Strony

piątek, 18 marca 2016

50 twarzy Verdasa #5- Mroczny sekret...

We własnej osobie. Leon Verdas zawitał u progu moich drzwi.
Czego on tu chce? Myśli, że jak przyjedzie sobie w interesach i po drodze wpadnie tu z kwiatami i przeprosinami to mu wybaczę? Pff jeszcze czego.
-Po co przyjechałeś?- po raz kolejny chciałam brzmieć oschle, ale nie bardzo mi to wychodzi. To znaczy, że chyba powinnam nad tym poćwiczyć.
-Aby porozmawiać- uśmiechnął się blado. Niczym zakochany po uszy nastolatek. Wyglądał wspaniale i promiennie, ale nie dałam się nabrać na jego sztuczki.
-Okej, a jaki masz określony czas nim będziesz musiał jechać na spotkanie?
-O czym ty mówisz?- spojrzał groźnie
-No o spotkaniu, nie wierzę że rzuciłeś robotę by przyjechać do nastolatki, która ostatnio jest nie stabilna emocjonalnie jeśli chodzi o ciebie- patrząc na niego widziałam o bok blondynkę w długimi nogami i talią jak w gorsecie. To było okropne.
-Nie ma żadnego spotkania. Przyjechałem dla ciebie i po ciebie- zbliżył się i chwycił moją dłoń. Szczerze nie wiedziałam co się dzieje.
Po mnie? Ale jak to? Co on kombinuje?
-Mogę wejść?- nie byłam w stanie nic powiedzieć bo wzrok wbity miałam w nasze dłonie, ale szatyn uniósł mój podbródek i wtedy lekko pokiwałam głową i zsunęłam się w bok. Verdas wyminął mnie i usiadł na kanapie. Podeszłam do niego.
-N-napijesz się czegoś?-lekko zszokowana, ale wydusiłam z siebie cokolwiek. Nagle się otrząsnęłam.
Przecież on jest po podróży, jest pewnie głodny zmęczony i spragniony.
-Nie, lepiej jak przygotuję ci coś do zjedzenia!- skierowałam się w stronę kuchni, ale nim zdążyłam się ruszyć poczułam szarpnięcie za rękę i w momencie siedziałam już obok Leona.
-Violetta- spojrzał mi w oczy. Nie lubię tego. Kojarzy mi się to z czymś złym. Miałam wrażenie że zaraz powie : "Przepraszam ale nie mogę tak dłużej to koniec Vils", albo coś w tym stylu.
-Przysporzyłem ci ostatnio dużo zmartwień, naprawdę nie chciałem, abyś cierpiała.
-Niestety nie udało ci się to- i nagle przypomniałam sobie o tej dziuni w telefonie. Mój ton stał się niemiły.
-Przepraszam- czyżby twarda osłona w nim pękła? Czyżby Leonowi Verdasowi było przykro?
-Przeprosiny przyjęte, ale to nie zmienia faktu, że wciąż czuję się zdradzona.
-Chodzi ci o Rebekah?
O, to tak nazywa się ta sucz
-Jeśli tak ma na imię twoja dziwka z szampanem to tak- miałam ochotę go uderzyć, ale powstrzymałam się.
-Nie mów tak o niej!-jednak nie. Moja ręka wylądowała na jego policzku wydając dość głośny dźwięki ,a ja wstała z kanapy.
-Ty jej jeszcze bronisz?!- jego oczy płonęły ze złości a policzek był coraz bardziej czerwony. Podniósł się szybko z kanapy i chwycił mój nadgarstek.
-Nie wiesz co Rebekah dla mnie zrobiła! Nie było cię wtedy, a ona była dla mnie oparciem.- warczał, a z moich oczu wypłynęły łzy.
-S-skoro tyle dla ciebie zrobiła to czemu z nią nie jesteś?! Tracisz na mnie tylko czas- wydukałam przez łzy.
-Cholera, Violetta! Kocham cię, ile razy mam ci do udowadniać!- nadal krzyczał, ale tak jakby w jego głosie pojawiło się poczucie winy.
-Wiem, że mnie kochasz, ale jak na razie wszytko jest ważniejsze. Praca, Rebekah i twoja mroczna przeszłość o której mówisz mi tylko wtedy kiedy nie masz wyjścia.- odwróciłam głowę by powstrzymać płacz. Ból, który zadaje nam ważna dla nas osoba jest straszny. Verdas chwycił mój podbródek i lekko mnie pocałował.
-Dobrze, powiem ci- wyszeptał mi w usta i usiadł wraz ze mną na kanapie.- Już ci mówiłem, że moja matka alkoholiczka zostawiła mnie w oknie życia. W domu dziecka się wychowywałem wśród równie pokrzywdzonych dzieci przez los wraz z moim młodszym bratem, którego poznałem dopiero w tamtym miejscu. Kiedy miałem 8 lat, a Marco 4 lata, Elena i Stefan nas adoptowali. Dali nam dach nad głową i ciepło rodzinne. W gimnazjum poznałem Damona. Do dziś utrzymuję z nim kontakt. A Rebekah jest jego starszą siostrą, która wyciągnęła mnie z problemów. Gdyby nie ona, to kto wie? Może skończyłbym jak ta alkoholiczka zwana moją matką. Przyjechała ona z Pragi i wpadła by się przywitać i nic więcej Vils. Kocham ciebie i tylko ciebie- te ostatnie słowa odbiły mi się niczym dzwon w kościele. Mały Leon, który wpadł w złe towarzystwo.Ta wizja była straszna.
-Leon, ja
-Nie przepraszaj, na twoim miejscu zrobiłbym tak samo- uśmiechnął się- Mam pytanie, ty żartowałaś z tym Diego?
-Nie do końca- uśmiechnęłam się blado
-Czyli on był tu z tobą?!-był zły.
-Leon, nie nie było go, Uspokój się- przyłożyłam rękę do jego policzka. Leon pocałował mnie namiętnie. Prawą ręką podwinął lekko moje koszulkę.
-Nie tu- wyszeptałam i zaprowadziłam go do mojego pokoju gdzie utonęliśmy w namiętnych chwilach.


