Leżał na łóżku i gapił się w sufit. Wódka się skończyła, więc nie było już tak zabawnie. Nagle opętały go wątpliwości. Czy robi dobrze, czy powinien? Coś jakby blokowało go by iść na przód. Nie kontaktował się z Alicją od tygodnia, a ona ciągle tkwiła w jego głowie. Ale on nie może mieć wątpliwości! Dawid nie ma uczuć. Nie umie pokochać, nie wie co to miłość, współczucie i zrozumienie. Nigdy tego nie zaznał, ale jakoś nie narzekał na to. Mimo, że na zewnątrz może wydaje się mieć skruchę, to tak naprawdę gra, w której tylko on zna zasady. Jest jak kamień, dlatego co go może obchodzić los jakiejś sieroty, która uwiódł ale swojej korzyści? Może i obchodzi, w bardziej lub mniej delikatny sposób, ale obchodzi.
Wstał z łóżka. Narzucił na siebie tylko bluzę i celowo jej nie zapiął. Wymknął się po cichu z pokoju. Był w tym dobry. Od dziecka przychodziło mu to z łatwością. Zapukał do drzwi. Otworzyła je zaspana Alicja.
-Co chcesz?-przetarła oczy i dopiero po chwili dotarło do niej, że Dawid stoi przed nią bez koszuli w samej bluzie.
-Wiesz, moja propozycja nadal aktualna, ale lepiej byś zdecydowała się szybciej- warknął
-Ale ja się nie zdecydowałam- chłopak zrobił krok w przód i chwycił ja za podbródek.
-Oboje wiem, że tego chcesz i się zgodzisz, Tylko udajesz taką niedostępną- uśmiechnął się złośliwie. Alicja milczała i patrzyła mu głęboko w oczy.
-A więc, skoro się zgadzasz to spakuj najpotrzebniejsze, powtarzam najpotrzebniejsze rzeczy i widzimy się za trzydzieści minut pod moim "pokojem"- odszedł w ciemności korytarza. Alicja zamknęła drzwi i zsunęła się na podłogę. Bala się tak ryzykować, ale intrygował ją ten chłopak. Była zagubiona i potrzebowała Aleksa, ale doskonale wiedziała, że uzna to za chory pomysł. Kilka łez spłynęło jej po policzkach. Podniosła się i zaczęła wrzucać do plecaka potrzebne rzeczy i jakieś wygodne ciuchy. Wyrwała jeszcze kartkę z notesu i napisała wiadomość do Aleksa
Jestem bezpieczna. Idę odnaleźć matkę. Kryj mnie przez kilka dni, abym zdążyła wyjechać poza miasto. Skontaktuje się z tobą. Pa.
Zabrała plecak i wyszła z pokoju. Po drodze wsunęła kartkę pod drzwi pokoju przyjaciela i udała się w umówione miejsce. Chłopak już czekał. Cały ubrany na czarno z plecakiem na prawym ramieniu. Alicja zbliżyła się do niego i poczuła woń alkoholu. Skrzywiła się.
-Ej, to, że się trochę napiłem nie znaczy, że jestem alkoholikiem- zacisnął szczękę ze złości. Otworzył drzwi i wraz z szatynką udał się pod ścianę gdzie było okno. Pokój znajdował się w piwnicy, więc nie było problemu z przejściem. Chłopak uchylił okno i przeszedł na drugą stronę wspinając się po starym biurku. Alicja zawahała się, a jej oczy znów się zaszkliły. Serce zaczęło bić. Miała ostatnią szanse by się wycofać.
-Idziesz?- wyszeptał z pretensjami. Alicja westchnęła i zaczęła się wspinać. Brunet podał jej rękę ale ona ja zignorowała, dopóki jej noga nie poślizgła sie i złapała ja odruchowo. Przedostała się na zwenątrz, a Dawid pokręcił głową.
-To będzie długa wędrówka...- ruszył jako pierwszy zostawiając Alicję w tyle. Była noc, a więc miasto było kompletnie opustoszałe. Kompletna cisza. Usłyszała warczącego psa gdzieś z tyłu i podbiegła bliżej Dawida.
-No nie mów, że się boisz?- zakpił z niej.
-N-nie, ale lepiej przyspieszmy- powiedziała i ruszyła na przód. Chłopaak celowo zpowolnił swoje tępo, a Alicja przystanęła zirytowana.
-Idziesz, czy będziesz odstawiał przedstawienie?
-Hm...pomyślę, podobno w podstawówce byłem wspaniałmy aktorem- usmiechnął sie złośliwie
Strony
▼
czwartek, 25 lutego 2016
sobota, 20 lutego 2016
Emocjonalna ruletka cz.1 - Twoje ciało tuz przy moim
Heja!
Z okazji dnia zakochanych, czy tam walentynek mam dla was specjał!
Yaoi..,hehe
Lysander x Kastiel
Coś dla graczy w słodki flirt. Mam nadzieję, że się spodoba i nie umrzecie z romantyzmu, bo coś mi się wydaje, że słodki wyszedł hehe
No więc, cóż tu jeszcze dodać...prawdopodobnie będzie mieć to 3 części, ale one pojawią się na dniach
Miłego czytania!
Z okazji dnia zakochanych, czy tam walentynek mam dla was specjał!
Yaoi..,hehe
Lysander x Kastiel
Coś dla graczy w słodki flirt. Mam nadzieję, że się spodoba i nie umrzecie z romantyzmu, bo coś mi się wydaje, że słodki wyszedł hehe
No więc, cóż tu jeszcze dodać...prawdopodobnie będzie mieć to 3 części, ale one pojawią się na dniach
Miłego czytania!
***
Jego palce wyjątkowo błądziły dziś po strunach. Zatrzymał się, jakby w ślepym zaułku. Walczył po raz z setny, aby przebrnąć przez linijki.
-Szlag!-Warknął pod nosem, gwałtownie przejeżdżając ręką po strunach powodując zerwanie się jednej z nich.-Cholera! Co za dziadostwo!- Wydarł się, a jego głos odbił się echem od ścian w piwnicy
-Przeszkadzam?-Brunetka przybliżyła się do chłopaka
-Czego chcesz?-Jego ton nie należał do najmilszych
-Widzę, że masz zły humor- Dziewczyna trochę posmutniała
-Wow, brawo! W takim razie, skoro widzisz, że mam zły humor to może byś mnie zostawiła?- Przewrócił oczami. -Serio, mogłabyś odpuścić- Usiadł bezsilnie na ziemi
-Ej, co ci jest?- Przykucnęła tuż obok.
