok dłoni Derricka. Chłopak pokręcił głową i ponownie wrócił za bar.
-Musze wracać do pracy- Dawid zaśmiał się do siebie. Wystarczyły trzy lata, aby chłopak się poddał. To było takie idiotyczne.
Znał Nikholasa i wiedział o planach, jakie miał wobec swojego syna. Znał (a przynajmniej tak mu się dotychczas wydawało) też Derricka i nigdy nie sądziłby, że tak jak bardzo zapierał się, że nie przejmie interesu po ojcu, pójdzie w niepamięć.
Dało mu to tylko do myślenia. On dorósł, może i na niego też przyszła pora?
-Dawid Blake, kurwa nie wierze- Usłyszał donośny głos tuż za sobą, który bez problemu przebiłby się przez ciężkie basy, a po chwili poczuł mocne uderzenie w plecy. Odwrócił się do mężczyzny i podniósł się, aby zamknąć go w przyjacielskim uścisku.
-Wiedziałem, że powrót tutaj będzie dobrym pomysłem- Isaack zajął miejsce obok i ciągle przyglądał mu się z niedowierzaniem.
-Musimy się napić. Derrick dwie czyste- Machnął ręką.
-Się robi, szefie.

Obaj siedzieli przy barze w towarzystwie pustych kieliszków. Dochodziła dwunasta w nocy, a bar powoli robił się opustoszały. Cicha muzyka wypełniała pustą przestrzeń, a oni po takiej ilość alkoholu nadal trzymali się na nogach.
-Dawno cię tu nie było- W przeciwieństwie do barmana, Isaack nic się nie zmienił. Nadal był tym trzydziestoletnim (trzeba mu przyznać, że jego wiek to tylko nic nie znaczące cyferki), nieustatkowanym mężczyzną, któremu alkohol i dziwki w głowie. Gdzieś pomiędzy były brudne interesy- o to cała prawda w jakim towarzystwie obracał się Dawid, ale to w nim znalazł prawdziwego kumpla.
-Wiesz, byłem tu i tam- Odburknął omijając. Nie do końca wiedział, czy chce spowiadać mu się ze swoich problemów. Niby robił to zawsze, ale po takiej przerwie, po prostu nauczył radzić sobie z tym sam, chodź wiedział, ze Isaack będzie mu jeszcze potrzebny.
-Twój ojciec wrócił do gry. Znów stanowi mi konkurencje- Nie dało się nie zauważyć. Zawsze, ale to zawsze chodziło o jego ojca.- Pewnie dlatego wróciłeś, prawda?- Dawid skinął głową.
-Jakaś poważniejsza akcja?- Wtrącił się Derrick. Od lat był wtajemniczony w to wszystko. Jak się okazało, posiadał zdolności informatyczne na tym szczeblu, że często przydawał się Isaac'kowi.
-Można tak powiedzieć. To coś poważniejszego,niż import narkotyków- Sapnął od niechcenia mieszając napój w szklance.
-Chodzi o nią?-Zapytał nagle Isaack, a Dawid jedynie uniósł brwi- O tą Alicje?- Zakrztusił się słysząc jej imię. Spojrzał na niego pytająco. Twarz Isaacka nie wyrażała żadnych emocji.
-Skąd wiesz?-Nieco wkurzony skręcił się bardziej w jego stronę i odpalił papierosa.
-Miałem okazję ją poznać, niezła z niej laska
-Chyba czegoś nie rozumiem.
-Zapytała mnie o drogę do pobliskiej apteki, podwiozłem ją- Wzruszył ramionami i w między czasie zamówił jeszcze po kieliszku.- Jak już się bawisz w dom, to chociaż załatwił byś jej podwózkę, a nie puszczał na pastwę losu.
-I to dosłownie- Mruknął do siebie, bo wyłapał tylko początek wypowiedzi. Isaack wydał się to słyszeć, bo uniósł jedna brew.
-O czym ty mówisz?
-Będę ojcem- Mężczyzna odstawił szklankę z hukiem i obserwował dokładnie Dawida.
-No chyba sobie kurwa kpisz. Co jak co, ale myślałem, ze ruchać to ty się umiesz- Powiedział z niedowierzaniem-Mogłeś powiedzieć, to napomknąłbym ci coś o zabezpieczeniach.