-Na ile zostajesz?-zapytałam leżąc i przytulając się do jego torsu.
-Na dwa tygodnie- pocałował mnie w czoło, a ja uśmiechnęłam się od ucha do ucha.- To co planujesz robić, po zakończeniu szkoły?- faktycznie, koniec liceum zbliża się dużymi krokami, ale chyba wiem co chce robić.
-W sumie to...
-Violetta, nie mów mi, że nie wiesz gdzie chcesz iść na studia!- podniósł się na prawej ręce, a jego twarz znajdowała się naprzeciwko mojej.
-No, powiedzmy, że wiem- uśmiechnęłam się blado
-Słucham?- Zarzuciłam na siebie jego t-shirt i udałam się po laptopa. Usiadłam na łóżku i wyszukałam pewną stronę.
-Leon- pokazałam mu stronę reklamową uczelni w Nowym Jorku- Chciałabym iść na dziennikarstwo lub filologię angielską- szatyn zmarszczył brwi.
-I chcesz być jak te wstrętne kanalie, które śledzą moje życie i umieszczają je na pierwszych stronach Nowo Jorskich brukowców?- uśmiechnął się cwaniacko.
-Panie Verdas, miałabym informacje z pierwszej ręki. Była bym cenioną dziennikarką- zaśmiałam się i pocałowałam do w usta.
-A nie wolałabyś czegoś bardziej artystycznego? Jakiś profil muzyczny?
-Przecież nie umiem śpiewać
-Ej! Podczas pobytu u mnie wiele razy śpiewałaś pod prysznicem, nawet mam kilka nagrań. Chcesz posłuchać?-chwycił telefon w dłonie
-Leon!-zapiszczałam.
-A jeden z nich codziennie rano budzi mnie do pracy- pocałował mój kark.
-Naprawdę?- kiwnął głową. Kocham tego faceta. A wszystkie te jego tajemnice sprawiają że kocham go bardziej i bardziej.

sobota, 12 marca 2016

Element układanki cz. 3- Jestem, a przynajmniej byłem




Jakiś czas nic nie dodawałam, ale dzisiaj już powracam z nowym opowiadaniem Narusasu.
Co prawda skończony był on już wcześniej, ale mobilizację, aby go przepisać znalazłam dopiero teraz. 
Miłego Czytania XD




*~*~*

Sen z nocy na noc nabierał coraz to wyraziste barwy. Czasami Sasuke budził się z obawą iż to wcale nie był sen tylko szara rzeczywistość. Tej nocy nie było wyjątku. Łapiąc łapczywie  oddech obudził się. Patrzył w pustą ścianę przed sobą. Siedział tak przez chwilę, gdy coś przemknęło mu przed oczami niczym duch? Od razu wypędził tą myśl ze swojego umysłu. Miał dziewiętnaście lat. Nie mógł bać się czegoś co nie istnieje, przynajmniej wszyscy tak twierdzą. Jednak z lekkim drżeniem ręki zapalił lampkę przy łóżku robiąc przy tym niemały hałas. Brunet stracił ramkę ze zdjęciem tworząc rozsypaną mozaikę ze szkła, które mieniło się w blasku lampki nocnej. Westchnął. Wziął dość porządnego łyka wody, która stała na stoliku i w szybkim tempie ochłodził swój organizm. Odstawiwszy szklankę zsuną się i położył głowę na poduszkę. Skulił się i próbował zasnąć, ale nic nie był w stanie go do tego zmusić. Zaciekawił go szelest w kuchni. Niby nic dziwnego, przecież mieszka z Naruto. Problem w tym, że gdy blondyn zasypiał to ani drgnął, a wojna za oknem nie była w stanie go wybudzić. To też gdy musiał wstawać do pracy budziły go miliardy budzików, co odkąd Sasuke z nim mieszka zmieniło się w oblewanie go wodą. Pod pretekstem udał się do pomieszczenia. Uchylił drzwi. Faktycznie. Niebieskooki stał przy blacie i wpatrywał się w widoki. Brunet cofnął się, ale po chwili jednak zdecydował, że chce porozmawiać z chłopakiem. Skierowała się w jego stronę.

