Strony

niedziela, 3 lipca 2016

Totalna psychoza - Część 5.

Okej, ten rozdział może być całkiem obrzydliwy i taki ton mu się utrzyma już do końca... Czyli niedługo, bo, spoiler, jest to przedostatni rozdział tego opowiadania. ;D
Dlaczego? Cóż, misją Emila od początku było „dotarcie” do Olivera. Po jej spełnieniu zwyczajnie nie ma po co tego ciągnąć... Ale mam nadzieję, że się podobało. Postaram się coś jeszcze wrzucić dzisiaj/jutro, ale nic nie obiecuję. :x
Więc... Miłego czytania. ^^

***

Pierwszą rzeczą, którą poczułem po obudzeniu było ogromne pragnienie, jakbym nażarł się piachu. Nie wiedziałem ile spałem, gdzie byłem, kim jestem. Liczyło się tylko to cholerne pragnienie. Usłyszałem płynącą wodę i ze zdziwieniem zauważyłem, że nie mam siły, aby dźwignąć się na nogi. Moje zmysły wydawały się przytępione, widziałem przez mgłę, słyszałem jedynie szum, a czułem chłód. Nie chciałem iść dalej, chciałem zostać tutaj, przy przyjemnym świetle, dziwnie nie rażącym mnie w oczy. Gdy leżałem, wszystko przestawało mieć wcześniejsze znaczenie. Pragnienie powoli przestawało mi dokuczać. Ociężale, bo z wielkim trudem wysunąłem przed siebie ręce, które nagle zaczęły niemiłosiernie mnie boleć, wydawały się ważyć tony. Ukłucie bólu przypomniało mi nagle niedosięgający mnie mrok. Dlaczego wcześniej byłem od niego tak daleko? Nagle wydawało się to śmieszne, nierealnie dalekie, bo przecież byłem już tutaj. Nagle kojące światło zaczęło boleć, palić, jakby ktoś rzucił we mnie podpalona pochodnią, a ogień powoli pochłaniał moje ciało. Czy miało to znaczyć, abym się nie ruszał? Możliwe, bardzo możliwe, jednak ja miałem cel w tym co zrobiłem. Chociaż nie wiedziałem jaki.
Powoli podciągnąłem się do przodu, wywołując kolejne przytłumiające fale bólu, które zdawały się rozrywać moje wnętrzności. Nie krzyczałem, chociaż próbowałem, moje gardło nie wyrzuciło z siebie żadnego dźwięku.
Miałem kogoś ścigać. A może chronić?
Kolejne podciągnięcie, tłum krzyczących ludzi, chyba wzywających mnie do siebie. Nie mieli ciała, same głosy, które skądś kojarzyłem, nie mogłem jednak przypomnieć sobie skąd. Ból osiągnął apogeum, już nie wzrastając, utrzymując się na tym samym nieznośnym poziomie.
Chronić, zdecydowanie chronić kogoś, kto był dla mnie ważny, jednak z jakiegoś powodu nie mogłem go dosięgnąć.
Kolejne kilka podciągnięć, głosy przybrały postać ważnych dla mnie ludzi. Moich rodziców. Krzyczeli panicznie, płakali, próbując odciągnąć mnie od wody, w stronę której cały czas pełzłem. Miałem w tym swój cel, nie mogli mnie powstrzymać. Ci wszyscy ludzie nie mogli mnie zatrzymać!
Pewne imię kołatało się w mej zmęczonej głowie, jednak nie mogłem go spamiętać. Ktoś bardzo ważny... Ktoś dla którego cierpiałem.
Bolesne wspomnienia nagle powróciły, lata bycia szkolną ofiarą, lata bycia nieważnym śmieciem. Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Głosy krzyczały, głowa pękała, ból pochłaniał. Zacząłem widzieć niewyraźnie kształty, które jeszcze bardziej raziły mnie w oczy.
Jednak parłem dalej. Nie mogłem się poddać. Miałem swój cel. Imię przebijało się przez skorupę otaczającą moje wspomnienia. Ważne dla mnie imię. Imię, które spędzało mi sen z powiek przez blisko cztery lata, bo mogłem go uratować. Ciągle mogę, ciągle jest czas.
Zanurzyłem dłoń w ciepłej cieczy, spijając ją łapczywie. To koiło moje zmysły, sprawiało, że wszystko stawało się wyraźne, jakbym wreszcie wybudził się z głębokiego snu. Słyszałem zwierzęta przemierzające las, czułem ich słodkie zapachy i widziałem, że to co przywróciło mi rozum nie było wcale wodą, tylko krwią, masywnie wypływającą z martwego jelenia. Jednakże tym razem wcale mi to nie przeszkadzało. Miałem wrażenie, a właściwie pewność, że to zupełnie normalne. Przynajmniej teraz.