-Wiesz, że nie o to chodzi. Będę mieć dziecko z laską, na której z jakiegoś powodu zależy temu skurwielowi. Zapewne jest to jakaś grubsza akcja. W dodatku przyprowadził mi Nikole do domu. Mówię ci, że on coś kombinuje. W tym momencie muszę coś zrobić, zapewnić jej jakoś bezpieczeństwo, cokolwiek- Przerwał swój monolog, widząc zamyśloną twarz przyjaciela.
-Wymyśl dla niej jakieś lokum, najlepiej z dala od Norwitch. Co do reszty będziemy się kontaktować. Pomogę ci, wiesz o tym dobrze- Poklepał go po ramieniu, a Dawid nie wiedział, czy kiedykolwiek zdoła mu się wypłacić. Idąc tu nie liczył na to. Zbyt długo izolował się od nich, aby liczyć na pomoc, jednak ja uzyskał. Zdecydowanie na nią nie zasługiwał. On nie, ale Alicja już tak.
Isaack pożegnał się i wyszedł tłumacząc, że w tej sytuacji czas nie jest ich sprzymierzeńcem. Dawid poszedł w jego ślady. Pożegnał się z Derrick'em i wyszedł z pubu. Nie miał daleko, dlatego żwawym krokiem po niecałych piętnastu minutach znalazł się pod drzwiami domu. Wszedł do środka, gdzie panowała cisza i ciemność. Wszyscy domownicy najprawdopodobniej spali, więc bez żadnych przeszkód wspiął się na gorę i wszedł do swojego pokoju.
Jak się okazało nie był pusty. Na fotel, tuż przy łóżku wicąż siedziała Alicja i na dźwięk zamykających się drzwi spojrzała w jego kierunku. Uśmiechnęła się do niego krzepko i intensywnie obserwowała to w jakim jest stanie.
-Co tutaj robisz?- Zapytał spokojnie.
-Czekałam na ciebie- Podeszła do niego. W pokoju było ciemno, a jedynym światłem, które wpadało do środka, był blask latarni z zewnątrz, który idealnie oświetlał twarz Dawida w tamtym momencie.
-Jeśli chcesz rozmawiać, to przepraszam, ale nie mam na to sił dziś- Ściągnął koszulkę, aby przyszykować się do spania i rzucił ją na ziemię.
-Tylko mnie posłuchaj- Chwyciła go za rękę, aby spojrzał na nią- Byłam na ciebie cholernie wściekła, ale wtedy kiedy ty się upijałeś, ja siedziałam tutaj i wszystko przemyślałam. To jest też moja wina. Chce ci powiedzieć, że nie oczekuje od ciebie niczego. Nie chce na siłę tworzyć z tobą rodzin, albo czegoś w tym stylu. Nie chce kasy. Po prostu masz dziewięć miesięcy na to, aby zdeklarować się, czy w dokumentach naszego dziecka będzie widniało twoje imię.- Dawid stał nieco jak wryty. Dziewczyna w tym momencie dała mu wolną rękę. Nie obarczyła go żadnymi obowiązkami. I chodź wiedział, że o braku pomocy pieniężnej, czy tez nie objęciu jej bezpieczeństwem nie było mowy, to poczuł mała ulgę, która wynikała z faktu, że nikt od niego nic nie oczekiwał. Nie miał nałożonej presji.
Przyciągnął ją do siebie i przytulił- tak automatycznie. Uznał, że tak wypada. Potarł jej plecy dłonią i wyszeptał cicho przy jej uchu.
-Zapewnię wam bezpieczeństwo- Czuł na ramieniu, że na ustach dziewczyny pojawił się mały uśmiech. Alicja odsunęła się od niego i skinęła głową. Jedyne co mógł zrobić jeszcze tego dnia, to po prostu przyciągnąć ją nieco i złożyć opiekuńczy pocałunek na czole.
-Spij dobrze- mruknął- Śpijcie dobrze- poprawił się natychmiast. Dziewczyna kiwnęła głowż i wyszła z pokoju.
Został sam. Uwalony na łóżku ze swoimi dręczącymi go myślami.
Jedyne co musiał zrobić to zapewnić im bezpieczeństwo i miał tego nie spieprzyć.
Czy to faktycznie było takie łatwe?