-Czemu nie śpisz?-z lekkim wyrzutem odwrócił się w jego stronę.
-Em...-zawahał się- Usłyszałem, że krzątasz po kuchni, a przyznaj, że to u ciebie dziwne

-Faktycznie, rzadko wyłażę z łóżka w środku nocy za to tobie zdarza się to często
-Czy ja wiem, od jakiegoś czasu...- usiadł na blacie, tuż przy Naruto, który się o niego opierał
-Od powrotu ze szpitala
-S-skąd ty?- otworzył oczy w zdziwieniu
-To że nie reaguję na to, że łazisz w tę i z powrotem po kuchni, nie znaczy że tego nie słyszę. W sumie na drugi raz weź bądź ciszej okej? A nie tłuczesz się po nocach- uśmiechnął się szeroko i poczochrał grzywkę bruneta.
-Przepraszam
-Czy twoja bez senność jest czymś spowodowana?- zapytał lekarskim tonem.
- W sumie to tak- obrócił się w stronę okna i podziwiał przejeżdżające samochody- Odkąd wybudziłem się ze śpiączki co noc nawiedza mnie ten sam sen- opowiedział blondynowi nie oszczędzając na szczegółach. Była to już dla niego rzecz wryta w pamięć, niczym coś co rodzice wmawiają nam od dziecka. Był w stanie opowiedzieć go o każdej porze. Nie było to dla niego nic trudnego. A Naruto? Naruto zdał sobie sprawę, że ten sen to nie zwykły sen, lecz skrawek, który próbował przebić mu się w pamięci. Lecz pomimo iż wiedział, że kiedyś sobie przypomni zataił prawdę.
-Tak bardzo mi przykro- posmutniał
-Mogę mieć do ciebie jeszcze jedno pytanie?
-T-tak- uśmiechnął się blado
-Jest rzecz, która męczy mnie już od jakiegoś czasu. Kiedy przyszedłeś do mnie do szpitala powiedziałeś, że nie jesteś moim bratem, ale kimś więcej niż przyjacielem. Kogo miałeś na myśli?- Blondyn milczał. 
-Jestem,a przynajmniej byłem- przymknął oczy- Twoim chłopakiem.- Uchicha głośno przełknął ślinę. Serce zabiło mu szybciej. Spojrzał w dół i ani drgnął. I nagle coś dało światło przyszłości. Zamknął oczy i przypomniał sobie, Przypomniał sobie bliskiego przyjaciela. Sąsiada z ławki. Osobę mu bliską. Najlepszego kumpla o wyróżniającej się barwie włosów i szczerym i prawie nigdy nie znikającym uśmiechu z twarzy. Zeskoczył z blatu i uważnie przyjrzał się współlokatorowi.
-Naruto, ja cie pamiętam- uśmiechnął się, a nadzieję miał wręcz wymalowaną na twarzy. Blondy stal zdezorientowany całą ta sytuacją.- Naruto ja cię pamiętam!- krzyknął i mocno przytulił się do jego torsu, a zaskoczony niebieskooki objął go.
-Co dokładnie sobie przypomniałeś?
-Nasze lata w liceum, gdy siedzieliśmy razem w ławce, a wszystkie tajemnice dzieliliśmy miedzy sobą- uśmiechnął się dumnie. Naruto widząc tą szczera radość odetchnął z ulgą.
-Sasuke, bardzo się ciesze, że powoli wracasz do formy, ale chyba powinniśmy już iść spać- zwrócił się w stronę zegarka.
-Masz racje- udał się w stronę sypialni- Dobranoc Naruto
-Dobranoc Sasuke.
Noc była jedną z nocy poświęconych na przemyślenia. Blondyn tylko wpatrywał się w sufit, a jego myśli krążyły wokół Sasuke, zaś brunet próbował przypomnieć sobie coś jeszcze, ale nie udawało mu się, jednak wiedział, że czuł coś do Naruto. Coś mocniejszego od przyjaźni, ale nie był pewien czy to miłość.

wtorek, 8 marca 2016

Totalna psychoza - Część 3.

W sumie, to opowiadanie jest dalej zawieszone, bo nie mam pojęcia co dalej, ale napisałam rozdział - chyba dosyć długi... Yey? XD
Nieważne, nieważne... Miłego czytania~~
***

Emil siedział w pociągu, nerwowo potupując nogą. Co on w ogóle sobie myślał? Jakim był idiotą...
Bo wsiadł z rana do pierwszego pociągu, jechał do innego miasta i nikomu o tym nie powiedział, i pojechał tam tylko po to, by szukać dawnego przyjaciela-psychopaty-mordercy, którego nie widział przez ładnych parę lat.
Co najmniej idiota...
Westchnął przerywanie, próbując się choć trochę uspokoić.
Nawet jak go znajdzie, to co wtedy? „Chce wyjechać z tobą, bo teraz nie odnajduję się w życiu codziennym.”?
Największy idiota świata...
***

Ale skoro już tu jestem, to wypadało mu zwiedzić teren, pomyślał realnie. Przecież, teoretycznie, nie był tu bez powodu... Chociaż biorąc pod uwagę szansy go zrealizowania, to przyjazd tutaj można było nazwać przyjazdem „bez powodu”...
Miał ochotę szurnąć się w głowę za zbyt negatywne myśli, bo z takim nastawieniem na pewno nic nie zdziała.
Przeszedł się oczywiście do pierwszego miejsca, które wpadło mu do głowy – na miejsce morderstwa, chociaż zdawał sobie sprawę, że było to w sumie bezcelowe. Oliver nie miał żadnego powodu, aby tam wracać... Ani w ogóle być w mieście...
Na pewno nie poruszał się samochodem, bo żaden nie został skradziony, a żadnego ewidentnie nie kupił, bo nie miał jak tego zrobić, próbował myśleć trzeźwo i w miarę pozytywnie Emil. Prawdopodobnie również Oliver nie miał przy sobie zbyt dużej sumy pieniędzy... Tylko, że nie do końca były mu one potrzebne, bo po co seryjny morderca miałby przejmować się codziennymi zasadami?
Byleby nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi...
Sytuacja była... Beznadziejna.
Jak on niby miał zrobić coś, czego nie mogą całe zastępy policji?
Zdecydowanie nie miał wystarczająco dużo oleju w głowie...
- Kuźwa. - Syknął na siebie, czym zwrócił uwagę paru osób naokoło, udał więc, że chodziło o telefon, który trzymał w ręce. Ostatnim czego on również potrzebował była niepotrzebna uwaga ludzi i ewentualne uznanie za dziwaka.
Nie, chwila... Miał jeszcze jedno wyjście, mógł zwyczajnie odwrócić kota ogonem i zmusić Olivera by odnalazł jego... Gdyby jakoś zwrócił na siebie jego uwagę, miałby... Jakieś pięćdziesiąt procent szans, że Oliver w ogóle postanowił by „się odezwać”.
Tylko jak miał to zrobić? I skąd miał wiedzieć co akurat zwróciłoby jego uwagę?
Czy kręcenie się przy miejscu morderstwa, gdzie znajdowały się wskazówki przeznaczone, prawdopodobnie, tylko dla niego, nie było wystarczającym „zwracaniem uwagi”?
Kilka dziewczyn przeszło obok niego, chichocząc i wyraźnie na niego patrząc. Ach, te wagary...
Cóż, od kiedy trochę „wyrósł” od czasów pierwszej gimnazjum, to sporo takich się za nim oglądało... I pewnie chętnie nie tylko by patrzyło.
A on nigdy z tego nie skorzystał...
Bo myślał o Oliverze...
Emil poczuł się nagle, jakby coś bardzo ciężkiego spadło mu na głowę. Prawie pół kawału swojego siedemnastoletniego życia spędził myśląc o jakimś mordercy, większość czasu w dodatku próbując go wyśledzić.
Czy to były jakieś żarty?
Poleciał niczym pies za suką w rui na prawie, bardzo prawie, drugi koniec kraju za jakimś typem?
Gdy tak teraz myślał, nigdy nawet nie starał się o miłość, bo myślał o Oliverze!
Teraz gdy tak o tym myślał...
Brzmiało gejowsko...
Cholernie gejowsko...
Zostałem gejem dla tego pokurcza?! - pomyślał i aż oparł się o ścianę z wrażenie, wpatrując się w nagle jakby zachmurzone niebo, czując napierającą na niego deprechę.
Jestem aż takim idiotą, że nie mogłem wykminić, że się zabujałem po tych pięciu latach? - pomyślał znowu, czując się jakby zawisła nad nim czarna chmura wysysająca wszelkie życie.
- Nie ma co, podróż pełna przygód kurna... -Wymruczał nieświadomie, wyglądając jak zbity pies.
Ciekawiło go tylko jak dziwnie lub też przerażająco wyglądał robiąc to blisko sceny morderstwa... I czy mogą go uznać za mordercę-sprawcę.