Ciecz spływała mi po brodzie w dół torsu, a ja zacząłem myśleć, tym razem już zupełnie czysto. Jeden zapach przebijał inne, wywołując wreszcie wbijające się wspomnienie.
Oliver. Tak brzmiało imię. To jego miałem na reszcie mieć przy sobie i chronić za cenę własnego życia.
Tym razem miałem siłę podnieść się na nogi i jeszcze raz, tym razem głęboko, wciągnąłem otaczające mnie zapachy. Wyraźnie mogłem poczuć ten jeden, niezwykły dla mnie zapach, stałem się łowcą, więc postanowiłem zrobić to, czego wcześniej nie byłem w stanie osiągnąć i najpierw nieśpiesznie, aby później gwałtownie przyśpieszyć, podążyłem za wonią unoszącą się w powietrzu. Z niejakim zdziwieniem zauważyłem, że wszelkie naturalnie przeszkody nie stanowiły już dla mnie żadnego problemu. Wystarczył jedno mocniejsze odbicie się od podłoża, żeby bez żadnego problemu znaleźć się na wysokiej gałęzi drzewa, a śliskie powierzchnie widziałem z daleka, od razu je omijając. To było... Cudowne. Czułem się taki mocny, niepokonany. I naprawdę błyskawicznym tempie zbliżałem się do mojego celu. Z resztą, wydawał się on zatrzymać, może w powodu deszczu, który lunął dobry kawałek czasu temu i teraz dołączały do niego błyskawice i pioruny. Mi to nie przeszkadzało, chociaż podejrzewałem, że z Oliverem było nieco inaczej. Zza pni drzew zaczęły wyłaniać się kształty starych, zniszczonych bunkrów, a do moich nozdrzy niespodziewanie dotarł bardzo niepokojący i nieporządany przeze mnie zapach.
Krew.
Szybko wskoczyłem na najbliższe mnie drzewo i rozejrzałem się po okolicy. Żadnych podejrzanych hałasów, żadnej walki. Tylko głucha cisza i przejmujący, dla mnie, słodki zapach krwi. Rozdzielał się w dwa różne miejsca i, zeskakując z gałęzi, najpierw udałem się w punkt bliższy i faktycznie, odkryłem dwa ciała około czterdziestoletnich mężczyzn. Wydawali się być przerażeni, co niezmiernie mnie ucieszyło, zwłaszcza, że w całym tym miejscu unosił się bardzo wyraźny zapach Olivera. Zachichotałem cichutko i podniosłem ciało za kołnierz. Głowa mężczyzny bezwiędnie się odchyliła, a ja, właściwie instynktownie wbiłem się w jego szyję, wyrywając spory fragment mięsa, który od razu połknąłem.
To było... Niezwykłe. Wcześniej, zanim obudziłem się w mule, obdarowany nowym życiem, po tym jak brutalnie okradziono mnie ze starego, niezwykle brzydziłem się krwi widzianej na żywo. Doskonale pamiętam moment, kiedy lata temu po raz pierwszy zobaczyłem ciało mojego kolegi. Mimo to, teraz było to czystą przyjemnością, dającą mi siłę, o jakiej wcześniej nie byłem nawet w stanie marzyć. Ta krew jednak była inna, chłodniejsza, jednocześnie lepsza, ale zdecydowanie za mało... Żywa. Od tej chwili mogłem przewidzieć już jak będzie wyglądać moja przyszłość. Upuściłem trupa z, teraz, wyrwaną, jednak już nie krwawiącą raną w szyi i oblizałem usta, nieśpiesznie kierując się w stronę drugiego źródła zapachu krwi. To jednak wzbudzało we mnie mieszankę podekscytowania i zmartwienia, bo im bliżej byłem niego, tym silniejszy wydawał się zapach Olivera. Nieświadomie zacząłem stąpać delikatniej, zaczynając się skradać. Jednocześnie jednak na moje usta wpełzł niezbyt przyjemny uśmieszek. Śmiało wszedłem do środka, widząc Olivera z ręką zabandażowaną jakąś brudną szmatą, przesiąkniętą krwią. Wyglądał na bardzo czujnego, jakby w każdej chwili gotów był rzucić się do walki, jednak po moim wejściu momentalnie zmarszczył brwi.