-Czy ja wyglądam na osobę, która ma ochotę się zwierzać?! Myślę, że wyraziłem się jasno! Wyjdź!
-A może jednak?- Brunetka wydawała się nie zwrócić uwagi na wybuch przyjaciela
-Mam ci to przeliterować? W-Y-J-D-Ź!-Przybliżył się do jej twarzy prawie czerwony ze złości.
-Już, już. Idę- Udała się do wyjścia. Chłopak był dość sfrustrowany zaistniałą sytuacją, ale zebrał się do kupy i wyszedł na słynny dziedziniec. Za zwyczaj mniej tam ludzi, którzy go wkurzają. W dodatku mniejsza szansa na spotkanie z Lysanderem nie chciał z nim rozmawiać, nie po tym jak zdał sobie sprawę, że to coś więcej niż przyjaźń.
-Kastiel!- Nataniel krzyczał w niebo głosy przez cały dziedziniec
-O kto tu się pofatygował? Gospodarz, czego chcesz?- Uśmiechnął się złośliwie
-Usprawiedliwienia...za ostatnie trzy dni- Odwrócił głowę. Buntownik miał ochotę ugasić na niej niedopałek, ale w ostatniej chwili się powstrzymał
-Nie nauczyłeś się jeszcze, że nie przynoszę usprawiedliwień?!- Zdenerwował się, a na twarzy blondyna pojawił się grymas.
-Serio, mam ciekawsze zajęcia niż użeranie się z tobą- Wycedził przez zęby.
-Ah, naprawdę? Musisz iść przeczytać kolejny tom encyklopedii, bo ci tatuś każę?- Zakpił z niego, a po chwili uśmiechnął się zwycięsko - Oj, czyżbym miał racje?- Nataniel nie wytrzymał i gwałtownie chwycił Kastiela za kołnierz skórzanej kurtki.
-Przestań się mnie czepiać! Z pewnością lepiej czytać encyklopedię, niż wagarować jak ty!- rzucił gniewne spojrzenie, a gdy Kastiel chciał już oddać Natanielowi pojawiła się zbawicielka Su i ich rozdzieliła.
-Kastiel, do cholery co ty wyprawiasz?!-Odepchnęła ich od siebie, a Nataniel ze srogim spojrzeniem poprawił koszulę
-Załatwiam sprawy po męsku, ale widzę że Nataniel nie nadaję się do tego- uśmiechnął się kpiącą i splótł ręce na klatce piersiowej.
-Licz się ze słowami!- Blondyn zrobił krok w przód, ale Su zatrzymała go.
-Widzisz, musisz się zająć swoim kochasiem, bo mu zaraz żyłka pęknie- Zaśmiał się i skierował ku ogrodu. Kastiel raczej tego nie robi. To nie jego klimaty, kwiatki i te sprawy, ale było tam wyjątkowo spokojnie więc postanowił się tam zaszyć. Jego spokój nie trwał długo. Na ziemi leżał skórzany notatnik. Z ciekawości podniósł go i otworzył na losowej stronie.
Ja i ty wiemy,zrobiłem jeden błąd raz czy dwa
Jeden czy dwa, kilkaset raczej na myśli mam
-Lysander, ty idioto...- Schował notatnik do kurtki i wszedł do środka szkoły. Szukał siwych włosów wystających z nad tłumu, ale jakoś nie rzucały mu się one w oczy. Schował notatnik do szafki i z niechęcią udał się na lekcje historii. Lysandra nie było na lekcji. Wyglądał przez okno, bo lekcja niekoniecznie go zaciekawiła, z resztą jak każda. Okna widniały na stronę wejścia do szkoły, więc mógł przyłapać niektórych szczęściarzy na ucieczce. To też być mógł on, ale
"Jeszcze jedna twoja nieobecność a wylecisz z tej szkoły Kastiel!"- Te słowa odbiły mu się echem w głowie. Stara dyrka lubiła sobie pogadać, ale chłopak postanowił na razie się nie wychylać. Wśród kilku uczniów wyłapał wiktoriańsko ubranego Lysandera.
-Czyżby szukał notesu?- Pomyślał, Lekcja w końcu się skończyła. Kastiel jako pierwszy zabrał swoje rzeczy i wyszedł z klasy, zahaczając przy tym o Amber.
-Patrz jak łazisz...A to ty Kass- I zabłysła swoim plastikowym uśmieszkiem, a czerwonowłosy tylko warknął. Otworzył szafkę i schował notes pod kurtkę. Jednak z notesu coś wyfrunęło. Kastiel pospiesznym ruchem podniósł karteczkę.
Wiesz, ta pasja jest jak trucizna...Twoje ciało musi być zawsze tuz przy moim ciele...
Nie wyglądało to jak tekst piosenki, raczej jak wyznanie miłości...na małej karteczce. Kastiel odwrócił ją na drugą stronę i zobaczył swoje imię napisane różowym cienkopisem. Czerwono włosy zmarszczył brwi i schował kartkę do środka. Zlokalizował Lysandera jak wchodzi do piwnicy, więc od razu się tam udał. Chłopak nie zwrócił na niego uwagi.
-Dlaczego przytrafia się to zawsze mi...- Szeptał pod nosem przegrzebując kolejne pudełka.- Cześć, Kastiel- Przywitał się, a chłopak ocknął się po chwili.
-Cześć, czego szukasz?- Podszedł do niego.
-Notesu...- Wyprostował się i jeszcze raz rozejrzał po ciemnym pomieszczeniu.
-Trzymaj- Wyciągnął notatnik i oddał właścicielowi
-Gdzie był?- Zapytał nieco weselszy Lysander
- W ogrodzie- Uśmiechnął się blado, a szaro włosy zaczął przeglądać kartki w notatniku.
- Twoje ciało tuż przy moim ciele...- Wymamrotał.
-C-co?- Spojrzał na niego krzywo
-Eee...Nic- jego policzki nabrały koloru, a Lysander uniósł brew.
-Czytałeś mój notatnik?- wypowiedział te słowa z lekkimi pretensjami.