Natychmiast wyprostował się, trzepiąc ubranie. Przecież miał szukać wskazówek, a nie użalać się nad sobą. Postanowił obejść budynek dookoła. Niby nic, ale zawsze może coś znaleźć. Dokładnie przyglądał się otoczeniu, każdemu kawałeczkowi, który tylko mógł być nieco podejrzany, chociaż wydawało mu się być to nieco bezsensu. Policja przecież nie znalazła nic co prowadziło do Olivera. Z drugiej strony, policja go nie znała. Nie wiedziała co mogło być małą wskazówką, ich wspólnym wspomnieniem, nawykiem. Z tym miał nad nimi przewagę.
Nagle dotarło do niego, że kiedy domyślą się już, że zrobił to Oliver i do kogo może być wiadomość, to popędzą prosto do najbliższych mu osób.
Lub raczej osoby.
Do niego...
Przeszył go nieprzyjemny chłód. Był pewien, że nie mógłby i nawet nie chciałby pomagać schwytać im jego jedynego przyjaciela.
Tak jak się jednak spodziewał, niczego nowego w tej sprawie. Widocznie jedyną wiadomością była ta w na ścianie, banalnie prosta i napisana największymi cyframi, jakie tylko zmieściły się na ścianach („myśli, że jestem aż tak głupi?”). Nic bezpośrednio czy nawet pośrednio prowadzącego do Olivera, tylko zwyczajne uspokojenie umysłu.
Więc miał tak po prostu się poddać i wrócić do domu?
Nie. Nie mógł tego zrobić, nie teraz, nie kiedy był tak blisko.
Gdzie mógł się ukryć morderca?
Wszędzie.
Nawet zakładając, że tylko niewielka garstka z policjantów zna wygląd Olivera, to i tak mieli większe szansę niż Emil, a mimo to nie udało im się. Jak on, on sam, miał odnaleźć jedną osobę, jedną maleńką igłę w całym polu siana?
W dodatku, zakładał w ten sposób, że Oliver nie zmienił się wcale od gimnazjum... Co zapewne było błędnym założeniem.
Szanse były niemal zerowe i nagle chciało mu się płakać. Zrezygnowanie z Olivera było dla niego niczym dla dziecka, które orientuje się nagle jak wielki i ciężki jest świat, jak nierealne są jego marzenia. Nie mógł się poddać, bo byłby niewarty życia, przyjaźni, bycia człowiekiem. Gdy tylko myślał o porzuceniu tej misji, czuł przerażającą pustkę.
Nicość.
Jakby był martwy.
Kiedy zobaczył wtedy w domu tą nagłą wiadomość, wybuchła w nim nadzieja, poczuł bicie własnego serca, jakby nagle odzyskał kolory.
To było takie przyjemne.
Tak samo było, gdy zaprzyjaźnił się z Oliverem.
Obwiniał się.
Miał pod nosem coś tak cudownego, a porzucił to dla codzienności i bycia zwykłym. Gdyby tylko mógł cofnąć się w czasie...
Ale nie mógł.
Dlatego teraz musiał szukać.
Po prostu nagle, po tylu latach szarości, trwania w beznadziei czuł się warty życia. Taki... Pełny kolorów. Nie mógł tego porzucić. Nie mógł porzucić jedynej palety kolorów na całym świecie, jaki sens inaczej miałoby kontynuowanie tak brzydkiej egzystencji?
Widział już jedno takie życie, człowieka, któremu ulała się już zwykłość.
A potem człowieka rozkwitającego pełnią kolorów, brudzącego nim rzeczywistość dookoła, która jednak go odrzuciła. Dlatego uciekł od rzeczywistości, zostawiając w niej wszystko z nią związanego.
Emil nie mógł tak dalej żyć.
Kolor, życie, jego egzystencja, musiały zostać kontynuowane, nie porzucone.
Po prostu musiał rzucić się na pomoc, nieważne co by mu groziło. Bo niebezpiecznym też było wciągnąć się w zbyt duży wir kolorów. Przynajmniej samemu. Więc teraz była jego kolei, by wyciągnąć rękę.
Nagle uśmiechnął się cwanie, a cały humor do niego wrócił.
To jeszcze nie był koniec. Choćby nie wiadomo co.
Nie wrócił do domu i przez cały pozostały dzień i przez noc, nie dbając o pieniądze nie przeszkadzało mu miejsce jego spania, czy jedzenie.
Póki co, jego rola została wykonana.
Tej nocy to on wykonał swój ruch na tej wielkiej czarno-białej szachownicy zwanej życiem.
A rankiem chichotał cicho nad nagłe zainteresowanie mediów i policji nad byłym miejscem masakry.
Bo tego ranka na tym samym budynku odnaleziono wielki, krwistoczerwony napis, na uspokojenie ludu namalowany tylko bardzo trwałym sprejem.