- Em... - Przerwał, wreszcie podnosząc na mnie wzrok. Jego wyraz twarzy zmienił się na niedowierzanie i szok, chwilę później zaczął się trząść, a ja stałem w miejscu, niezupełnie wiedząc co zrobić. Bał się mnie? - Kurwa... Kurwa, kurwa, kurwa! - Zaczął powtarzać jak mantrę, wyraźnie się wściekając. Uderzył zabandażowaną ręką w betonową ścianę, sprawiając że ruszyłem się o krok i wyciągnąłem przed siebie ręce w geście pomocy, na co on sapnął wściekle. - To nie tak miało... Chciałem tego... To był on, prawda? Kurwa, masz pojęcie co zrobiłeś?! - Zaczynał ciągle, nie dając mi nawet możliwości na odpowiedź, dopiero po ostatnim zdaniu znowu na mnie spojrzał. Nigdy w życiu nie widziałem go tak wściekłego. Jakby samą siłą woli powstrzymywał się, aby natychmiastowo mi nie przywalić. A ja patrzałem na niego, dalej milcząc. Nie, zdecydowanie nie wiedziałem co zrobiłem, ale wiedziałem że było warto, wcześniej bym. - Oczywiście że nie masz. A wiesz dlaczego ci to dał? Bo uznał, że to będzie kurewsko zabawne. - Wycedził, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że istotnie znał się z osobą, czy bardziej istotą, którą spotkałem wcześniej... Która dała mi te moce.
- Chciałem tego. - Odezwałem się wreszcie, myśląc, że będzie to najbardziej trafna odpowiedź. Mój głos nie brzmiał tak jak wcześniej, ten był bardziej ochrypły i warczący, sprawił tylko że Oliver wzdrygnął się z czymś w rodzaju obrzydzenia, jednak również natychmiast się uspokoił.
- Wątpię w to. - Zaczął cynicznie. - Wątpię w to, bo niczego o tym nie wiesz. Z tego stanu nie ma już powrotu. Twoja rodzina, przyjaciele... To moja wina. - Spuścił głowę, wywołując we mnie falę wściekłości. Podszedłem do niego i złapałem za ramiona, potrząsając nim całym, przez co znowu patrzał mi w oczy. Zauważyłem, że jedno z jego pięknych zielonych, jak zapamiętałem, oczu zakryte było swego rodzaju opatrunkiem i to również mnie zmartwiło.
- Chciałem tego. - Powtórzyłem niemal machinalnie, jednak zdecydowanie pewniej. Prawie przyzwyczajając się już do mojego nowego głosu. Pragnąłem żeby mi wierzył, bo przecież nie kłamałem. Czy zawsze musiał obwiniać się za każdą decyzję, którą popełnili inni? Nie potrzebowałem ochrony. Co więcej, podejrzewałem, że w tej chwili to on potrzebował jej bardziej niż ja.
Złapał mnie za rękę, uśmiechając się tym pełnym zmęczenia uśmiechem, który tak często nawiedzał mnie we snach.
- Twoja obecna siła jest kilkukrotnie większa niż ta, którą posiadałeś. Co troszkę boli. - Natychmiast go puściłem i odskoczyłem jak poparzony. Uświadamiało mnie to jak wiele musiałem się jeszcze nauczyć o swoim nowym ciele. - W porządku, sam nie jestem już taki zwykły. - Westchnął, odwijając opatrunek i wolno opuszczając go na ziemię. Jego lewe oko całkowicie się różniło. Co prawda było jednakowej wielkości, ale otaczały je ciemne, niemal czarne, cienie. Natomiast jego wygląd natychmiast przypomniał mi spotkanie z czerwonowłosym jegomościem. Jego tęczówka była karmazynowa, ciemniejsza zatem od poprzednika, ale źrenica była tak samo wężowa jak i tamta.
- Ty...
- Dostałem to od niego czternastego grudnia dwutysięcznego jedenastego roku. Tyle, że w przeciwieństwie do ciebie, ja go oszukałem i dostałem jedynie około jedną piątą mocy. No i ucierpiała na tym moja rodzina. Nie chciałem, żeby ktoś wiedział... A przede wszystkim ty, bo wpadłbyś na pomysł zrobienia czegoś, co właśnie zrobiłeś i wygląda na to, że jednak nie udało mi się tego uniknąć.