-J-ja, eee...Ty się ciesz, że nie wpadł w niepowłowane ręce. Powinieneś mi dziękować, a nie mieć wyrzuty- Zacisnął szczękę i posłał groźne spojrzenie
-A więc nie zaprzeczasz, że czytałeś- Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
-Eugh...Daj mi spokój!- Krzyknął i wyszedł z podziemi. Miał gdzieś to przed czym ostrzegała go dyrektorka. Sprawnie przeskoczył przez siatkę dziedzińca i uciekł. Gdyby tego było mało dopadła go ulewa, a papieros sam zgasł.
-Cholera...- Oparł się o mur. Uniósł wzrok. Sprajem napisane było logo ich zespołu. Tylko we dwoje. On i Lysander. Chłopak, dla którego Kastiel czuje się potrzebny. Opuścił głowę i pozwolił, aby krople wody spływały po jego włosach na ziemię.
-Dlaczego jest dla mnie taki ważny..."Twoje ciało tuż obok mojego" Lysander...
-Szlag!-Warknął pod nosem, gwałtownie przejeżdżając ręką po strunach powodując zerwanie się jednej z nich.-Cholera! Co za dziadostwo!- Wydarł się, a jego głos odbił się echem od ścian w piwnicy
-Przeszkadzam?-Brunetka przybliżyła się do chłopaka
-Czego chcesz?-Jego ton nie należał do najmilszych
-Widzę, że masz zły humor- Dziewczyna trochę posmutniała
-Wow, brawo! W takim razie, skoro widzisz, że mam zły humor to może byś mnie zostawiła?- Przewrócił oczami. -Serio, mogłabyś odpuścić- Usiadł bezsilnie na ziemi
-Ej, co ci jest?- Przykucnęła tuż obok.
-Czy ja wyglądam na osobę, która ma ochotę się zwierzać?! Myślę, że wyraziłem się jasno! Wyjdź!
-A może jednak?- Brunetka wydawała się nie zwrócić uwagi na wybuch przyjaciela
-Mam ci to przeliterować? W-Y-J-D-Ź!-Przybliżył się do jej twarzy prawie czerwony ze złości.
-Już, już. Idę- Udała się do wyjścia. Chłopak był dość sfrustrowany zaistniałą sytuacją, ale zebrał się do kupy i wyszedł na słynny dziedziniec. Za zwyczaj mniej tam ludzi, którzy go wkurzają. W dodatku mniejsza szansa na spotkanie z Lysanderem nie chciał z nim rozmawiać, nie po tym jak zdał sobie sprawę, że to coś więcej niż przyjaźń.
-Kastiel!- Nataniel krzyczał w niebo głosy przez cały dziedziniec
-O kto tu się pofatygował? Gospodarz, czego chcesz?- Uśmiechnął się złośliwie
-Usprawiedliwienia...za ostatnie trzy dni- Odwrócił głowę. Buntownik miał ochotę ugasić na niej niedopałek, ale w ostatniej chwili się powstrzymał
-Nie nauczyłeś się jeszcze, że nie przynoszę usprawiedliwień?!- Zdenerwował się, a na twarzy blondyna pojawił się grymas.
-Serio, mam ciekawsze zajęcia niż użeranie się z tobą- Wycedził przez zęby.
-Ah, naprawdę? Musisz iść przeczytać kolejny tom encyklopedii, bo ci tatuś każę?- Zakpił z niego, a po chwili uśmiechnął się zwycięsko - Oj, czyżbym miał racje?- Nataniel nie wytrzymał i gwałtownie chwycił Kastiela za kołnierz skórzanej kurtki.
-Przestań się mnie czepiać! Z pewnością lepiej czytać encyklopedię, niż wagarować jak ty!- rzucił gniewne spojrzenie, a gdy Kastiel chciał już oddać Natanielowi pojawiła się zbawicielka Su i ich rozdzieliła.
-Kastiel, do cholery co ty wyprawiasz?!-Odepchnęła ich od siebie, a Nataniel ze srogim spojrzeniem poprawił koszulę
-Załatwiam sprawy po męsku, ale widzę że Nataniel nie nadaję się do tego- uśmiechnął się kpiącą i splótł ręce na klatce piersiowej.
-Licz się ze słowami!- Blondyn zrobił krok w przód, ale Su zatrzymała go.
-Widzisz, musisz się zająć swoim kochasiem, bo mu zaraz żyłka pęknie- Zaśmiał się i skierował ku ogrodu. Kastiel raczej tego nie robi. To nie jego klimaty, kwiatki i te sprawy, ale było tam wyjątkowo spokojnie więc postanowił się tam zaszyć. Jego spokój nie trwał długo. Na ziemi leżał skórzany notatnik. Z ciekawości podniósł go i otworzył na losowej stronie.
Ja i ty wiemy,zrobiłem jeden błąd raz czy dwa
Jeden czy dwa, kilkaset raczej na myśli mam
-Lysander, ty idioto...- Schował notatnik do kurtki i wszedł do środka szkoły. Szukał siwych włosów wystających z nad tłumu, ale jakoś nie rzucały mu się one w oczy. Schował notatnik do szafki i z niechęcią udał się na lekcje historii. Lysandra nie było na lekcji. Wyglądał przez okno, bo lekcja niekoniecznie go zaciekawiła, z resztą jak każda. Okna widniały na stronę wejścia do szkoły, więc mógł przyłapać niektórych szczęściarzy na ucieczce. To też być mógł on, ale
"Jeszcze jedna twoja nieobecność a wylecisz z tej szkoły Kastiel!"- Te słowa odbiły mu się echem w głowie. Stara dyrka lubiła sobie pogadać, ale chłopak postanowił na razie się nie wychylać. Wśród kilku uczniów wyłapał wiktoriańsko ubranego Lysandera.
-Czyżby szukał notesu?- Pomyślał, Lekcja w końcu się skończyła. Kastiel jako pierwszy zabrał swoje rzeczy i wyszedł z klasy, zahaczając przy tym o Amber.
-Patrz jak łazisz...A to ty Kass- I zabłysła swoim plastikowym uśmieszkiem, a czerwonowłosy tylko warknął. Otworzył szafkę i schował notes pod kurtkę. Jednak z notesu coś wyfrunęło. Kastiel pospiesznym ruchem podniósł karteczkę.
Wiesz, ta pasja jest jak trucizna...Twoje ciało musi być zawsze tuz przy moim ciele...
Nie wyglądało to jak tekst piosenki, raczej jak wyznanie miłości...na małej karteczce. Kastiel odwrócił ją na drugą stronę i zobaczył swoje imię napisane różowym cienkopisem. Czerwono włosy zmarszczył brwi i schował kartkę do środka. Zlokalizował Lysandera jak wchodzi do piwnicy, więc od razu się tam udał. Chłopak nie zwrócił na niego uwagi.
-Dlaczego przytrafia się to zawsze mi...- Szeptał pod nosem przegrzebując kolejne pudełka.- Cześć, Kastiel- Przywitał się, a chłopak ocknął się po chwili.
-Cześć, czego szukasz?- Podszedł do niego.
-Notesu...- Wyprostował się i jeszcze raz rozejrzał po ciemnym pomieszczeniu.
-Trzymaj- Wyciągnął notatnik i oddał właścicielowi
-Gdzie był?- Zapytał nieco weselszy Lysander
- W ogrodzie- Uśmiechnął się blado, a szaro włosy zaczął przeglądać kartki w notatniku.
- Twoje ciało tuż przy moim ciele...- Wymamrotał.
-C-co?- Spojrzał na niego krzywo
-Eee...Nic- jego policzki nabrały koloru, a Lysander uniósł brew.
-Czytałeś mój notatnik?- wypowiedział te słowa z lekkimi pretensjami.
-J-ja, eee...Ty się ciesz, że nie wpadł w niepowłowane ręce. Powinieneś mi dziękować, a nie mieć wyrzuty- Zacisnął szczękę i posłał groźne spojrzenie
-A więc nie zaprzeczasz, że czytałeś- Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
-Eugh...Daj mi spokój!- Krzyknął i wyszedł z podziemi. Miał gdzieś to przed czym ostrzegała go dyrektorka. Sprawnie przeskoczył przez siatkę dziedzińca i uciekł. Gdyby tego było mało dopadła go ulewa, a papieros sam zgasł.
-Cholera...- Oparł się o mur. Uniósł wzrok. Sprajem napisane było logo ich zespołu. Tylko we dwoje. On i Lysander. Chłopak, dla którego Kastiel czuje się potrzebny. Opuścił głowę i pozwolił, aby krople wody spływały po jego włosach na ziemię.
-Dlaczego jest dla mnie taki ważny..."Twoje ciało tuż obok mojego" Lysander...
czwartek, 18 lutego 2016
50 twarzy Verdasa #4- Nie odważysz się!
Budzik wydal z siebie denerwujący mnie dźwięk. Uchyliłam lekko oczy. Czułam, że mój makijaż spływa mi po policzkach, a raczej spłynął w nocy a teraz zaschnął tworząc skorupę. Głowa bolała mnie jak po ostrej imprezie. Zwlekłam się z łóżka. Wyciągnęłam z szafy pierwsze lepsze ciuchy i tak aby nikt nie zauważył przemknęłam do łazienki. Na swój widok przeszły mnie ciarki. Całą noc płakałam, wiec jakoś szczególnie się nie dziwie, ale w rozmazanym tuszu wyglądam jak na halloween. Zmyłam to szybko by nie budzić niepokoju w domownikach i przebrałam się. Potem tylko lekki makijaż aby zatuszować wory pod oczami i do szkoły. Wzięłam torbę wrzuciłam parę najpotrzebniejszych mi rzeczy i książki, które brałam jak leci z szafki. Na do widzenia rzuciłam tylko oschłe cześć, a nim mama zdążyła coś odpowiedzieć zamknęłam drzwi. Wsadziłam słuchawki w uszy i skierowałam się ku szkole. Czułam dziwna pustkę w sercu. Co znów przede mną ukrywa? Kobieta, szampan. Tylko wyjechałam a on sprowadza sobie jakieś panienki do domu. Starałam się oddalić ta myśl i spokojnie wrócić do szkoły, ale nie był to takie łatwe.
Dziwnie tak wrócić do szkoły po czasie wolnym. Trudność z przyzwyczajeniem się do rutyny jest taka denerwująca. Wszytko cie meczy, a każda lekcja wydaje się być jeszcze nudniejsza niż zazwyczaj. Szczególnie dziś, kiedy to myślami byłam w Nowym Jorku i zastanawiałam się co Leon wyprawia z ta dziunią.
-Violetta- zwróciła mi uwagę nauczycielka, ale ja wciąż patrzyłam w okno. Poczułam jak Fran szturcha mnie w ramię.
-T-tak pani profesor?- kompletnie wyrwana z transu spojrzałam się w stronę cycatej pięćdziesięciolatki.
-Mogłabyś skupić się na lekcji?- zmierzyła mnie swoim srogim wzrokiem z pod okularów. Baba od matmy, chyba nie ma takiej, która by nie wywoływała strachu samym spojrzeniem.
-Oczywiście- westchnęłam w duchu i skierowałam wzrok w stronę tablicy. Nic to nie dało, bo jednak moje myśli wracały przed dom Leona i najchętniej zaglądały by mu do sypialni i poszczególnych części wielkiej willi Pana Bogatego.
Dzwonek. Czyli to na co normalny uczeń wyczekuje najbardziej, Skierowałam się w stronę Fran i Camili.
-Hej Violu- powitała minie swoim uśmiechem czarnowłosa. Ja tylko uśmiechnęłam się blado i nerwowo spoglądałam na telefon.
-Coś się stało?- zapytała rudowłosa. Pokiwałam lekko głową i pociągnęłam je obie w stronę toalet. Sprawdziłam czy nikogo nie ma i opowiedziałam dziewczyna o tym co wczoraj usłyszałam i moich obawach.
-Co za idiota!- krzyczała Camila, Fran ją uspokajała.
-Violu, to nic nie znaczy- próbowała mnie pocieszyć, ale cóż. Leon Verdas. On zawsze coś ukrywa, a ja dowiaduję się o jego tajemnicach tylko gdy jest w sytuacji podbramkowej.
-Wiesz jaki jest Leon, jeszcze to szybkie i oschłe pożegnanie- Fran mocno mnie przytuliła.
W końcu lekcje się skończyły, a ja mogłam wrócić do domu. Słuchawki na uszy i w drogę. Otworzyłam drzwi i udałam się do pokoju. Ledwo odłożyłam telefon, a on wydał z siebie charakterystyczny dźwięk. Podniosłam go i zastanowiłam się chwile czy odebrać. W końcu przesunęłam palcem i odebrałam.
-Halo?
-Cześć Violetta- jego głos był nie wzruszony. Normalny. Jakby nigdy nic się nie stało.
-Twoja dziunia już poszła, że sobie o mnie przypomniałeś?- chciałam brzmieć groźnie, ale głos łamał mi się w połowie zdania.
-O czym ty do cholery mówisz?- był zdziwiony, a nawet bardzo zdziwiony.
-No o tej paniusi, z którą popijałeś wczoraj szampana
-Violetta, to nie tak jak myślisz...
-Daruj sobie, ledwo wyjeżdżam i jest mi z tym źle a ty już się pocieszasz. Ciekawe jak się poczujesz jak dowiesz się, że za piętnaście minut będzie u mnie Diego- prawie łkałam, ale mówiłam sobie, że muszę być twarda przy tej rozmowie. Jak ją zakończę mogę beczeć do woli.
-Nie odważysz się!- krzyczał, a w jego głosie wyczułam strach.
-Ja bym się nie odważyła? Jeśli chcesz wiedzieć, to już się odważyłam. On w przeciwieństwie do ciebie wie kiedy go potrzebuję. Nie pisz, nie dzwoń. Po prostu mnie zostaw- rozłączyłam się a telefon rzuciłam gdzieś w kąt. Jak na amerykańskich filmach, przebrałam się w piżamę, wyciągnęłam pudełko z lodami i zasiadłam przed telewizorem oglądając jakąś telenowelę. Chciałam być sama. W miedzy czasie przyszła mama, ale udawałam, ze wszytko w porządku i zamknęłam się w pokoju.
Noc minęła lepiej niż ubiegła, ale wciąż byłam zestresowana, a chęć udania się do szkoły była zerowa. Szybko się wyszykowałam. Nikogo nie było w domu więc sama zjadłam śniadanie. Zabrałam torbę i klucze, ale w wyjściu przeszkodził mi dzwonek do drzwi.
Tego się nie spodziewałam, Zamarłam
.
Dziwnie tak wrócić do szkoły po czasie wolnym. Trudność z przyzwyczajeniem się do rutyny jest taka denerwująca. Wszytko cie meczy, a każda lekcja wydaje się być jeszcze nudniejsza niż zazwyczaj. Szczególnie dziś, kiedy to myślami byłam w Nowym Jorku i zastanawiałam się co Leon wyprawia z ta dziunią.
-Violetta- zwróciła mi uwagę nauczycielka, ale ja wciąż patrzyłam w okno. Poczułam jak Fran szturcha mnie w ramię.
-T-tak pani profesor?- kompletnie wyrwana z transu spojrzałam się w stronę cycatej pięćdziesięciolatki.
-Mogłabyś skupić się na lekcji?- zmierzyła mnie swoim srogim wzrokiem z pod okularów. Baba od matmy, chyba nie ma takiej, która by nie wywoływała strachu samym spojrzeniem.
-Oczywiście- westchnęłam w duchu i skierowałam wzrok w stronę tablicy. Nic to nie dało, bo jednak moje myśli wracały przed dom Leona i najchętniej zaglądały by mu do sypialni i poszczególnych części wielkiej willi Pana Bogatego.
Dzwonek. Czyli to na co normalny uczeń wyczekuje najbardziej, Skierowałam się w stronę Fran i Camili.
-Hej Violu- powitała minie swoim uśmiechem czarnowłosa. Ja tylko uśmiechnęłam się blado i nerwowo spoglądałam na telefon.
-Coś się stało?- zapytała rudowłosa. Pokiwałam lekko głową i pociągnęłam je obie w stronę toalet. Sprawdziłam czy nikogo nie ma i opowiedziałam dziewczyna o tym co wczoraj usłyszałam i moich obawach.
-Co za idiota!- krzyczała Camila, Fran ją uspokajała.
-Violu, to nic nie znaczy- próbowała mnie pocieszyć, ale cóż. Leon Verdas. On zawsze coś ukrywa, a ja dowiaduję się o jego tajemnicach tylko gdy jest w sytuacji podbramkowej.
-Wiesz jaki jest Leon, jeszcze to szybkie i oschłe pożegnanie- Fran mocno mnie przytuliła.
W końcu lekcje się skończyły, a ja mogłam wrócić do domu. Słuchawki na uszy i w drogę. Otworzyłam drzwi i udałam się do pokoju. Ledwo odłożyłam telefon, a on wydał z siebie charakterystyczny dźwięk. Podniosłam go i zastanowiłam się chwile czy odebrać. W końcu przesunęłam palcem i odebrałam.
-Halo?
-Cześć Violetta- jego głos był nie wzruszony. Normalny. Jakby nigdy nic się nie stało.
-Twoja dziunia już poszła, że sobie o mnie przypomniałeś?- chciałam brzmieć groźnie, ale głos łamał mi się w połowie zdania.
-O czym ty do cholery mówisz?- był zdziwiony, a nawet bardzo zdziwiony.
-No o tej paniusi, z którą popijałeś wczoraj szampana
-Violetta, to nie tak jak myślisz...
-Daruj sobie, ledwo wyjeżdżam i jest mi z tym źle a ty już się pocieszasz. Ciekawe jak się poczujesz jak dowiesz się, że za piętnaście minut będzie u mnie Diego- prawie łkałam, ale mówiłam sobie, że muszę być twarda przy tej rozmowie. Jak ją zakończę mogę beczeć do woli.
-Nie odważysz się!- krzyczał, a w jego głosie wyczułam strach.
-Ja bym się nie odważyła? Jeśli chcesz wiedzieć, to już się odważyłam. On w przeciwieństwie do ciebie wie kiedy go potrzebuję. Nie pisz, nie dzwoń. Po prostu mnie zostaw- rozłączyłam się a telefon rzuciłam gdzieś w kąt. Jak na amerykańskich filmach, przebrałam się w piżamę, wyciągnęłam pudełko z lodami i zasiadłam przed telewizorem oglądając jakąś telenowelę. Chciałam być sama. W miedzy czasie przyszła mama, ale udawałam, ze wszytko w porządku i zamknęłam się w pokoju.
Noc minęła lepiej niż ubiegła, ale wciąż byłam zestresowana, a chęć udania się do szkoły była zerowa. Szybko się wyszykowałam. Nikogo nie było w domu więc sama zjadłam śniadanie. Zabrałam torbę i klucze, ale w wyjściu przeszkodził mi dzwonek do drzwi.
Tego się nie spodziewałam, Zamarłam
.
Wartość Wspomnień. - Rozdział Trzeci. "I wtedy się spotkaliśmy. Nie jesteśmy już sami."
Więęęc... Przepraszam przepraszam (ciekawe kto załapie nawiązanie... Oprócz mnie. C}:) za nie dodanie niczego przez dwa tygodnie... I na walentynki... Oh, uzbierało się. Skłamię mówiąc, że nie miałam nic przygotowanego na walentynki, ale skłamię również mówiąc, że to dokończyłam... Spróbuję to w ogóle kiedyś dokończyć. No nic, postaram się w tym tygodniu dodać zaległe trzy opowiadania, zobaczymy czy mi pyknie, również dlatego, że mój internet to pojęcie względne... Nie zawracając już wam dużej rzuci, miłego czytania, mam nadzieję, że wytrzymacie do końca. ^^”***- Co tu robisz? - Dlaczego cię to obchodzi? Obito zamrugał zaskoczony i niespodziewanie zachwiał, chwytając się za głowę. Co to było? Uderzyło go to, nagłe wspomnienie. Tylko dlaczego teraz, w właściwie najmniej odpowiednim momencie? Miał tylko nadzieję, że Konoha nie zwróciła na niego uwagi, bo to właśnie z nimi spotykali się w tej chwili, i właśnie przed nimi tak się popisał. Jeszcze pomyślą, że nie wytrzymał presji i się urżnął czy coś. Obito przeklinał siebie za chwilę słabości, choć w głębi duszy cieszył się z tego drobnego wspomnienia, które dawało mu nadzieję, że kiedyś jednak dosięgnie swojej przeszłości. Zdawał sobie sprawę z własnej beznadziejności, dążenia do celu, który teoretycznie porzucił blisko dziesięć lat temu. Głupie, ludzkie słabości. Obito czasem chciałby w ogóle nie być człowiekiem. Wtedy nie musiałby martwić się swoimi uczuciami, relacjami, niczym. Być idealny. Ale Obito był tylko człowiekiem z zupełnie ludzkimi słabościami. - Masz jakiś problem dattebayo?! - Krzyknął chłopak, zwykły podrostek, na którego Obito najwyraźniej wpadł podczas tego... Napadu. Normalnie zignorowałby go, pokazując mu jego miejsce przez zaledwie pełne zimnej wrogości spojrzenie, ale teraz... - Tobi przeprasza! Tobiemu zakręciło się w głowie od tylu wrażeń! Teraz jednak musiał udawać zupełnie niegroźnego i niewinnego idiotę. Tego wymagało jego stanowisko, zwłaszcza, że „oficjalnie” mózgiem grupy był Pain, a nie on, choć było to czasem co najmniej irytujące. Zwłaszcza w właśnie takich sytuacjach – gdy czepiali się jego jakieś narwane dziwadła. Nie żeby nie przywykł, w Akatsuki niezwykle uczulony wydawał się być na niego Deidara, ale jego przynajmniej drażnienie było zabawne, a w tym wypadku Obito nie mógł sobie pozwolić na nic innego niż pokorę względem kogoś nawet młodszego i zapewne o niższym stanowisku. Upokarzające. Mimo przeprosin, blondyn wyglądał na niezbyt skorego do odpuszczenia i zwyczajnie zabijał go wzrokiem. Przynajmniej dopóki na jego ramieniu nie spoczęła blada, stanowcza dłoń. Wtedy natychmiast przybrał minę, która była mieszaniną skruszenia i zupełnego naburmuszenia. Obito, jak tego wymagała rola, choć w tym wypadku pewnie i bez niej by to zrobił, przekrzywił głowę w wręcz dziecięcym zaciekawieniu - Przepraszam za Naruto. Jest zbyt... Energiczny. Widzę, pomyślał Obito, lecz dalej nie wypowiedział ani słowa. Za swą drewnianą, pomarańczową maską sam ukrywał wyraz czystej zadumy, odpowiadający na przyjazny uśmiech mężczyzny, również ukrytego za maską, jednak w przeciwieństwie do tej Obito, ukrywała tylko dolną połowę twarzy i przypominała (lub też zapewne była) tą lekarską. Już samo to mogło budzić ciekawość u normalnego człowieka. No właśnie, normalnego. A Obito w swoim życiu widział wiele masek czy też nakryć, więc dobrze wiedział co zazwyczaj skrywały. Blizny, drobne rany. Coś, czego się wstydzili, bo było to oznaką urazu, błędu z przeszłości. Obito nie wstydził się swoich blizn. Lubił je. Dla niego były pamiątką po przeszłości i dowodem, że takowa istniała. Że nie jest nikim. Mężczyzna przymrużył oczy, jakby próbując zwiększyć efekt przyjaznego gestu, jednak Obito był pewien, że tak naprawdę jest w pełni czujny i dokładnie obserwuje każdy jego ruch, próbując go wybadać. Było to w pewnym stopniu niesamowite. Jednak Obito nie dumał z powodu jego uśmiechu czy też umiejętności. Stali w kompletnej ciszy, „Naruto” zaczął powoli zerkać na niego z zaciekawieniem, a mężczyzna najwyraźniej błędnie zinterpretował jego milczenie jako chęć większego zadośćuczynienia. (A Obito tak naprawdę wcale nie był zły, bo przecież sam zawinił, sam się zachwiał i sam wpadł na tego chłopaka). Mężczyzna więc zacisnął mocniej palce na barku „Naruto”, zmuszając go do cichego jęku i zupełnego skrzywienia. - T-ta, jasne... Wybacz. - Wydukał blondyn, wydymając policzki w obrażeniu, jednak Obito dalej milczał, nie ruszając się z miejsca. Jedyny ruch jaki wykonał, to delikatne przechylenie do przodu, w stronę gości, aby przyjrzeć się im z tak bliska, na jaki dopuszczała przestrzeń osobista. Blond chłopak, któremu już można było przypiąć łatkę ósmego nieszczęścia, zmienił wyraz twarzy na rozpacz, a oczy zaszkliły, gdy stanęła obok niego różowowłosa dziewczyna, a kawałek dalej krzyżował ramiona zupełnie niewzruszony czarnowłosy chłopak, który wydawał się Obito podejrzanie znajomy. Prawie było mu szkoda blondyna, gdyby nie fakt, że wcześniej to on był wobec niego agresywny i jego losów dotąd w ogóle nie znał. - Naruto! - Tak szorstko warknęła dziewczyna, że nawet Obito lekko się spiął. - Przeproś jak należy! - Ale to on zaczął... - Mruknął, bardzo cichutko, ale jednak, blondyn, a jedyną odpowiedzią była złowieszcza aura unosząca się od różowowłosej. Jakby zaraz miała urwać mu głowę. „Naruto”, którego imię przez ostatnie minuty było tak wrogo wypowiadane, spojrzał na Obito totalnie spanikowany, a jego wygląd mówił, nie, krzyczał tylko jedno słowo; „Pomocy” Nawet Obito to wiedział, choć na tą chwilę był jego wrogiem i wcale a wcale go nie znał. I mimo tych faktów, postanowił jednak pójść chłopakowi na rękę – w końcu zawsze lepiej było wrogów nie mieć, a stosunki jawiące się jako „przyjacielskie” mogły być bardzo przydatne w ich okrutnym świecie. - Nie, nie. Nic się nie stało. - Powiedział Obito, troszkę za nisko, za poważnie, jak na wykreowaną przez niego postać wiecznego nieporadnego dziecka. Ciągle był w tym obcym mu zupełnie transie i nie miał pojęcia jak się z niego otrząsnąć. - Tobi tylko troszeczkę się zamyślił! - Dopowiedział szybko, choć tego błędu nie dało się już naprawić. Wiedział, że najstarszy mężczyzna przejrzał już jego przykrywkę. Mógł to wyczuć tylko po tym drobnym błysku zainteresowania w jego oczach. Doprawdy, fatalny dzień. Z resztą, „dzieciaki” też wydawały się być co najmniej zdziwione nagłą zmianą głosu. Nie musiał nawet zerkać na Paina by wiedzieć, że on również jest nieco zdziwiony i, jeśli można było to ująć tym słowem, zdegustowany nagłym potknięciem lub nawet upadkiem Obito. Konoha po prostu wyprowadziła go z równowagi, choć to samo w sobie było zagadką, bo przecież słynął ze zdystansowania i genialnego aktorstwa. Wszystko to runęło w kilka sekund, za sprawą przeszywającego spojrzenia tajemniczego mężczyzny. Jednak Obito nie zdarzało się niszczenie swej roli, nie jemu. Może i nawet każdemu z organizacji, ale nie jemu. Czemu więc teraz? Czemu mężczyzna był tak wyjątkowy? Och, nie było trudno się domyśleć, choć sama myśl o tym wydawała się Obito tak przesycona słabością, że z góry próbował ją odrzucić. Rzeczowe chrząknięcie Paina przerwało ciszę i wszyscy natychmiast odwrócili się, zapominając jakby o Obito. Normalnie zniósł by to bez mrugnięcia, wracając do bycia tym wymyślonym sobą, ale teraz... - Przepraszam! - Ni to powiedział, ni to wykrzyknął, gwałtownie machając ręką w powietrzu, naśladując kilkulatka zgłaszającego się do odpowiedzi, zarówno z powrotem zwracając na siebie uwagę większości osób w pomieszczeniu. - Jak panu na imię? - Przekrzywił głowę w drugą stronę, gdy mężczyzna zwrócił się do niego z przepraszającym uśmiechem. - Och, pan wybaczy, zapomniałem się. - Podrapał się po karku, wyciągając otwartą dłoń. - Kakashi Hatake. - Tobi. - Powiedział tylko, dalej utrzymując fałszywy entuzjazm, by po chwili porzucić go w zapomnienie, ściskając wyciągniętą rękę z przesadną wręcz subtelnością, nie potrząsając ją. Tylko trzymając. - Ma pan przepiękne włosy, panie Hatake. - Znowu ujawnił swój naturalny ton, tym razem jednak zupełnie specjalnie. Uważnie przyglądał się tylko i wyłącznie ciemnym oczom rozmówcy, otrzymując w zamian jedynie marny cień czegoś w rodzaju zawstydzenia, chociaż będąc ze sobą szczerym, nawet tego nie spodziewał się doczekać. Po usłyszeniu skromnego „Dziękuję”, puścił i ukłonił się lekko. Po czym mężczyzna opuścił pomieszczenie, razem z chłopakami, kolejno o czarnych i blond włosach, różowowłosej dziewczynie i Painie. Obito podążał za nimi swoim zimnym, niewzruszonym wzrokiem, tak niepasującym do pomarańczowej maski, którą miał na sobie, przypominającej dziecięcego lizaka. Dokładnie obserwował wyjątkowego mężczyznę, ponownie czując tą zakazaną samemu sobie radość i jednocześnie gorycz człowieka przegranego z uczuciami. Mężczyznę o jasnych, bardzo jasnych, srebrnych włosach.***Trzeci rozdział i dalej nic się nie dzieje, oł jea, tylko u mnie... Z drugiej strony, Willowi i Hanniemu to zajęło trzy sezony..~
poniedziałek, 8 lutego 2016
50 twarzy Verdasa #3- Tak blisko, a tak daleko
Hej!
Przepraszam za dość spora nieobecność...2 tygodnie?
Nie miałam, weny i czasu aby cokolwiek wyskrobać.
Ale króciutki rozdzialik się pojawił.
Mam nadzieję, ze mi wybaczycie a ja w niedługim czasie wam to wynagrodzę
Miłego czytania!
Zostaw po sobie ślad---> KOMENTUJ
*~*~*
Przemierzam spokojnym krokiem lotnisku i udaję się w kierunku odprawy. To ten czas gdzie muszę wrócić do rzeczywistości. Jestem tu sama, bo nie lubię rozstawać się z Leonem na lotnisku. od roku już tak podróżuję, ale rozstanie z wyjazdu na wyjazdy boli jeszcze bardziej. Po całym zamieszaniu związanym z odprawa zmierzam ku samolotowi, Zajmuje swoje miejsce zakładam słuchawki na uszy i z głową skierowana w stronę okna zasypiam,
Przemiły głos stewardessy wybudza mnie ze snu, bo play lista na moim telefonie się skończyła. Zapinam pasy i lądujemy. Niechętnie zmierzam w stronę wyjścia. Potem na tylko taksówka do domu i koniec podróży. Tak zrobiłam. Zapakowałam swoje manatki do bagażnika i odjechałam wraz z kierowca z parkingu. Ciepło otuliło moja twarz. Trochę dziwnie, że tu taki upał a w Nowym Jorku śnieg, ale cóż. Otworzyłam drzwi od mieszkania i wtargałam moją walizkę przez próg. Z kuchni wyczułam zapach gotującej się zupy. Mojej ulubionej w dodatku. Po cichu zakradłam się do pomieszczenia. Moja mama stała przy garnku i doprawiała zupę. Objęłam ja od tyłu i ucałowałam policzek. Stęskniłam się za nią. Jest moja mamą, ale jednocześnie przyjaciółką i zawsze jest przy mnie kiedy jej potrzebuję.
-Violetta!- odwróciła się i mocno mnie przytuliła
-Cześć Mamo-odwzajemniłam uścisk i mocno się wtuliłam.
-Ej, Vils co się dzieje?- podniosła mój podbródek
-Nic, jestem zmęczona. Kiedy jemy?- uśmiechnęłam się szeroko i usiadłam za blatem. Kobieta wyjęła szklaną miskę z szafki i nalała zupę.
-Smacznego- uśmiechnęła się opiekuńczo. Do mieszkania wszedł mój ojczym,
-O Violetta, jak minęła podróż?- zapytał całując mnie w czubek głowy, a zaraz potem mamę w polik.
-Męcząco, pójdę się położyć- odniosłam naczynie do zlewu i wgramoliłam się z walizką do pokoju. Uwaliłąm się na łóżku i przymknęłam lekko oczy, ale nie miałam zamiaru spać. Skierowałam wzrok w stronę ramki stojącej na stoliku. Ściągnęłam zdjęcie. Chwyciłam telefon do reki i napisałam sms'a
Już doleciałam. Było męcząca. Tęsknie
Vils.
Czekałam na odpowiedź, ale nie nadeszła zbyt szybko. Po około półgodzinie Leon zadzwonił. Odebrałam szybko telefon.
-Hej- uśmiechnęłam się sama do siebie mając nadzieję, że Leon to "zauważy"
-Hej mała, przepraszam, ale miałem straszną nagonkę w pracy. Sama rozumiesz
-Tak, oczywiście- tak bardzo chciałam przy nim teraz siedzieć i móc z niem przebywać.
-Kocham cię- wyszeptał do komórki, a ja miałam wrażenie jak by był tu obok. Cholernie za nim tęsknię...Cholernie... Nagle w słuchawce usłyszałam damski głos i charakterystyczny dźwięk otwierającego się szampana
-Leon?-zapytałam ze zdziwieniem
-E, Violu muszę kończyć, Pa.
Potem usłyszałam tylko urywający się dźwięk w słuchawce
Przepraszam za dość spora nieobecność...2 tygodnie?
Nie miałam, weny i czasu aby cokolwiek wyskrobać.
Ale króciutki rozdzialik się pojawił.
Mam nadzieję, ze mi wybaczycie a ja w niedługim czasie wam to wynagrodzę
Miłego czytania!
Zostaw po sobie ślad---> KOMENTUJ
*~*~*
Przemierzam spokojnym krokiem lotnisku i udaję się w kierunku odprawy. To ten czas gdzie muszę wrócić do rzeczywistości. Jestem tu sama, bo nie lubię rozstawać się z Leonem na lotnisku. od roku już tak podróżuję, ale rozstanie z wyjazdu na wyjazdy boli jeszcze bardziej. Po całym zamieszaniu związanym z odprawa zmierzam ku samolotowi, Zajmuje swoje miejsce zakładam słuchawki na uszy i z głową skierowana w stronę okna zasypiam,
Przemiły głos stewardessy wybudza mnie ze snu, bo play lista na moim telefonie się skończyła. Zapinam pasy i lądujemy. Niechętnie zmierzam w stronę wyjścia. Potem na tylko taksówka do domu i koniec podróży. Tak zrobiłam. Zapakowałam swoje manatki do bagażnika i odjechałam wraz z kierowca z parkingu. Ciepło otuliło moja twarz. Trochę dziwnie, że tu taki upał a w Nowym Jorku śnieg, ale cóż. Otworzyłam drzwi od mieszkania i wtargałam moją walizkę przez próg. Z kuchni wyczułam zapach gotującej się zupy. Mojej ulubionej w dodatku. Po cichu zakradłam się do pomieszczenia. Moja mama stała przy garnku i doprawiała zupę. Objęłam ja od tyłu i ucałowałam policzek. Stęskniłam się za nią. Jest moja mamą, ale jednocześnie przyjaciółką i zawsze jest przy mnie kiedy jej potrzebuję.-Violetta!- odwróciła się i mocno mnie przytuliła
-Cześć Mamo-odwzajemniłam uścisk i mocno się wtuliłam.
-Ej, Vils co się dzieje?- podniosła mój podbródek
-Nic, jestem zmęczona. Kiedy jemy?- uśmiechnęłam się szeroko i usiadłam za blatem. Kobieta wyjęła szklaną miskę z szafki i nalała zupę.
-Smacznego- uśmiechnęła się opiekuńczo. Do mieszkania wszedł mój ojczym,
-O Violetta, jak minęła podróż?- zapytał całując mnie w czubek głowy, a zaraz potem mamę w polik.
-Męcząco, pójdę się położyć- odniosłam naczynie do zlewu i wgramoliłam się z walizką do pokoju. Uwaliłąm się na łóżku i przymknęłam lekko oczy, ale nie miałam zamiaru spać. Skierowałam wzrok w stronę ramki stojącej na stoliku. Ściągnęłam zdjęcie. Chwyciłam telefon do reki i napisałam sms'a
Już doleciałam. Było męcząca. Tęsknie
Vils.
Czekałam na odpowiedź, ale nie nadeszła zbyt szybko. Po około półgodzinie Leon zadzwonił. Odebrałam szybko telefon.
-Hej- uśmiechnęłam się sama do siebie mając nadzieję, że Leon to "zauważy"
-Hej mała, przepraszam, ale miałem straszną nagonkę w pracy. Sama rozumiesz
-Tak, oczywiście- tak bardzo chciałam przy nim teraz siedzieć i móc z niem przebywać.
-Kocham cię- wyszeptał do komórki, a ja miałam wrażenie jak by był tu obok. Cholernie za nim tęsknię...Cholernie... Nagle w słuchawce usłyszałam damski głos i charakterystyczny dźwięk otwierającego się szampana
-Leon?-zapytałam ze zdziwieniem
-E, Violu muszę kończyć, Pa.
Potem usłyszałam tylko urywający się dźwięk w słuchawce