„Nigdy nie przestanę szukać, Oliver.”

środa, 2 marca 2016

Ciekawy Pacjent cz. 20 - Zwabieni ciekawością i chęcią wrażeń, brniemy w to ciągle i jeszcze dalej...

No ja przepraszam... Seryjnie, ale...
O W PIZDU, JAKIE TO DŁUGIE. 
Okej... XD
Nie było od grudnia, a miałam już napisane... Tylko, że pisane o kurna piątej nad ranem i poważnie poprawione, bo sama tam sensu zobaczyć nie mogłam. XD
Powinnam kurna zrobić dopisek: Wena sponsorowana przez Hannibala... I dziwne wiersze.
No więc ten... Miłego czytania.~~
***

- Nie rozumiem! - Jęknął Damien, siedzący przy kuchennym stole. Tak, Toby i w ten weekend zaprosił go do domu z obawy, że w innym wypadku brunet wyrządziłby poważne szkody, nieważne czy sobie czy też swojemu otoczeniu. Z resztą, inaczej sam przesiedziałby go w domu nie robiąc raczej nic. W ten sposób przynajmniej miał co robić, innymi słowy, żeby móc chociaż zrobić coś do jedzenia musiał zapewnić Damienowi jakąś rozrywkę. Najpierw chciał nauczyć go gotowania, ale ten szybko się wymigał chęcią „poznania świata”, czy czegoś w tym stylu i przywłaszczył sobie jego laptopa, i mimo tego, że prywatnie Toby nie znosił, gdy ktoś dotyka jego rzeczy, to medycznie stwierdził, że w sumie ma to sens, bo przecież nawet Damien musiał zażyć troszkę życia codziennego o ile jakąkolwiek czynność wykonywaną przez niego można było uznać za „codzienną”...
- Czego? - Odpowiedział mało formalnie Toby, szybko wycierając ręce o ścierkę, którą za chwilę niedbale rzucił w kierunku blatu, nie dbając nawet czy trafił i od razu stając obok Damiena, patrząc na ekran. Tamten natomiast, zamiast odpowiedzieć, odwrócił laptopa, by ułatwić mu czytanie i odchylił się na oparciu krzesła, energicznie przecierając oczy. Toby tylko zerknął na niego przelotnie, za długo nie zawracając sobie głowy jego widokiem i począł studiować stronę, w której Damien desperacko próbował znaleźć sens, czy cokolwiek innego. Na pierwszy rzut oka mógł stwierdzić, że była to jakaś stronka z rodzaju tych, w których ludzie zadają zazwyczaj dziwne lub proste z natury pytania, zwyczajnie po to, żeby poradzić się innych.
Cóż, zazwyczaj.
Bo Damien, nie wiedzieć czemu i po co, skierował swoją uwagę na zupełnie nieprosty i zarazem poważny temat.
- Toksycznych związków? - Zapytał, marszcząc brwi, zastanawiając się jednocześnie nad powodem, dlaczego Damien w ogóle miałby zawracać sobie tym głowę. Czyżby rzucał mu jakieś aluzje..?
- I tak i nie. Widzisz jakieś wspólne cechy odpowiedzi?
- Umykają mi, ale zapewne najpierw musiałbym je przeczytać. - Odpowiedział Toby, nie ukrywając rozbawienia. Damienowi natomiast chyba nie było do śmiechu, bo znowu jęknął cierpiętniczo i szybkimi krokami zaczął przechadzać się po pokoju, co w sumie doprowadziło do jeszcze większego rozbawienia Toby'ego, który i tak wcześniej miał go za niesamowicie dziecinnego, jeżeli chodziło o niektóre rzeczy. Spokojnie oparł się więc o ścianę, krzyżując ramiona i czekając na dalszy wywód „udręczonej duszy”.
- Agresja wywołana traumą, masochiści z syndromem Sztokholmskim, choroby psychiczne wywołane problemami rodzinnymi, bla bla bla... Ludzie wszędzie szukają przyczyn, dobra. Jakby nie moli zaakceptować faktu, że niektóre rzeczy są złe, bo po prostu są złe, z własnej woli lub natury... Swoją drogą, jesteśmy poza gabinetem. - Toby westchnął ciężko, kręcąc głową, chociaż tak naprawdę całkiem się ucieszył. Profesjonalizm w takiej sytuacji, lub też raczej, przy takiej osobie, był po prostu nie wygodny. Poza tym, Damien zadający pytania względnie filozoficzne był dla niego nowością. Przy okazji, miał szansę bliżej przyjrzeć się jego faktycznej inteligencji i toku rozumowania, bo mimo iż zazwyczaj mówił dużo i równie często się z nim drażnił, to nigdy nie było to niczym poza tą ich małą gierką.
Trauma z dzieciństwa wcale nie brzmi jak dobro. Poza tym, z tego co mi wiadomo to jest to dokładnie to, co przydarzyło się tobie.
Nie jesteś zbyt subtelny, wiesz? - Zachichotał Damien.
- Staram się.
- To nie do końca tak, że moje bycie walniętym ma jakiś głębszy sens. Byłem taki przed tym całym burdelem. - Szybko wrócił do tematu, znów przybierając względnie poważną minę. - Może to dziedziczne, bo moja matka miała podobne zapędy, ale nie o tym teraz...
- Nie o tym?
- Nie, zdecydowanie nie. „Ludzie” sądzą, że spędzamy ze sobą czas poza gabinetem, bo oboje mamy problemy rodzinne i w ten sposób się rozumiemy, czy tam „szukamy swojego odbicia w sobie”, jeden kij, szukając w sobie nawzajem wsparcia...
- C-Czekaj chwile... - Toby natychmiast zatrzymał jego słowotok, zastanawiając się, czy na pewno się nie przesłyszał, bo jakoś nie mógł uwierzyć własnym uszom. Jak Damien mógł..?
Brunet przewrócił oczami, jakby w znudzeniu, natychmiast kierując na niego twardy wzrok i zaczął liczyć na palcach.
- Mieszkasz sam, a nie masz żadnych zdjęć rodzinnych, dziewczyny również nie masz, wnioskując z przyczyn oczywistych, a panuje tu porządek jak w naszym kochanym szpitalu, więc albo posprzątałeś na mój przyjazd, w co wątpię, bo za pierwszym razem też tak było, a w sumie nie planowaliśmy wspólnej wycieczki tutaj, albo przyzwyczaiłeś się przez surowe wychowanie. Zanim zapytasz, wieczne spodziewanie się gości odpada, bo jesteś samotnikiem i w dodatku przez cały weekend nikt do ciebie nie dzwoni. Dalej... Nigdy nie mówisz o przeszłości czy rodzinie, i, bez obrazy, nie wyglądasz na rodzinnego gościa. Aha, no i w telefonie masz ich jako „Matka” i „Ojciec”. Z tego co zdąrzłem zauważyć, ludzie raczej tego nie robią. - Skończył, wprawiając Toby'ego w niemały szok. Cóż, na pewno były to śmiałe dedukcje...
- Wiesz, że tym dowodom można łatwo zaprzeczyć?
- To zaprzecz. - Toby przejechał ręką po twarzy i włosach, myśląc „co za uparty typ”.
- Możesz nazwać to swego rodzaju problemami rodzinnymi, niemniej jednak znowu zbaczamy z tematu. Swoją drogą, ciekawe kiedy zdążyłeś przejrzeć mój telefon... I od kiedy nasza relacja jest „toksyczna”?
- Może i nie toksyczna, ale nie na pewno nie jest właściwa. Zdecydowanie nie jest jakąś żałosną grupą wsparcia, nie potrzebujemy czegoś takiego. - Zaśmiał się, mrużąc oczy, nagle zastanawiając się nad odpowiedzią. - Nasza relacja to relacja narkotyku i narkomana, nie odpuszczamy, ale wiemy czym to grozi. To znaczy, jeśli w ogóle możemy odpuścić. Dla mnie jesteś terapeutą, którego nie mogę mieć, co jeszcze bardziej mnie nakręca. Twoje ciało może i jest pociągające, ale umysł to prawdziwe cudo, wiesz? - Powoli się zbliżał, jego oczy znowu błyszczały tym niebezpiecznym i zarazem kuszącym wzrokiem. Toby natychmiast poczuł impuls, impuls namawiający go do ucieczki, ale prawda była taka, że nie miał gdzie i nawet nie wiedział czy chce uciekać. Starał się nie okazywać nagłej dezorientacji i tego, że tylko sam zapach Damiena potrafi przyprawić go o to przyjemne otępienie. To on przecież musiał być tym, który trzyma się rzeczywistości i faktów, nie mógł ulegać zwykłym instynktom, choćby nie wiadomo jaką miał na to ochotę. Damien złapał go za podbródek i uniósł go tak, by patrzeli sobie w oczy, jeszcze bardziej wzbudzając w Tobym chęć ucieczki. - Czasami mam taką chęć, bardzo głupią chęć, zrobienia ci krzywdy, bo moje zainteresowanie tobą jest strasznie niewygodne. Ale już się uzależniłem, czułbym się tak strasznie... Pusty. Nawet i gdybym wypchał twoje ciało, a mózg włożył do słoiczka, gdybym mógł patrzeć na to codziennie, to nie byłoby to samo. Przestają być taką sztuką, gdy są osobno. Nie są tobą.
- Jeśli za bardzo się do siebie zbliżymy to złamiemy przepis, Damien. Jeśli jestem twoim lekarzem, to nie mam prawa być niczym innym.
- Och, to ty go łamiesz, mimo to dalej nie widzę, żebyś się oddalał.
- Bo zablokowałeś mi drogę. - Damien puścił jego głowę i jakby przeciągle, drażniąco przesunął ręce na ścianę, powoli zbliżając się do niego, opierając się o nią łokciami.
- O nie. Zawsze mógłbyś mnie odepchnąć, przyhamować, zrobić cokolwiek, zrobić to co inni. A ty dalej w tym trwasz. Dlaczego jesteś od nich wszystkich inny? - Toby patrzał pustym wzrokiem gdzieś nad jego ramieniem. No właśnie, dlaczego? Łamał przepisy lekarskie robiąc to, co robił teraz. Złamał je już bardzo dawno, już przy pierwszej wizycie, ufając psychopacie. Dlaczego robił to wszystko?
Słowa Damiena dudniły mu w głowie, wszystko się mieszało, tak bardzo nie mógł się skupić na niczym, a powinien cały czas utrzymywać zimny, czysty umysł.
- Może to i lepiej?
Uśmiechnął się sarkastycznie, wiedząc do czego zmierza ten czarnowłosy manipulator. Doskonale znał odpowiedź i doskonale wiedział, że jest prawdziwa.
Toby już wcale nie zamierzał uciekać.
- Bo się uzależniłem. - Damien odwzajemnił uśmiech, delikatnie przekrzywiając głowę.
Więc teraz jest nas dwóch. - Wyszeptał cicho, muskając jego usta, lecz po chwili odsuwając się, nie dając szansy na pogłębienie pocałunku. Prawie się zaśmiał, patrząc teraz na lekko zaczerwienione policzki Tobyego i grymas lekkiego niezadowolenia. - Nie wyglądasz Toby, naprawdę nie wyglądasz, ale nie jesteś takim ułożonym i grzecznym chłopaczkiem za jakiego cię mają. Wcale a wcale nie przeszkadza ci to łamanie zasad i nie chcesz czekać aż wszystko się uspokoi. Z resztą, ja też nie, ale widzisz, lubię kosztować wszystkiego kawałeczek po kawałeczku, a twoja mina jest zupełnie bezbłędna. - I wtedy zrobił coś zupełnie niespodziewanego. Oderwał się od ściany i objął Toby'ego w talii, tuląc go do siebie.
Toby znowu stał jak wryty, zupełnie nie wiedząc co zrobić. Zupełnie nie przywykł do takich sytuacji. Stał po prostu nie ruchomo, walcząc ze sobą, czy również przytulić Damiena, odepchnąć go, czy też po prostu zostać tak jak teraz, nie robiąc nic. Czuł się wręcz nienaturalnie kojąco, a nie powinien był. Przecież ten sam facet kilka minut wcześniej przyznał się, że chciałby zrobić mu krzywdę. Toby nie był głupi, ale...
- Wygląda na to, że teraz ja mam kontrolę, hm? - Wyszeptał do niego Damien, tak dziwnie spokojnym i melancholijnym głosem.
Ale ten związek nienaturalnie go kręcił. Chciał tego, możliwe że pierwszy raz w życiu był tak bardzo zdecydowany i tak bardzo czegoś chciał. Mimo, że mógł być z góry skazany na porażkę... Po prostu nie chciał kończyć, najchętniej stałby tak już na zawsze, czując to bezpieczeństwo i wewnętrzny spokój.
Wreszcie poddał się i również niepewnie otoczył szyję Damiena ramionami, głową opierając się o jego ramię.
Czyżbym się zakochał? - Przeszło mu przez myśl i mimowolnie poczuł, że się czerwieni. To wszystko było dla niego tak zupełnie nowe. Dotychczas w życiu kierował się tylko umysłem, nigdy nie uczuciami, starając się w ten sposób „naprawić” błędy swojej siostry, a teraz...
A teraz robił coś dokładnie odwrotnego.
Nagle ciszę ostro przerwał dzwonek przychodzącego połączenia. Nastrój prysł nieco, ale Toby dalej nie chciał puszczać, nie kiedy wreszcie czuł coś takiego...
Damien jednak najwyraźniej zachował w miarę rześki umysł i sam wyjął mu telefon z tylnej kieszeni spodni, patrząc na wyświetlacz.
- Zabójca nastroju. - Mruknął, wyraźnie zły i podał Toby'emu telefon. Ten od razu, widząc nazwę kontaktu, odebrał mu go i odsunął się, odchodząc parę kroków i od razu odbierając. Wymruczał do słuchawki parę twierdzących odpowiedzi, a Damien mógł zaobserwować, jak z jego twarzy zupełnie znika kolor, a oczy rozszerzają się w szoku. Brunet włożył ręce w kieszenie spodni i czekał na odpowiedź, która niedługo miała praktycznie zwalić go z nóg.
Toby rozłączył się, nieco przestraszonymi oczami dalej patrząc na ekran, klnąc pod nosem.
- Co jest? - Zapytał wreszcie Damien, nie mogąc znieść dziwnego napięcia, które uderzyło nawet jego.
- Przejebane, nalot. - Odpowiedział Toby, chichocząc maniakalnie, lecz zanim Damien zdążył wyrazić swoje zdziwienie jego zachowaniem i niewiedzę z powodu słowa „nalot”, dokończył szybko. - Rodzice przyjeżdżają.
- I dlatego tak panikujesz? - Zapytał Damien, prawie wybuchając śmiechem, ale Toby szybko uciszył go swoim pesymistycznym spojrzeniem i sam skierował się do kuchni, szybko sprzątając blat, który według Damiena i tak był już czysty.

- Zobaczysz jutro, śmieszku. - Wymruczał cicho, nie dając mu już żadnych dalszych wskazówek.

***
Słyszycie to? To moje krzyki.