- To nie twoja wina. Mówiłem ci już, że sam tego chciałem. - Oliver pokręcił głową i odsunął się, podnosząc z ziemi coś co okazało się kawałkiem rozbitego, zakrwawionego lustra. Cóż, to trochę wyjaśniało. Podał mi je, a ja, mimo ciemności, za pomocą moich nowych oczu, doskonale mogłem zobaczyć dlaczego Oliver od razu wpadł w furię. Moje teraz złote oczy, świeciły się jak u bestii, jak poprzedni demon, ja również miałem zupełnie czarną twardówkę i zwężone źrenice, a od oczu, w stronę czoła i policzków rozciągały się dziwne, czarne tatuaże. Włosy zamieniły się w niemal płomienną czerwień, a na brodzie i szyi zostały całkiem pokaźne, zaschnięte już prawie ścieki krwi. Teraz zauważyłem dopiero, że moje paznokcie były, wzorem tatuaży, zupełnie czarne i zakrzywione jak u bestii. - Wyglądam... Inaczej. - Teraz ja wzdrygnąłem się na myśl, że wyglądam jak młodszy brat tego, który mnie zamienił. Oliver również musiał to zauważyć.
- Oczywiście, że inaczej. Jeśli użyjesz swoich mocy, to prawdopodobnie wyrosną ci jeszcze rogi. - Spojrzałem na niego w szoku. To wszystko brzmiało jak z jakiegoś dziwnego filmu, ale nie ukrywając, w pewnym sensie mi się podobało. Bo jakiego człowieka marzeniem nie było zdobyć właściwie niewyobrażalną potęgę?
- Nie żartuj.
- Nie żartuje. Może później cię czegoś nauczę. - Zmarszczył brwi, nagle ruszając i ciągnąc mnie za sobą. - Ale teraz się stąd zmywajmy. Będę wkurzał się później. - Wiedziałem o czym mówi. Instynktownie wyczuwałem czyjąś obecność. Czyjąś niesamowicie silną obecność. Czyżby demon jednak nie miał zamiaru zostawiać nas w spokoju?
- Oliver złapał mnie mocniej za przedramię, zmuszając mnie do sporego nachylenia. Bądź co bądź, w przeciwieństwie do mnie, on nie urósł od gimnazjum, co czyniło mnie i moje metr osiemdziesiąt wzrostu naprawdę sporo wyższym. - Cholera, musimy wrócić na początek. - Nie miałem pojęcia o co mu chodzi, ale wiedziałem z jaką precyzją i szybkością potrafił pracować jego mózg, więc po prostu podążyłem za nim, starając się za bardzo nie rozglądać, nie zwracać na siebie uwagi demona, który zdawał się być teraz naprawdę blisko. Wyczuwalność obecność na chwilę wzrosła, by potem opaść i niemal zniknęła, co było bardzo dezorientujące. Na prawdę musiałem ze sobą walczyć, żeby się nie rozejrzeć. Oliver zaśmiał się nagle, jednak śmiech ten emanował zupełną pustką. Tym razem nie odmówiłem sobie tej przyjemności i mimo dezorientujących pokładów mocy, spojrzałem na niego. - Doskonale wiem gdzie poszedł. Chce dopaść mój... Nasz były dom. - Poprawił się szybko, a ja niemal nie rozumiałem. Nie przejmowałem się już, słowa takie jak „dom”, „rodzina” czy „rodzinne miasto” wydawały mi się zupełnie bez znaczenia. - Oczywiście, że nie rozumiesz, zawsze miałeś problemy z zauważaniem. - Przyśpieszył jeszcze kroku, co dla mnie nie sprawiało żadnego problemu i bez trudu za nim nadążałem, jednak tylko wzmagała się moja ciekawość. Od kiedy pamiętam miałem słabość do zagadek, zwłaszcza tych rozwiązywanych przez niego. - To znaczy, że albo będzie chciał je zniszczyć, uwierz, robi wszystko dla swojej głupiej rozrywki, a ani ty w obecnym stanie, ani banda nawet najlepszych ludzi nie ma z nim szans... Albo... - Zamilkł, przygryzając wargę i jeszcze bardziej przyśpieszając.
- Albo? - Pogoniłem go, bo nie mogłem już dłużej walczyć z ciekawością. I chociaż cała sytuacja wydawała mi się surrealistyczna i zupełnie się nie kleiła, za klej robił Oliver i jego rozeznanie z światem, w którym żył od dobrych parunastu lat. Poza tym, sam niekoniecznie miałem ochotę, aby wszyscy dowiedzieli się o istnieniu takich jak ja.
Mocniej wbił we mnie palce i hardo spojrzał przed siebie, wyraźnie nie mając zamiaru przegrać z czerwonowłosym dziwakiem.
- Albo zrobi z nimi to samo co zrobił z tobą.

***
 
Szczerze, nie jestem zbyt zadowolona z tego rozdziału. Wydaje mi się zbyt... Szybki. :x
Z drugiej strony, nie miałam i nie mam pojęcia jak go rozwinąć, więc zostawiam w takiej formie w jakiej jest. Do zobaczenia w finale! ;D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz